Tuesday, 22. July 2008, 21:04:15
staż w uk, turystyka
W poprzednią sobotę nie zaplanowano nam żadnych grupowych wyjazdów, więc miałem czas, żeby wreszcie pozwiedzać Glasgow. Do wszystkich interesujących mnie miejsc nie dotarłem, ale liczę, że przed zakończeniem stażu zdążę zaliczyć pozostałe turystyczne checkpointy. W bieżącym wpisie na pierwszy ogień idą zatem: Galeria Sztuki Nowoczesnej, katedra, Muzeum Św. Munga oraz Latarnia. Najpierw jednak kilka słów o głównym bohaterze.Read more...
Friday, 11. July 2008, 23:57:31
staż w uk, turystyka
Wyspa Arran (Isle of Arran), położona tylko 70 km na południowy-zachód, ale aż dwie godziny drogi pociągiem i promem od Glasgow, jest opisywana jako "Szkocja w miniaturze" i "klejnot w turystycznej koronie Szkocji". Spędzony na niej weekend dość hardo się z tą tezą obszedł. Bo i owszem, widoki były piękne, ale okazało się, że aby ów klejnot zalśnił, spełnione muszą zostać dwa warunki:
- ładna, słoneczna pogoda (o którą w Szkocji niełatwo)
- zamiłowanie turysty do łażenia po górach
W przeciwnym razie na Arran będziemy albo moknąć, albo się nudzić. Pospiesznie jednak ucinam swoje narzekanie, bo nie chciałbym upodobnić się do czwórki rodaków, którzy siedzieli obok mnie w autobusie jadącym na wyspie z Brodick do Lochranzy i na przemian komentowali "chujowość dróg" tudzież "stada zasranych owiec". Przejdźmy więc do rzeczowego opisu.Read more...
Wednesday, 2. July 2008, 22:21:04
turystyka, staż w uk
Przewodnik turystyczny nie skłamał. Edynburg naprawdę jest przeuroczym miastem. Jednocześnie muszę nieskromnie przyznać, że stolica Szkocji nie wywarła na mnie równie wielkiego wrażenia co na statystycznym turyście, jako że ja już wcześniej widziałem coś podobnego, kiedy kilka lat odwiedziłem Stavanger na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Pod względem topograficznym oba miasta mają wiele wspólnego: wąskie, kręte uliczki pnące się w górę i w dół, nadmorskie położenie, bezpośrednie sąsiedztwo gór. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Edynburg jest od Stavanger ładniejszy, a to za sprawą zdecydowanie ciekawszej architektury i wielkiej ilości zabytków. Jej prawdziwy klejnot stanowi wielki, stary zamek położony na wzgórzu w samym środku miasta. Zaiste niesamowity to kontrast, gdy wędrujemy ruchliwą ulicą pełną pieszych, samochodów i sklepów, a nad nami góruje dostojne, wiekowe zamczysko.Read more...
Friday, 27. June 2008, 21:20:18
staż w uk, turystyka
Zacznę od egocentrycznego wstępu, bo bez niego i tak musiałbym pewnie wyjaśnić w komentarzach, jak się tu znalazłem. Otóż w ramach IAESTE, międzynarodowego programu wymiany studentów kierunków ścisłych, trafił mi się ośmiotygodniowy staż w Glasgow. Pracuję na Uniwersytecie Strathclyde w wydziale zajmującym się badaniami oddziaływań między wysokoenergetycznymi laserami i plazmą. Przydzielono mnie do eksperymentów z rozpraszaniem Ramana (nie mylić z Romanem) i... na tym poprzestańmy. Oszczędzę Wam szczegółów technicznych mojego stażu i będę ograniczał się do aspektu kulturalno-turystycznego. Ostrzegam jednak z góry, że nie jestem hardkorowym "zwiedzaczem" (jak na przykład tow. Seji, który ze swoich wycieczek do Norwegii zawsze potrafi wycisnąć zdumiewająco wiele notek), a poza tym znakomita większość część tygodnia i tak upływa mi na pracy. Ergo, nie będzie często i wyczerpująco... ale postaram się, żeby było ciekawie.Read more...
Wednesday, 25. June 2008, 22:27:10
turystyka
Druga połowa maja, piękny, słoneczny dzień. Od Øresund wieje lekki wiatr, ale na błękitnym niebie nie sposób dostrzec żadnej chmury. Odcina się za to na nim wyraźnie czarno-złota, pyszna wieża Vor Frelsers Kirke, Kościoła Naszego Zbawiciela. To właśnie do wspinaczki na tę wieżę profesor Lindenbrock zmusił siostrzeńca Axela, by uleczyć go z lęku wysokości i przygotować do podróży do wnętrza Ziemi.
