Skip navigation.

Blogrys

czyli jak obarczyłem się dodatkowym zajęciem

Lancą przebity

,

Smoki Jesiennego Zmierzchu to pierwszy tom Kronik, cyklu fantasy osadzonego w dedekowym świecie Dragonlance. Wiedziałem, że jest to proza nieskomplikowana i właśnie dlatego nabyłem angielskie wydania wszystkich trzech części wiosną 2002 r., gdy zaczynałem swoją przygodę z czytaniem beletrystyki w języku Albionu. Choć przygoda trwa w najlepsze po dziś dzień, los chciał, że wtedy mimo wszystko po Kroniki nie sięgnąłem. Przez długie lata stały nietknięte na półce, aż parę tygodni temu uznałem, że najwyższy czas coś z tym zrobić i zabrałem się za pierwszy tom.

Wiedziałem niby, czego należy się spodziewać, ale nie sądziłem, że fabuła będzie aż tak płytka, a bohaterowie aż tak papierowi. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron sytuację ratował klimat -- heroic fantasy bez naleciałości -- i wysoki współczynnik "dziania się". Jednak mniej więcej na półmetku zbrzydła mi snuta przez autorów jednowątkowa opowieść, której bohaterami byli m.in. charyzmatyczny półelf przeżywający moralne cierpienia za każdym razem, gdy uśmierca żywą istotę; wielki, silny i dobroduszny wojownik o Bardzo Małym Rozumku; oraz rachityczny, kaszlący, szepczący złowrogo i mrrroczny do bólu mag, brat bliźniak tego poprzedniego (!). Zresztą "zbrzydła" to pewnie za dużo powiedziane. Uznałem po prostu, że szkoda mojego czasu.

Książka powróciła więc w niechwale na półkę i stanęła obok następnych części, do których na 99% nigdy nie zajrzę. A ja odczuwam pewien niesmak, bo pierwszy raz od bardzo długiego czasu zdarzyło mi się, że przerwałem i zrezygnowałem z czytania pozycji beletrystycznej. Mam szczerą nadzieję, że nie stanie się do precedensem dla doczytywania książek do któregoś tam rozdziału i ciskania ich w kąt. Obecnie odtruwam się Klubem Dumas Perez-Reverte i na razie jestem dobrej myśli.

Wniosek jest taki, że dedekom ufać nie można. A cały powyższy wpis to po prostu przydługie wprowadzenie do następującego ogłoszenia: Wymienię angielskie wydania trzech pierwszych części Dragonlance'owych Kronik na długopis.

Powrót wiedźmina

, , ,


Słynną serię książek Andrzeja Sapkowskiego przeczytałem późno, bo dopiero wiosną 2003 r. Od tamtej pory marzy mi się ekranizacja cyklu wiedźmińskiego z prawdziwego zdarzenia; ekranizacja najlepiej hollywoodzka, bo tylko taka gwarantuje odpowiedni budżet i (najprawdopodobniej) wysoką jakość. Niestety, wiele wskazuje na to, że to marzenie ściętej głowy. Tymczasem w przyszłym roku ma wreszcie ukazać się długo oczekiwana gra The Witcher. Twórca, CD Projekt Red Studio, zapowiada, że będzie to prawdziwy hit łączący w sobie największe zalety gier RPG i zręcznościówek. Cóż, trudno, żeby mówili cokolwiek innego, ale faktycznie istnieje spora szansa na to, że gra niewypałem się bynajmniej nie okaże. Sami przekonamy się na początku 2007 r., chyba że data premiery zostanie po raz n-ty przesunięta.

Natomiast wczoraj obejrzałem oficjalny trailer The Witcher stworzony przez samego Tomasza Bagińskiego (który jest autorem wszystkich przerywników filmowych, jakie znajdą się w grze). Marzenia o "porządnej ekranizacji" odżyły na nowo. Do tej pory zakładałem, że powinna być fabularna, ale teraz widzę, że animowana wersja także byłaby niezłym rozwiązaniem.

