Blogrys

Łk 15, 20

Subscribe to RSS feed

ACTA. Siedemnaście dni później

, ,



I ujrzałem: oto podpis trupio blady, a nazwa dokumentu nad nim widniejącego ACTA, i FBI mu towarzyszyło. I dano im władzę nad czwartą częścią internetu, by tępili jumactwo mieczem i głodem, i morem, i przez dzikie zwierzęta.

Read more...

Najlepsze z przeczytanych w 2011 r. — niebeletrystyka

, ,


5. Zniewolony umysł (Czesław Miłosz)

Słynny esej Miłosza nie zestarzał się stylistycznie, a jeżeli odrobinę nuży, to tylko w dwóch ostatnich rozdziałach. Zniewolony umysł daje wgląd w umysł intelektualisty (i nie tylko) poddanego presji komunistycznej doktryny. Lektura uczy, że postaw z tamtych czasów nie sposób oceniać w kategoriach czarno-białych: nie wystarczy potępić konformistów, którzy współpracowali z reżimem, nie wystarczy wychwalać tych, którzy zdecydowali się na emigrację. Poza tym przemówiło do mnie — i napełniło zarazem lekkim niepokojem — spostrzeżenie, iż zewnętrzny opór jest w gruncie rzeczy dobry dla człowieka, bo go wzmacnia, hartuje i ulepsza mentalnie.




4. Państwo (Platon)

Whitehead stwierdził, że najbezpieczniejszą ogólną charakterystyką europejskiej filozofii byłoby nazwanie jej ciągiem przypisów do Platona. Gruba przesada, ale po magnum opus ateńskiego mędrca warto sięgnąć choćby dlatego, że to jeden z nielicznych klasycznych traktatów filozoficznych dających się czytać do poduszki. W Państwie odnajdziemy nie tylko opis słynnej "dystopijnej utopii" Platona, nie tylko metafory jaskini, słońca i linii, które wywarły przemożny wpływ na zachodnią kulturę, ale także szereg ciekawych komentarzy społeczno-politycznych, które nie straciły na aktualności pomimo upływu blisko dwóch i pół tysiąca lat.




3. Epicureanism (Tim O'Keefe)

Epikur kojarzy się nam z hedonizmem. Słusznie. A hedonizm kojarzy nam się z połową grzechów głównych. Niesłusznie. Epikur pokazał bowiem, że hedonizm może być doktryną surową w swojej prostocie. Owszem, rzecze filozof, w życiu liczą się tylko przyjemności. Ale stan przyjemności, ataraksję, osiągamy już w momencie, w którym nic nas nie boli, a wszystkie nasze potrzeby zostały zaspokojone. Te ostatnie należy z kolei ograniczać do minimum, ponieważ im prostsze mamy potrzeby, tym łatwiej będzie nam o satysfakcję. Epikureizm to zresztą nie tylko autentycznie pociągająca filozofia życiowa, ale również kilka frapujących pomysłów metafizycznych oraz zdroworozsądkowe podejście do epistemologii. W to wszystko wprowadza nas Epicureanism O'Keefe'a, książka napisana przystępnie i rzeczowo.




2. Izrael już nie frunie (Paweł Smoleński)

Okładka książki Smoleńskiego fascynuje. Czarno-białe zdjęcie przedstawia młodego Żyda w koszuli z krótkim rękawem, w jarmułce i z pejsami. Pogrążony w modlitwie oparł czoło o Ścianę Płaczu, zamknął oczy, przytknął dłoń do czoła. Przez prawe ramię ma niedbale przewieszony karabin maszynowy... Smoleński opowiada o współczesnym Izraelu przez pryzmat zamieszkujących go ludzi, ich radości i trosk, codziennych niepokojów i problemów. Wyczerpującą recenzję zbioru reportaży znajdziecie tutaj, ja jednak zastrzegam, że odebrałem książkę inaczej niż Dawid Warszawski: Dla niego jej tytuł oznacza, że Izrael stał się zwyczajny; dla mnie, że sprawy zmierzają tam w złym kierunku.




