Skip navigation.

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Oto foto

Trochę więcej zdjęć w rozszerzonej galerii

Sampai jumpa Indonesia!

To znaczy mniej wiecej see you next time.
To znaczy koniec wakacji.
I poczatek dlugiej podrozy do domu, 36 godzin poczynajac od samolotu z Denpasar do Jakarty.

Ubud i dalsze okolice

, ,

Mam jakas awersje do Bali, ktorej podstaw nie znam i nie potrafie odnalezc. W zasadzie nie mam powodow do narzekan - dobry guesthouse, jedzenie powyzej indonezyjskiej sredniej, duzo atrakcji dookola Ubud, ale jednak... Moze to dlatego, ze koncza sie wakacje i na sama mysl o powrocie do pracy ogarnia mnie zniechecenie (to najlagodniejsze z okreslen, ktore przychodzi mi do glowy na mysl o pracy). Na szczescie.... Kolejny raz wakacje koncze w wysmienitym towarzystwie, nieformalnie zawiazanym podczas jednej z wycieczek dookola Bali. Wybuchowa mieszanka bardzo roznych typow poczucia humoru. Bawimy sie ze soba swietnie, ale tez bawimy Indonezyjczykow. Podczas spacerow, zanim ktokolwiek zblizy sie do nas z oferta transportu, taksi, masazu czy czegokolwiek, sami oferujemy im podobne uslugi wykrzykujac te same zachety, co Indonezyjczycy. Wanna massage? Cheap, cheap. Morning price, special price, transport included :-)). Im sie to bardzo podoba, czemu daja wyraz nie tylko gromkim smiechem, ale tez obnizeniem cen. Moze nikt przed nami tego nie robil? W kazdym razie obie strony sa zadowolone. Czasami dla zabawy udajemy, ze poprzedniego dnia wzielismy slub (6 osob) i dostajemy mnostwo zyczen. Albo zmieniamy kraje, z ktorych pochodzimy. A wieczorem, z naszym juz zaprzyjaznionym zespolem grajacym oczywiscie reggae, balujemy do rana konsumujac arak attack albo niesmiertelny Bintang.
Poranki za to bywaja trudne. Mam inwazje mrowek w lazience, walcze z nimi o dostep do toalety, raczej przegrywam, kazdego dnia jest ich coraz wiecej. Kiedy na talerzu dostaje kolejnego nalesnika z bananami (banana pancake) zaczynam miec odruchy wymiotne. Teraz przynajmniej mam zawsze kilka mrowek jako topping, ale nie wplywa to znaczaca na poprawe smaku. Czasami zmeczenie zabawa daje znac o sobie w malo ciekawych formach. Wczoraj w poszukiwaniu toalety wodzilam wzrokiem po okolicy ponad horyzontem, miast patrzec pod nogi. Wpadlam do kanalu burzowego, a poza jaka przybralam (z wykrecona noga i reka w powietrzu usilujaca ochronic trzymany w reku aparat) wystraszyla moich wspoltowarzyszy. Nina zbladla z przerazenia, byla pewna, ze zlamalam noge. Jednak pozbieralam sie szybko, otrzepalam podarte spodnie, osuszylam krew na kolanie i ... poszlam dalej. Z ochronionym aparatem w reku. Nawiasem mowiac, kolekcja sincow, zadrapan i otarc na moich nogach moglaby z powodzeniem zagoscic na konczynach jakiegos rozbrykanego 6-latka...
Czas zwiedzac....

Selamat Idul Fitri - szczesliwego konca Ramadanu (w wolnym tlumaczeniu)

,

Koniec Ramadanu zastal mnie na Gili Air. Poszlam zobaczyc ceremonie w meczecie, niestety mozna ja bylo tylko podgladac. Turysci zebrani w liczbie 15 osob przed wejsciem byli wyjatkowo dobrze odziani. Mam tu na mysli szacunek dla miejsca, sytuacji i religii. Nikt nie paradowal w krotkich spodenkach ani nawet krotkim rekawie, co na wyspie jest norma. Czekalismy nie bardzo wiedzac na co. Wokol nas co chwile wybuchaly sztuczne ognie, malo widowiskowe o poranku. Kiedy ceremonia zakonczyla sie, ludzie tlumnie wyszli przed meczet usmiechajac sie do siebie, sciskajac i przekazujac pozdrowienia. Idul Fitri jest dniem, w ktorym zapomina sie o wszystkich zlych rzeczach i wybacza wrogom i nieprzyjaciolom zle uczynki. Bardzo radosne swieto. To takze dzien, w ktorym wszyscy mieszkancy jedza w meczecie wspolnie sniadanie. Kazda rodzina mieszkajaca na wyspie (okolo 300) przygotowala kosz smakolykow. Turysci rowniez zostali zaproszeni na sniadanie, do czesci meczetu przeznaczonej dla kobiet. Jedzenia bylo mnostwo: kilka rodzajow curry, ryby, ryz gotowany w lisciach banana, ryz w koszyczkach z plecionki, orzechy, jajka, specjalna przyprawa z wiorkow kokosowych. Kiedy wrocilam do bungalowu zostalam zaproszona na specjalne sniadanie przygotowane przez wlascicieli naszego domku. Na stole pojawilo sie chyba 15 polmiskow....
Na koniec Gili zobaczylam w koncu zachod slonca. Ten z drugiej strony wyspy ;-)
Potem byla fantastyczna podroz NAJLEPSZA fast boat laczaca Gili Trawangan z Bali. (Polecam szczegolnie: Ocean Star Express). Chcialam cala podroz odbyc na dachu lodzi, zeby dodac jeden odcien do mojej opalenizny. Wytrzymalam pol godziny. Warunki na morzu byly... ciezkie. Lodz skakala jak kangur. W koncu poddalam sie i przemoknieta do suchej nitki zeszlam na poklad glowny. Dostalam brawa za wytrzymalosc i chyba jeszcze za ilosc wody, ktora wnioslam na sobie ;-). Nie udalo mi sie wyschnac az do Ubud.
Ubud - na razie widze wiecej minusow niz plusow. Jak zreszta w przypadku calego Bali. Za duzo turystow. Zdecydowanie za duzo, choc juz po sezonie. NO I CO TU ROBI TEN DESZCZ???

