Skip navigation.

Posts tagged with "polityka"

Ważyć, nie liczyć

,

Jestem obecnie w trakcie czytania drugiego tomu dylogii Dominium Solarne Tomasza Kołodziejczaka. Później poświęcę jej na łamach Blogrysa osobną notkę -- bynajmniej nie dlatego, że jest to wyjątkowo dobra lektura, lecz ponieważ po długiej, ponad rocznej przerwie, zamierzam wreszcie powrócić do działalności literackorecenzenckiej. Teraz przedstawię tylko jeden z pomysłów Kołodziejczaka wyczytany w pierwszej części cyklu, Kolorach sztandarów. "Jeden z...", bo jak na space-operę przystało, różnorakich pomysłów w obu tomach znalazło się sporo. Ten poniższy nie jest jednak militarny, technologiczny, naukowy ani socjologiczny, lecz -- polityczny.

Opisuje oto Kołodziejczak ustrój planetarny, który na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zwyczajnej demokracji. Władzę wykonawczą na Gladiusie sprawuje dwudziestoosobowa Rada Elektorów wybierana w powszechnym głosowaniu. Powszechnym, ale specyficznym, bowiem każdy obywatel może posiadać maksymalnie 100 głosów elektorskich, natomiast przeciętni mieszkańcy mają ich po... zero. Nie dlatego, że "przeciętny" na Gladiusie oznacza pozbawionego praw niewolnika lub robola, lecz dlatego, że o ilości posiadanych głosów elektorskich decydują trzy kryteria. A wyjściowo nie spełnia się żadnego z nich.

Czynnik pierwszy, czyli podatki. Płacąc podstawową stawkę, do głosowania nie masz prawa w ogóle. Skoro nie chcesz dokładać do wspólnego budżetu więcej niż wynosi konstytucyjne minimum, inni będą za ciebie stanowić o polityce i sposobie zarządzania tymże budżetem. Decydując się na płacenie dodatkowych procentów podatkowych, możesz natomiast uzyskać maksymalnie siedemdziesiąt głosów elektorskich. Słowami autora: "Obywatele mieli możliwość sterowania wysokością swoich podatków i wynikającymi z tego faktu przywilejami wyborczymi. Ci, którzy odprowadzali na cele publiczne więcej pieniędzy, uzyskiwali większy wpływ na publiczne sprawy".

Czynnik drugi, czyli aktywność polityczna. Każdy obywatel dzierży cząstkę władzy ustawodawczej, jako że na Gladiusie inna władza ustawodawcza niż ogół mieszkańców po prostu nie istnieje. Każdy może więc wypowiadać się publicznie w sprawach lokalnych, regionalnych bądź kontynentalnych, każdy może zgłaszać propozycje nowych uchwał i poprawek do starych, debatować nad nimi i wreszcie głosować na "tak" lub "nie". Uczestniczenie w życiu politycznym planety pozwala na uzyskanie maksymalnie piętnastu punktów elektorskich. Wprowadzenie instytucji "parlamentu globalnego" jest w książkach Kołodziejczaka możliwie oczywiście dzięki postępowi technologicznemu, a ściślej: dzięki pełnemu "zinternetyzowaniu" społeczeństwa.

Wreszcie, czynnik trzeci, a więc zasługi. Zamiast orderów, awansów i dyplomów państwowych, najbardziej zasłużone dla Gladiusa jednostki otrzymują w uznaniu swych zasług dla planety punkty elektroskie. Maksymalnie znowu piętnaście.

Przyznam, że pomysł Kołodziejczaka przypadł mi do gustu -- przede wszystkim dlatego, że nigdy samemu czegoś takiego nie wymyśliłem. A przecież od czasu do czasu zastanawiam się, jaki ustrój polityczny będzie następcą naszej dzisiejszej całkowicie egalitarnej demokracji, co do której nie mam wątpliwości, że nie będzie ostatnim etapem w rozwoju państwowości. Ktoś prędzej czy później pojmie, że paradygmat "menel spod budki z piwem ma identyczne prawo wyborcze co profesor ekonomii" nadaje się na historyczny śmietnik. Bowiem już starożytni stwierdzili, że głosy należy ważyć, nie liczyć.

Kaczor Donald Reloaded

,


Za cztery tygodnie w Polsce odbędą się wybory. Dlaczego wybory te będą wyjątkowe, nie muszę Wam mówić -- wiecie w końcu lepiej ode mnie, bo poza internetowymi serwisami informacyjnymi macie jeszcze do dyspozycji telewizję (i reżimową, i niezależną). Niestety, ja przyłączę się do ademokratycznego i politycznoolewackiego grona, które obniży frekwencje i do urn nie pójdzie. Jako emigrant mam co prawda bardzo dobre usprawiedliwienie, jednak naprawdę nie chodzi o to, że nie chce mi się ruszyć czterech liter do ambasady -- mam przecież zupełnie niedaleko. Jestem natomiast zdania, że osoby, które opuściły kraj "na dobre", nie posiadają moralnego prawa do głosowania w wyborach parlamentarnych w ojczyźnie, nawet jeśli wciąż są formalnie jej obywatelami. Wyjechałeś? A więc nie wiesz, jak tak naprawdę wygląda sytuacja w kraju -- zostaw głosowanie tym, którzy wiedzą i którzy potem będą musieli przez cztery (albo dwa) lata znosić konsekwencje swego wyboru. Zawsze irytowały mnie amerykańskie dziadki-polonusy siedzące od dziestu lat za Oceanem, ale nadal chcące aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym kraju, z którego pochodzą. PRL już się skończył -- jak tacy z was patrioci, to wracajcie do Polski.

Read more...