1. Maria Antonina (Stefan Zweig)

Nieprzyjazna królowej anegdota głosi, że gdy francuscy wieśniacy krzyczeli "Jesteśmy głodni, nie mamy chleba!", Maria Antonina odpowiedziała im, bynajmniej nie złośliwie, "To jedzcie ciastka". To nieprawda, ale nic nie zmieni faktu, że monarchini i jej dwór żyli ponad stan nie rozumiejąc i nie chcąc zrozumieć potrzeb swoich poddanych. Brawurowo napisaną biografię Zweiga warto przeczytać i ze względu na barwną bohaterkę, i na utalentowanego autora. Austriacki mistrz stylu uświadamia nam, że los rzuca czasami w zawieruchę dziejową jednostki, które nijak nie umiają podołać historycznemu wyzwaniu. Na każdego Winstona Churchilla przypada jakaś Maria Antonina.

Kabel od "Polityki" (2)

,

Z numerów 3/2012 i 4/2012 Polityki polecam teksty:

  • o głębokim pęknięciu ciągnącym się przez polską politykę i o impasie, w jakim ta polityka poniekąd się znalazła. Na prawicy, choć brzmi to dziwacznie, odrodziły się dylematy dawnej opozycji z czasów PRL.

  • o dawnych oraz obecnych trendach technologicznych i o tym, że wielcy gracze zaskakująco często się w nich gubią. Wiedzieliście, że dzisiaj Sony największe zyski czerpie z... usług bankowych i ubezpieczeniowych?

  • o mackach, jakimi rosyjskie służby specjalne oplotły rodzimą politykę i biznes. Obowiązkowa lektura dla każdego, kto co noc śni niespokojnie o Kremlu.

  • o polskim tłumaczeniu Finnegan's Wake, które ukaże się w księgarniach w lutym. Drugie najsłynniejsze dzieło Jamesa Joyce'a uchodzi za nieprzekładalne, a rękawicę podjął Krzysztof Bartnicki. Przekład w gruncie rzeczy gotowy był już od kilku lat, ale jego wydanie blokował wnuk autora. W tym roku jednak dzieła Joyce'a trafiły wreszcie do domeny publicznej.

  • o dzieciach poważnie upośledzonych od urodzenia, którym współczesna medycyna umożliwia przeżycie, ale nie potrafi zapewnić godnego życia. Bioetyka to nie tylko problem aborcji.

  • o Egipcie rok po Arabskiej Wiośnie. Świetny artykuł Artura Domosławskiego. Rozbawiła mnie anegdota o krotochwilach brodatych salafitów.

  • o motywach okultystyczno-nazistowskich w polskiej literaturze fantastycznej. Nigdy nie słyszałem o Obiekcie R/W0036 Bukowskiego ani o Herrenvolk Uznańskiego, a z takimi pomysłami fabularnymi warto byłoby przecież zapoznać się osobiście.

  • o pierwszej w Europie książce kucharskiej napisanej alfabetem Braille'a. Bardzo ciekawy wywiad z Markiem Kalbarczykiem, który uświadamia nam między innymi, przed jakimi problemami staje osoba niewidoma chcąca obrać sobie ziemniaki na obiad.

Pełne wersje wszystkich artykułów dostępne są w archiwum Polityki po bezpłatnej rejestracji.

Dyskusja literacka: "Zamek" (Franz Kafka)

,

Dyskutują: Stanisław Krawczyk i Borys Jagielski


Nawet jeśli afirmujemy problematyczny podział literatury na "popularną" i "wysoką", natychmiast trzeba zaznaczyć, że również i ta druga służy do czytania "dla przyjemności". Z tego oczywistego spostrzeżenia płynie mniej oczywisty wniosek — o literaturze wysokiej wolno dyskutować z punktu widzenia zwykłego czytelnika. Zwykłego, a więc takiego, którego bardziej interesuje, czy dany tytuł dobrze się czytało, aniżeli jaką teorię literatury najlepiej ilustruje, jak wpisuje się w swoją epokę i jaki jest jego stosunek do innych kanonicznych dzieł. Bo przecież "wysoka" literatura posiada także wymiar beletrystyczny. A beletrystykę ocenia się pod kątem pomysłu, fabuł, przekonywających postaci, zapadających w pamięci scen, tempa, klimatu, zwrotów akcji, dialogów, stylu. Podchodzenie na kolanach nie jest wymagane. Oczywiście, wielka literatura nie staje się wielką bez powodu, i zalety z reguły będą przewyższały wady. Mimo wszystko jednak, jeśli coś nam się nie spodoba, można śmiało wytknąć to palcem bez oglądania się na rzesze zawodowych krytyków. I odwrotnie: chwalić też zawsze należy po swojemu. W końcu każdy z nas szuka w literaturze czegoś innego.

