Są takie knigi, brajdaszkowie i frendkowie moi, o które toczy się bladi fajting między nurt-majn-nurtem a jego odnogą fantastico. Jedną z nich jest wydany w 1962 r. "Klokwork oryndż" Tony'ego, to znaczy Anthony'ego, Burgessa, czyli "Mechaniczna pomarańcza" po naszemu. Fantastyczni smołysze nie bez ajronii będę twierdzić, że nurt-majn-nurt woli wulgarniaście zagarnąć buka starego Tony'ego dla siebie niż przyznać, że among utworów sajfaj również znajdują się tru perełki. Majn-boje z kolei nie bez racji zripostują, że w "Oryndżu" elementów fantastico jest tylko małe abitow i że służą one nie jako sztafaż, ale jako odskocznia-podskocznia umożliwiająca Tony'emu zaprezentowanie pewnych tez, soszjal ajdijas i opinii. Ja sam lonsam mógłbym oczywiście zająć neutralną pozycję jak jakiś tchórzliwy san af da bycz bez kręgosłupa poglądowego i wglądowego, ale w tym konkretnym kejzie wolę opowiedzieć się po stronie majn-bojów. Kniga Tony'ego to zdecydowanie bardziej literatura piękna przez duże "bele" niż fantastico... lecz ofkoz formalna klasyfikacja nijak nie wpływa na fakt, że mamy tu, brajdaszkowie i frendkowie moi, po prostu do czynienia z bukiem z gatunku weri gud weri gud indid.
Poniższy słowniczek miał być uzupełnieniem właściwej notki. Ponieważ jednak pisanie właściwej notki ciągle się opóźnia, postanowiłem postąpić odwrotnie i najpierw, ale za to bez żadnych dodatkowych wyjaśnień, zamieścić słowniczek. Potraktujcie go więc jako swoisty teaser trailer następnego wpisu. Gdybyście koniecznie chcieli sprawdzić, o co chodzi, podaję słowa-klucze: nadsat i Stiller (nie Ben).
W piątkowe popołudnie udałem się na prelekcję studenta matematyki (Norwega), który podczas trzymiesięcznej podróży po Azji nawrócił się całkowicie na chrześcijaństwo. Prelekcja, według zapowiedzi, miała być poświęcona okolicznościom nawrócenia, a także jego poglądom na przesłanie zawarte w Biblii -- krótko mówiąc, przyszły matematyk uwierzył we wszystko, co w Piśmie Świętym można wyczytać, ze Starym Testamentem włącznie.
Nie zamierzałem ani ciskać rolkami papieru toaletowego, ani dąć w wielką blaszaną trąbę. Na prelekcję poszedłem po troszę z braku laku, a po troszę w oczekiwaniu intelektualnej dyskusji religijnego matematyka z niewierzącymi studentami, zarówno ścisłowcami jak i humanistami. W pamięci miałem ciekawe dyskusje na tematy teologiczne toczone swojego czasu ze Staszkiem za pośrednictwem maila. Oczekiwałem czegoś podobnego. Niestety, srodze się zawiodłem.
Na naszych oczach tworzy się historia! Alexander Rybak zapewnił Norwegii wspaniałe zwycięstwo w tegorocznym finale Eurowizji. Wspaniałe? To mało powiedziane. Rybak zdobył aż 387 punktów ustanawiając rekord, który długo nie zostanie pobity (dotychczasowy wynosił zaledwie 292 punkty). Islandia uplasowała się na drugim miejscu, z wynikiem 218 punktów, czyli daleko, daleko w tyle.
Warto dodać, że Rybak odniósł zwycięstwo w przeddzień narodowego święta Norwegii -- a może nawet w samo święto, skoro wręczenie głównej nagrody nastąpiło kilka minut po północy. Zaprawdę, dobrze jest być dzisiaj Norwegiem.