Mijamy kościół, kilka budynków mieszkalnych i po krótkiej chwili docieramy do skrzącego się od zieleni nabrzeża. Wędrujemy ścieżką, po lewej stronie mając niewysoką skarpę, a po prawej -- trzcinowy gąszcz. Mijamy ławki; na niektórych odpoczywają spacerowicze, na jednej śpi kloszard w wełnianej czapce. Sto metrów dalej pracownicy miejscy pielęgnują nabrzeżną zieleń. Wokół cisza i spokój, nawet ptaki zbytnio nie hałasują. Nagle pod stopami czuć niewyraźne drgania. Kilka sekund później pojawia się w nich wyraźny rytm, a zaraz potem do naszych uszu zaczyna dobiegać muzyka.
Wspinamy się na skarpę. Muzyka przybiera na sile. Po chwili stajemy na szczycie. Przed nami i pod nami rozciąga się skupisko murowanych budynków i blaszanych bud, zamaskowane listowiem wysokich drzew. Głośny hard rock wylewa się z niewidocznego głośnika i potrząsa całą okolicą. Schodzimy powoli w dół, ku przechadzającym się alejkami ludziom -- przyjezdnym, takim jak my, i... miejscowym. Wystarczyłoby wpuścić tutaj grupę moherowych katolików, a maryjny świat szybko obiegłaby wiadomość, że przedsionek Piekła znajduje się na terenie dawnych koszar wojskowych w śródmieściu duńskiej stolicy. Że Dante się pomylił, że wcale nie nel mezzo del cammin di nostra vita, a nel mezzo del cammin di Copenhagen in Danimarca.Read more...
Tuesday, 17. June 2008, 21:23:38
zdjęcia, turystyka
Kopehaga to miasto zdominowane przez rowery. Przez śródmieście we wszystkich kierunkach przemykają istne peletony składające się z mieszkańców, którzy zamienili cztery kółka na ekologiczny jednoślad. Najwięcej rowerzystów pojawia się w godzinach porannych i popołudniowych, gdy ludzie jadą do lub z pracy, ale i w porze południowej oraz wieczornej trzeba mieć się na baczności, żeby nie zostać przejechanym. Ścieżki rowerowe biegną bowiem wzdłuż chodników na dosłownie każdej ulicy w centrum i niezorientowanemu turyście łatwo pomylić przestrzeń przeznaczoną dla pieszego z przestrzenią zarezerwowaną dla cyklistów. Kilka nierozważnych kroków do przodu po złej stronie krawężnika i za chwilę okaże się, że znaleźliśmy się pośrodku strumienia rowerzystów, tuż obok samochodów pędzących środkową częścią jezdni, a szybki powrót na bezpieczny chodnik uniemożliwia betonowy murek.
Kopenhaga jest też miastem przestronnym, więc mnogość ścieżek rowerowych nie powinna w zasadzie dziwić. Na brak ciasnoty w śródmieściu wpływa położenie stolicy Danii. Centrum przecina kilka kanałów i szeroka fosa, pozostałość dawnego systemu obronnego. Owe nitki wodne skutecznie "rozbijają" miejską zabudowę i uniemożliwiają jej zbytnie zagęszczenie. Oczywiście, jak na stare europejskie miasto przystało, wąskie i kręte uliczki znajdziemy tu również. Czołową przedstawicielkę takowych stanowi Strøget, najdłuższy deptak handlowy na Starym Kontynencie, który zaczyna się przy Ratuszu, a kończy na Nowym Placu Królewskim. Strøget posiada kilka pomniejszych rozwidleń, na których znaleźć można kafejki, puby i restauracje.Read more...
Tuesday, 29. April 2008, 21:20:44
varia, Norwegia, zdjęcia, turystyka
LawDog i Agnieszka nie mają bloga, biedne misie. A chcieliby podzielić się ze społecznością internetową wrażeniami ze swojej czterodniowej wizyty w Oslo w połowie kwietnia. Blogrys, notabene organizator wycieczki, wyciąga pomocną dłoń i po raz pierwszy w swej historii czyni niezwykły wyjątek -- udostępnia łamy dla "notki gościnnej". Zapraszam.Read more...
