Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

Blogrys

czyli jak obarczyłem się dodatkowym zajęciem

Glasgow, cz. 1

,

W poprzednią sobotę nie zaplanowano nam żadnych grupowych wyjazdów, więc miałem czas, żeby wreszcie pozwiedzać Glasgow. Do wszystkich interesujących mnie miejsc nie dotarłem, ale liczę, że przed zakończeniem stażu zdążę zaliczyć pozostałe turystyczne checkpointy. W bieżącym wpisie na pierwszy ogień idą zatem: Galeria Sztuki Nowoczesnej, katedra, Muzeum Św. Munga oraz Latarnia. Najpierw jednak kilka słów o głównym bohaterze.

Read more...

Wyspa Arran

,


Wyspa Arran (Isle of Arran), położona tylko 70 km na południowy-zachód, ale aż dwie godziny drogi pociągiem i promem od Glasgow, jest opisywana jako "Szkocja w miniaturze" i "klejnot w turystycznej koronie Szkocji". Spędzony na niej weekend dość hardo się z tą tezą obszedł. Bo i owszem, widoki były piękne, ale okazało się, że aby ów klejnot zalśnił, spełnione muszą zostać dwa warunki:
- ładna, słoneczna pogoda (o którą w Szkocji niełatwo)
- zamiłowanie turysty do łażenia po górach
W przeciwnym razie na Arran będziemy albo moknąć, albo się nudzić. Pospiesznie jednak ucinam swoje narzekanie, bo nie chciałbym upodobnić się do czwórki rodaków, którzy siedzieli obok mnie w autobusie jadącym na wyspie z Brodick do Lochranzy i na przemian komentowali "chujowość dróg" tudzież "stada zasranych owiec". Przejdźmy więc do rzeczowego opisu.

Read more...

Edynburg

,


Przewodnik turystyczny nie skłamał. Edynburg naprawdę jest przeuroczym miastem. Jednocześnie muszę nieskromnie przyznać, że stolica Szkocji nie wywarła na mnie równie wielkiego wrażenia co na statystycznym turyście, jako że ja już wcześniej widziałem coś podobnego, kiedy kilka lat odwiedziłem Stavanger na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Pod względem topograficznym oba miasta mają wiele wspólnego: wąskie, kręte uliczki pnące się w górę i w dół, nadmorskie położenie, bezpośrednie sąsiedztwo gór. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Edynburg jest od Stavanger ładniejszy, a to za sprawą zdecydowanie ciekawszej architektury i wielkiej ilości zabytków. Jej prawdziwy klejnot stanowi wielki, stary zamek położony na wzgórzu w samym środku miasta. Zaiste niesamowity to kontrast, gdy wędrujemy ruchliwą ulicą pełną pieszych, samochodów i sklepów, a nad nami góruje dostojne, wiekowe zamczysko.

Read more...

56 dni w Szkocji

,

Zacznę od egocentrycznego wstępu, bo bez niego i tak musiałbym pewnie wyjaśnić w komentarzach, jak się tu znalazłem. Otóż w ramach IAESTE, międzynarodowego programu wymiany studentów kierunków ścisłych, trafił mi się ośmiotygodniowy staż w Glasgow. Pracuję na Uniwersytecie Strathclyde w wydziale zajmującym się badaniami oddziaływań między wysokoenergetycznymi laserami i plazmą. Przydzielono mnie do eksperymentów z rozpraszaniem Ramana (nie mylić z Romanem) i... na tym poprzestańmy. Oszczędzę Wam szczegółów technicznych mojego stażu i będę ograniczał się do aspektu kulturalno-turystycznego. Ostrzegam jednak z góry, że nie jestem hardkorowym "zwiedzaczem" (jak na przykład tow. Seji, który ze swoich wycieczek do Norwegii zawsze potrafi wycisnąć zdumiewająco wiele notek), a poza tym znakomita większość część tygodnia i tak upływa mi na pracy. Ergo, nie będzie często i wyczerpująco... ale postaram się, żeby było ciekawie.

Read more...

Czerwcowa piosenka

And Jesus was a sailor
When He walked upon the water
And He spent a long time watching
From His lonely wooden tower.


Niektóre piosenki kojarzą się z określoną porą roku. Nie mam oczywiście na myśli tak banalnych i pospolitych konotacji jak ta pomiędzy White Christmas a Bożym Narodzeniem czy ta między Surfin' USA a latem. Chodzi o skojarzenia bardziej subtelne, bardziej indywidualne, zazwyczaj nie dające się w pełni uzasadnić.