Za rok Eurowizja zawita więc do Oslo -- i to w pięćdziesiątą rocznicę pierwszego udziału tego kraju w konkursie. Brzmi nieźle. Mateusz, pamiętasz, co obiecałeś?
Chciałem zaproponować skrót ZIB jako polską alternatywę dla BTW. ZIB oznacza po prostu "z innej beczki". Zwróćmy uwagę, że pomiędzy oboma tworami występuje różnica semantyczna. BTW stanowi odpowiednik "à propos" i jako taki sygnalizuje zmianę tematu na temat pokrewny. ZIB służy natomiast do uprzedzenia naszego rozmówcy, że pod wpływem impulsu postanowiliśmy skierować konwersację na zupełnie inne tory. (Miłośnicy Monty Pythona woleliby pewnie ANFSCD).
Dwieście wpisów za nami, a więc czas na zmiany. Postanowiłem zamknąć MyOperowe wcielenie Blogrysa i przenieść się z całym majdanem (nie Radkiem) na Blogspota. Powody przeprowadzki wyłuszczam w inauguracyjnej notce na nowej platformie. Tak więc wszystkich regularnych czytelników Blogrysa proszę o uaktualnienie zakładki oraz feedów i... do zobaczenia za chwilę na
Najwyższa pora na jubileuszową, dwusetną notkę. W zorganizowanej kilka tygodni temu ankiecie okazało się, że najchętniej poczytalibyście o mechanice kwantowej. Przyznam, że taki wynik plebiscytu nieco mnie zdziwił. Najwyraźniej, zajmując się całkiem intensywnie tym działem nauki od dwóch lat w ramach swojego magisterium, zapomniałem, że "tajemnicze" zjawiska kwantowe budzą żywe zainteresowanie wśród laików. Przejdźmy zatem niezwłocznie do rzeczy... ale miejcie na uwadze, że wpis, choć zupełnie nietechniczny, jest bardzo długi, bo o mechanice kwantowej mówić krótko i zwięźle się nie da. Potraktujcie więc poniższy wywód jako artykuł popularnonaukowy i zabierzcie się za lekturę tylko pod warunkiem posiadania przysłowiowej wolnej chwili.
Czytam Amerykę Kafki. Czytam i nie wierzę własnym oczom -- pod koniec trzeciego rozdziału dochodzi tam do ZWROTU AKCJI! Najprawdziwszego, niespodziewanego ZWROTU AKCJI. U Kafki. Dacie wiarę? Co prawda psychologiczna reakcja bohaterów na ów zwrot akcji jest już typowo kafkowska, a więc onirycznie nierealistyczna, ale mimo wszystko fabuła nabiera dzięki niemu rumieńców.
A propos innej powieści Franza, Procesu (żeby nie było, że swobodnie przeskakuję z tematu na temat w obrębie jednej notki), chciałbym z kilkudniowym opóźnieniem skomentować wyrok sądu szwedzkiego w sprawie The Pirate Bay. Fakty pewnie znacie: Panowie Sunde, Neij, Svartholm i Lundström zostali skazani na rok więzienia oraz wielomilionową grzywnę za, nazywając rzecz krótko i zwięźle, administrowanie największym trackerem protokołu BitTorrent ((albo przynajmniej jednym z największych). Wyrok oczywiście nie jest prawomocny, bo winni będą bez wątpienia odwoływać się do wyższych instancji i jak ktoś gdzieś zauważył, całkiem możliwe, że cała sprawa -- za kilka lat -- zakończy się z hukiem przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Tymczasem jednak sztokholmski sąd pokazał, że prawne orzeczenia związane z piractwem nie muszą wcale ewoluować w kierunku dewizy "róbta co chceta" i że kwartetowi SNSL wcale nie należy się taryfa ulgowa, nawet pomimo protestów masowo wylegających na ulicę oszołomów.
