Przyczłapki do Bulgulatora

I've tried to drown my problems. But unfortunately they can swim.

Subscribe to RSS feed

Mój INSPIRE BFG AR

Moja przygoda z Paintball'em, zaczęła się od zakupu INSPIRE BFG AR.






Inspire BFG AR - czyli kolejny model z linii markerów taktycznych. Militarny wygląd, lekka i bardzo wytrzymała konstrukcja oraz niezła szybkostrzelność - to najkrótsze podsumowanie cech BFG AR. W wyposażeniu znalazły się standardowe szyny przydatne do montażu najróżniejszych potrzebnych i zbędnych akcesoriów, regulowana kolba oraz nakładka na lufę stylizowana na M4A1.
Wszystkie te cechy sprawiają, że marker ten to doskonała propozycja dla graczy scenariuszowych.

Marker reklamowany przez producenta jako bardzo odporny na wszelkiego rodzaju uszkodzenia. Lekkie kompozytowe body markera jest bardzo trwałe i wytrzymałe. Buszując po youtube możemy znaleźć trzy ciekawe filmiki. Na pierwszym koleś wrzuca BFG do błotnistej wody. Wyjęty z niej, dalej bezproblemowo strzela, a po rozkręceniu w środku nie znajdujemy ani błota ani wody. Na kolejnych filmach kolesie z zapamiętaniem podpalają i jeżdżą po nim samochodem. BFG nawet tego nie raczył jednak zauważyć i strzela jak strzelał.

Najważniejsze cechy:
marker elektropneumatyczny
praca na bardzo niskim ciśnieniu - 175 psi
w standardzie e-grip z selektorem ognia
niższe ciśnienie - cicha praca i mniejszy odrzut, stabilny lot kulki
współpraca tylko z HP
trzy tryby ognia: semi / 3 shot burst / full auto
do 22 kulek na sekundę (BPS) w trybie semi auto
do 15 kulek na sekundę (BPS) w trybie burst i full auto
duża liczba szyn montażowych (Picatinny)
dwa stabilizatory lufy w zestawie
diodowe powiadomienie o niskim stanie baterii
poręczne, miejsce na baterie przy montażu kolb
możliwość regulacji skoku spustu
venturi bolt w standardzie - możliwość używania najbardziej kruchych kul
zwarta konstrukcja, bez zbędnych ruchomych części
szybkie przełączanie trybów ognia (zmiana ognia kciukiem)
podwójne gumowe ball detenty
marker wyłącza się sam po 15 minutach nieużywania
w standardzie laserowe "oczy" zapobiegające ścinaniu kulek
gumowany przycisk do wyłączania trybu oczu i wyłączania selektora
zasilanie z baterii 9V
jedyne 1225g wagi
kompatybilność z większością modów, kolb i luf Tippmann A5 (bez konieczności stosowania adapterów)

