Skip navigation.

Blogrys

czyli jak obarczyłem się dodatkowym zajęciem

Posts tagged with "muzyka"

Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (6)

, ,

Tym razem "opis towarzyszący" będzie króciutki. Po części dlatego, że zamierzam rozpisać się w następnej muzycznej notce (choć nie będącej kolejną odsłoną 20-20K), a po części dlatego, że szósty odcinek cyklu narodził się spontanicznie. W radiu puścili bowiem piosenkę, której nie słyszałem od wielu, wielu lat, ale która jest niezwykle miła memu uchu. Przybijam piątkę każdemu, u kogo już pierwsze nuty poniższego utworu również aktywują pewien niepowtarzalny i wyjątkowy skojarzeniowy szlak neuronowy.

"Teledysk" co prawda nie najwyższych lotów, ale Głos powinien zrekompensować wszelkie niedostatki wizualne.


Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (5)

,

Pierwszy odcinek 20-20K poświęcony był elektronicznej alternatywie, drugi — kawałkowi rockowemu, trzeci — poezji śpiewanej, czwarty — alternatywnemu rockowi. Nie uda mi się oczywiście żonglować gatunkami w nieskończoność, ale dzisiaj jeszcze się nie będę powtarzał. Pora na... hip-hop z twistem.

W przypadku pierwszego utworu twist jest stosunkowo niewielki i polega na elektronicznym brzmieniu. Wikipedia oznajmiła mi, że electro-hop narodził się we wczesnych latach osiemdziesiątych jako połączenie electrofunku i zwykłego hip-hopu. A o co konkretnie chodzi? O Right Round Flo Ridy feat. Kesha. Utwór pochodzi sprzed mniej więcej pół roku i przebił się na pierwsze miejsce listy przebojów Billboardu. Jest luźnym coverem szlagieru You Spin Me Round (Like a Record) z 1984. Zazwyczaj bardzo irytuje mnie, gdy gwiazdki przelatujące przez muzyczny firmament idą na łatwiznę i przerabiają na swoją modłę jakąś znaną, popularną piosenkę. Nie dość, że to wątpliwe etycznie, to na dodatek wynik końcowy poraża zwykle wtórnością. Tym razem należy jednak przyznać, że Flo Ridzie wyszło lepiej niż Dead or Alive.

Drugi utwór to Candy Shop, tyle tylko, że nie w wersji oryginalnej, półdolarowo-hiphopowej, lecz w popowej, "przytulańcowej" aranżacji. Zestawienie sprośnego (choć zamaskowanego prostymi metaforami) tekstu z wolną, romantyczną melodią wywiera piorunujące wrażenie, szczególnie, jeśli nie udało nam się jeszcze wymazać z pamięci charakterystycznego stylu wokalnego 50 Centa.

Na koniec wypada odpowiedzieć na pytanie skąd, u licha, wytrzasnąłem te dwie piosenki? Obie pochodzą z wybornego soundtracku wyśmienitej komedii The Hangover (po polsku-dystrybutorsku: Kac Vegas), której nie omieszkam polecić w najbliższym Filmorysie (ciągle grają ją w kinach, więc macie jeszcze szansę). Obie pojawiają się w końcowej części filmu, możemy je za to usłyszeć w całej okazałości.




Jackson

, ,

Gdy TVN24 transmitowało uroczystości pogrzebowe Michaela Jacksona, do studia zaproszono jego imiennika, Michała Wiśniewskiego, który opowiadał publiczności, jak to właściwie jest być Królem Popu...

Michael i ja zawsze jakoś żyliśmy obok siebie. Jego kawałki nieodmiennie wpadały mi w ucho, ale nigdy nie robiły na mnie wielkiego wrażenia. Dopiero gdy po śmierci Jacksona, poniesiony falą pośmiertnego hype'u, odświeżyłem największe przeboje artysty, uświadomiłem sobie, że w gruncie rzeczy jego muzyka była dużo ciekawsza -- i, nie bójmy się tego słowa, ambitniejsza -- niż skłonny byłbym przypuszczać.

W miesięcznicę śmierci Króla Popu przedstawiam ranking dziesięciu -- moim zdaniem -- najlepszych utworów Michaela. Adnotacja o "moim zdaniu" nie pojawia się pro forma. Na szczycie podobnych rankingów prawie zawsze występuje para Thriller i Billie Jean. U mnie tych dwóch utworów nie znajdziecie w ogóle, a to z tego prostego powodu, że w dyskografii Jacksona bez trudu odnajduję dziesięć lepszych. Przypuszczam zresztą, że o popularności Thrillera i Billie Jean w dużym stopniu zdecydowały, odpowiednio, względy wizualne (teledysk) i choreograficzne (moonwalk) -- a nie tylko muzyczne.

