Zwykle odkrywam jedną dobrą płytę na pół roku, a w ciągu ostatnich trzech miesięcy odkryłem aż trzy (precyzując: dwa longpleje i jedną EP-kę). Wszystkie tak znakomite, że o żadnej nie wypada nie napisać.
* * *
O albumie 936 dowiedziałem się z blogu Polifonia. Był to notabene pierwszy przeczytany przeze mnie wpis Bartka Chacińskiego, zaliczyłem więc wtedy eresesowy strzał w dziesiątkę (chociaż przyznam, że od tamtej pory nie udało mi się wyłowić na Polifonii równie wyjątkowej płyty). Wcześniej w ogóle o zespole Peaking Lights nie wiedziałem, ba, nie wiedziałem nawet, że istnieje taki rodzaj muzyki: powolnie psychodeliczny, hipnotyzujący, oniryczny. Uspokajający. Lepki lepkością poobiedniej drzemki lub leniwego upalnego popołudnia. Idealna muzyka do czytania Schulza. Jeżeli znacie inne płyty utrzymane w podobnych brzmieniach, bardzo proszę o informację (poprzednia płyta PL jest dużo mroczniejsza). I co to w ogóle za podgatunek muzyki? Elektroniczny krautrock?
Słyszeliście trzeci zwiastun do Incepcji Nolana? Choć muzykę do filmu napisał Hans Zimmer i choć wiele osób z rozpędu przypisuje także jemu kawałek Mind Heist, w rzeczywistości za oprawę dźwiękową trailera odpowiada Zack Hemsey. Na stronie kompozytora możemy odsłuchać za darmo i dowolną ilość razy wszystkich jego nagrań. Znajdziemy tam również EP-kę pt. Mind Heist z kilkoma wariacjami na temat utworu o tym samym tytule; zwiastunowa wersja też tam jest. Filmowa muzyka z najwyższej półki. O dziwo, pozostałe utwory Hemseya są o rząd wielkości słabsze, częściowo dlatego, że facet lubi brudzić swoje kompozycje słabym i kompletnie nieprzystającym... rapem.
* * *
Niedawno na YouTubie natknąłem się na zapierający dech w piersiach popis brawury Jeba Carlissa. Jeszcze bardziej od powietrznego wyczynu prawdziwego Człowieka-Nietoperza zafascynował mnie podłożona piosenka. Chwilę później Megalithic Symphony, debiutancka płyta AWOLNATION, trafiła do mojej kolekcji. Jakże mógłbym przejść obojętnie obok pierwszorzędnego postrocka? Aaron Bruno uprawia bez wątpienia alternatywę, lecz nie boi się flirtować z popem, a wokalna histeria eksplodująca w doskonałym Sail nadaje całości szczególnych posmak. Album bez słabych kawałków. Gorąco polecam i czekam na więcej.
Michał R. Wiśniewski wypowiadał się o miastyzmie negatywnie, potępiając w czambuł fanbojowanie miasta swojego zamieszkania i/lub pochodzenia. Cóż, ja też jestem miastytą, ale przed idiosynkrazją MRW chroni mnie prywatna i odmienna interpretacja tego terminu. Uprawiam bowiem miastyzm m u z y c z n y. Nie chodzi bynajmniej o to, że mam hopla na punkcie podwórkowych ballad wysławiających romantyczne zaułki Łodzi. Mój muzyczny miastyzm posiada charakter kosmopolityczny, uniwersalny nawet — otóż przepadam za piosenkami poruszającymi tematykę miejską.
Paradygmatem piosenki miastycznej pozostanie dla mnie na wsze czasy cover Summer in the City Joe Cockera. Kawałek poznałem w wieku szczenięcym, a musicie wiedzieć, że już wtedy uwielbiałem spędzać lato w mieście. Nigdy nie przerażały mnie betonowe upały; czułem raczej wyraźną niechęć do arkadii pasterskich. Myślałem, że Joe Cocker równie stanowczo sprzeciwia się sielankom i bukolikom i czerpałem z jego głosu otuchę. Gdy mój angielski się poprawił, odkryłem jednak, iż piosenka opowiada o modnym ziomku szukającym sobie na noc fajnego kociaka. Na szczęście duszna atmosfera lata spędzanego w mieście się ostała.