I jeszcze raz Gili Air i Gili Meno

Ha. Stalo sie. Znowu jestem na moich ulubionych wysepkach. Znowu jako asysta dla kogos, kto robi kurs PADI Open Water. Znowu jem pyszne ryby grillowane na lupinach kokosowych. Znowu wstaje na kazdy wschod slonca. Znowu chce wymordowac wszystkie koguty na wyspie.
I absolutnie zadne z powyzszych ZNOWU mi nie przeszkadza.
Znowu snorklowalam. Dzis widzialam zolwie i rekina. A jak mi zabraklo sil na plywanie, to pomocna dlon (doslownie) podal mi przesympatyczny Toko z Tokio. Nie wiem, czemu wydalo mi sie, ze tym razem bez pletw pojdzie mi latwiej ;-) Z innych mrozacych krew w zylach wiadomosci - tak, poczulam trzesienie ziemi. Rano, juz po wschodzie slonca, nasz bungalow zaczal sie troche trzasc. Sandrine i ja wymienilysmy spojrzenia. Hm. Jakos nikt sie nie przestraszyl. Pierwsza wersja byla taka, ze to Gunung Rinjani (wulkan) na sasiednim Lomboku pomruczal troszke. Dopiero sms z Polski uswiadomil mi, ze to bylo trzesienie ziemi, ale daleko, ponizej Bali.
Jutro Idul Fitrih. Koniec Ramadanu. Wielkie swieto. Od kilku dni nad wysepkami blyskaja setki sztucznych ogni. Wlasciciele naszego bungalowu zaprosili nas na uroczyste sniadanie, ale najpierw wizyta w meczecie.
A potem - jak zwykle - ksiazka, masaz, plaza, hamak, ryba ;-)))

Bali - znowu, ale na krotko

Po pierwsze - jestem na Bali.
Po drugie - na krotko.
Po trzecie - Kuta DALEJ jest do bani.
Ale po kolei:
Ubawilam sie serdecznie przy zaladunku pasazerow do samolotu linii lotniczych Air Indonesia Transport. Scena zywcem wyjeta z "Misia", bo prosze sobie wyobrazic, ze na lotnisku w Labuanbajo wazy sie nie tylko bagaz glowny pasazerow, ba! nawt nie tylko bagaz podreczny! ale rowniez samego pasazera. I w mysl zasady, ze kazdy nadprogramowy kilogram obywatela wywieziony z Flores musi kosztowac zaplacilam za siebie 1000 rupii indonezyjskich (jakies 10 centow). Musi przytylam pasiona smazonym ryzem ;-).
Na lotnisku w Denpasar udalo mi sie w koncu nabyc droga kupna bilet z Denpasar do Jakarty na 27 wrzesnia. Sprawdzilam kilka linii lotniczych - jedne byly bardzo drogie, drugie o barbarzynskiej porze 6.00, w koncu zdecydowalam sie na Bartavia Air - ostatnie miejsce w samolocie...
Bali staram sie zniesc bezbolesnie i w sposob lekko szalony. Wczora wynajelysmy 3 Indonezyjczykow na skuterach, zeby zawiezli nas do Tanah Lot - pieknej swiatyni nad brzegiem morza. Fantastyczna przejazdzka, zwlaszcza ze wracalysmy w nocy, po ciemku. Dzisiaj natomiast zaszalalysmy w Jimbaran w restauracji szalenie drogiego hotelu wydajac po 50 USD za dwa drinki kazda. Ale za to jakie widoki! Na plazy przed nami 9 panow zapalilo chyba z 500 lampionow ulozonych na piasku. Nie dziwota, ze drinki takie drogie, ktos przezciez za te swieczki musi zaplacic! Do tego zespol jazzowy na zywo i tysiace uklonow. Podarowalam sobie odrobine luksusu.
Poniewaz ani Kuta ani Jimbaran, ani Legian, ani Seminiak, ani Sanur nie robia na mnie zadnego wrazenia, a wrecz przeciwnie, odstraszaja turystyczna tluszcza, podjelam decyzje, ze... wroce Na Gili Air. Albo Meno. W kazdym razie jutro rano laduje na Gili Trawangan i sie zobaczy.
Jedyna rzecza jakiej zaluje, to ze nie sprawdzilam czy na pomniku poswieconym ofiarom pierwszego zamachu bombowego w Kuta jest nazwisko Beaty Pawlak, autorki bardzo dobrych ksiazek "Pieklo jest gdzie indziej" i "Mamuty i petardy". Niewielu ludzi potrafilo pisac o islamie tak pozytywnie, jak ona. Ironia losu, ze zginela tam, gdzie zginela.
Mam nadzieje, ze uda mi sie spokojnie przezyc Idul Fitrih (koniec Ramadanu) na wyspach.