Tak, właśnie tak: "oszołomów". Bo mnie cała sprawa za bardzo nie obchodzi, ale zapytany odpowiedziałbym, że wyrok jest jak najbardziej słuszny.
Uważam, że merytoryczna debata poświęcona filesharingowi jest potrzeba. Uważam, że koncerny produkujące multimedialną rozrywkę, ze szczególnym uwzględnieniem tych muzycznych, powinny w trybie natychmiastowym zmodernizować i usprawnić kanały dystrybucji dla swoich towarów. Uważam, że DRM to wymysł diabła. Uważam, że niezłym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie stosownego abonamentu, dzięki któremu po uiszczeniu miesięcznej opłaty można by legalnie ściągnąć dużą (albo nawet nieograniczoną) ilość muzyki lub legalnie obejrzeć w streamie dużą (albo nawet nieograniczoną) ilość filmów.
Co więcej, niewykluczone, że podobnego zdania byli sędziowie, którzy wydali niekorzystny dla The Pirate Bay wyrok. Rzecz cała sprowadza się do tego, że zadaniem sądu nie było ani przeprowadzenie reformy prawnej, ani formalna ingerencja w internetowe zasady rozprowadzania własności intelektualnej, lecz stwierdzenie, czy Sunde, Neij, Svartholm i Lundström współuczestniczyli w udostępnianiu treści objętych prawami autorskimi. A co do tego, że współuczestniczyli, nie może być wątpliwości. Ich obrońcy twierdzili, że SNSL stworzyli tylko platformę umożliwiającą dzielenie się danymi i nie mogą ponosić odpowiedzialności za to, iż niektórzy użytkownicy wykorzystywali ją do łamania praw autorskich. Jasne. Żeby kupić taką wymówkę, trzeba by uznać, że SNSL byli skończonymi głupkami, którzy nie wiedzieli, co generuje przynajmniej 90% ruchu w ich serwisie; przymknąć oko na obraźliwe listy, którymi Neij i Svartholm odpowiadali na wezwania do usunięcia trackerów naruszających copyrighty i które z dumą publikowali; zignorować butne oświadczenie, że "seriously, NO legal content will be removed. Whatever it is. Do not even write to us about it"; i wreszcie uznać, że nazwanie platformy Zatoką Piratów to tylko subtelny, postmodernistyczny żart.
Winę SNSL przypięczetowuje fakt, że czerpali z piractwa korzyści majątkowe. Innymi słowy, nie tyle organizowali hurtowe jumactwo dla nerdowskiej satysfakcji, ale zamienili je w intratny biznesik sponsorowany notabene przez Lundströma. Dobrze, że skandynawski sąd potrafi ukręcić bata na takich cwaniaczków.
Jakiś czas temu ruszyłem tropem pewnej piosenki. Piosenka ta to Ne Me Quitte Pas napisana i zaśpiewana po raz pierwszy przez słynnego francuskiego barda Jacques'a Brela. Była piątym utworem na płycie La Valse à Mille Temps, co po polsku znaczy oczywiście Walc na 1000 pas. Tytułowy kawałek z tego albumu skowerował Michał Bajor... podobnie jak samo Nie opuszczaj mnie.
Nie opuszczaj mnie doczekało się bowiem niezliczonej ilości francuskich i zagranicznych wykonań. Piosenkę Brela, według Wikipedii, śpiewano na przestrzeni lat w siedemnastu językach, z afrikaans i jidysz włącznie. Na polski tłumaczono utwór dwukrotnie. Rodzimego przekładu po raz pierwszy dokonał Adam Kreczmar, a potem "poprawił" go Wojciech Młynarski, zadbawszy o większą wierność oryginałowi. Dzisiaj to wersja Młynarskiego jest tą najchętniej śpiewaną. Osoby, które w przeciwieństwie do mnie znają francuski i po których tekst oryginału nie spłynie jak woda po kaczce, mogą zapoznać się z nim tutaj.