Rozmawiamy o książkach. Tych głównonurtowych, tych kanonicznych, tych głośnych, tych uznanych, i to wcale niekoniecznie z ostatniego półwiecza. Rozmawiamy na luzie, choć czasem pozwalamy sobie również popaść w bardziej zaawansowany dyskurs.

Tego rodzaju dyskusje o wytworach kultury najlepiej czyta się po uprzednim zapoznaniu się z danym utworem. Zdajemy sobie zatem sprawę, że nasze wymiany poglądów są adresowane przede wszystkim do osób, które daną książkę znają i mogą skonfrontować swoje opinie z naszymi. Niemniej nie musi to wcale oznaczać, że nigdy nie zdołamy nikogo skłonić do sięgnięcia po pisarza z przysłowiowej górnej półki. Im więcej takich zachęconych, tym lepiej.




BORYS: Nie mam pojęcia, do jakich to interesujących konkluzji dojdziemy w naszej dyskusji, ale jedno nie ulega wątpliwości — "Zamek" Kafki to przede wszystkim powieść. A powieści służą w pierwszej kolejności do czytania; za analizę treści i poszukiwanie głębszych znaczeń należy brać się potem. Jaka jest więc Twoja ocena "Zamku" jako beletrystyki? Jak Ci się go czytało? Ja nie ukrywam, że nie jest to książka, którą bezwarunkowo bym komuś polecił, ale z drugiej strony na pewno nie będę też źle wspominał czasu spędzonego przy lekturze. "Zamek" po kilkudziesięciu stronach wciągnął mnie bowiem swoim klimatem, tak gęstym, że można by go kroić przysłowiowym nożem. Szkoda jednak, że budowa owej nastrojowości odbyła się kosztem fabuły. "Proces" w porównaniu z "Zamkiem" jawi się niczym trzymający w napięciu kryminał. Nie trzeba być złośliwym, by stwierdzić, iż w "Zamku" nie dzieje się niemalże nic. Ot, główny bohater, K., snuje się po wiosce położonej pod tytułowym zamkiem i toczy długie, rozwlekłe rozmowy z różnymi ludźmi.


STASZEK: Nastrój jest rzeczywiście bardzo gęsty. Niepowtarzalną atmosferę powieści tworzą rozważania K. na temat stosunków panujących w wiosce i na zamku i długie, długie monologi bohaterów niezależnych... przepraszam, drugoplanowych. Jest taki moment w książce, kiedy K. wysłuchuje trwającego chyba kilkadziesiąt stron opowiadania o rodzinie Barnabasa. Co jednak ciekawe, akurat ten ostatni monolog (bo trudno to nazwać rozmową) bardzo dobrze mi się czytało. Może dlatego, że paradoksalnie w nim właśnie całkiem sporo się dzieje... Ale dość o tym, nie możemy za dużo zdradzać.

Czytało się nieźle. Co więcej: pamiętasz pewnie naszą dyskusję sprzed lat o "Nowym wspaniałym świecie" Huxleya. Tam narzekaliśmy, że w książce mogłoby się dziać o wiele więcej i wcale nie zmieniłoby to jej charakteru. Tu zaś inaczej: gdyby wypadki toczyły się szybciej, sądzę, że Kafce nie udałoby się stworzyć tak niezwykłego, miejscami wprost przytłaczającego klimatu.

Read more...

Jumactwo

,

Ostatnio w internecie zaszumiało i zabulgotało wokół kilku czteroliterowców. Nie zagłębiałem się w treść ACTA, SOPA ani PIPA i nie będę wypowiadał się na ich temat. Podejrzewam jednak, że nawet jeśli traktaty miałyby faktycznie na dłuższą metę przynieść więcej szkody niż pożytku, to potencjalne konsekwencje ich wprowadzenia, o których trąbi się głośno w sieci, są podkoloryzowane i wyolbrzymione. Trudno mi sobie bowiem wyobrazić, że połowa internautów straci nagle dostęp do netu, drugiej połowie zarekwirują pecety, a wszystkie strony poza rządowymi zostaną zamknięte — a mniej więcej takimi skutkami straszą nas przeciwnicy umów.