Nie twierdzę, że poniższa notka powstałaby, gdyby Michael nie umarł. Nie powstała jednak tylko dlatego, że umarł.

Read more...

Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (4)

, ,

Przedstawioną poniżej piosenkę usłyszałem po raz pierwszy kilka tygodni temu w radiowej Trójce, więc niewykluczone, że Wy również ją już znacie. Nie jest to utwór niszowy, wręcz przeciwnie -- Funny The Way It Is< swoją premierę miało 19 kwietnia bieżącego roku i od tamtego czasu zdążyło już zawitać do stratosfer wielu różnych list przebojów, zarówno polskich jak i zagranicznych. A teraz najlepsze: To wbrew pozorom wcale nie pop, lecz genialna porcja alternatywnego rocka.

Pozostaje tylko zapytać, jak to możliwe, że Dave Matthews Band gra od 1991 r., a ja dowiedziałem się o nich dopiero teraz...



Post przeniesiony z Blogspota (23.06.2009)

Echa Eurowizji

,

Minął prawie miesiąc. Eurowizyjne emocje opadły. Mem Rybaka Zwycięzcy zagnieździł się już na dobre w europejskiej świadomości. Nie wolno nam jednak zapominać o tym, że tegoroczna edycja ESC odznaczała się zaskakująco wysokim poziomem. Zapomnijmy więc na chwilę o "Baśni" (ale czy to w ogóle możliwe...?) i przypomnijmy sobie trzy inne, znakomite piosenki, które miały pecha konkurować o palmę pierwszeństwa z Aleksandrem Wielkim. Gdyby to był jakiś inny maj -- kto wie, kto wie...

Read more...

Fairytale

, ,

Na naszych oczach tworzy się historia! Alexander Rybak zapewnił Norwegii wspaniałe zwycięstwo w tegorocznym finale Eurowizji. Wspaniałe? To mało powiedziane. Rybak zdobył aż 387 punktów ustanawiając rekord, który długo nie zostanie pobity (dotychczasowy wynosił zaledwie 292 punkty). Islandia uplasowała się na drugim miejscu, z wynikiem 218 punktów, czyli daleko, daleko w tyle.

Warto dodać, że Rybak odniósł zwycięstwo w przeddzień narodowego święta Norwegii -- a może nawet w samo święto, skoro wręczenie głównej nagrody nastąpiło kilka minut po północy. Zaprawdę, dobrze jest być dzisiaj Norwegiem.

Za rok Eurowizja zawita więc do Oslo -- i to w pięćdziesiątą rocznicę pierwszego udziału tego kraju w konkursie. Brzmi nieźle. Mateusz, pamiętasz, co obiecałeś?

Posłuchajmy tej baśni raz jeszcze.





Post przeniesiony z Blogspota (17.05.2009)

Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (3)

,

Jakiś czas temu ruszyłem tropem pewnej piosenki. Piosenka ta to Ne Me Quitte Pas napisana i zaśpiewana po raz pierwszy przez słynnego francuskiego barda Jacques'a Brela. Była piątym utworem na płycie La Valse à Mille Temps, co po polsku znaczy oczywiście Walc na 1000 pas. Tytułowy kawałek z tego albumu skowerował Michał Bajor... podobnie jak samo Nie opuszczaj mnie.

Nie opuszczaj mnie doczekało się bowiem niezliczonej ilości francuskich i zagranicznych wykonań. Piosenkę Brela, według Wikipedii, śpiewano na przestrzeni lat w siedemnastu językach, z afrikaans i jidysz włącznie. Na polski tłumaczono utwór dwukrotnie. Rodzimego przekładu po raz pierwszy dokonał Adam Kreczmar, a potem "poprawił" go Wojciech Młynarski, zadbawszy o większą wierność oryginałowi. Dzisiaj to wersja Młynarskiego jest tą najchętniej śpiewaną. Osoby, które w przeciwieństwie do mnie znają francuski i po których tekst oryginału nie spłynie jak woda po kaczce, mogą zapoznać się z nim tutaj.