    Znakomity sposób na zły dzień

    Często zdarza się nam mieć zły dzień. I bardzo chcemy się na kimś wyżyć. Tak, to się naprawdę zdarza. Ale moim zdaniem zbyt często wyżywamy się na bliskich i znajomych, podczas gdy o wiele lepiej jest wyładować stress na kimś zupełnie obcym. Postąpiłem tak pewnego dnia. Przypomniałem sobie w biurze o zaległym telefonie, jaki miałem wykonać. Odnalazłem numer w notesie i wystukałem go na klawiaturze telefonu. Usłyszałem, jak jakiś facet po drugiej stronie mówi "halo!", więc zapytałem grzecznie, czy mogę rozmawiać z Anią Jurkowską. Facet bez słowa rzucił słuchawką. Byłem kompletnie zaskoczony..
    Jak można być tak źle wychowanym! Sprawdziłem jeszcze raz numer do Ani i wykręciłem go (okazało się, że przekręciłem dwie ostatnie cyfry). A po zakończeniu rozmowy postanowiłem znowu zadzwonić pod poprzedni "zły" numer i kiedy tylko tamten facet podniósł słuchawkę rzuciłem krótkim
    - "ty chuju!",
    po czym rozłączyłem się.
    Zapisałem sobie jego numer na zółtej karteczce i przykleiłem na monitorze. Raz na kilka tygodni, kiedy coś wyjątkowo źle mi wychodziło, kiedy płaciłem zaległe rachunki, dostałem mandat za parkowanie albo z innego powodu miałem zły dzień, dzwoniłem do typa i kiedy tylko się zgłosił, serwowałam mu głośne
    - "ty chuju!"
    Od razu robiło mi się lepiej...
    Po pewnym czasie telekomunikacja wprowadziła program identyfikacji numeru dzwoniącego, przez co mój nowy sposób na chandrę i stres okazał się poważnie zagrożony. Zadzwoniłem więc do typa, przedstawiając się jako pracownik telekomunikacji i zapytałem:
    - "przepraszam, czy słyszał pan może o naszej nowej ofercie w zakresie identyfikacji numeru dzwoniącego?".
    - "Nie!" - uciął i rzucił słuchawkę.
    Zadzwoniłem do niego ponownie:
    - "nie słyszałeś o tym programie dlatego, że jesteś zwyczajnym chujem!".
    Kilka dni później, kiedy na parkingu przed supermarketem próbowałem zająć ostatnie wolne miejsce, jakiś dresiarz w BMW bezczelnie zajechał mi drogę i wepchnał się na moje miejsce. Wkurzyłem się nielicho. Na beemce była kartka" na sprzedaż" i numer telefonu. Zanotowałem go skrupulatnie. Wieczorem zadzwoniłem.
    - "Halo, czy to pan ma beemkę do sprzedania?"
    - "Tak."
    - "A gdzie można ją obejrzeć?"
    - "Stoi na podwórzu domu przy Leśnej 23."
    - "A kiedy pana można złapać w domu?"
    - "No tak od 17.00 już raczej jestem."
    Zapisałem numer dresiarza na żóltej karteczce, tuż poniżej numeru faceta, do którego miałem zwyczaj poprzednio dzwonić. Teraz miałem dwóch dupków, na których mogłem się wyżyć. Ale po kilku dniach wydzwaniania do nich poczułem, że nie było to już takie podniecające, jak na początku... Wpadłem na zupełnie inny pomysł... Zadzwoniłem do tego pierwszego faceta.
    - Halo! - rzucił jak zwykle.
    - Ty chuju! - krzyknąłem, ale tym razem nie odłożyłem słuchawki.
    - Jesteś tam jeszcze?
    - Jestem! - krzyknął.
    - Jestem, pieprzony palancie! Nie wiem, kim jesteś,ale chciałbym cię dostać w swoje ręce!
    Gnoju pierdolony! Powiedz, gdzie mieszkasz, to zaraz pojadę i ci rozjebię ten oblany ryj!
    - Tak? No to mieszkam przy Leśnej 23... Poznasz po czarnej beemie zaparkowanej w podwórzu! Czekam na ciebie, ciemny baranie z lasu! Facet rzucił słuchawką a ja natychmiast wykręciłem numer dresiarza. - Halo, to ty, pedale? Dzwonię do ciebie, bo mam ochotę w końcu ci przypierdolić! Jak masz jaja to wyjdź przed dom, zaraz u ciebie, kurwino, będe! W chwilę potem zadzwoniłem na policję, informując o bójce w okolicach Leśnej 23, oraz do telewizji regionalnej, wspominając coś o porachunkach gangsterów. Na koniec podjechałem samochodem w okolice Leśnej i patrzyłem z dala na dwóch dupków, bijących się w światłach dwóch radiowozów i reflektorów ekipy telewizyjnej...

    Mówię wam prawdziwa rozkosz!!!

    Miller: zamach wykonuje pan Dubieniecki i spółka [atr z onet pl]



    Z Leszkiem Millerem, byłym premierem RP i szefem SLD, rozmawia Jacek Nizinkiewicz.