Widzialam mante! - rejs na Komodo i Rinca

, , ,

Wlasnie wrocilysmy. Mozna powiedziec, ze byl to luksusowy rejs - wynajelysmy lodke na dwa dni w trzy osoby. Szalony pomysl w innych szerokosciach geograficznych, ale tu? Zatem: widzialam smoki z Komodo, jakies 20 sztuk, spalam na pokladzie z widokiem na milion gwiazd i, oczywiscie, Krzyz Poludnia, zobaczylam setki nietoperzy przelatujacych nad wyspa o zachodzie slonca, przeplynelam kolo dziesiatek wysepek az do Manta Point i z powrotem, zaliczajac Pink Beach, Bidadari Island i wiele innych, zjadlam pyszne posilki przygotowane przez zaloge naszego stateczku (gotowalo dwoch chlopakow - jeden moze 12 lat, drugi 20 ;-). Ale co najwazniejsze - snorklowalam przez kilka godzin. Ha, nie wazne ze w kapoku, wazne ze to, co zobaczylam bylo... No wlasnie. Ja nie mam porownania, ale Natalie nurkowala w wielu miejscach na swiecie i twierdzi, ze tu jest najlepiej. Hm... nie ma takiej palety kolorow, ktora moglaby oddac wrazenia kolorystyczne z raf wokol Pink Beach. Widzialam chyba kazdy kolor, jaki przyroda moze stworzyc. Korale zielone, turkusowe, zolte, pomaranczowe i biale. Lekko swiecace i matowe, zywe i nieruchome, anemony, jamochlony, ogorki morskie i inne dziwaczne kreatury. I ryby. Rybki, rybeczki i rybska olbrzymie. No i najwazniejsze: widzialam mante. Niesamowite i dostojne stworzenie przeplynelo kolo mnie. Miala chyba ze 3 metry dlugosci... Widzialam tez zolwia morskiego i tunczyki i barakude - to z bardziej jadalnych. Widzialam chyba caly atlas ryb tropikalnych z bohaterami Fiding Nemo wlacznie ;-).
Teraz zostaly wspomnienia, brak zdjec i dziwne uczucie kolyszacej sie podlogi.
Jutro powrot samolotem na Bali. Juz blizej niz dalej do konca...

Koniec Flores

Jestem w Labuanbajo. Nie da sie tu kupic biletu lotniczego z Denpasar do Dzakarty, wiec wciaz nie wiem, jak zdaze na lot do domu. Ale nic to! Udalo mi sie zdobyc bilet na samolot do Denpasar z Labuanbajo, mimo ze wszystko jest zabukowane na tydzien do przodu.
Jutro plyne na dwudniowy rejs na Rinca i Komodo ze snorkelingiem. Bede plywac w kapoku, ku uciesze widzow ;-). Mam nadzieje zobaczyc choc jednego smoka.
Teraz ide jesc. I sluchac reggae. Czasami mam wrazenie, ze jestem na wakacjach na Jamajce. Reggae jest wszedzie, to jakby ich muzyka narodowa. Mnostwo mlodych chlopakow ma dredy. Mnie to nie przeszkadza - to jakby wakacje dwa w jednym - Jamajka i Indonezja.