O miastyzm muzyczny zacząłem podejrzewać siebie zaraz po premierze singla New York City Boy, który po dziś dzień pozostaje moją ulubioną piosenkę Pet Shop Boys. Gdy do kompletu dołączyły melancholijne Streets of Philadelphia Springsteena pomyślałem, że być może mój kosmopolityczny i uniwersalny miastyzm jest w gruncie rzeczy sprofilowany na bardzo konkretne miasta bardzo konkretnego Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Sprawę pogorszyła piękna Human Nature Michaela Jacksona, gdzie w pierwszej zwrotce anonimowy podmiot liryczny, przed wyruszeniem na poszukiwanie miłości, spogląda na światła pogrążonego w nocy miasta. Miasto niby też jest anonimowe, ale metafora z jabłkiem jednoznacznie identyfikuje je jako Nowy Jork.
Z odsieczą przybyli rodzimi wykonawcy. To nic, że trzech na czterech śpiewa o Warszawie. I Sen o Warszawie, i Stacja Warszawa, i Warszawa, i wreszcie Moje miasto nocą to przecież świetne kawałki, które poruszają różnorakie aspekty współczesnej urbanistyki. Niemen opowiada o aglomeracji jeszcze poetycko i optymistycznie, ale jego mniej utalentowani koledzy po fachu odznaczają się już większą dozą sceptycyzmu: Lady Pank zwraca uwagę na miejską alienację, T.Love porusza problem alkoholizmu, De Mono straszy właścicieli samochodów i miłośników nocnych spacerów wysokimi wskaźnikami przestępczości.
Najlepsza piosenka usłyszana przeze mnie w 2009 r. potwierdza, że miastyczny utwór wcale nie musi opowiadać o mieście. Wystarczy, że miasto jest w utworze osadzone (wykazują to już zresztą kawałki Cockera i Jacksona). Funny The Way It Is Dave Matthews Band (któremu zresztą poświęciłem osobny odcinek cyklu) nie pozostawia wątpliwości co do miejsca akcji: Leżymy sobie w słoneczny dzień w parku, obok przejeżdża wóz strażacki na sygnale, wieczorem z mieszkania na górze dobiegają nas wrzaski sąsiadów.
W tym momencie sceptyk powinien również zawrzasnąć, iż cały ten muzyczny miastyzm to jeden wielki GP, bo to wcale nie tak, że motyw miasta poprawia wizerunek piosenki w moich uszach. Wymieniam sobie po prostu kawałki, które mi się podobają, tyle tylko, że stosuję tym razem miastowy klucz. Otóż nie! Big City Life wybitnie nie trafia w mój gust, ale wiadomy element pozwala mi utwór Mattafiksu przynajmniej tolerować. Gdyby nie on, reagowałbym alergicznie, bo piosenka wprost zionie pretensjonalnością i wulgarnym hipsterstwem.
Wreszcie, ostatnia sprawa: Co prawda wystarczy, że miasto będzie się tylko luźno przewijało w słowach utworu, lecz miastyzm nigdy nie może zostać zdominowany ideologicznie. Dlatego właśnie z miastycznej kategorii momentalnie wypadają First We Take Manhattan oraz cała płyta Powstanie Warszawskie, skądinąd znakomita. Zarówno u Cohena jak i Lao Che pojawiają się przecież pod/nadteksty buntownicze. Miastyzm musi natomiast pozostać w czystej i nieskażonej, nawet jeśli skromnej, formie.
Lech Roch Pawlak powiedział kiedyś, że każdy z nas ma swój wybór: albo muzyka, albo narkotyki. A gdyby tak dokonać syntezy? Pytanie to zadali sobie już na początku minionej dekady niemieccy harddancerzy ze Scootera. Baxxter i spółka szybko zrozumieli jednak, że nie obejdzie się bez katalizatora. Postawili więc wszystko na jedną kartę: w teledysku Weekend! narkotykiem staje się religia, owo opium dla ludu, wciąż przecież posiadające moc uwodzenia tłumów.
