Apologia Tsubasy
Saturday, September 19, 2009 9:51:31 PM
Kreskówki, o których mowa, emitowane były od poniedziałku do piątku w popołudniowym, półtoragodzinnym bloku, który startował około szesnastej. W wakacje wyznaczał on porę sjesty, bo wszyscy biegliśmy wtedy szybko do domów po codzienną porcję animowanej inspiracji, oraz, niejako przy okazji, żeby zjeść obiad. Nasi bohaterowie mieli co prawda śmiesznie duże oczy (wtedy o anime nikt jeszcze nie miał zielonego pojęcia) i mówili zazwyczaj z włoskim dubbingiem (słynne aiuto!), lecz do właśnie dla nich na jakieś dwie godziny zamierały wszelkie zjawiska ludyczne na podwórku. Na świeże powietrze wychodziliśmy ponownie dopiero pod wieczór, gdy słońce, za sprawą otaczających nas bloków, chyliło się już ku przedwczesnemu zachodowi, i gdy ze swoich gniazd wylatywały na żer roje komarów. Obowiązkiem każdego szanującego się małego obywatela było oczywiście gromadne omówienie obejrzanych właśnie odcinków.
Na przestrzeni lat Polonia 1 emitowała około dwudziestu różnych kreskówek. W skład popołudniowego bloku wchodziły trzy (a później, o ile dobrze pamiętam, cztery) epizody, każdy przynależący do innej "bajki". Gdy następował wreszcie długo wyczekiwany finał danej kreskówki, na jej miejsce trafiała kolejna, jednak mechanizm owej rotacji pozostał na zawsze niezgłębiony. W każdym razie niektóre "bajki" powtarzano bardzo często (prym wiódł tutaj Yattaman), inne -- bardzo rzadko (np. Hella Superdziewczyna). Czasami Polonia 1 popełniała też karygodne zaniedbania, myląc kolejność odcinków, albo, co gorsza, nie wyświetlając odcinka ostatniego (ten smutny koniec spotkał swojego czasu Generała Daimosa).
W kwestii kreskówek najfajniejszych, kanonicznych dla rozwoju ducha społeczeństwa podwórkowego, panował konsensus. (Wyjątkiem był wspomniany Yattaman, którego jedni cenili za humor, Yatta-Psa i kary Dokurobeia, a inni, w tym i niżej/wyżej podpisany, nie znosili za schematyczność odcinków.) Z perspektywy czasu dostrzegam, że "bajki", które budziły najwięcej emocji, były też najwartościowsze merytorycznie, jako że bawiąc uczyły, a ucząc -- bawiły. Prozę Kiplinga i historię Meksyku poznawaliśmy więc z Księgi dżungli i Zorra. Z mechatroniką i nowoczesnymi technologiami wojskowymi zaznajamialiśmy się za pośrednictwem Generała Daimosa. Opartej na prawie pięści sztuki przetrwania uczyła Tygrysia Maska. Natomiast w problematykę miłosno-erotyczną wprowadzał Gigi, którego tytułowy bohater, Gigi Sullivan zwany Kuleczką, karzeł i geniusz sportu, musiał rywalizować z przebiegłym psem Salomonem o miłość pięknej Anny. O zoofilii nie było jednak mowy, jako że pies był antropomorficzny, nosił bokserki w niebieskie paski i chciał wziąć ze swoją panią ślub.
Jednak centralną postacią był oczywiście On -- Tsubasa Ozora, animator ruchu piłkarskiego na tysiącach polskich podwórek. Rodzice szydzili z nazwiska; gdybyśmy byli bardziej elokwentni, powiedzielibyśmy im, że lepszy młody piłkarz Ozora z rozwiniętego gospodarczo kraju, niż para łysawych, peerelowskich homoseksualistów bez nazwiska. Tak czy owak Tsubasa często trafiał na, nomen omen, języki nieżyczliwych i Kapitanowi Jastrzębiowi nagminnie zarzucano brak piłkarskiego realizmu. Najwyższa pora rozprawić się z pomówieniami i wykazać miałkość, ba, niedorzeczność przedstawianych argumentów.