Niesamowita msza

W Gurusinie, gdzie spalysmy podczas trekkingu, wieczor byl specjalny. Specjalny dla wioski, ale tez i dla nas. Trzy dni wczesniej odeszla z tego swiata Mama Katarina Bupu, ku czci ktorej wlasnie tego wieczoru odprawiano msze w zaimprowizowanym kosciele.
Do dachu jednego z domow przymocowano plandeke, ktora byla zadaszeniem nad rzedami krzeselek, one mialy pomiescic wszystkich mieszkancow wioski. Na ganku domu ustawiono prosty oltarz. Na bialych firankach przykrywajacych oltarz siedzial olbrzymi pajak, pod plandeka szybowaly olbrzymie wazki i cmy. Kiedy nadszedl wieczor, cala wioska zebrala sie w tym dziwnym kosciele na koncu swiata, w srodku dzungli u stop wysokich dzikich gor i wulkanow.
Niesamowity czas i miejsce.
Czyste glosy wyspiewywaly choralnie piekne piesni. Nikt nie byl smutny, rodzina zmarlej wrecz cieszyla sie, ze wszystko wyglada tak pieknie. Bylysmy zafascynowane, zaczarowane. Kazdy w wiosce znal juz nasze imiona i kraje pochodzenia. Polandia jeszcze raz wywolala pozytywne pomruki mieszkancow Gursiny. I usmiechy.
Po mszy zostalysmy zaproszone na uczte, jako honorowi goscie. Kazdy nam uslugiwal, usmiechal sie, dolewal wina ryzowego. Nikt nie znal angielskiego, moze kilka podstawowych slow. Takie chwile nie zdarzaja sie czesto. Do tej pory widywalam je raczej w telewizji, przy okazji bardziej ambitnych programow podrozniczych. Teraz jedna z nich stala sie moim udzialem...

Trekking w Bajawa - Polandia oooooo uuuuuuuu aaaaaaaa

Flores nie przestaje mnie zadziwiac. Ta piekna wyspa ma tak wiele do zaoferowania i jest wciaz tak dzika, ze nawet widok innych turystow mnie nie denerwuje. Jest tu ich po prostu bardzo malo. A w wioskach dookola Bajawa prawie wcale. Dziwne, myslalam ze ludzie poszukuja takich odludnych zakatkow, a ten przeciez jest na wyciagniecie reki od Bali. Fakt, jest juz prawie po sezonie, ale jednak... Flores to glownie gory, gory, gory i jeszcze raz gory, wulkany, dzungla, morze, gorace zrodla, widoki nie do opisania, krete drogi i bardzo przyjaxni ludzie. Flores jest tez inna pod wzgledem kulturowo-wyznaniowym. W tym najwiekszym muzulmanskim kraju swiata Flores jest wyspa w wiekszosci katolicka, co zreszta bardzo moczno odczulam.
Wybralysmy sie na dwudniowy trekking wokol Bajawa u stop wulkanu Inerie. Razem z Nathalie i Sandrine. Miedzy odwiedzanymi przez nas wioskami byla dzungla. I cos w rodzaju nieuporzadkowanych plantacji, ktore wygladaly jak czesci dzungli. Zreszta ta ostatnia latwo wdziera sie na tereny jej wczesniej wydarte. A zapachy i zestawy rosnacych smakolykow... mniam. Nie wiedzialma, ze kwitnaca kawa pachnie tak pieknie. Rezsta pysznosci to cudowny koktajl zlozony z kakao, bananow, ananasow, papai, jackfuitow, gozdzikow, wanilii, orzeszkow nerkowca, galki muszkatolowej, kokosow... Cos pominelam, na pewno, ale czyz ta mieszanka nie jest wystarczajaca? W kazdej z odwiedzanych wiosek (a bylo ich chyba 10 w sumie) dzieciaki pierwsze witaly nas brudnymi usmiechnietymi buziami. Mlodzi chlopcy stali zawsze z boku. Potem pojawiali sie dorosli. Wszyscy zawsze usmiechnieci. Bez wzgledu na szerokosc geograficzna ludzie wszedzie zachowuja sie jednak podobnie, mlodziency niby nie zainteresowani, ale zerkaja ukradkiem.
Potem nastepowalo to, co lubie najbardziej: where are you from? Polandia - odpowiadalam. I ta fantastyczna reakcja - ooooooo, uuuuuuuu, aaaaaaaa. Wydaje sie, ze ta wiadomosc zawsze wywoluje u nich wielkie wrazenie. Mysle, ze powody sa dwa: papiez, oczywiscie ten poprzedni, ktory zreszta byl na Flores i polscy ksieza, ktorych jest tu podobno kilku. Nie powiem, pare razy sie wzruszylam. Np. kiedy chlopak wyjal spod koszulki rozaniec, pocalowal go i powiedzial, ze jest z Polski. Nigdzie i nigdy przedtem miejscowi ludzie nie reagowali tak pieknie na moje pochodzenie.
Trekking pierwszego dnia konczyl sie noclegiem w wiosce Gursina. W lokalnym domu, prawie na dworze, zimno, ale jednak cudownie.
Drugi dzien byl znacznie gorszy - duuuuzo wspinania i baaardzo goraco. Nagroda byly gorace zrodla. Dwa strumienie - jeden z woda o temperaturze okolo 70 stopni i drugi lodowaty laczyly sie tworzac cos w rodzaju basenu. Lezalysmy na kamieniach i taplalysmy sie w wodzie - raz przechylajac sie na prawo, zeby bylo cieplej, raz na lewo, zeby bylo chlodniej. Nad nami palmy i bambusy. Luksusowe spa. I nie przeszkadzalo nam, ze za progiem skalnym kapie sie kon.;-)Potem lunch - makaron z ryzem, tez na kamieniach. Raj w srodku dzungli.
I znalazlam wreszcie Krzyz Poludnia! Wisial dokladnie nad naszym domkiem w Gursinie, calkiem nisko, lekko pochylony. Dookola niego miliardy gwiazd.