Po polsku Nie opuszczaj mnie śpiewali: Irena Jarocka, wspomniany już Michał Bajor, trzy Edyty: Geppert, Górniak i Jungowska, a nawet Joanna "Naucz mnie przyjemności" Jabłczyńska. Chronologicznie pierwsza była Jarocka, natomiast za najlepsze wykonanie uważa się to, które wyszło z krtani, niespodzianka, Bajora. Osobiście najbardziej podoba mi się wersja Jungowskiej. Możliwościami wokalnymi na pewno nie góruje ani nad Bajorem, ani nad Górniak, ale ona jako jedyna zdecydowała się na oryginalną aranżację i zaśpiewała pierwszą zwrotkę histerycznie, środkowe na jazzowym luzie, a ostatnią z żałością. Zresztą jak ktoś gdzieś, nie bez pewnej dozy złośliwości, zauważył, Jungowska posiada dodatkowy atut w postaci zachrypniętego, "przepitego" głosu, który nadaje wiarygodności jej wykonaniu. Słuchacz dorabia sobie bowiem następującą interpretację: ta kobieta w gruncie rzeczy została porzucona już dawno temu, postanowiła więc utopić żal w wódce, a teraz śpiewa, bo żyje przeszłością i w ogóle jej się wszystko poplątało.

Ne Me Quitte Pas po angielsku brzmi zwykle If You Go Away. Sprawcą tego kanonicznego, ale niezbyt wiernemu oryginałowi tłumaczenia, jest Rod McKuen, który przełożył na język Albionu także wiele innych utworów Brela. Za inną zanglicyzowaną wersję odpowiedzialny jest postmodernistyczny szkocki wykonawca Nick Currie zwany Momusem. Momus, w przeciwieństwie do McKuena, przełożył pieśń Brela bardzo dosłownie, ale, co zrozumiałe, utraciła ona przy tym wiele ze swego rytmu i ze swej poetyckości.

Wersję McKuena zaśpiewali m.in. Tom Jones, Frank Sinatra, Ray Charles, Julio Iglesias i (zaskakująco kiepsko) Cindy Lauper. Od wszystkich tych znanych nazwisk dużo lepiej spisała się Emilíana Torrini, ta sama, której sympatyczne Jungle Drum pogrywa ostatnio w radiu. Torrini idealnie wyczuła nastrojowość piosenki Brela. Sprawdźcie sami.

Rybak i Lidia

Z dedykacją urodzinową
dla Mateusza,
konesera muzyki


Za sprawą Dimy Bilana, który UWIERZYŁ, to Moskwa w tym roku stanie się na kilka pięknych majowych dni stolicą Europy. Finały Eurowizji 2009 na własne oczy obejrzy trzydzieści pięć tysięcy szczęśliwców z trybun moskiewskiego Stadionu Olimpijskiego. Impreza składać się będzie z trzech części: po półfinałach we wtorek i czwartek odbędzie się niedzielny wielki finał. 16 maja sto milionów Europejczyków zasiądzie przed telewizorami lub internetowymi streamami, by kibicować swoim faworytom. Wśród nich będziemy my, a więc ja i Wy. Kto wie, może w eterycznej loży honorowej zasiądzie też Człowiek z Księżyca, czyli Andy Kaufman; tego samego dnia, 16 maja, minie dwadzieścia pięć lat od jego śmierci...

Read more...

Miasteczko Sama

,

To moja pierwsza recenzja albumu muzycznego. Obiecajcie, że będziecie wyrozumiali, a ja obiecam postarać się dużo lepiej niż w przypadku swojej pierwszej recenzji filmowej i może nawet trochę lepiej niż w przypadku swojej pierwszej recenzji książkowej.

The Killers poznałem za pośrednictwem radia. W 2005 r. wysokie miejsca na różnych listach przebojów zajmował kawałek Mr Brightside. Piosenka wpadła mi w ucho, głównie dzięki leciutkiej, aczkolwiek charakterystycznej, nucie histerii w głosie Brandona Flowersa. Potem zorientowałem się, że równie fajne Somebody Told Me także należy do repertuaru tej samej grupy. A potem... Potem nabyłem Sam's Town, drugi album Zabójców.


Read more...

Dwadzieścia-dwadzieścia tysięcy (2)

,

Dziś mija siedemnasta rocznica śmierci Freddiego Mercury, najlepszego wokalisty dwudziestego wieku. Nie miałem więc kłopotu z wyborem wykonawcy do drugiego odcinka 20-20K. Z wyborem utworu -- tylko jednego utworu -- już tak.

Read more...