Tymczasem zamknięto Megaupload. Bardzo dobrze. Właściciele spaśli się na wirtualnym paserstwie zakrojonym na gigantyczną skalę, więc najwyższa pora troszkę się odchudzić na więziennym wikcie. Zaskakuje mnie hipokryzja osób broniących serwisu. Wszyscy doskonale wiemy, do czego służyło Megavideo. Zamiast więc uczciwie przyznać, że megaszefowie wreszcie się doigrali, w internecie pojawiają się oburzone głosy, iż jakieś biedactwa przechowywały na Megauploadzie legalne materiały potrzebne im na studia i że teraz, przez te potwory z FBI, uczciwi userzy będą płacić za cudze grzechy. Proponuję, żeby następnym razem materiały skserować i ukryć je w skrzynce w garażu, gdzie mafia pruszkowska trzyma skradzione beemki. Może tam będą bezpieczniejsze.

Chyba nigdy wcześniej na Blogrysie nie pisałem o piractwie. Napiszę teraz: Już kiedyś pisałem na Blogrysie o piractwie (Misiołaku, dziękuję za przypomnienie). Napiszę ponownie: Potępiam jumanie. Brzydzę się jumaniem. Weźmy razem pod lupę popularne argumenty apologetów jumactwa.


Piractwo to nie jest złodziejstwo!
Owszem, jest. Piractwo to złodziejstwo, które odbywa się za pośrednictwem nowoczesnych cyfrowych mediów. Nie sięgajmy po semantyczną nowokainę. Jeśli jumasz, miej chociaż odwagę nazywać rzecz po imieniu.


Piractwo to nie złodziejstwo, bo piracąc nikomu niczego nie ubywa. Nie przywłaszczam sobie materialnego przedmiotu.
Powyższy argument spotyka się bardzo często. Obnaża nędzę etyczną i intelektualną naszego interlokutora. "Wystrugałbym lepszego człowieka z banana".

Nie ma znaczenia, że "nikomu niczego nie ubywa". Artysta X stworzył dzieło Y i zdecydował się rozprowadzać je odpłatnie na określonych zasadach. Owszem, pośrednikiem są tu zazwyczaj wydawnictwa, studia filmowe lub wytwórnie fonograficzne, ale nie zmienia to faktu, że spiritus movens stanowi kreatywny intelekt artysty (tudzież grupy artystów), którzy Y stworzyli, a za wyborem sposobu dystrybucji stoi ich własna i nieprzymuszona wola, która scedowała stosowne prawa danemu pośrednikowi. Jeżeli postanawiasz złamać zasady dystrybucji i wejść nielegalnie w posiadanie Y, oznacza to szereg rzeczy:
a) Masz gdzieś wolę X.
b) Nie uważasz, że X należy się zapłata za jego umiejętności oraz za czas i energię włożone w Y.
c) Nie przeszkadza Ci brudna konsumpcja kultury.
d) Łamiesz kategoryczny imperatyw Kanta, bo traktujesz X jako środek, nie jako cel.
e) Jesteś złodziejem.


To jest za drogie! Chciałbym kupić Y legalnie, ale mnie nie stać.
Wątpię, czy naprawdę Cię nie stać — bo płyty, książki i filmy nie kosztują majątku — ale jeśli tak, to skorzystaj z darmowych alternatyw. Żeby posłuchać muzyki, włącz radio albo wklikaj się na Jamendo. Żeby pograć, kup za grosze jakąś starą-jarą grę. Żeby pooglądać, włącz telewizor. Żeby poczytać, idź do biblioteki.


Co za bzdury! Mam czekać przy radiu cztery godziny, aż puszczą piosenkę, której chcę posłuchać? Mam grać w pierwszego Wiedźmina zamiast w drugiego? Mam się męczyć przy piętnastominutowych blokach reklamowych TVN-u? No i kiedy ostatni raz byłeś w polskiej bibliotece?
Jeżeli nie chcesz lub nie możesz wysupłać złotówek na pożądaną płytę, grę, program, film albo książkę — tak, tak, tak i tak. Stykać się z kulturą jako taką możesz bez przeszkód, bo darmowych ofert jest w bród. Jeżeli interesują Cię natomiast konkretne (i najnowsze) przejawy tejże kultury, a ich twórcy domagają się za nie zapłaty (cóż za bezczelność z ich strony! przecież to się nagrało-nakręciło-napisało prawie samo), zapłać. Najlepiej uświadom sobie najpierw, że nie musisz słuchać dziesięciu nowych płyt i oglądać dziesięciu nowych filmów miesięcznie. Wtedy okaże się, że w gruncie rzeczy Cię stać. A jeżeli cena jest jak dla Ciebie zbyt wysoka, zaniechaj kulturalnej konsumpcji. Jean Valjean ukradł chleb — ale on był głodny.