Oto HP, kardynał weekendu. W stroju rzymskiego centuriona, w otoczeniu półnagich akolitek, na barce podtrzymywanej przez groteskowo zamaskowanych kapłanów, głosi słowo na sobotę. Wpierw słyszymy dźwięk track attackera i zaraz potem zostajemy zaatakowani feerią obrazów rodem ze spermutowanych pism świętych. Zamiast Jezusa umierającego na krzyżu — ubrana na biało kobieta w koronie cierniowej. Zamiast dumnego pochodu islamu — dwaj wojownicy walczący na piasku. Zamiast kabalistów zgarbionych nad Talmudem — blondynka podająca Baxxterowi uniżenie Księgę. Kropkę nad "i" stawia tradycyjny hinduski taniec ku chwale Ganeshy.
Tekst piosenki składa się częściowo z glosolaliów charakter i te partie na próżno będziemy starali się zrozumieć. Dlaczego niby Baxxter jest voodoo, dlaczego jest przeznaczeniem Zulu...? Nie wiadomo. Inne fragmenty okazują się z kolei zaskakująco przejrzyste. W Weekendzie odnajdziemy na przykład cytat z Małego księcia: "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". W refrenie powraca natomiast uporczywie motyw erotycznej miłości. Baxxter nie ukrywa, że pragnie ją posiąść i... zrozumieć?
Love in a woman's heart
I wanna have the whole and not a part
Strange that this feeling grows more and more
'Cause I've never loved someone like you before
Asher Roth chce chodzić do college'u przez resztę życia. Głód wiedzy? Skąd. Strach przed dorosłością? Tak jakby. Asher uosabia bowiem bachusowy typ studenta, który doskonale znamy z amerykańskich filmów i rodzimych miejskich legend o misjach ratunkowych na Marsa: film urywa się o trzeciej, budzisz się o dziesiątej, idziesz coś zjeść i od początku.
Niech nikogo nie zmyli teledysk. Absolutnie nie ma on charakteru dokumentalnego, jest raczej luźną i poddaną autocenzurze rekonstrukcją conocnych zdarzeń. Prawdziwe banie muszą być dużo ostrzejsze. Asher żałuje zresztą, że nie nagrał tej ostatniej. Był browar, było zioło, jakaś panna się całkiem rozebrała. Grubo.
I Love College jest śpiewany, czy raczej melorecytowany, na totalnym luzie, który w pierwszej chwili przywodzi na myśl Because I Got High. Prędko uświadamiamy sobie jednak, że w porównaniu z Rothem Afroman narzucał się ze swoimi ćpackimi przygodami, ba, okręcał narrację wokół wstrętnego moralizatorstwa. Tymczasem Asher wcale nie ostrzega przed zgubnym wpływem studiowania. Przypomina jedynie o podstawowej zasadzie imprezowego savoir-vivre'u: Jeśli wpadniesz na balety, to nie urywaj się przedwcześnie. Chętnie, choć nienatarczywie, dzieli się też swoim doświadczeniem: Nie zasypiać w butach, nie dobierać się do zbyt zmelanżowanych maniurek, zawsze zakładać dwie gumki.
Poza praktycznymi poradami w tekście kryją się fragmenty iście filozoficzne. Asher wygłasza arystotelesowską pochwałę przyjaźni (My good friends is all I need), wzywa do spontaniczności (Do something crazy! Do something crazy!), krytykuje szczególną teorię względności (Time isn't wasted when you're getting wasted). W ostatniej zwrotce pyta retorycznie: Czy naprawdę muszę się kiedyś obronić? Czy raczej mogę zostać na uczelni przez resztę życia?
Jeżeli nie jest jeszcze dla Ciebie za późno, też się nad tym zastanów.
Tomek miał rację. Co prawda blisko rok odpoczynku od Blogrysa nie zaszkodził, ale rozdrabnianie się na blog filmowy i książkowy było zupełnie niepotrzebne. Tamte inicjatywy padły. Po przedwczesnej deklaracji emerytalnej postanowiłem więc powrócić. Ochota do wynurzeń na tematy dowolne dies hard.