Czy wiedźmin ma szansę zainteresować Zachód na tyle, by znalazła się tam wola zrealizowania filmowej wersji Wiedźmina (o pieniądzach nie pisze, bo jeśli tylko znajdzie się wola, forsa nie będzie stanowić problemu)? W lutym, nakładem wydawnictwa Gollancz, ma ukazać się angielskie wydanie Ostatniego życzenia. Przeglądałem dwa przełożone opowiadania. Tłumaczenie nie zachwyca, ale istnieje szansa, że czytelników będzie w stanie zafascynować sama fabuła i pomysł -- bardzo dużo zależy tutaj od dobrego i aktywnego marketingu. Jeśli zainteresowanie książką nałoży się na zainteresowanie grą, być może wkrótce na język angielski zostanie przełożona reszta cyklu. A potem, może, może, książki przeczyta agent Petera Jacksona (czy reżyserzy mają agentów?), zamyśli się i zadzwoni do swojego pracodawcy z pewną propozycją...

Widmo przyszłości

,

Na Poltergeiście pojawiła się moja recenzja antologii s-f pt. PL+50.

PL+50 ukazało się w 2004 roku i przeszło bez większego echa, chociaż w zamierzeniu miała to być bardzo ambitna antologia. Dwudziestu czterech bardziej i mniej znanych reprezentantów polskiej sceny fantastycznej (z kilkoma głównonurtowymi wyjątkami) przedstawiło swoje wizje przyszłości Polski i świata. Wizje nie rozmazane po osi czasowej, lecz – zgodnie z tytułem zbioru - przedstawiające lata pięćdziesiąte XXI wieku i nasz kraj pół wieku po wstąpieniu do Unii Europejskiej. (...)

Operacja Valhalla


Skończyłem Commandos! Tak, właśnie tych Commandos z 1998 r. Na upartego można by powiedzieć, że grałem w nich absolutnie rekordowe osiem lat -- po raz pierwszy zetknąłem się z tytułem krótko po jego premierze latem '98, a ostatnią misję przeszedłem dzisiaj, w ostatni weekend października 2006. Na mniej upartego, że trzy miesiące, ponieważ DVD ze wszystkimi częściami serii (i jednym dodatkiem) nabyłem w minione wakacje za śmiesznie niską ceną i odświeżyłem swą znajomość z komandosami. Tak czy owak, była już najwyższa pora na przejście jakiejś gry, bowiem poprzedni raz dokonałem tego dwa lata temu, a moją "ofiarą" padł wtedy Maniac Mansion. Tak, właśnie ten Maniac Mansion z 1988 r. Co prawda w wersji nie oryginalnej, lecz deluxe, wydanej w 2004., ale kto by się przejmował takimi szczegółami...

Czternaście pierwszych misji Commandos przeszedłem samodzielnie. Przy piętnastej poddałem się i sięgnąłem po opis. Potem pomagałem sobie nim dość często, bo kolejne etapy były pełne niuansów, a ja nie miałem czasu na ich zgłębianie. Przy ostatnim, dwudziestym poziomie uniosłem się jednak ambicją i ukończyłem go bez niczyjej pomocy. Na skrinszocie możecie podziwiać wysadzenie w powietrze nazistowskiej kwatery głównej, koniec wieńczący dzieło.

Za co zabrać się teraz? Za Fallout Tactics, które z mozołem przechodzę od wiosny 2005 r. i mniej więcej trzy czwarte gry mam za sobą? Czy może za dodatek do Commandos pt. Beyond the Call of Duty? Zobaczymy.

Zdjęcia z Oktoberfest 2006

,

Online dostępne są już zdjęcia z Oktoberfestu 2006, na którym pojawiłem się prawie dwa tygodnie temu. Nic nadzwyczajnego, ale przejrzeć można. Niestety, nigdzie nie załapałem się do kadru, nawet w tle. Bu.

Powrót z Kaczej Wyspy

,

Małą przerwę w blogowaniu spowodował wyjazd naukowo-towarzysko-turystyczny. Najwyższy czas rzucić trochę światła na miniony weekend. Gdzie przebywał i co porabiał Borys J. od czwartku do niedzieli?

W bieżącym semestrze jednym z moich czterech kursów jest fizyka kosmiczna. Pod tym jakże ogólnikowym określeniem kryje się "po prostu" wprowadzenie do procesów plazmowych zachodzących w przestrzeni kosmicznej. Brzmi dumnie, ale ograniczamy się do górnych części atmosfery ziemskiej i najbliższego sąsiedztwa naszej planety -- słowa-klucze przewijające się przez wykłady to magnetosfera, wiatr słoneczny i zorza polarna. W ramach zajęć z tejże fizyki kosmicznej nasza dziesięcioosobowa grupa (w towarzystwie dwóch opiekunów) poleciała tranzytem przez Tromso na Andoya (Kaczą Wyspę). Cel wycieczki stanowiło położone tam ARR, w skali światowej najbardziej wysunięta na północ baza, z której wystrzeliwuje się rakiety sondujące atmosferę.