    Jacek Nizinkiewicz: Jak pan, jako premier, zareagowałby na miejscu Donalda Tuska na raport MAK-u?


    Leszek Miller: Bardzo podobnie. Jak rozumiem, przekaz premiera Tuska jest następujący: nie odrzucamy raportu MAK-u. Uznajemy jego główne ustalenia, ale oczekujemy uzupełnienia tego raportu o nasze uwagi. Wątpliwości względem raportu MAK dotyczą tego, czego w nim nie ma, a nie tego, co w nim jest. Gotowi jesteśmy do współpracy i nie chcemy wykorzystywać ustaleń rosyjskich do walki politycznej po to, żeby nie zaprzepaścić tego, co wspólnie udało nam się osiągnąć. Uważamy jednak, że w raporcie konieczne jest ujęcie uchybień po stronie rosyjskiej. Mamy tu na myśli błędy po stronie kontrolerów lotu. Tak rozumiem stanowisko premiera i z jako takim się zgadzam. Tusk postąpił rozsądnie i rozważnie, i inaczej nie można było tego ująć.

    - Czyli wspiera pan Donalda Tuska w jego stanowisku?

    - Premier powinien oprzeć się histerii i szaleństwu części polityków i części mediów. Niezależnie od błędów kontrolerów na wieży, główną przyczyną katastrofy Tu-154M była próba lądowania podjęta przez polskich pilotów w skrajnie niebezpiecznych warunkach atmosferycznych.

    - Czyjemu szaleństwu powinien oprzeć się premier Tusk?

    - Tusk musi oprzeć się szaleństwu PiS. Politycy tej partii, mówiąc tak dużo o mgle, sami rozsiewają mgłę, żeby ukryć odpowiedzialność prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego otoczenia za próbę lądowania w dramatycznie złych warunkach. Premier musi być odporny na szaleństwo pisowskiego scenariusza wmówienia Polakom, że za sterami Tu-154M siedzieli rosyjscy kontrolerzy, a nie polska załoga.

    - Ale przecież nie wiemy, czy samolot lądował pod naciskiem kogokolwiek, ani jak wiele uchybień można zarzucić rosyjskim kontrolerom z wieży.

    - Myślę, że wiemy, iż po jednej i drugiej stronie była polityka. Polacy bardzo chcieli wylądować, a Rosjanie pragnęli, żeby Polacy sami zrezygnowali z lądowania. Po obu stronach – rosyjskiej i polskiej - były naciski. Polska polityka siedziała w kabinie Tu-154, a rosyjska w wieży.

    - Uważa pan, że raport MAK był dla Polski policzkiem - jak pisze "Newsweek". Tatiana Andodina upokorzyła premiera Tuska?


    - To dziwaczne stwierdzenie, bo ten raport nie tyczy się Polski, ale załogi Tu-154M i pasażerów w tym samolocie. Zwłaszcza tych najważniejszych, którzy wywierali presję na wykonanie zadania niewykonalnego. W raporcie nie mówi się o Polsce, ale o konkretnej załodze z konkretnymi pasażerami.

    - Anna Fotyga powiedziała, że Donald Tusk działa pod dyktando rosyjskiego ministra. Witold Waszczykowski po ogłoszeniu raportu MAK stwierdził, że "na naszych oczach rodzi się kłamstwo smoleńskie". Beata Kempa na informację, że generał Błasik miał alkohol we krwi powiedziała: "Polski generał dostał medialny strzał w tył głowy". Może rację mają politycy PiS i część opinii publicznej, mówiąc, że Polska została zhańbiona?

    - Tragedia smoleńska jest paliwem, na którym PiS chce wrócić do władzy. Oni są przekonani, że mówiąc jeszcze więcej i dobitniej o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia, utrzymają przy sobie ich betonowy elektorat. PiS będzie eskalować napięcia związane z tragedią smoleńską dla własnych politycznych korzyści. To, co mówią gwiazdy PiS, jest przejawem utraty kontaktu z rzeczywistością.

