Glasgow, cz. 1
Tuesday, 22. July 2008, 21:04:15

Glasgow, zwane również Glasgie (zdrobnienie angielskie) lub Glesga (zdrobnienie szkockie), liczy niecałe sześćset tysięcy mieszkańców, co nie przeszkadza mu być najludniejszym miastem w Szkocji i trzecim najludniejszym w całej Wielkiej Brytanii. (Jeżeli liczba 600.000 wydaje się komuś podejrzanie mała, pospiesznie dodam, że w całej aglomeracji żyje milion siedemset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców). Obiegowa opinia, z którą zetknąłem się kilkakrotnie przed wyjazdem na staż, głosi, że Glasgow jest przykładem zaniedbanego, brzydkiego miasta postindustrialnego. Opinię ową należy skwitować krótko: Bzdura.
Owszem, z końcem osiemnastego wieku zawitał do Glasgow przemysł hutniczy, włókienniczy i stoczniowy, który doprowadził do szybkiego rozwoju miasta, ale jednocześnie przekształcił je w fabryczny moloch (w drugiej połowie XIX w. produkowano tu jedną czwartą wszystkich lokomotyw na świecie). Owszem, w latach dwudziestych i trzydziestych minionego wieku Glasgow podupadło z powodu powojennej recesji i późniejszego wielkiego kryzysu. Owszem, w latach sześćdziesiątych doszło do kolejnej stagnacji, miasto wpadło w ekonomiczny dołek i nastąpiło gwałtowne odprzemysłowienie aglomeracji. Pojawiło się bezrobocie, liczba ludności zaczęła maleć, w kasie miejskiej ciągle brakowało pieniędzy -- jednym słowem, Glesga podupadła, i to mocno. Na szczęście zła passa nie trwała długo i na początku lat dziewięćdziesiątych karta się odwróciła. W 1990 r. Glasgow wybrano Europejskim Miastem Kultury, pojawili się inwestorzy dzierżący w dłoniach finansowe strzykawki, postawiono na turystykę i sektor usługowy, zabrano się za odnawianie podniszczonego śródmieścia. I nawet jeśli wskaźnik bezrobocia jest tutaj nadal nieco wyższy niż w Birmingham, Liverpoolu i Manchesterze, wszystko wskazuje na to, że największe szkockie miasto nadal podąża we właściwym kierunku, niesione przez przysłowiową falę.
Konkluzję poprzedniego akapitu bez trudu da się przełożyć na odpowiedź na proste pytanie: Czy z punktu widzenia przyjezdnego Glasgow jawi się jako sympatyczne miejsce? Zdecydowanie tak. Niby wciąż nie znam Glesgi za dobrze (i poznać nie zdążę), ale nie sądzę, bym po bliższym zbrataniu się z miastem miał zmienić swą pozytywną o nim opinię. W końcu nie chodzi o to, co dokładnie Glasgow ma, a czego nie ma, ale o barwę miejskiej aury roztaczającej się wokół ulic, budynków i parków -- a ona zawsze daje się rozpoznać bardzo szybko. Co prawda spędzam tu czas latem, a bezlitosne fakty meteorologiczne i gorzkie komentarze tubylców każą sądzić, że wszystkie pozostałe pory roku są w Szkocji zdecydowanie od lata brzydsze. Przez soczewkę pluchy i zimnego wietrzyska Glasgow niewątpliwie prezentowałoby się mniej atrakcyjnie, lecz z drugiej strony pogoda tak naprawdę nie ma wpływu na kolor wspomnianej aury. Mogłaby co najwyżej zdezorientować przy pierwszym spotkaniu z miastem, a to mam już przecież za sobą -- i, jak by nie było, odbyło się ono właśnie w potokach deszczu.