Nie o rakiety nam wbrew pozorom chodziło, ale o obserwację zorzy polarnej. Andoya znajduje się bowiem w przedziale szerokości geograficznej, gdzie bardzo często powstają nocne zorze. Oczywiście, takie położenie ARR nie jest przypadkowe i umożliwiać ma wystrzeliwanym stąd rakietom stosowne pomiary.

Zakwaterowano nas w dwuosobowych pokojach w hotelu przylegającym bezpośrednio do ARR, a karmiono cztery razy dziennie w stołówce. Warunki mieszkaniowe i żywieniowe były odpowiednio: wygodne oraz smaczne. Cały ośrodek sprawiał eleganckie i nowoczesne wrażenie. Poza biurami pracowników znajdowały się tam sale komputerowe, pokoje konferencyjne, pomieszczenia rekreacyjne (m.in. ping-pong i bilard). ARR powstało w 1962 r. i od tamtego czasu było kilkakrotnie rozbudowywane, co ilustrowały zdjęcia zdobiące jeden z korytarzy. Stan obecny nie pozostawia wiele do życzenia, a przecież placówka nadal będzie się rozwijać.

W czwartek wieczorem niebo było całkowicie bezchmurne. Bardzo dawno nie widziałem nieboskłonu tak roziskrzonego gwiazdami. Niestety, zorzy nie zaobserwowaliśmy -- magnetometry jak na złość całkowicie się wypłaszczyły. Następnego dnia, w piątek, nie przeżyliśmy na szczęście kolejnego zawodu. Zorza polarna się pojawiła. Nie była spektakularna, ale na kilkanaście minut przybrała na sile oraz dynamice i było na co popatrzeć. Jak wygląda zjawisko, które Wikingowie brali za przejaw wielkich ogni otaczających Ocean? Zdjęcia nie oddadzą jednej rzeczy -- ruchu. Zorza polarna bardzo rzadko wygląda jak zielonkawe, zawieszone nieruchomo smugi. Zazwyczaj porusza się dość szybko po niebie, niczym kłęby świecącego dymu, które raz to rozwijają się w nieregularne pasma, raz to łączą znowu w jedną całość.

W sobotę pogoda zawiodła na całej linii. Niebo zakryły chmury i rozpadał się śnieg, pierwszy zresztą w tym roku. Wieczorem gdzieniegdzie na niebie pojawiły się gwiazdy, lecz warunki były zbyt kiepskie, by zaobserwować cokolwiek konkretnego. Wielka szkoda, bo na tę noc zapowiadano bardzo intensywną zorzę, spowodowaną wyrzuceniem dwa dni wcześniej w kosmos przez Słońce dużej ilości naładowanych cząsteczek.

Odwiedziliśmy też muzeum zorzy polarnej. Gruby przewodnik, istne wcielenie jowialności, wpuścił nas do pobliskiej latarni morskiej. Wspinaczka po stromych jak drabina schodach została nagrodzona czarującym widokiem na rozciągające się wokół miasteczko Andenes. Dodatkową atrakcją był snop światła powoli obracający się nad naszymi głowami i doskonale widoczny w lekko zamglonym powietrzu. Tuż obok muzeum znajdowała się inna atrakcja o charakterze akustycznym: dwa talerze paraboliczne oddalone od siebie o około pięćdziesiąt metrów. Na każdym z nich zamontowano metalowy pręt wygięty w pałąk. Gdy ktoś mówił do jednego z nich szeptem, ktoś inny mógł wyraźnie go słyszeć, przytknąwszy ucho do prętu na drugim talerzu. Studiuję fizykę, ale to była po prostu czysta magia. :smile:

Oprowadzono nas także po Alomarze, położonym w górach ośrodku pomiarowym. Główne narzędzie badawcze "Alomarczyków" stanowi laserowy odpowiednik radaru, a więc wysokoenergetyczne, koherentne impulsy światła wysyłane ku niebu. Sposób ich rozpraszania pozwala uzyskać cenne informacje na temat środkowych warstw atmosfery. Wbrew pozorom, oglądanie całej tej aparatury było nudne. Wyróżniał się natomiast personel w składzie: barczysta, krótko ostrzyżona Niemka (kierownik techniczny) oraz niestary, ale zgarbiony, skurczony i wyłysiały milczek płci męskiej (inżynier). Po opuszczeniu placówki odbyliśmy krótki spacer po okolicznych skałach. Widok z góry na wyspę zapierał dech w piersiach. Postałem nad paroma przepaściami, popstrykałem fotki i przekonałem się po raz kolejny, że na co jak na co, ale na akrofobię nie cierpię na pewno.