    - Chyba nie ma pan racji, bo jakby tak było, to Antoni Macierewicz nie zaprzeczyłby słowom Marcina Dubienieckiego, który uważa, że dzisiaj hipoteza o zamachu jeszcze aktualniejsza. Macierewicz stwierdził, że takiej radykalnej tezy by nie stawiał.


    Dubieniecki o zamachu » - To bardzo się cieszę, ale pewnie zaraz powie coś innego. Zamach wykonuje pan Dubieniecki i spółka. Jest to zamach na inteligencję Polaków. Kto miał motyw, aby dokonać zamachu na Lecha Kaczyńskiego? Nikt. Nie odgrywał on żadnej istotnej roli w polityce europejskiej i światowej. Budził uśmiech politowania, a nie krzyk trwogi. Decydującą rolę w akcji rozjemczej w czasie wojny gruzińsko-rosyjskiej odegrał prezydent Sarkozy, a nie Kaczyński. Jego wizyta na granicy rosyjsko-osetyńskiej była rodem z serii filmowych komedii pomyłek, a nie dramatów. Poza tym było powszechnie wiadomo, że z tak niskim poparciem Kaczyński nie zostanie wybrany na następną kadencję. Jeśli ktoś rzeczywiście nie znosił Kaczyńskiego, to wiedział, że za kilka miesięcy będzie on przez wyborców pozbawiony urzędu. Po co więc jakiś zamach.

    - Ale 8 proc. Polaków wierzy, że doszło do zamachu na prezydenta Kaczyńskiego.


    - Nie odmawiam nikomu prawa do wiary w teorie nawet najbardziej fantastyczne. W Polsce są też ludzie, którzy uważają, że ziemia jest płaska. Dubieniecki próbuje zrobić karierę polityczną na trumnie prezydenta Kaczyńskiego. Wierzy, że słowa o zamachu w elektoracie PiS będą przynosiły mu poklask. Mąż Marty Kaczyńskiej wpycha się do pierwszego szeregu działaczy PiS, próbując wejść do wąskiego kręgu decyzyjnego w tej partii.

    - Poznał pan osobiście Marcina Dubienieckiego, syna polityka SLD?

    - Znam ojca pana Dubienieckiego i słysząc to, co wyprawia syn, jestem bardzo zadowolony, że nigdy go nie poznałem. Zdarzają się różni ludzie, także rozmaici dewianci, którzy będą uważać, że Lech Kaczyński zginął śmiercią męczeńską w wyniku zamachu.

    - A pan nawet przez chwilę nie pomyślał, że to mógł być zamach?

    - Nie, bo nie ma motywu, który uprawdopodabniałby zamach. To megalomania polityków PiS, którzy chcą wywyższyć znaczenie Lecha Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński ubiera swojego brata w szaty, które są o co najmniej kilka numerów za duże. Dla prezesa PiS najważniejsze jest, żeby nastrój tragedii, legenda męczeńskiej śmierci trwały jak najdłużej. Co najmniej do tegorocznych wyborów parlamentarnych.

    - Okazało się, że badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej przez MAK odbywało się na podstawie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej, ponieważ zdecydował o tym Władimir Putin, a polski rząd się na to zgodził. Tusk powinien tak ważną decyzję zostawić stronie rosyjskiej?

    - Specjaliści i eksperci wypowiadają się, że premier postąpił właściwie. Podzielam ten pogląd. Jarosław Kaczyński mówi, że gdyby on był premierem, to do tej katastrofy by nie doszło. Bo pan Kaczyński nie poleciałby na obchody do Katynia? Nie wiem, co mógł innego zrobić premier? Tusk miał wypowiedzieć wojnę Rosji? Mam wrażenie, że niektórzy by tego chcieli. Może sam miał napisać raport MAK-u?! Premier nie miał wielkiego pola manewru i zrobił to, co mógł uczynić. Jak rozumiem, Tusk z Putinem osiągnęli porozumienie w tej sprawie, a kto pierwszy rzucił propozycję nie ma wielkiego znaczenia. Słuchajmy znawców, a nie polityków, którzy chętnie przebierają się za ekspertów.