* * *

Galerię Sztuki Nowoczesnej (w skrócie GoMA, oczywiście od Gallery of Modern Art) odnajdziemy w samym śródmieściu, pomiędzy deptakiem Buchanan a Placem Jerzego, w dużym, charakterystycznym, neoklasycznym budynku z konną statuą diuka Wellington przy głównym wejściu. Kiedyś znajdowały się tam kolejno: miejska rezydencja magnata tytoniowego, bank, giełda i biblioteka. Otwarcie galerii nastąpiło dopiero w 1996 r. Obecnie w środku natrafimy więc nie na burżuja z cygarem, nie na worek złota, nie na plik akcji i nie na półki z książkami, lecz na... no, wiecie... tak zwaną sztukę nowoczesną. Zgadza się, do modernistycznych wymysłów nie mam entuzjastycznego stosunku. Z braku laku mogę je obejrzeć, niektóre eksponaty mogą mnie nawet zaciekawić, ale do uczucia zachwytu artystycznego nie zbliżę się przy tym nawet na milę. W Gomie do żadnego przełomu nie doszło. Nie poruszyła mnie ani zakręcona wystawa Jima Lambiego pt. "Forever Changes", ani fotograficzne autoportrety Jo Spence z jej obnażoną, okaleczoną przez nowotwór lewą piersią (przypominam: mówię o poruszeniu artystycznym), ani... No właśnie, nawet już nie pamiętam, co tam jeszcze widziałem; chyba tylko jakieś bliżej niezidentyfikowane bazgroły.

Gdyby do katedry zawitał Waldemar Łysiak, nie mam wątpliwości, że spod jego pióra wyszedłby porywający esej -- bo miejsce to musi zauroczyć każdego znawcę i miłośnika architektury. Wielki, gotycki kościół z przestronnymi nawami na górze i z podziemną kondygnacją pełną zakamarków na dole potrafi wywrzeć pewne wrażenie nawet na takim bezbożnym fizyku jak ja (dobrze, że bezbożni fizycy mają swój CERN z gotyckim LHC-em). Warto podkreślić, że praktycznie cała katedra dostępna jest dla zwiedzających (z wyjątkiem wieży), dlatego spacerowanie po jej wnętrzu zajmuje więcej czasu niż można by początkowo przypuszczać.
Budowlę wzniesiono między XIII a XV wiekiem na miejscu domniemanego wiecznego odpoczynku św. Kentigerna vel św. Munga, patrona miasta i pierwszego biskupa dawnego brytyjskiego królestwa Strathclyde, zmarłego w 612 r. Katedra w Glasgow jest jedyną średniowieczną katedrą położoną na stałym szkockim lądzie, która nienaruszona przetrwała zawieruchę Reformacji. Ale Reformacja odcisnęła oczywiście i tu swoje piętno, bo w porównaniu z dowolnym kościołem katolickim, wnętrze budowli prezentuje się nadzwyczaj skromnie: bardzo mało figur świętych, żadnych bogato zdobionych ołtarzy, żadnych pozłacanych, blaskomiotnych krzyży. Ot, typowy dla protestantyzmu umiar w dekoracyjnej warstwie obrządku, który z estetycznego punktu widzenia przemawia do mnie o wiele bardziej aniżeli rekwizyty katolickie. Te ostatnie nieodmiennie kojarzą mi się bowiem z kiczem.
Z katedrą sąsiaduje Muzeum Religijnego Życia i Sztuki Św. Munga (St. Mungo's Museum of Religious Life and Art) wyposażone w niewielką, ale dzięki temu treściwą wystawę poświęconą największym religiom świata. Główną część muzeum stanowi podłużne, czarne pomieszczenie wypełnione gablotami, w których zgromadzono eksponaty związane z buddyzmem, chrześcijaństwem, hinduizmem, islamem, judaizmem i sikhizmem. W tej samej sali znalazło się także miejsce dla kilku małych kolekcji tematycznych, np. "religia jako zawód" (nie zauważyłem jednak zdjęcia Ojca Dyrektora) i "życie po śmierci". Wycieczka do Muzeum Św. Munga jest interesującym doświadczeniem bez względu na wyznanie (lub jego brak), ponieważ nieczęsto widuje się wszystkie ważne religie zebrane w jednym miejscu -- w dowolnym znaczeniu słowa "zebrane". Ateiście przyjdzie jednak utwierdzić się w niewierze, bo taka kompilacja jasno uświadamia, że wszystkie dogmaty jednocześnie nie mogą być prawdziwe. A na jakiej niby podstawie zakładać, że rację miał Gautama, a nie Chrystus, albo odwrotnie? Ilości wiernych? To nie Black & White.