Flores... i co dalej?

Na Flores zabral mnie samolot lokalnych linii lotniczych Merpati. Juz w samolocie zawiazala sie grupa wycieczkowa, tym razem finsko-francusko-polska. W Maumere, gdzie wyladowalismy, czuc bylo z daleka, ze blizej stad do mojej Azji, niz z ktoregokolwiek miejsca, w ktorym dotychczas bylam w Indonezji. Po dlugich negocjajcjach wynajelismy samochod z kierowca, ktory mial nas dowiezc do Moni, bazy wypadowej na wulkan Kelimutu. Mial. Bo po przejechaniu 20 kilometrow powiedzial, ze dalej nie jedzie, bo cena mu sie nie podoba. Wczesniejsza zgoda nie miala znaczenia. Na szczescie zadzwonil po kolege i ten okazal sie byc istota bardziej sklonna do negocjacji. I dowiozl nas do Moni za pierwotnie umowiona cene. (To mi sie u Indonezyjczykow nie podoba, ZA czesto chca oszukac turystow. Oczywiscie oszustwa zdarzaja sie w kazdym kraju, ale tutaj jednak z przesadna czestotliwoscia. Nie chce nawet opowiadac o przygodzie Klaudii z biletem na fast boat z Gili Trawangan, ale dosc powiedziec, ze jest po tej operacji jakies 60 USD do tylu)
Moni mikro i mikro sa tutaj ceny. Jak milo powrocic do placenia za pokoj 5 USD za noc! Wulkan przecudny, trzy jeziora w kraterach, kazde o innym kolorze. Zdobycie go nie kosztuje zbyt wiele sil, pieniedzy jednak juz troiche wiecej. Wioskowi przewoznicy sa sztywni negocjacyjnie i nie da sie ceny obnizyc. Kolejny minus dla Indonezyjczykow. Za to wyprawa na lokalny targ i spacer po wioskach dookola - fantastyczne przezycie. Nie wiem, kto byl wieksza atrakcja - my dla nich, czy on dla nas. A w wioskach czas zatrzymany od 100 lat w jednym miejscu, spokojny rytm zycia wyznaczany przez obowiazki na roli i przy domu. Dla nich ciezkie zycie, dla nas cudne widoki. Nie ma sie co dziwic, ze oni nie rozumieja, dlaczego westerny lubia chodzic po ich wioskach i jescze placa za trekkingi!
Dzisiaj jestesmy w Bajawa. Kolejna podroz wynajetym samochodem z kierowca i kolejny problem z negocjowaniem ceny. Ale droga! To jakby Amalfitana, tyle ze porosnieta dzungla i lasem bambusowym. I ludzie krzyczacy z drogi do nas Hello Mister! I kolorowa plaza pokryta blekitnymi i zielonymi kamykami. I dymiacy wulkan i jeszcze jeden... I wioski jak z bajki, i plantacje pieknie pachnacej kawy... I..
I no wlasnie... Nie moge znalezc zadnego polaczenia samolotowego, zeby dotrzec 27 do Jakarty. Hm...Cos wymysle.
Jutro trekking dwudniowy z noclegiem w lokalnej wiosce.
Idziemy na kolacje, soto ayam w programie ;-)

Kuta fuj, czyli najwiekszy kurnik swiata

Zarzekalam sie, ze tutaj moja noga nie postanie. I nic nie wyszlo z moich obietnic. Na szczescie tylko 24 godziny, ale o cale 24 godziny za duzo. Nie moge pojac, ze chce sie ludziom przeleciec taki kawal swiata, zeby urlop czy wakacje spedzic w tym miejscu. Plaza moze i ladna, ale nadziana ludzmi jak dobry keks bakaliami. W samym miescie ciag sklepikow z turystycznym badziewiem z ktorych caly czas dobiega nagabywanie: ciip, ciip, ciip. Dlatego czulam sie tu jak w najwiekszym kurniku swiata (ciip oznacza indonezyjska wersje cheap cheap cheap).
Kute mozna lubic tylko za jedno: ciagle rozrastajaca sie kolonia nowych miejsc noclegowych, barow, dyskotek, sklepow jest chyba najlepszym prztyczkiem w nos dla terrorystow - a widzicie! - zdaja sie mowic nowe miejsca - nie przestraszycie nas! Mimo dwoch atakow bombowych nic nie odstraszylo rowniez turystow od powrotu do Kuty na kolejne wakacje. Dla mnie jednak nie jest to wystarczajacy powod dla kolejnych odwiedzin. Za pol godziny stad znikam.