Jedną z moich ulubionych piosenek jest Suzanne Leonarda Cohena. Pierwszy raz usłyszałem ją w czerwcu i zawsze już będzie mi się z czerwcem kojarzyć. Bo i jest w niej coś ciepłego, coś przywołującego na myśl najpiękniejszy miesiąc roku*. Nie tylko dzięki wersowi o słońcu lejącym się jak miód, ale też za sprawą urzekającej, choć leniwej muzyki, oraz hipnotycznego głosu Cohena śpiewającego o herbacie, pomarańczach, łodziach płynących po rzece, śmieciach i kwiatach. Fakt, białej poezji z reguły nie znoszę, ale wyjątki czasem się zdarzają. Suzanne jest jedną z nich.



Suzanne to znana piosenka i doczekała się licznych coverów. Na uwagę zasługuje wersja Petera Gabriela, który zmienił muzykę (zachowując jednak tę samą melodię) i przesunął utwór w kierunku typowych dla niego onirycznych klimatów. Oryginałowi nie dorównuje, ale... zabrakło niewiele.


Suzanne - Peter Gabriel


And when He knew for certain
Only drowning men could see Him
He said "All men will be sailors then
Until the sea shall free them"


* Tak, ja wiem, że sesja i upały, ale nie zapominajcie, że czerwiec to też początek prawdziwego lata i wakacji. Tak, wiem też, że dla mojego pokolenia pojęcie "wakacje" właśnie traci swoje podstawówkowo-licealne znaczenie, ale sentyment przecież pozostaje.

Christiania

Druga połowa maja, piękny, słoneczny dzień. Od Øresund wieje lekki wiatr, ale na błękitnym niebie nie sposób dostrzec żadnej chmury. Odcina się za to na nim wyraźnie czarno-złota, pyszna wieża Vor Frelsers Kirke, Kościoła Naszego Zbawiciela. To właśnie do wspinaczki na tę wieżę profesor Lindenbrock zmusił siostrzeńca Axela, by uleczyć go z lęku wysokości i przygotować do podróży do wnętrza Ziemi.

Mijamy kościół, kilka budynków mieszkalnych i po krótkiej chwili docieramy do skrzącego się od zieleni nabrzeża. Wędrujemy ścieżką, po lewej stronie mając niewysoką skarpę, a po prawej -- trzcinowy gąszcz. Mijamy ławki; na niektórych odpoczywają spacerowicze, na jednej śpi kloszard w wełnianej czapce. Sto metrów dalej pracownicy miejscy pielęgnują nabrzeżną zieleń. Wokół cisza i spokój, nawet ptaki zbytnio nie hałasują. Nagle pod stopami czuć niewyraźne drgania. Kilka sekund później pojawia się w nich wyraźny rytm, a zaraz potem do naszych uszu zaczyna dobiegać muzyka.

Wspinamy się na skarpę. Muzyka przybiera na sile. Po chwili stajemy na szczycie. Przed nami i pod nami rozciąga się skupisko murowanych budynków i blaszanych bud, zamaskowane listowiem wysokich drzew. Głośny hard rock wylewa się z niewidocznego głośnika i potrząsa całą okolicą. Schodzimy powoli w dół, ku przechadzającym się alejkami ludziom -- przyjezdnym, takim jak my, i... miejscowym. Wystarczyłoby wpuścić tutaj grupę moherowych katolików, a maryjny świat szybko obiegłaby wiadomość, że przedsionek Piekła znajduje się na terenie dawnych koszar wojskowych w śródmieściu duńskiej stolicy. Że Dante się pomylił, że wcale nie nel mezzo del cammin di nostra vita, a nel mezzo del cammin di Copenhagen in Danimarca.

Read more...

Kopenhaga

,

Kopehaga to miasto zdominowane przez rowery. Przez śródmieście we wszystkich kierunkach przemykają istne peletony składające się z mieszkańców, którzy zamienili cztery kółka na ekologiczny jednoślad. Najwięcej rowerzystów pojawia się w godzinach porannych i popołudniowych, gdy ludzie jadą do lub z pracy, ale i w porze południowej oraz wieczornej trzeba mieć się na baczności, żeby nie zostać przejechanym. Ścieżki rowerowe biegną bowiem wzdłuż chodników na dosłownie każdej ulicy w centrum i niezorientowanemu turyście łatwo pomylić przestrzeń przeznaczoną dla pieszego z przestrzenią zarezerwowaną dla cyklistów. Kilka nierozważnych kroków do przodu po złej stronie krawężnika i za chwilę okaże się, że znaleźliśmy się pośrodku strumienia rowerzystów, tuż obok samochodów pędzących środkową częścią jezdni, a szybki powrót na bezpieczny chodnik uniemożliwia betonowy murek.