Pytanie tylko, czy po tak długiej przerwie ktoś tu jeszcze będzie zaglądał. Otuchy dodaje Google Reader informując, że Blogrysa wciąż prenumeruje RSS-em blisko dziesięć osób. A pączkowania nie należy nigdy lekceważyć.
Owszem, nie trzeba było wysiadać z tej łodzi na bezblożny ląd — ale może uda się jeszcze z powrotem na nią wskoczyć.
Kończę z blogowaniem. Kończę z Blogrysem. Dziękuję wszystkim, którzy od czasu do czasu tu zaglądali; dziękuję jeszcze bardziej tym, którzy regularnie czytywali moje notki i dotrwali aż do tej ostatniej, dwieście pięćdziesiątej ósmej. Dziękuję za wszystkie komentarze. Uzbierało się ich dokładnie 2321 (ukłon w kierunku Dabroza, który swojego czasu napisał dla mnie stosowny skrypt zliczający). Wiele jest moich, ale nie więcej niż jakieś 40%, co daje przynajmniej 1400 "zewnętrznych" komciów. To więcej niż jeden dziennie! Dzięki.
Dziękuję Artiemu, Scobinowemu i Sejiemu za to, że swojego czasu ich działalność blogerska zainspirowała mnie do założenia własnego bloga. Myślałem, że któregoś dnia uda mi się przegonić któregoś z Was, jeśli chodzi o liczbę notek. Nie udało się, chociaż Seji był już tuż-tuż.
Dziękuję osobom, którzy często się tu udzielały: Arkowi, Deckardowi, Lawowi, Lordowi, Misiołakowi, wyżej wspomnianym Scobinowi i Sejiemu; oraz JJ Thompsonowi, Kirtanowi i Masato, którzy kiedyś również na Blogrysa zaglądali. Jeżeli kogoś pominąłem -- przepraszam, memoria fragilis.
A teraz już zamykamy. Bałem się, że nie znajdę niczego lepszego niż "Shut It Down" Pitbulla feat. Akon. Na szczęście znalazłem.
Wiemy już, jaka piosenka będzie reprezentowała Norwegię w tegorocznym finale Eurowizji, który odbędzie się 29 maja na Telenor Arena niedaleko Oslo. Dzisiejsze eliminacje krajowe zwyciężył Didrik Solli-Tangen z utworem My Heart Is Yours. "Serce Dydryka" pokonało między innymi A1 z ich mdłopopowym Don't Wanna Lose You Again; norweską popgwiazdę Marię Arredondo z The Touch; Yes Man Bjørna Johana Muriego, skądinąd sympatyczny utworek, któremu jednak w drugiej połowie zdecydowanie brakuje "tego czegoś"; oraz epickich ekstremalnych metalowców (sic!) z Keep Of Kalessin (The Dragontower zajęło wysokie trzecie miejsce). Nazwiska pozostałych przegranych można wyczytać stąd, a teraz oddajmy już scenę zwycięzcy.
Jak słusznie zauważono w artykule w Dagsavisen, piosenka Solli-Tangena mocno przypomina You Lift Me Up Rolfa Løvlanda, ale trudno oskarżać Solli-Tangena o plagiatowanie rodaka, jako że tamten zaczerpnął z kolei pełną garścią z tradycyjnej irlandzkiej ballady Danny Boy. Tegoroczny reprezentant Norwegii odwołuje się więc do nuty dobrze zadomowionej w europejskiej świadomości.
Za niecałe cztery miesiące przekonamy się, czy to wystarczy, by Dydryk stał się nowym Królem Rybakiem.
PS. Ciekawe, kto wygra eliminacje w Polsce? Dowiemy się za tydzień. Stawiam na Leszcze albo Węgrowską. Piosenka Leszczów jest bezapelacyjnie fajniejsza, ale to Iwona miałaby większe szanse w Oslo. Większe nie znaczy jednak duże. Tak czy owak, nie wygląda to za dobrze. Zróbcie z tym coś wreszcie!