Wednesday, 1. August 2007, 18:01:47
zdjęcia, turystyka

Tydzień temu powróciłem z Pienin, z pięciodniowej wycieczki o profilu fandomowo-growo-turystycznym. Nosiłem się przez chwilę z zamiarem napisania dłuższej relacji na potrzeby bloga, ale szybko uznałem, że nie ma to w zasadzie sensu. Susłakon wbrew przyrostkowi "kon" nie był bynajmniej konwentem, więc i pisać za bardzo nie ma o czym. Ci, którzy mi towarzyszyli, sami wiedzą najlepiej, jak było; pozostałym relacjonowanie szczegółów nie wydałoby się pewnie specjalnie zajmujące. Wykpię się zatem pokaźnym pakietem zdjęć (które i tak powiedzą najwięcej) oraz telegraficznym skrótem.
Read more...
Sunday, 26. November 2006, 22:48:40
zdjęcia, turystyka, nauka
Ze względu na zbliżające się egzaminy nie mam ostatnio czasu na uaktualnianie bloga. Wrzucam jednak w końcu zdjęcia z wycieczki na Andoyę. Kilka dni temu wszedłem wreszcie w posiadanie wszystkich fotek, które napstrykali pozostali -- mogłem więc przejrzeć cały materiał zdjęciowy z czterodniowej wyprawy i wrzucić tu najciekawsze / najlepsze / najładniejsze fotografie. Zapraszam do oglądania.
Wednesday, 25. October 2006, 19:12:51
nauka, turystyka
Małą przerwę w blogowaniu spowodował wyjazd naukowo-towarzysko-turystyczny. Najwyższy czas rzucić trochę światła na miniony weekend. Gdzie przebywał i co porabiał Borys J. od czwartku do niedzieli?
W bieżącym semestrze jednym z moich czterech kursów jest fizyka kosmiczna. Pod tym jakże ogólnikowym określeniem kryje się "po prostu" wprowadzenie do procesów plazmowych zachodzących w przestrzeni kosmicznej. Brzmi dumnie, ale ograniczamy się do górnych części atmosfery ziemskiej i najbliższego sąsiedztwa naszej planety -- słowa-klucze przewijające się przez wykłady to magnetosfera, wiatr słoneczny i zorza polarna. W ramach zajęć z tejże fizyki kosmicznej nasza dziesięcioosobowa grupa (w towarzystwie dwóch opiekunów) poleciała tranzytem przez Tromso na Andoya (Kaczą Wyspę). Cel wycieczki stanowiło położone tam ARR, w skali światowej najbardziej wysunięta na północ baza, z której wystrzeliwuje się rakiety sondujące atmosferę.
Nie o rakiety nam wbrew pozorom chodziło, ale o obserwację zorzy polarnej. Andoya znajduje się bowiem w przedziale szerokości geograficznej, gdzie bardzo często powstają nocne zorze. Oczywiście, takie położenie ARR nie jest przypadkowe i umożliwiać ma wystrzeliwanym stąd rakietom stosowne pomiary.
Zakwaterowano nas w dwuosobowych pokojach w hotelu przylegającym bezpośrednio do ARR, a karmiono cztery razy dziennie w stołówce. Warunki mieszkaniowe i żywieniowe były odpowiednio: wygodne oraz smaczne. Cały ośrodek sprawiał eleganckie i nowoczesne wrażenie. Poza biurami pracowników znajdowały się tam sale komputerowe, pokoje konferencyjne, pomieszczenia rekreacyjne (m.in. ping-pong i bilard). ARR powstało w 1962 r. i od tamtego czasu było kilkakrotnie rozbudowywane, co ilustrowały zdjęcia zdobiące jeden z korytarzy. Stan obecny nie pozostawia wiele do życzenia, a przecież placówka nadal będzie się rozwijać.
W czwartek wieczorem niebo było całkowicie bezchmurne. Bardzo dawno nie widziałem nieboskłonu tak roziskrzonego gwiazdami. Niestety, zorzy nie zaobserwowaliśmy -- magnetometry jak na złość całkowicie się wypłaszczyły. Następnego dnia, w piątek, nie przeżyliśmy na szczęście kolejnego zawodu. Zorza polarna się pojawiła. Nie była spektakularna, ale na kilkanaście minut przybrała na sile oraz dynamice i było na co popatrzeć. Jak wygląda zjawisko, które Wikingowie brali za przejaw wielkich ogni otaczających Ocean? Zdjęcia nie oddadzą jednej rzeczy -- ruchu. Zorza polarna bardzo rzadko wygląda jak zielonkawe, zawieszone nieruchomo smugi. Zazwyczaj porusza się dość szybko po niebie, niczym kłęby świecącego dymu, które raz to rozwijają się w nieregularne pasma, raz to łączą znowu w jedną całość.