Oskarżenie numer jeden: "To bez sensu, że oni tak biegną i biegną przez to boisko". A jak, kurwa, mają biec? Każdy, kto kopał piłkę w wieku szczeniackim, pamięta, że gra toczyła się zwykle na ograniczonych przestrzennie trawnikach i placach. I chociaż z punktu widzenia dorosłego człowieka wydają się one żałośnie małe, to wtedy my też byliśmy niespecjalni duzi. Bohaterami Kapitana... są w pierwszej serii dziećmi w wieku 10-12 lat. Nic dziwnego, że boisko piłkarskie o regularnych rozmiarach wydaje im się olbrzymie, że bieg od bramki do bramki trwa długie minuty, i że słynna "krzywizna" to licentia poetica eksternalizująca poczucie zagubienia szkraba znajdującego się na jedenastu tysiącach metrów kwadratowych zielonej murawy.
A co z "samotnymi rajdami przez pół boiska"? Helloooo! Gra zespołowa nie ma prawa być mocną stroną zawodników w wieku podstawówkowym. Każdy przecież marzy o samodzielnym przedarciu się przez szereg obrońców i strzeleniu zwycięskiego gola w pojedynku sam-na-sam z bramkarzem. A to, że jednemu graczowi udaje się w "samotnym rajdzie" okiwać wielu innych, też nie powinno nikogo dziwić, zważywszy na dużą polaryzację umiejętności początkujących piłkarzy. Wystarczy przypomnieć sobie, że i na podwórkach w realu nieco starsi gracze siali spustoszenie wśród graczy młodszych, którym nierzadko przypadała rola mięsa boiskowego.
A co z akrobatycznymi popisami braci Tashibana, wślizgami z odległości 20 metrów, strzałami z przewrotki, obroną karnego ciosem karate (notabene, postać Wakashimazu prawie na pewne była wzorowana na René Higuicie, por. kudłatość i "obrona skorpiona")? Toż to tylko fantazje boiskowe, bombastyczne wyobrażenia chłopców o własnych umiejętnościach. Dlaczego więc obserwujemy je na ekranie? Dlatego że wszyscy grający je podzielają! Sam miałem kolegę, który omijając zawodników przeciwnej drużyny krzyczał "Ronaldo, Ronaldo, proszę państwa, Ronaldo!". Czy ktokolwiek się z niego śmiał? Jasne, że nie, próbowaliśmy za to powstrzymać rajd Ronaldo potrójnym wślizgiem, z lewej R. Baggio, z prawej Citko, pośrodku McManaman.
Zwróćmy uwagę, że w Kapitanie Jastrzębiu jedyną dorosłą osobą na serio zaangażowaną w niesamowite wyczyny małoletnich piłkarzy jest Roberto Hongo, trener Tsubasy, kolega jego ojca i (najprawdopodobniej, choć nie mówi się o tym wprost) kochanek jego matki. Ale Roberto to alkoholik! Pijackie omamy u dorosłego stają się więc odpowiednikiem nieposkromionej fantazji u dzieci. Idąc dalej tym tropem, bez trudu odczytamy prawdziwe znaczenie ucieczki Roberto w przedostatnim odcinku pierwszej serii. Brazylijczyk pojął wreszcie, że on sam reprezentuje świat prawdziwego, rządzonego pieniędzmi i oddartego z poezji futbolu dorosłych, i że powinien pozwolić Tsubasie cieszyć się grą dla samej gry. Na łzy rozgoryczenia po przegraniu mecza ustawionego przez Fryzjera przyjdzie jeszcze czas. Na ucieczkę po murawie przed uzbrojonymi w pały kibolami drużyny przeciwnej -- też.
Z niekłamaną przyjemnością obejrzałem w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy pierwszą serię Tsubasy dostępną na YouTube. Dopiero teraz mogłem docenić narracyjny kunszt scenarzystów. Kapitan Jastrząb jest adresowany do dzieci, ale korzysta z wielu uniwersalnych rozwiązań fabularnych sprawnie przeszczepionych na piłkarski grunt. Pierwszy arcyprzeciwnik Tsubasy, genialny bramkarz Genzo Wakabayashi, staje się jednym z jego najlepszych przyjaciół, choć rywalizować będą ze sobą już zawsze. Mecz finałowy z Meiwą staje się nie tylko zaciętą walką o puchar, ale także rewanżem za mecz inauguracyjny i tym samym kwestią honoru.