PPS. Dołożę wszelkich starań, by w tym roku na Blogrysie ukazał się wreszcie, na krótko przed Eurowizją, przegląd piosenek walczących o koronę.
Oficjalny angielski przekład mojego ulubionego wiersza mojego ulubionego poety wydaje się niedopracowany, więc pozwoliłem sobie w wolnej chwili.
Prośba o wyspy szczęśliwe
A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.
Request for the isles of bliss
And you carry me to the isles of bliss,
with gentle wind sweep hair like flowers, and kiss,
cradle me and put into sleep, swamp with a melodious dream, tranquilize,
while dreaming on the isles of bliss do not wake me up.
Show me the immense waters and the silent waters,
let me hear the stars talk on the branches of green,
show a lot of butterflies, show me their hearts from nearby, and cuddle,
bend calm thoughts over the waters with love.
Jeśli chodzi o wersję muzyczną, to nie najgorzej spisała się Anna German, ale i tak czekam na płytę Raz Dwa Trzy pt. "Gałczyński".
Tym razem "opis towarzyszący" będzie króciutki. Po części dlatego, że zamierzam rozpisać się w następnej muzycznej notce (choć nie będącej kolejną odsłoną 20-20K), a po części dlatego, że szósty odcinek cyklu narodził się spontanicznie. W radiu puścili bowiem piosenkę, której nie słyszałem od wielu, wielu lat, ale która jest niezwykle miła memu uchu. Przybijam piątkę każdemu, u kogo już pierwsze nuty poniższego utworu również aktywują pewien niepowtarzalny i wyjątkowy skojarzeniowy szlak neuronowy.
"Teledysk" co prawda nie najwyższych lotów, ale Głos powinien zrekompensować wszelkie niedostatki wizualne.
Pierwszy odcinek 20-20K poświęcony był elektronicznej alternatywie, drugi — kawałkowi rockowemu, trzeci — poezji śpiewanej, czwarty — alternatywnemu rockowi. Nie uda mi się oczywiście żonglować gatunkami w nieskończoność, ale dzisiaj jeszcze się nie będę powtarzał. Pora na... hip-hop z twistem.
W przypadku pierwszego utworu twist jest stosunkowo niewielki i polega na elektronicznym brzmieniu. Wikipedia oznajmiła mi, że electro-hop narodził się we wczesnych latach osiemdziesiątych jako połączenie electrofunku i zwykłego hip-hopu. A o co konkretnie chodzi? O Right Round Flo Ridy feat. Kesha. Utwór pochodzi sprzed mniej więcej pół roku i przebił się na pierwsze miejsce listy przebojów Billboardu. Jest luźnym coverem szlagieru You Spin Me Round (Like a Record) z 1984. Zazwyczaj bardzo irytuje mnie, gdy gwiazdki przelatujące przez muzyczny firmament idą na łatwiznę i przerabiają na swoją modłę jakąś znaną, popularną piosenkę. Nie dość, że to wątpliwe etycznie, to na dodatek wynik końcowy poraża zwykle wtórnością. Tym razem należy jednak przyznać, że Flo Ridzie wyszło lepiej niż Dead or Alive.
Drugi utwór to Candy Shop, tyle tylko, że nie w wersji oryginalnej, półdolarowo-hiphopowej, lecz w popowej, "przytulańcowej" aranżacji. Zestawienie sprośnego (choć zamaskowanego prostymi metaforami) tekstu z wolną, romantyczną melodią wywiera piorunujące wrażenie, szczególnie, jeśli nie udało nam się jeszcze wymazać z pamięci charakterystycznego stylu wokalnego 50 Centa.
Na koniec wypada odpowiedzieć na pytanie skąd, u licha, wytrzasnąłem te dwie piosenki? Obie pochodzą z wybornego soundtracku wyśmienitej komedii The Hangover (po polsku-dystrybutorsku: Kac Vegas), której nie omieszkam polecić w najbliższym Filmorysie (ciągle grają ją w kinach, więc macie jeszcze szansę). Obie pojawiają się w końcowej części filmu, możemy je za to usłyszeć w całej okazałości.