To juz tydzien, a lokalizacja bez zmian

Tak. Musze wydac oswiadczenie. Oficjalne. Otoz absolutnie nie zmienilam upodoban i nie stalam sie z dnia na dzien plazowiczem-wylegiwaczem. Nie pociaga mnie grzebanie w piachu ani drinki z palemka serwowane do lezaczka. Nie jestem fanka mody plazowej. Odcien brazu mojego ciala nie jest najwazniejsza pamiatka wakacyjna. Ale fakt pozostaje faktem, wciaz jestem na Gili Air. Bylabym absolutnie niesprawiedliwa twierdzac, ze to wynik mojego poswiecenia dla Klaudii i Emila, ktorzy robili kurs pletwonurkowy. Emil zrezta juz odlecial, a ja wciaz tu tkwie. Dlaczego? Nie wiem. Serio. Wciaz wydaje mi sie, ze jest tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, np:
1. Zobaczyc zachod slonca. Ten z mojej strony wyspy nie wystepuje, trzeba przejsc na strone przeciwpolozna, czyli jakies maks. 20 min spacerkiem. Albo konikiem z wozkiem 5 min. Jakos sie jeszcze nie udalo dotrzec na druga strone wyspy (cala dookola mozna obejsc w 1,5 h)
2. Zjesc 15 rodzaj ryby z grilla.
3. Poznac ostatnich trzech sprzedawcow i restauratorow na wyspie, ktorzy jeszcze nie znaja mojego imienia lub nie wiedza, ze jestem z Polski.
4. Zamordowac wszystkie koguty na wyspie, za to ze pieja o 3.30 rano.
5. Wstac po raz piaty na wschod slonca.
6. itd...

Serio, jutro zwijam zagle. Wracam na paskudne Bali. A potem Flores.
Czytelnikow informuje, ze NIE bylam na Jawie w czasie ostatniego trzesienia ziemi, o ktorym zreszta sie dowiedzialam od 'polskiej' strony.
Pragnacych pozostac ze mna w kontakcie zawiadamiam, ze moj indo numer jest +62 81384807731. Niesmialo zwracam uwage, ze u mnie jest 6 godzin pozniej ;-)


Gili Air - sanatorium ;-)

Hm...
W zasadzie jak mozna opisac to, co mam za oknem, zeby nie zabrzmialo jak lukrowato lepka reklama cukierkowatego kawalka plazy z palemka? A tak wlasnie jest...
Na polnoc od Lombok znajduja sie trzy male wysepki Gili, perelki bez ulic, komunikacji i czesto bez pradu, zamieszkale przez ledwo tysiac ludzi kazda, a niektore i mniej. Do obejscia wkolo w jakies 30 min. I, co najwazniejsze, jakim cudem miejsca nieskazone urbanizacja. Ot, ledwo kilka domeczkow, chatynek drewnianych, czasami cos murowanego. A dookola rafa koralowa, a morze, morze ma tutaj ten specyficzny kolor, ten blekit absolutny, ktory swieci bialym swiatlem, nawet gdy slonce chowa sie za chmurami. Piasek jest oczywiscie bialy, bo ze startego na proszek korala. I te restauracyjki nad morzezm - platformy wybudowane z bambusa, z daszkiem z lisci palmowych, wyscielane poduchami a oswietlone lampami naftowymi z powodu czestego braku pradu. I cisza o poranku taka, ze kapiacy kran czy piejacy kogut moga doprowadzic do szalu... ;-)
Mamy pietrowy dom. Parter jest Emila, nasze pietro. I hamak. I bambusowe fotele i stol.
I spokoj.
Prowadzimy bardzo zdrowy tryb zycia - wczesne wstawanie, sok i owoce oraz nalesnik owocowy na sniadanie, potem cos lekkiego na lunch i grillowane ryby, krewetki na kolacje. Zadnych alkoholi ;-) Sanatorium ;-) Klaudia i Emile robia kurs PADI open water divers, na ktory Emile mnie mocno namawial. Ha! To by dopiero bylo! Ja, nieumiejaca plywac i kurs PADI... ;-))))
Pozostaje mi snorkeling, tez przy pomocy Emila. Przeciagnal mnie po pobliskiej rafie, sluzac za naped i podpore, gdy do maski wlewala mi sie woda. Bosko... Cudnie... Ja mam pelno zadrapan na kolanach, nogach i rekach, Emile ma siniaki na rekach ;-)
Kiedy oni plywaja ja siadam na platformie, sacze soczek i mysle. Czy miejsca takie jak to, moga istniec obok cywilizacji? Czy ich istnienie jest mozliwe tylko ze wzgledu na cywilizacje i jej troche poboczny porodukt, jakim sa backpackersi. Czemu wracamy do miast, jesli tak nam sie tutaj podoba? Bez samochodow, ulic, pradu. Z bardzo prostym dachem nad glowa. Czy za 10 lat znajde jeszcze takie miejsca w Azji? Czemu ludzie tutaj wydaja sie szczesliwsi niz na Zachodzie swiata?
Ludzie... Jak zwykle w Azji, sympatyczni. I wszyscy wiedza, gdzie jest Polska. I znaja stolice. I ze falaga nasza taka sama jak ich, tylko do gory nogami. A tu na wyspie, po trzech dniach, wszyscy juz chyba wiedza, ze jestesmy z Polski, tak nas zreszta pozdrawiaja. Dla wszystkich jestesmy friend, nie nagabuja zbytni, jesli dzis nie chcecie zjesc w naszej restauracji, no problem my friend, maybe tomorrow or later...
Ide pobujac sie w hamaku w cieniu. Spalilam sobie czubek glowy, cjoc zupelnie nie wiem, jak to jest mozliwe... ;-)))