    - Jak polski rząd powinien zareagować na raport MAK-u?

    - Jak słyszę niedługo będzie zaprezentowany raport komisji ministra Jerzego Millera. Istotne będzie uchwycenie różnic między raportem MAK-u i komisji Millera. Trzeba postąpić jak Rosjanie, tzn. powinna odbyć się konferencja prasowa, na której raport zostanie przedstawiony. Premier powinien spotkać się z dziennikarzami, ambasadorami krajów UE i NATO i omówić zasadnicze ustalenia. Powinien także rozesłać do wszystkich krajów, z którymi Polska utrzymuje kontakty, dyplomatyczną syntezę tego raportu. Nasze konkluzje i wnioski powinny dotrzeć do jak największej części opinii publicznej i klasy politycznej na świecie.

    - Stosunki polsko-rosyjskie mogą ulec pogorszeniu?

    - Jeśli strona rosyjska nie przyjmie polskich uwag, to istnieje ryzyko, że zostanie zaprzepaszczona dobra atmosfera i ocieplenie we wzajemnych stosunkach obecne od pewnego czasu w relacjach między Polską a Rosją.

    Smoleński KocioKwik.



    10 Kłamstw Smoleńskich.

    1. Kaczyński nie chciał lecieć do Katynia w celach propagandowo-politycznych by nagrać spot wyborczy.

    2. Nie miał wpływu na dobór i nie zgrupował tak wielu wysokich rangą dowódców i ważnych funkcjonariuszy państwowych w jednym samolocie.

    3. W przeddzień wylotu nie imprezował popijając alkohol z wieloma z nich.

    4. Nie wywierał presji na dowódców i bezzwłocznie zadecydował o rezygnacji z lądowania w tak trudnych warunkach atmosferycznych zagrażających

    życiu pasażerów samolotu okrytych szczególna troską, a których miał bardzo, ale to bardzo ... głęboko.

    5. Niezwykle przyjaźnie był usposobiony do pilotów małej odwagi, którzy ze strachu nie chcieli wykonywać jego pijackich zachcianek czego dał

    dowód po locie gruzińskim.

    6. Nie dopuszczał osób innych by przechodząc przez jego salonik naruszali sterylność kabiny pilotów rzucając tym samym cień podejrzenia, iż to on

    sam ich tam posyłał ...

    7. Nie częstował nikogo z generałów jego ulubionymi małpkami na nóżkę jedną ... a następnie drugą.

    8. Nie było jego intencją wykorzystanie poległych w Katyniu do cynicznej gry politycznej mającej mu zapewnić reelekcję.

    9. Nie jest również prawdą to, iż zjawiał się w Katyniu jedynie przed wyborami raz na 5 lat.

    10. Nie ulegał presji brata swego jedynego, który nigdy nie sugerował mu przez telefon co czynić powinien a czego bezwzględnie nie.


    Znalezione w komentarzach do artykułu "Klich: pan Kaczyński może sobie snuć różne teorie" na onet pl

    predkosc

    jest wiele możliwości by na drogach było bezpieczniej. Najskuteczniejszą metodą jest budowa nowych dróg, w szczególności autostrad i dróg szybkiego ruchu. Kierowcy, płacący do budżetu ogromne pieniądze w postaci akcyzy w paliwie oraz innych obciążeń finansowych, mają prawo oczekiwać dobrych dróg. Od czasu zmiany w Polsce systemu minęło 21 lat. Tymczasem nie doczekaliśmy się nawet dwóch autostrad: z północy na południe Polski i ze wschodu na zachód. Nic też nie wskazuje by szybko się pojawiły. Kierowca nie może być dojną krową, z której państwa i samorząd czerpią sobie pieniądze jak chcą. Płacę – a jednocześnie wymagam!