W sobotę pogoda zawiodła na całej linii. Niebo zakryły chmury i rozpadał się śnieg, pierwszy zresztą w tym roku. Wieczorem gdzieniegdzie na niebie pojawiły się gwiazdy, lecz warunki były zbyt kiepskie, by zaobserwować cokolwiek konkretnego. Wielka szkoda, bo na tę noc zapowiadano bardzo intensywną zorzę, spowodowaną wyrzuceniem dwa dni wcześniej w kosmos przez Słońce dużej ilości naładowanych cząsteczek.
Odwiedziliśmy też muzeum zorzy polarnej. Gruby przewodnik, istne wcielenie jowialności, wpuścił nas do pobliskiej latarni morskiej. Wspinaczka po stromych jak drabina schodach została nagrodzona czarującym widokiem na rozciągające się wokół miasteczko Andenes. Dodatkową atrakcją był snop światła powoli obracający się nad naszymi głowami i doskonale widoczny w lekko zamglonym powietrzu. Tuż obok muzeum znajdowała się inna atrakcja o charakterze akustycznym: dwa talerze paraboliczne oddalone od siebie o około pięćdziesiąt metrów. Na każdym z nich zamontowano metalowy pręt wygięty w pałąk. Gdy ktoś mówił do jednego z nich szeptem, ktoś inny mógł wyraźnie go słyszeć, przytknąwszy ucho do prętu na drugim talerzu. Studiuję fizykę, ale to była po prostu czysta magia. 
Oprowadzono nas także po Alomarze, położonym w górach ośrodku pomiarowym. Główne narzędzie badawcze "Alomarczyków" stanowi laserowy odpowiednik radaru, a więc wysokoenergetyczne, koherentne impulsy światła wysyłane ku niebu. Sposób ich rozpraszania pozwala uzyskać cenne informacje na temat środkowych warstw atmosfery. Wbrew pozorom, oglądanie całej tej aparatury było nudne. Wyróżniał się natomiast personel w składzie: barczysta, krótko ostrzyżona Niemka (kierownik techniczny) oraz niestary, ale zgarbiony, skurczony i wyłysiały milczek płci męskiej (inżynier). Po opuszczeniu placówki odbyliśmy krótki spacer po okolicznych skałach. Widok z góry na wyspę zapierał dech w piersiach. Postałem nad paroma przepaściami, popstrykałem fotki i przekonałem się po raz kolejny, że na co jak na co, ale na akrofobię nie cierpię na pewno.
Podsumowując, wycieczka się udała. Nie nauczyłem się za wiele (organizatorów rozczarowałbym zapewne tym stwierdzeniem; rozczarowałbym), lecz pobyt na Kaczej Wyspie był pozytywnym doświadczeniem. Zawiodła tylko telekomunikacja. W piątek wieczorem ARR stracił połączenie z Internetem i usterki nie naprawiono już do naszego wyjazdu. Nie móc sprawdzić poczty elektronicznej przez dwie doby, co za tortura!
Zdjęć na razie nie wrzucam. W tej chwili mam tylko swoje, a nie prezentują się zachwycająco. Aparat posiadam nieszczególnie dobry, a i fotograf ze mnie nietęgi. Na szczęście w naszej grupie znalazło się sporo osób uzbrojonych w budzące szacunek Nikony i Minolty. Gdy tylko udostępnią swoje fotografie (powinno to nastąpić na dniach), wybiorę najciekawsze i umieszczę w blogowym albumie.
Jednak to jeszcze nie koniec wpisu. Gdy wróciłem do Oslo, przyśnił mi się sen. A w śnie tym Fandom Centrum wspólnymi siłami wypędził jajogłowych z ARR i stworzył tam Ośrodek Erpegologii i Fantastyki. Następnie zorganizował sympozjum naukowe. Wśród zaproszonych gości znaleźli się prof. J. Covenant, twórca nurtu jeremistycznego w WOD-zie; Law D. Og, nadinżynier komiksu; dr M. Alkav, autor szeregu prac o nurglologii; dr. doc. M.I. Siołak, wybitny znawca teorii planszy; mgr K. Irtan, ekspert od zagadnień z dziedziny S-W; oraz dr Lord Thomas, odkrywca bólu w RPG.
Naiwne? Być może. Ale o każde marzenie trzeba walczyć. 