Kopenhaga jest też miastem przestronnym, więc mnogość ścieżek rowerowych nie powinna w zasadzie dziwić. Na brak ciasnoty w śródmieściu wpływa położenie stolicy Danii. Centrum przecina kilka kanałów i szeroka fosa, pozostałość dawnego systemu obronnego. Owe nitki wodne skutecznie "rozbijają" miejską zabudowę i uniemożliwiają jej zbytnie zagęszczenie. Oczywiście, jak na stare europejskie miasto przystało, wąskie i kręte uliczki znajdziemy tu również. Czołową przedstawicielkę takowych stanowi Strøget, najdłuższy deptak handlowy na Starym Kontynencie, który zaczyna się przy Ratuszu, a kończy na Nowym Placu Królewskim. Strøget posiada kilka pomniejszych rozwidleń, na których znaleźć można kafejki, puby i restauracje.

Read more...

Wszystkie wieczności

,

Najciekawszym zagadnieniem związanym z podróżowaniem w czasie nie jest wcale przewałkowany i oklepany (choć co prawda daleki od definitywnego rozwiązania) paradoks dziadka. O wiele bardziej inspirujące wydaje się pytanie o stopień inercji historii, historii postrzeganej zarówno w skali dziejów ludzkości jak i losów pojedynczego człowieka.

O co dokładnie chodzi? Kanoniczny przykład wygląda tak: Przenosimy się do maja 1889 roku, do Gasthof zum Pommer na ówczesnych Austro-Węgrzech. Znajdujemy właściwy dom, wykorzystujemy chwilę nieuwagi Aloisa i Klary, wykradamy z kołyski malutkiego Adolfa i niezwłocznie topimy noworodka w najbliższej studni*. Potem wracamy do teraźniejszości. Co zastaniemy? Świat, w którym nigdy nie doszło do II Wojny Światowej i do okropieństw Holokaustu? A może po prostu Führerem zostałby ktoś inny?

Powyższy problem nie należy do oryginalnych i historycy już się nad nim zastanawiali -- wszystko wskazuje na to, że Hitlera po prostu ktoś by zastąpił. Przykład miał posłużyć jedynie za ilustrację, mnie interesuje perspektywa znacznie szersza: Jakim torem biegnie historia? Czy o wszystkim decyduje przypadek, a raczej setki milionów poszczególnych przypadków? Czy może raczej dzieje poruszają się po torze będącym historiozoficznym odpowiednikiem krzywej geodezyjnej; czy obowiązuje tu jakaś analogia dla fizycznej zasady Hamiltona, głoszącej, że cząsteczki wędrują po "najprostszych" ścieżkach?**

Wyobraźmy sobie, że podróżujemy w przeszłość do, dajmy na to szesnastowiecznego Paryża i przestawiamy dzbanek stojący na jakimś parapecie. Czy właśnie zmieniliśmy historię? Pierwsza odpowiedź jaka się nasuwa, brzmi: Oczywiście, że nie! Jednak po chwili zastanowienia pojawiają się wątpliwości, bo wszyscy przecież doświadczyliśmy sytuacji, w której drobiazg okazał się mieć znaczenie dla jakiejś nieco istotniejszej sytuacji. A ta -- dla następnej, znów trochę ważniejszej. Kostki domina zaczynają się przewracać. Przestawienie dzbanka spowodowało, że tego samego dnia stłukł go przeciąg. Ktoś musiał pójść na stragan po nowy i przez to nie spotkał się z kimś innym. Jakieś słowa nie zostały nigdy wypowiedziane, jakiejś informacji nigdy nie przekazano. Ktoś zachował się przez to inaczej w pewnej ważkiej sprawie, co miał poważne reperkusje polityczne na szczeblu lokalnym. Te z kolei -- na szczeblu regionalnym. I tak dalej, i tak dalej. Kostki domina przewracają się coraz szybciej. Pięćset lat później świat, przez jeden paryski dzbanek, wygląda zupełnie inaczej.