Najgorsze z przeczytanych w 2011 r.

, ,


Czerwone oczy (Jerzy Nowosad)
Wiosną naszła mnie ochota na fantastykę niekoniecznie ambitną, ale przyjemną w lekturze. Natknąłem się na powieść Nowosada i, pomny przychylnej opinii Esensji, zacząłem z entuzjazmem czytać. Entuzjazm szybko wyparował, ale potem przynajmniej skroplił się w ostrzegawczą recenzję. Ostrzegam ponownie: Omijać.






Historia Polski (Jerzy Topolski)
Od kilku lat noszę się z zamiarem przeczytania Bożego igrzyska. Pomyślałem sobie, że aby wynieść z lektury Daviesa jak najwięcej, wypadałoby wpierw zapoznać się z inną, "zwyczajną" historią Polski. Z przyczyn bibliotecznoinwentaryjnych sięgnąłem po Topolskiego. Jeszcze góra dwie równie kiepsko napisane książki historyczne i moja głęboka sympatia do dyscypliny przeminie jak sen złoty. Autorowi należałoby wręczyć nagrodę za zarżnięcie na sucho tak barwnego i nośnego tematu, jakim są dzieje naszego kraju; a eksperci od kłamstwa smoleńskiego powinni przyjrzeć się bliżej okolicznościom powstania jego podręcznika. Niewykluczone bowiem, że za wszystkim stoją Rosjanie pragnący pognębić kilka pokoleń polskich uczniów (książkę rekomenduje do użytku szkolnego MEN).




Malowany ptak (Jerzy Kosiński)
Trzeci Jerzy i trzecie rozczarowanie. Pół biedy, gdyby słynna książka Kosińskiego chociaż mnie zniesmaczyła. Autor nie jest jednak na tyle dobrym stylistą, by umieć poruszyć czytelnika opisami okrucieństwa zza miedzy. Zresztą, jak napisałem w komentarzu pod blogową dyskusją, nagromadzenie aktów okrucieństw staje się groteskowo duże i o jakiejkolwiek refleksji nad naturą zła nie może być mowy.





Ticktock (Dean Koontz)
Bardzo lubię Koontza. Mroczne ścieżki serca i Grom stanowią przykłady doskonałych czytadeł. Pamiętam, że Tiktok zafascynował mnie już trzynaście lat temu jako tytuł, który przewinął się w blurbie na okładce mojego wydania Sług ciemności. Wreszcie przeczytałem. Żal. Co prawda autor w posłowiu tłumaczy, że chciał połączyć paranormalny horror z wariacką komedią, ale nie wyjaśnia, jaki demon rozpirzył mu strukturę i który psychopatyczny morderca zmusił go korkociągiem do sięgnięcia po wyjątkowo debilne rozwiązania fabularne w finałowych rozdziałach. Tiktok. Mniej niż dwie kalorie.




Zawał (Miron Białoszewski)
Obawiam się, że pierwsza przeczytana przeze mnie książka Białoszewskiego będzie zarazem książką ostatnią. Jeżeli autor sam postanowił ją wydać, to był grafomanem par excellence; jeżeli do wydania go namówiono, to znaczy, iż niewłaściwie dobierał sobie znajomych. Jego lakoniczne i chaotyczne zapiski z pobytu w szpitalu oraz sanatorium po tytułowym zawale nigdy bowiem nie powinny były zetknąć się z prasą drukarską.

Kabel od "Polityki" (1)

,

Najnowszy nabytek umożliwił mi tanią i bardzo wygodną prenumeratę Polityki, moim zdaniem najciekawszego polskiego tygodnika polityczno-społecznego (jasne, dokładnej analizy porównawczej nigdy nie robiłem i nie zrobię, ale wszystkie inne periodyki tego typu przynajmniej przeglądałem i opinię sobie wyrobiłem). Ponieważ dostęp do pełnego archiwum czasopisma wymaga tylko nieodpłatnej rejestracji, postanowiłem uruchomić odgałęzienie Kabla Od Internetu. Zaznaczam jednak, że moje zainteresowania idą w kierunku historii, kultury i wydarzeń zagranicznych. Arty o polskim piekiełku politycznym będę linkował tylko od wielkiego dzwonu.