Gunung Bromo z malpa po drodze

Ciagle w drodze. Przemieszcamy sie bardzo czesto. Gunung Bromo cudowne, piekny hotelik i fantastyczne jedzenie. Duzo przygod, malpka podrozujaca z nami w minibusie, wiedziona instynktem uwolnila sie z klatki i przebiegla po spiacej Klaudii. Szczur nie zrobilby wiekszego wrazenia. Mam malo czasu, wiecej wiadomosci wkrotce. Miedzy innymi o tym, jak mnie oszukali przy wymianie pieniedzy o 160 USD, ale przy pomocy Emila udalo sie te pieniazki odzyskac. Niby nic, ale dzien zepsuty. Miedzy innymi dlatego Bali nam sie nie podoba wcale. Jest jak Koh Samui. Fuj. Jutro wynosimy sie na Gili Islands.

Dzogdza, Bora Bora i Banana Thing

Pierwsza indonezyjska podroz dalekobiezna za nami. Nocny pociag klasy biznis (biznes jest tu taki, jak u nas hmmmm... 3klasa? - gdybysmy taka mieli...)dowiozl nas do Yogakarty (w skrócie Yogya), ktora wymawia sie wbrew zdrowemu rozsadkowi stosujac dwa miekkie 'dz' zamiast 'y' czy 'j'. Na kazdej stacji jakas setka oferentow przechodzi pomiedzy spiacymi wykrzykujac nazwy produktow spozywczych, smazonych, gotowanych pieczonych, itd..., ktore z niewielka oplata moga stac sie wlasnoscia pasazera. Na dodatek panowie z indonezyjskiego WARSA przechodza co chwile z menu i donosza zamowione gorace posilki. Jadlysmy. Calkiem niezle, jak na 3 klase.
Nad ranem znalezlismy mily hotelik (Znalezlismy, bo jest nas chwilowo troje, dolaczyl Emile ze Szwecji) a nim, jak to w tej czesci swiata czesto bywa, kompetentnego czlowieka, ktory zaplanowal i pobral oplate za atrakcje na kilka nastepnych dni.
Wczoraj zwiedzilismy Dzogdze, na piechotke, w rosnacym upale i zgodnie stwierdzilismy, ze o ile Jakarta nas nastroila negatywnie do Indonezji, o tyle Dzogdzakarta odwrocila to uczucie o 180 stopni i to z nawiazka. Wieczorem, umeczeni upalem, planowalismy nastepne dni saczac drogie piwo.
A dzis byly dwie swiatynie - buddyjska Borobodur i hindu Prambanan. Piekne. Ale oboje z Emilem poradzilismy Klaudii, zeby nie jechala do Angkor Wat. Bo jak sie zobaczy Angkor - to nic juz nie robi wrazenia na czlowieku. A swiatynie, ktorych nazwy wciaz sprawiaja Emilowi problem, zostaly przechrzczone na Boro Boro i Banana Thing ;-).
A jutro jedziemy 10 godzin do Gunung Bromo (wulkan). Rano nastepnego dnia pobudka o 4.00 i wschod slonca na wulkanie. Potem autobus na Bali...

Na poczatek Jakarta

,

Emirates sa boskie. Po latach latania wschodnioeuropejskimi liniami doczekalam sie odrobiny luksusu. Humoru nie zepsula nam nawet pancia na lotnisku w WAW, ktora plecaki nadala do... Dubaju. Na szczescie czujny pracownik linii Emirates na lotnisku we Frankfurcie wychwycil pomylke i przetagowal nasze bagaze do Dzakarty. Mimo tego, ze do Dubaju lecialysmy siedzac w roznych czesciach samolotu w nie zepsulo to nam humorow. A na pokladzie... mniam. Wszystko fantastyczne. Jedzenie pyszne, obsluga fantastyczna i i.c.e. - najlepszy serwis rozrywkowy - setki filmow, seriali, programow, myzyka kazdego typu, mozliwosc wysylania maili i sms-ow. Chyba sie nie przesiade na Areoflot z powrotem.