    Znaki dowodzenia

    Walić w Appla!

    MacBook Air - cienias pod każdym względem

    Zajęty śledzeniem finałów Konkursu Chopinowskiego (obstawiałem 10:1 zwycięstwo pianisty z Burkina Faso w trzeciej rundzie przez nokaut pozostałych zawodników) zupełnie nie zauważyłem, że świat zamarł w oczekiwaniu na kolejne epokowe keynote Apple. Po wypiciu poczwórnej porcji bromu (na wszelki wypadek) zasiadłem do śledzenia doniesień i relacji w internecie... co my tu mamy...

    NetBook MacBook Air



    Jakiś czas temu Steve zapewniał, że Apple nigdy nie będzie robić netbooków, bo są za małe, za słabe i za tanie. Mimo to na wczorajszym keynote Steve z głosem drżącym od ekscytacji i z ledwo zagojonymi bliznami po operacji pospiesznego skracania nosa, zaprezentował nowe gadżety - w tym Macbooka Air z ekranem 11,6 cala. Jak się wyraził - "to najbardziej zdumiewająca rzecz jaką kiedykolwiek stworzyliśmy". Na te słowa natychmiast odbiłem trzymaną na takie okazje flaszkę szampana "Sowietskoje Igristoje", spodziewając się, że skoro dzieło życia zostało dokonane, to CEO Apple poda się publicznie do dymisji, a firma zostanie rozwiązana. Nic z tego - keynote trwało nadal, a szampan się zmarnował.

    Samozachwyt i zdumienie Steva oraz liczne "amazingi", "stunningi" i "georgeousy" można łatwo zrozumieć. Apple dokonało przełomu i zlikwidowało największą wadę netbooków - niską cenę. Netbook od Apple ma parametry przeciętnego 12-calowca, ale za to cenę niezłego laptopa. Najtańsza wersja to głupie 999 dolców, czyli w Polsce można się spodziewać ceny ponad 4000 zł. Jak się pojawi za pół roku. Dziękujemy ci, Steve.

    Na wieść o cenie nowego MacBooka Air, spanikowany pomyślałem, że kończą się światowe zapasy aluminium wykupione przez Apple do konstrukcji laptopów. Niestety, w skupie powiedzieli mi, że niepotrzebnie wyrwałem grzejniki ze ścian i przywiozłem całą rodową zastawę stołową, bo za aluminium płacą jak zawsze. Cholera, a ja już wstępnie pozwijałem sztućce w kulki. Teraz będę musiał prostować...

    Skoro to nie cena aluminium, to co sprawia, że Apple za swojego netbooka każe płacić $999? Może najnowsze technologie? W czasach gdy niektóre 12-calowe komputerki konkurencji napędzane są procesorami Core i3 lub i5, Apple wsadziło do małego Air-a lekko zwietrzałe Core 2 Duo 1.4 GHz, odkupione od Intela zeszłego roku w ramach wyprzedaży magazynowej. Leżały w workach w garażu Steva i wreszcie ktoś wpadł na pomysł, aby je wykorzystać. Wydajność takiej konfiguracji jest z ubiegłej epoki, ale Air jest za to najcieńszy na świecie!

    Może więc jakiś przełomowy ekran, jakaś wielodotykowa Retina o oszałamiającej rozdzielczości? Guzik! MacBook Air ma zwykły, boleśnie odblaskowy ekran o rozdzielczości 1366x768 pikseli, co jest już normą w netbookach z przekątną około 12 cali. Reklamowane przez Apple "high resolution" brzmi jak dowcip ulicznego sprzedawcy "markowych" perfum. Air ma taki sam ekran jak reszta stawki, ale jest za to najcieńszy na świecie!