Eleganckiej grze Tsubasy przeciwstawiono brutalną i zajadłą (lecz uczciwą!) grę Kojiro Hyugi, której sedno zawiera się w wykrzyczanych przez niego zdaniach: "Musicie po prostu biec do bramki przeciwnika. Na nic się nie oglądajcie". Ale Kojiro jest też poniekąd najsympatyczniejszą postacią w serialu: Po przedwczesnej śmierci ojca dzieli z matką obowiązek utrzymywania rodziny, ciężko pracuje, kocha trójkę swojego młodszego rodzeństwa, swoją grą w piłkę chce umożliwić im wyrwanie się z biedy. Owa pozorna sprzeczność wcale a wcale nie zgrzyta, bo Hyuga to, jak na serial animowany dla dzieci, naprawdę znakomita kreacja psychologiczna. Dlatego też za zwieńczenie pierwszej serii nie należy uważać ani zwycięstwa Nankatsu w mistrzostwach, ani przekazanie piłki z podpisami całej drużyny celnym kopnięciem do odjeżdżającego Misaki (zauważmy, że "autobusowy strzał" jest klamrą spinającą pierwszy i ostatni odcinek), ale wewnętrzną przemianę Kojiro, który odnajduje radość płynącą z futbolu.
Kapitan Jastrząb zachęcał młodych ludzi do gry w piłkę, opowiadał o przyjaźni i szlachetnej rywalizacji, uczył wytrwałości w dążeniu do celu. Jego bohaterami byli dzieci i do dzieci go kierowano, ale autorzy nie szli na łatwiznę ani układając scenariusze, ani wymyślając postacie. Śmiać się z Kapitana Jastrzębia to tak jak śmiać się z Do przerwy 0:1. Co prawda ojciec Perełki był alkoholikiem, a ojciec Wakabayashiego biznesmenem zamieszkałym w Londynie, ale zarówno Boguś jak i Genzo kochali piłkę nożną ponad wszystko.

Seji # Saturday, September 19, 2009 10:55:12 PM
Borys # Saturday, September 19, 2009 11:08:04 PM
Anonymous # Sunday, September 20, 2009 12:57:57 AM
Anonymous # Sunday, September 20, 2009 1:05:59 AM
Anonymous # Sunday, September 20, 2009 8:25:54 AM
Seji # Sunday, September 20, 2009 8:49:33 AM
Anonymous # Sunday, September 20, 2009 9:52:02 PM
Anonymous # Sunday, September 20, 2009 11:48:03 PM
Piotrarti040 # Monday, September 21, 2009 10:37:18 AM
Anonymous # Monday, September 21, 2009 11:52:44 AM
Borys # Tuesday, September 22, 2009 12:38:28 PM
@Anonim i pozostali: Sporo odcinków jest też na www.kreskowki.tv
@Seji: Nic już nie poradzę, tak mam: Gdy słyszę "bajki z Polonii 1" uaktywnia mi się zupełnie inny (i dużo bardziej entuzjastyczny) szlak neuronowy niż gdy słyszę "anime".
@Spermologos: Dobrze wiedzieć, że gdzieś indziej i starsi oglądali, chociaż na naszym podwórku fascynacja "Tsubasą" kończyła się właśnie na roczniku '83. Dobrze to pamiętam, bo czołowy przedstawiciel tego rocznika przypominał Kojiro.
@Spermologos & Arti: Tak, to jakaś magia... Swojego czasu dużo osób włączyło Polonię 1 w odpowiednim, choć nietypowym, momencie, i załapało się na ostatni odcinek "Generała Daimosa". Sam znam kogoś takiego... ale ja niestety nie miałem tyle szczęścia.
Anonymous # Tuesday, September 22, 2009 5:30:28 PM
Borys # Tuesday, September 22, 2009 6:16:29 PM
Anonymous # Friday, September 25, 2009 5:42:33 PM