Podsumowując, wycieczka się udała. Nie nauczyłem się za wiele (organizatorów rozczarowałbym zapewne tym stwierdzeniem; rozczarowałbym), lecz pobyt na Kaczej Wyspie był pozytywnym doświadczeniem. Zawiodła tylko telekomunikacja. W piątek wieczorem ARR stracił połączenie z Internetem i usterki nie naprawiono już do naszego wyjazdu. Nie móc sprawdzić poczty elektronicznej przez dwie doby, co za tortura!

Zdjęć na razie nie wrzucam. W tej chwili mam tylko swoje, a nie prezentują się zachwycająco. Aparat posiadam nieszczególnie dobry, a i fotograf ze mnie nietęgi. Na szczęście w naszej grupie znalazło się sporo osób uzbrojonych w budzące szacunek Nikony i Minolty. Gdy tylko udostępnią swoje fotografie (powinno to nastąpić na dniach), wybiorę najciekawsze i umieszczę w blogowym albumie.

Jednak to jeszcze nie koniec wpisu. Gdy wróciłem do Oslo, przyśnił mi się sen. A w śnie tym Fandom Centrum wspólnymi siłami wypędził jajogłowych z ARR i stworzył tam Ośrodek Erpegologii i Fantastyki. Następnie zorganizował sympozjum naukowe. Wśród zaproszonych gości znaleźli się prof. J. Covenant, twórca nurtu jeremistycznego w WOD-zie; Law D. Og, nadinżynier komiksu; dr M. Alkav, autor szeregu prac o nurglologii; dr. doc. M.I. Siołak, wybitny znawca teorii planszy; mgr K. Irtan, ekspert od zagadnień z dziedziny S-W; oraz dr Lord Thomas, odkrywca bólu w RPG.

Naiwne? Być może. Ale o każde marzenie trzeba walczyć. :smile:

20 w skali Beauforta?

Najwyższa chyba pora, żeby -- chociaż tak troszkę -- się uzewnętrznić.

Ze smutkiem stwierdzam, że się starzeję. W dzieciństwie na czapkę i szalik patrzyłem w porze zimowej ze wstrętem. Odczuwałem zupełny komfort termiczny bez tych tekstylnych parafenaliów, a po ich założeniu, wymuszonym przez rodziców, natychmiast zaczynałem się pocić i było mi bardzo źle. Kilka lat temu moje właściwości cieplne zmieniły się na tyle, że z "czapajewem" i "szalikajewem", jak mawiał kolega z podstawówki, przeprosiłem się i zacząłem z własnej i nieprzymuszonej woli nosić je przy ujemnych temperaturach.

Obecnie mamy rok 2006. Borys już w połowie października stwierdza, że na dworze zrobiło się zbyt chłodno. Wyciąga z szafy kurtkę zimową, czapkę, rękawiczki (szalika jeszcze nie. Jeszcze) i lada minuta okazuje się, że jest najcieplej ubraną osobą w wagonie metra. Ech, minie parę lat i od września do kwietnia będę chodził w kożuchu, uszatce i kozakach. Pojemność cieplna maleje z wiekiem, niestety. Podobnie jak kilka innych parametrów.

Inna sprawa, że w Norwegii dość niespodziewanie zrobiło się zimno. Temperatura w przeciągu kilku dni spadła z mniej więcej piętnastu do poniżej dziesięciu stopni Celsjusza. Na dodatek pojutrze jadę w teren ze współstudentami fizyki kosmicznej. Cel wyprawy stanowi baza rakietowa na Andoya w północnej Norwegii. Wracamy w niedzielę. Problem w tym, że na koniec tygodnia zapowiedziano w tamtym rejonie opady śniegu. Zatem w tym roku wyjątkowo to nie zima przyjdzie do mnie, lecz ja do zimy. Na domiar złego na Andoya są często silne wiatry. W dzisiejszej prognozie pogody na mapie meteorologicznej widniała strzałeczka z napisem "20". Jednostek nie podali, więc mogę tylko snuć jak najgorsze domysły.