    Skonstruowanie najcieńszej obudowy na świecie skończyło się w Cupertino wielkim świętowaniem kolejnego technologicznego przełomu. Niestety, zachwyt nad własną genialnością szybko ustąpił, gdy ktoś powiedział: "panowie, mamy problem - tu się, kurna, nic nie zmieści". Ponieważ Apple, jak zwykle przewidując sukces, zamówiło od razu 300 milionów obudów, trzeba było coś wymyślić, aby cudowne aluminiowe unibody nie skończyło jako sprzęt do szatkowania buraków pastewnych. No i wymyślili...

    Skoro do ultracienkiej obudowy nie chciał się zmieścić żaden normalny dysk, geniusze z Cupertino wlutowali tam pamięci flash, wydłubane z pendrivów. Dzięki temu MacBook Air ma wspawany na stałe, niewymienny, niepasujący do żadnego innego komputera, pozbawiony jakiegokolwiek cywilizowanego interfejsu pseudo-dysk SSD z bebechami na wierzchu, o oszałamiającej pojemności 64GB. Normalnie respekt! To samo dotyczy pamięci - może być 2 lub 4 GB, wlutowane raz na amen.

    Cienkość wpłynęła również na baterię Air-a. Żadna normalna bateria nie wchodziła w grę, ale w różnych kątach obudowy zmieściły się aż 6 baterii od różnych smartfonów, co w efekcie dało niespotykany w tej klasie sprzętu czas pracy. Wszystkie dziadowskie i tanie netbooki z bateriami na 8-10 godzin mogą się schować. Wprawdzie Air jest w stanie pracować tylko 5 godzin, ale za to jest najcieńszy na świecie. Mobilność? To kpina... Bez możliwości zabrania zapasowej baterii strach się z tym ruszyć dalej niż do najbliższej kafejki. Gdy jadę w teren na całodniową sesję zdjęciową, potrzebuję grubej maszyny, a nie szpachli do gipsu. Podobno po wyłączeniu podświetlenia jabłka na klapie czas pracy mógłby się wydłużyć, ale nie znam applefana, który ośmieliłby się na takie świętokradztwo i utratę -10 premii do lansu.

    Jednak Air-owi nie można odmówić postępu i przełamywania kolejnych barier. O 100% wzrosła ilość gniazd USB - są teraz dwa, i to - o dziwo - umieszczone w normalny sposób: na krawędziach obudowy, a nie w jakimś kretyńskim schowku. Jeśli już zdążyliście popuścić ze szczęścia, to donoszę, że USB jest wciąż w standardzie 2.0. Wiadomość o istnieniu standardu 3.0 ma dotrzeć do Cupertino w przyszłym roku. Borsuk pocztowy jest już w drodze przez Kamczatkę.

    Szaleństwo gniazdek i złączy nie ma końca - szokującą nowością jest czytnik kart SD, dzięki któremu będzie można powiększyć nędzną przestrzeń dyskową. Lista złączy kończy się na Mini DisplayPort i gniazdku słuchawkowym. Nie ma HDMI, D-Sub czy DVI, nie ma Ethernetu. Do wszystkiego potrzebne są osobno płatne przejściówki, do czego Apple już zdążyło nas przyzwyczaić, ale za to Air jest najcieńszy na świecie.

    Koniec z pracą po ciemku - MacBook Air nowej generacji nie ma podświetlanej klawiatury, która była jednym z nielicznych jasnych punktów laptopów Apple. No i rzecz odnośnie estetyki - mimo na ogół dobrego designu, Apple czasem sadzi takie kichy, że ręce opadają. Zawsze chciałem to napisać, ale ciągle jakoś mi umykało - czarna klawiatura do jasnej obudowy to kompletne nieporozumienie. Mnie to kojarzy się z czarną koszulą do białego garnituru i krawata, noszoną przez archetypicznego gangstera w tanim filmie sensacyjnym. Brrrr... ohyda!

    Aluminium to za mało...