Sobotnią wędrówkę po Glasgow zakończyłem w Latarni. Pod tą skrótową nazwą kryje się Centrum Architektury, Designu i Miasta, sześciopoziomowe muzeum opowiadające o... architekturze i designie. Ale nie tylko. Na jednym z pięter nieoczekiwanie natknąłem się na wystawę "Haptic", której zdecydowanie bliżej było do sztuki współczesnej. Na moje szczęście okazało się wyjątkowo ciekawa, bo założenie było takie, by oddziałać nie na wzrok, a na zmysł dotyku "widza":
Na kilkunastu postumentów umieszczono różnorakie, na pierwszy rzut oka nieokreślone materiały ułożone w zagadkowe kształty. Przy każdym postumencie widniała tabliczka opisująca dany materiał, a obok położono jego próbkę, której można było dotknąć, by samemu poczuć pod palcami fakturę. Najfajniejszym eksponatem w tejże sali był jednak pochylony niby-stół o wymiarach mniej więcej dwa metry na metr. Blat "stołu" pokrywały setki małych wypustek tworząc coś w rodzaju labiryntu. Z kranu zamontowanego na górnej krawędzi urządzenia co kilkadziesiąt sekund wypływała duża kropla przezroczystej cieczy o konsystencji rzadkiego żelu. Kropla docierała do pierwszych, dużych wypustek, rozbijała się na setki małych kropelek, a te spływały następnie różnymi ścieżkami labiryntu, za każdym razem tworząc inną konfigurację. Dawało to iście hipnotyzujący efekt.
Inne piętro Latarni poświęcono pracom Mackintosha. Charles Rennie Mackintosh (1868-1928) był wybitnym szkockim architektem, czołowym przedstawicielem brytyjskiego Art Nouveau. Mackintosh zaprojektował wiele budynków w Glasgow i okolicy, m.in. samą Latarnię, w której początkowo znajdowała się redakcja Glasgow Herald. Jego architektoniczne dzieła z pewnością rzucają się w oczy przechodniom, lecz trudno nazwać je ekstrawaganckimi (chociaż kto wie, ile kontrowersji wywoływały sto lat temu) -- za ilustrację niech posłuży Hill House. Mackintosh jest także autorem krzeseł o charakterystycznych, wysokich oparciach. Krzesła te oraz modele jego budynków obejrzeć możemy właśnie w Latarni, do której przylega również Wieża Mackintosha, punkt obserwacyjny z doskonałym widokiem na śródmieście Glasgow.
Tradycyjnie zapraszam do obejrzenia zdjęć. W ich opisach da się wyłowić kilka dodatkowych ciekawostek związanych z pierwszą rundą zwiedzania Glasgow.
Zdjęcia później. A na razie: ciekawa relacja, zwłaszcza że słyszałem, iż Glasgow jest znacznie brzydsze od Edynburga. Rozumiem, że Twoim zdaniem nie jest.
"Jak by nie było", ze spacją, bo "jak" i "by" to nie jeden wyraz, ale osobny zaimek przysłowny i osobna cząstka trybu przypuszczającego. Możesz to sprawdzić, wstawiając za "jak" inny wyraz: tak by nie było, siak by nie było, owak by nie było.
Za to we frazach "zdjęcie jakby z filmu" albo "wyglądam, jakbym odpoczywał" nie możesz zamienić "jak" na "tak, siak, owak". :)
A także: "niby-stół" (czepiam się, bo wiem, że wciąż zważasz na ortografię :-) ).
*
"A na jakiej niby podstawie zakładać, że rację miał Gautama, a nie Chrystus, albo odwrotnie? Ilości wiernych?".
Ach, te podwyższone hormony flejmowe w krwiobiegu...
IMHO nauka Chrystusa jest trzeźwiejsza niż nauka Buddy. :>
By anonymous user, # 24. July 2008, 17:43:24
By mwisniewski, # 24. July 2008, 20:07:08
@Scobin & LawDog: Flejmujcie więc.
By Borys, # 25. July 2008, 09:06:59