Oktoberfest 2006

W jednym z odcinków Simpsonów tytułowa rodzina urządza w swym domu przyjęcie. Homer wypija za dużo i bardzo się kompromituje. Gdy następnego dnia zagniewana Marge pyta go, czy pamięta, co wczoraj przyjęciu, Homer zamyśla się i wyobraża sobie scenę (przedstawioną w charakterystycznie odrealnionych kolorach), w której siedzi przy stole z gośćmi i zabawia ich wykwintnymi żartami.

Wczoraj byłem na zorganizowanym w klubie studenckim Chateau Neuf Oktoberfest i... mam podobnie. Chciałbym napisać, że kulturalnie się bawiłem, skosztowałem wiele różnych rodzajów piwa i około północy wróciłem do domu. Cóż, szczerze mówiąc, "skosztowałem wiele różnych rodzajów piwa" i "około północy wróciłem do domu" nie rozmija się z prawdą (to ostatnie bierze się stąd, że na miejscu pojawiłem się już krótko po szóstej). Zweryfikować należy część o "kulturalnej zabawie". Ale czyż można mieć do mnie pretensje, skoro piwo było tam bezwstydnie tanie? 25 koron za pół litra to dwa razy mniej niż w najtańszej knajpie i o kilka koron więcej niż najtańsze piwo w sklepie. A na Oktoberfest kiepskiego piwa bynajmniej nie podawano -- wręcz przeciwnie.

Zacząłem od ciemnego, wybornego Weltenburgera. Zapewne najlepsza marka, jaką piłem tego wieczoru (chociaż z drugiej strony potem na smak zwracałem coraz mniejszą uwagę). Potem skosztowałem Einbecka, a następnie znanego mi z Polski Pilsnera Urquella. W tym miejscu wspomnienia zaczynają się zacierać. Pamiętam, że próbowałem jeszcze belgijskiego Stella Artois, że upuściłem prawie pełen kufel (plastikowy, szklanych nie było) w łazience, że ktoś wylał na mnie mnóstwo piwa przy stole, że rozmawiałem z jakimiś Polakami, że rozpoznał mnie ktoś z liceum, że wysyłałem do Lorda Thomasa zupełnie niezrozumiałego esemesa, który w momencie pisania wydawał mi się całkowicie zrozumiały... Innymi słowy, atmosfera w dechę. Jedna z lepszych imprez, na których byłem. Do domu wróciłem zygzakiem, a gdy obudziłem się dwie godziny temu, nadal czułem buzujące we krwi promile.

W pierwszym Matriksie Neo odczuwał "dysfunkcję rzeczywistości". Ja teraz też.

Dzisiejszy wpis sponsoruje LawDog, który poratował mnie muzyką Toola. Koi.

PS. Aparatu niestety nie wziąłem, ale jeśli zdjęcia pojawią się na ich stronie, rychło je tutaj podlinkuję.

Recenzja "Mrocznego Biesa"

,

Poltergeist opublikował moją recenzję Mrocznego Biesa, wydanej przez Fabrykę Słów antologii rosyjskiej fantastyki. Zapraszam do czytania.

Paradoks przodków

W jednym z niedawnych numerów New Scientist, w dziale pytań zadanych przez czytelników, znalazłem taki oto twardy orzech do zgryzienia.

Każdy z nas ma dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków, itd. Jeśli cofniemy się wstecz n pokoleń, doliczymy się 2n przodków. Załóżmy, że jedno pokolenie odpowiada 25 latom (przez pokolenie rozumiemy średni okres pomiędzy narodzinami a doczekaniem się własnego potomka). Tysiąclecie to zatem 40 pokoleń. A więc zaledwie (zaledwie, bo historia rodzaju ludzka jest kilkadziesięciokrotnie dłuższa) tysiąc lat temu każdy z nas miał 240 praprapra...pradziadków. Jednak 240 ludzi to przeszło bilion -- więcej niż kiedykolwiek żyło na Ziemi. Zarazem oczywiste jest, że każdy musi mieć dwójkę rodziców...

Jakieś propozycje rozwiązania paradoksu?