Po polsku Nie opuszczaj mnie śpiewali: Irena Jarocka, wspomniany już Michał Bajor, trzy Edyty: Geppert, Górniak i Jungowska, a nawet Joanna "Naucz mnie przyjemności" Jabłczyńska. Chronologicznie pierwsza była Jarocka, natomiast za najlepsze wykonanie uważa się to, które wyszło z krtani, niespodzianka, Bajora. Osobiście najbardziej podoba mi się wersja Jungowskiej. Możliwościami wokalnymi na pewno nie góruje ani nad Bajorem, ani nad Górniak, ale ona jako jedyna zdecydowała się na oryginalną aranżację i zaśpiewała pierwszą zwrotkę histerycznie, środkowe na jazzowym luzie, a ostatnią z żałością. Zresztą jak ktoś gdzieś, nie bez pewnej dozy złośliwości, zauważył, Jungowska posiada dodatkowy atut w postaci zachrypniętego, "przepitego" głosu, który nadaje wiarygodności jej wykonaniu. Słuchacz dorabia sobie bowiem następującą interpretację: ta kobieta w gruncie rzeczy została porzucona już dawno temu, postanowiła więc utopić żal w wódce, a teraz śpiewa, bo żyje przeszłością i w ogóle jej się wszystko poplątało.
Ne Me Quitte Pas po angielsku brzmi zwykle If You Go Away. Sprawcą tego kanonicznego, ale niezbyt wiernemu oryginałowi tłumaczenia, jest Rod McKuen, który przełożył na język Albionu także wiele innych utworów Brela. Za inną zanglicyzowaną wersję odpowiedzialny jest postmodernistyczny szkocki wykonawca Nick Currie zwany Momusem. Momus, w przeciwieństwie do McKuena, przełożył pieśń Brela bardzo dosłownie, ale, co zrozumiałe, utraciła ona przy tym wiele ze swego rytmu i ze swej poetyckości.
Wersję McKuena zaśpiewali m.in. Tom Jones, Frank Sinatra, Ray Charles, Julio Iglesias i (zaskakująco kiepsko) Cindy Lauper. Od wszystkich tych znanych nazwisk dużo lepiej spisała się Emilíana Torrini, ta sama, której sympatyczne Jungle Drum pogrywa ostatnio w radiu. Torrini idealnie wyczuła nastrojowość piosenki Brela. Sprawdźcie sami.
Gdy na pierwszej stronie powieści natrafiamy na dramatis personæ i gdy owo zestawienie rozpoczyna się od takich oto patetycznych słów:
Osoby, które stykały się bezpośrednio lub pośrednio ze ZŁYM w pociągach podmiejskich, tramwajach, autobusach, trolejbusach, barach mlecznych, knajpach, nocnych lokalach, dansingach, restauracjach, zakładach zbiorowego żywienia, bufetach stacyjnych, kawiarniach, na ulicach Warszawy, placach, skwerkach, mostach, dworcach kolejowych, przystankach tramwajowych, targowiskach, bazarach, Koszykach, "ciuchach", przed kinami, stadionami sportowymi, aptekami, ślizgawkami, w sklepach, w domach towarowych, w warsztatach samochodowych, w garażach i resztkach ruin, i wszędzie indziej
wiemy już, że nie trzymamy w rękach zwykłej książki. I faktycznie, Zły Leopolda Tyrmanda, dzieło wydane po raz pierwszy w 1955 r., zasługuje na miano kultowego. Nie jestem znawcą rodzimej literatury, ale podejrzewam, że ze świecą by szukać wśród jej przedstawicieli powieści podobnej do Złego. Owo jedyne w swoim rodzaju połączenie kryminału, sensacji i czarnej komedii Gombrowicz nazwał w recenzji "romansem brukowym". Tłumacząc na współczesny język: Zły to wspaniały przykład polskiego pulp fiction, w której wartkiej akcji akompaniuje potoczysty, barwny język.