Z numerów 1/2012 i 2/2012 Polityki polecam więc:

  • słowniczek społeczno-obyczajowy na nowy rok, czyli przegląd dziesięciu buzzwordów, które mogą zrobić karierę w 2012. W tym samym prognostyczno-decymalnym duchu utrzymany jest tekst Stasiaka o nadchodzących technotrendach.

  • biogramy trzech patronów Polski na 2012 r.: księdza Skargi, Janusza Korczaka i Józefa Ignacego Kraszewskiego. Najciekawszą, bo i najbliższą nam dziejowo postacią z całej trójki, jest Stary Doktor, ale Piotr Skarga, rodzimy preacher z czasów Wazów, również inspiruje.

  • artykuł o Bruno Latourze, słynnym socjologu, którego teoria aktora-sieci "nabiera nowego blasku w dobie wszechobecności Internetu i innych sieci technicznych". Czy społeczeństwo faktycznie nie istnieje i czy darwinowska wizja rzeczywistości jest słuszna?

  • przegląd piętnastu godnych uwagi seriali amerykańskich, tych rozkwitających, jak Zakazane Imperium, wschodzących, jak Gra o tron, i schodzących, jak Dexter.

  • pesymistycznie nastrajający reportaż z dzisiejszego Izraela. W marcu minionego roku przeczytałem Izrael już nie frunie i Smoleński potwierdza, że ostatnimi czasy na Ziemi Obiecanej nie dzieje się najlepiej. Czy historia szykuje się do zatoczenia ponurego koła?

  • świetny artykuł o historii Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Kto by pomyślał, że Pierwsza Rzesza i Pierwsza Rzeczpospolita miały tyle wspólnego?

  • tekst Iwony Radziszewskiej poświęcony polskiemu e-Kościołowi. O Frondzie słyszeli wszyscy, o Dominikanach.pl niekoniecznie. A szkoda. Ja natomiast czekam ciągle na Sim Church tudzież Parish Tycoon.

P.S. do A.S.: Popatrz, Polityka lansuje Twój nowy ulubiony serial i pisze (pozytywnie!) o Kościele w kontekście nowoczesnych mediów. Surpryza? smile

Najlepsze z obejrzanych w 2011

, ,

Ostatni ranking najlepszych filmów obejrzanych przeze mnie w minionym roku (nie mylić z nowościami!) ukazał się trzy lata temu. Powróćmy do tradycji. W ramach rozgrzewki wymienię pięć skądinąd niezłych tytułów, które z rozmaitych powodów do bieżącego zestawienia się jednak nie załapały.

Czarny łabędź — bo choć baletowy horror Aronofsky'ego oglądało mi się bardzo dobrze, to nie mam w ogóle ochoty doń wracać.
Życie na podsłuchu — bo ukazuje agenturalną rzeczywistość nie bez charakterologicznej naiwności.
Poważny człowiek — bo z każdym kolejnym obejrzanym filmem braci Coen utwierdzam się w przekonaniu, że nie rozumiem ich twórczości (z wyjątkiem To nie jest kraj dla starych ludzi).
Mr. Nobody — bo zabrakło pomysłu na spojną i wciągającą fabułę.
Sierociniec — bo o ile trochę się przejąłem, o tyle wcale się nie bałem.

A najlepsze z obejrzanych w 2011 r. to:

Read more...

Wysłane z mojego iPada

,

Od pewnego czasu chodził za mną tablet. W pierwszej chwili zbyłem myśl o zakupie jako kaprys. Bo i po co mi taki wynalazek? Przecież nie jestem gadżeciarzem i nie odczuwam potrzeby zaopatrywania się w najnowsze rodzaje elektroniki, o czym najlepiej świadczą roczniki mojej empetrójki (2006) i komórki (2007). Jednak pewnego wieczoru, gdy garbiłem się nad laptopem czytając zaeresesowane blogi, spłynęło na mnie olśnienie: tablet służy przede wszystkim do wertowania internetu, a więc do czynności, której poświęcam(y?) bardzo dużo czasu. Czy nie najwyższa pora dać trochę wytchnienia biednym plecom? Wymówka znakomita, sami przyznacie.