Ale przecież motyl w Tokio wcale nie musi wywołać huraganu w Kansas. Może być zupełnie odwrotnie -- historia jest bezwładna, ociężała, leniwa. Dzieje naszego świata nie są przypadkowe, wręcz przeciwnie: każdy inny bieg wydarzeń byłby zupełnie nieprawdopodobny lub nawet niemożliwy. Jeden dzbanek nic nie znaczy. Jeżeli natomiast czasonauta uprze się i zacznie wprowadzać naprawdę duże zmiany, to następstwa w najlepszym razie będą krótkoterminowe. Wkrótce odkształcona historia powróci do swojej pierwotnej formy. Być może do niektórych wydarzeń dojdzie później, do innych wcale, ale na dłuższą metę zmienić czasu się nie uda.

Jeśli założymy prawdziwość drugiej z wymienionych opcji, natychmiast pojawi się pytanie o Wyższą Siłę. Co sprawia, że historia musi biec tak, a nie inaczej? Przeznaczenie? Bóg? Kosmos? A może po prostu dziejami społeczeństw rządzą precyzyjne mechanizmy socjologiczne i psychologiczne, mechanizmy, które dzisiejsi socjologowie i psychologowie dopiero zaczynają poznawać (albo nawet jeszcze nie zaczęli). Historia stałaby się więc nauką ścisłą, a Asimov miałby słuszność. Psychohistoria okazałaby się nie nośnym wymysłem literackim, lecz nową gałęzią wiedzy.

Zainteresowanych tematem odsyłam do powieści Koniec Wieczności autorstwa Isaaca Asimova właśnie, do opowiadania Ziemia Chrystusa Jacka Dukaja, a nawet do thrillera Grom Deana Koontza. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że powinien polecić również lekturę Dukajowego Lodu... ale nie polecę, bo sam jeszcze nie czytałem.




* Zręcznym łukiem wyminę oczywisty problem etyczny: Czy byłoby dopuszczalne zabicie lub unieszkodliwienie kogoś, kto dopuścił się potwornych czynów, zanim rzeczona osoba je popełniła? To temat na zupełnie inną notkę... której na razie nie przewiduję, ale zawsze możecie obejrzeć (lub przeczytać) Raport mniejszości.

** Nie-ścisłym daruję szczegóły techniczne, ale kto o zasadzie Hamiltona nigdy nie słyszał, niech wie, że to jedna z najpiękniejszych, najelegantszych i zarazem najbardziej fundamentalnych reguł fizyki teoretycznej. Z całego serca polecam opowiadanie science-fiction Teda Chianga pt. Historia twojego życia.

Indiana Jones i Trzy Grosze Borysa

,


Nowy Indiana Jones trafił do kin przeszło dwa tygodnie temu. Film obejrzałem w dniu premiery i początkowo nosiłem się z zamiarem popełnienia recenzji, jednak nie miałem czasu zabrać się za to od razu, a zaraz potem obrodziło w Sieci cudzymi tekstami. Pełnowymiarowej recenzji już nie napiszę, ale swoje trzy grosze chciałbym dorzucić.

Read more...

Psy

Decyzją norweskiego Sądu Najwyższego zrównano właśnie tutejszych policjantów z psami. Albo odwrotnie, jak kto woli.

Sąd uznał, że pies policyjny jest funkcjonariuszem publicznym w takim samym sensie, w jakim jest nim policjant na służbie. Dlatego też atak fizyczny na psa policyjnego będzie traktowany tak jak atak na policjanta -- i odpowiednio karany.

Precedensowy wyrok spowodowany został incydentem, który miał miejsce w maju ubiegłego roku w Bergen. Wtedy to suka policjantka Vera została uderzona przez włamywacza podczas próby jego zatrzymania. Niższe instancje uniewinniły włamywacza, ale zwierzchnicy Very byli uparci i sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, gdzie znalazła swój szczęśliwy finał.

Źródło: Dagsavisen.



Uznanie słuszności wyroku przychodzi mi bez trudu, choćby dlatego, że lubię psy (znaczy, psy-zwierzęta). Jednak z semantycznego punktu widzenia sprawa jest oczywiście bardzo zabawna, chociaż prędzej dla Polaka niż Norwega, jako że w języku norweskim pogardliwe określenie policjanta nie brzmi "hund", lecz "purk" (czyli "maciora").