Jakarta to najmniej ciekawa z azjatyckich metropolii, ktore dotychczas widzialam. Wielkie miasto, ale bez klimatu, duszy. Klimat tez jakby inny. Niby rownik, a wcale nie ma upalu, taki nasz polski sierpien, a wieczorami najzwyczajniej chlodno. Mnie to rozczarowuje, bo lubie czuc, ze jestem znowu w Azji. A to zwykle ma oznaczac wysoka temperature w dzien i w nocy i jeszcze wilgotnosc. Wazne miejsc i zabytki objechalysmy w jeden dzien bez poczucia, ze trzeva tu koniecznie wrocic. Jesli juz, to chyba po to, zeby zobaczyc najwieksze centrum handlowe w Azji Pld-Wsch. Tak pewnie spedze ostatni dzien pobytu wobec braku innych ciekawych alternatyw. Jakarta jest ofiara manii 'naj'. Oprocz najwiekszego centrum handlowego jest najwiekszy meczet. Faktycznie ogromny. I na sczescie dopuszczony do zwiedzania przez innowiercow.
Ramadanu na razie nie odczuwamy. Ludzie i pija i jedza na ulicach, czasami tylko restauracje czy knajpki maja zasloniete plachta czesci otwarte. Plachta daje zludzenie odciecia od swiata i ma odgradac tych, ktorzy jedza, od tych, ktorzy poszcza. W praktyce i tak jakies czesci ciala jedzacych sa widoczne, wiec jasnym jest dla wszystkich, ze po drugiej stronie plachty ktos najzwyczajniej nie stosuje sie do nakazow Ramadanu.
Ale za to jedzenie fantastyczne. Gado-gado (salatka z warzyw w sosie z orzeszkow ziemnych), satay ayam (kurcze pieczone na ruszcie w sosie jak wyzej), oczywisciemoje ulubione owoce morza, curry , owoce, soki owocowe i niesmiertelny nasi goreng (smazony ryz), ktory jemy juz tez i na sniadania zupelnie eliminujac europejskie jedzenie z naszego menu.

100 000 odwiedzin, czyli którędy do Kasi

W najśmielszych marzeniach nie liczyłam na to, że kiedykolwiek liczba odwiedzin mojej strony przekroczy 10 tysięcy. Nie marzyłam, nie dążyłam, ale też od razu przyznaję, że miło było wiedzieć, że ktoś czyta(ł) to, co napisałam. Dlatego czasami zaglądałam do statystyk dostarczanych przez Operę. Brak nazwy jednoznacznie sugerującej zawartość wydawał mi się ograniczeniem gwarantującym, że jedynie osoby znajome trafią do operowej kani. Nic bardziej mylnego. Nie jest ważne, jaki procent z tych stu tysięcy stanowią ludzie faktycznie zainteresowani tekstem czy zdjęciami. Wszyscy odwiedzający cieszą mnie jednako (chociaż ci komentujący jakby trochę bardziej ;-). Ale kiedy liczba odwiedzin zaczęła zbliżać się do 100 000 postanowiłam zbadać, przy pomocy HitsLink'a, jakim cudem internauci trafiają na moją stronę. Oto mój osobisty top wszechczasów (albo raczej ostatniego miesiąca) - czyli co trzeba wpisać w google, żeby do mnie trafić:
pisownia, skladnia - autentyczne
1. lista dziewczyn które szukają słowaków do 13 lat
2. kto wie jak można znaleźć skuter w grze świat według kaczek
3. jakie można zrobić bransoletki które nie można zdjąć
4. o której mam przyjechać po ciebie na lotnisko - to mój ulubiony ;-)
5. małe autka hotline
teraz część medyczna, chyba sobie dodam dr przed nazwiskiem ;-)
6. laremid czy stoperan
7. altacet magyarorszag
8. odkrztuszanie flegmy i aparat do odkrztuszania
9. okładanie ręki po WZW A
10. kłopoty żołądkowe a gazy
i kulinarna
11. najlepsza sałatka z krewetek
12. krewetki ko chang ceny
i zagadka
13. repelent do Szkocji - hmmmmm, pewnie DEET 20% :-)
a na koniec absolutny hit
14. rozmówki polsko-czeskie - ten wpis gwarantuje mi jedną wizytę dziennie
i ten najlepszy Bookmark or direct z różnych stron Polski, Europy i świata, świadczący o tym, że albo polecony przez kogoś albo dodany do ulubionych.
Dziękuję wszystkim bez wyjątku!
A największe dzięki dla Pitera, który mnie namówił...

Już za chwileczkę, już za momencik

Przyjaciół, znajomych, kibiców, czytaczy i wszelkie inne osoby zaglądające na tę stronę z wielką przyjemnością informuję, że 22 sierpnia rozpoczynam kolejną podróż do Azji. Tym razem będzie to Indonezja. 37 dni. Mało? Mało. Krótko? Pewnie tak, zawsze jest za krótko. Ale mam nadzieję, że te 5 tygodni będzie kolejną fantastyczną azjatycką przygodą, niezapomnianym czasem i dobrym powodem do skreślenia kilku słów na tym blogu. Do czytania tego ostatniego zapraszam :smile:.

Koniec wakacji

Wróciłam. Jest szaro, brzydko i smutno. Wakacje mogłyby się kończyć łagodniej.