Po specyfikacyjnym rekonesansie i przeczytaniu szeregu recenzji wziąłem na celownik Asusa Transformera (w grę wchodził też Acer A500, natomiast Galaxy Tab wydawał się zbyt drogi). Postanowiłem jednak zapytać jeszcze o opinię Dabroza, który, ku mojemu zaskoczeniu, polecił bez namysłu iPada. W pierwszej chwili pomyślałem, że stałem się oto świadkiem coming-outu jabłkowego fanboja, ale Dabroz szybko sprecyzował, że nie chodzi bynajmniej o markę jako taką, lecz o fakt, że na iPadzie nie trzeba użerać się ani z aktualizacjami OS-u, ani z niewypolerowanym softem. Poza tym iOS miał zapewniać lepszy interfejs i szybszą responsywność niż linuksiarski Android. Z pewnością opinia Dabroza jak każda opinia była do pewnego stopnia kwestią gustu, ale ponieważ jest on dla mnie autorytetem w zagadnieniach informatycznych i ponieważ zdecydowane rady autorytetów odznaczają się dużą siłą przebicia, nie zastanawiałem się długo. W piątek wieczorem kupiłem iPada 2, moje pierwsze Jabłko ever.

(Dodajmy, że wizyta w sklepie Apple'a była małym hipsterskim przeżyciem. Po pierwsze, nigdy wcześniej nie widziałem, żeby w tak małym (powierzchniowo i klientelowo) sklepie przebywało pięciu sprzedawców jednocześnie. Po drugie, przy ladzie kręciło się paru młodzieńców w modnych szalikach i paltach. Niczego nie kupowali, ale za to gawędzili swobodnie, po kumplowsku, z obsługą. Pewnie często tam bywają.)

Po dwóch dobach użytkowania iPada spisuję niniejszym swoje wrażenia.

Read more...

Kabel od internetu (6)

,

Kabel przez pół roku z hakiem był urwany. Najwyższa pora przyłączyć go na nowo.

1. Artykuł o postmodernistycznej filozofii i o tym jak została pokonana swoją własną bronią. Tekst jest co prawda odrobinę stronniczy, bo ani słowem nie wspomina, że i nauki ścisłe mają na sumieniu bełkotliwe grzeszki. Jeśli jednak ktoś nie słyszał o eksperymencie Sokala, najwyższa pora nadrobić zaległości. W imię walki z ignorancją warto zerknąć też na wikipedyczną listę podobnych skandali. [PL]

2. Witryna bogata w sympatyczne zestawienia najciekawszych gier na różne platformy. Być może już ją znacie; ja dowiedziałem się o niej dopiero dzięki Chestnutowi. Ale prawdopodobnie nie widzieliście jeszcze tego ociekającego miodnością rankingu stu najlepszych przygodówek wszech czasów. [EN]

3. Jesteś miłośnikiem książek, ale odczuwasz wyrzuty sumienia, bo stos tomiszcz nieprzeczytanych góruje nad przeczytanymi? Po lekturze felietonu Nowaka powinno Ci trochę ulżyć. O czytaniu i nieczytaniu, o erudycji i kulturze, oczywiście z Pierrem Bayardem w tle. [PL]

4. Jesienią w Norwegii do księgarń trafił nowy przekład Biblii (poprzedni ma już na karku trzy krzyżyki). Ku zaskoczeniu wydawców i tłumaczy, odświeżone literacko Pismo Święte trafiło na szczyty list bestsellerów. Od października do końca roku sprzedano 80 tysięcy egzemplarzy. Wynik zacny, zważywszy na niskie zaludnienie i wysoki stopień zlaicyzowania Norwegii. Czy rechrystianizacja Europy nadejdzie z Północy? Odpowiedzi szukajcie w komentarzach pod notką na blogu Marginal Revolution; notka powołuje się z kolei na artykuł z The Guardiana. [EN]

5. Jak monitorować wydajność pracownika przy taśmie? Może założyć mu elektroniczny rękaw, który będzie mierzył jego ruchy i wysyłał dane kinetyczne do komputera celem statystycznej obróbki? Z jednej strony pomysł iście orwellowski, z drugiej strony — dlaczego nie? [EN]