    Podsumowując, mam wrażenie, że Apple dało się ponieść jakiemuś szaleństwu bicia rekordów w "najcieńszości" i temu podporządkowało całą resztę. Rekord ustanowiony, ale kosztem zdrowego rozsądku. Na cholerę prestiż i przyjemność posiadania najniższego aluminiowego samochodu na świecie, gdy trzesz łbem o podsufitkę, w bagażniku mieści się paczka tiktaków, a zasięg wynosi 150 km? Gdy dookoła są szybsze, większe i mocniejsze auta z włókien węglowych za mniejszą cenę?

    Steve psioczył na netbooki do czasu, aż sam się zorientował, że to mocna kategoria na rynku i zapragnął sam na tym zarobić. Od teraz netbooki są fajne, a Steve wciska fanom swoją wersję netbooka - wprawdzie pod wieloma względami słabszą, ale za to w podwójnej cenie :-) Norma... Ciekawe co będzie następne?

    Kolejny fenomenalny art piątek, 22 października 2010, ogrodnik.january

    Apple? A co to za gówno jest?



    Wraz z premierami swoich nowych cudeniek, Apple pokazało dobitnie, jak bardzo w dupie ma swoich klientów.

    O czym mowa? O nowym iPodzie nano, shuffle a także iPhone 4.

    Zawsze zastanawiałem się, jak firma która jest chyba najbardziej ‘ksenofobiczną’ może pogrążyć się jeszcze bardziej. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt konieczności używania jedynych słusznych akcesoriów (których ceny są przegięciem niezależnie od szerokości geograficznej) oraz jednego programu do wgrywania czegokolwiek? A kolejne ‘nowe, rewolucyjne, udoskonalone’ produkty? iPad bez obługi Flasha? (nie chcą po prostu zezwolić użytkownikom na dostęp do lepszych i darmowych gier) Niemożność uzyskania od Apple Care konkretnej informacji na temat problemu?

    Przykładów jest więcej. Najbardziej jednak spodobał mi się e-mail Steve’a Jobsa do jednego z zagranicznych serwisów w odpowiedzi na pytanie o tracenie przez iPhone’a zasięgu. Jedno zdanie, które zgasiło wszystkich:

    „Źle trzymacie telefon”


    ———
    Steve Jobs,


    Sent from my Blackberry iPhone

    Spuśćmy na to zasłonę milczenia.
    iOS4.


    Strona, która wprawiła mnie w piekielnie dobry nastrój znajduje się tutaj. O co tam chodzi? Apple oznajmia całemu wszechświatu, że iOS 4 jest “najbardziej zaawansowanym na świecie mobilnym systemem operacyjnym”, oraz że “wyprzedza konkurencję o wiele lat naprzód”.

    Jestem w stanie jakoś zaakceptować skrajną megalomanię, bezkrytyczną akceptację własnej nieomylności oraz samouwielbienie graniczące z czcią. Wiele osób kompromituje się w ten sam sposób, ale firmom/korporacjom AŻ tak wielkie zapatrzenie na siebie nie jest chyba wskazane. To tak, jakby PKP wydało oświadczenie prasowe, że dysponuje perfekcyjnie dopracowaną siecią połączeń, po której jeżdżą czyste, ponaddźwiękowe pociągi, a w informacji można dogadać się w czternastu językach…

    Nazwanie “najbardziej zaawansowanym” systemu, który jest skrajnie homogeniczny, uproszczony do absurdalnego (i debiloodpornego) minimum, niepodatny na personalizację i modyfikacje (zmiana ikonek? A po co to komu?), zaślepiony do jedynego żródła danych i aplikacji, zamknięty na komunikację z innymi systemami i urządzeniami faktycznie dowodzi znakomitego samopoczucia Apple i kompletnego oderwania od rzeczywistości. To już ułomne softy SonyEricssona są bardziej zaawansowane w niektórych dziedzinach.

    A wprowadzenie przy dźwięku fanfar najnowszego “wynalazku” - wielozadaniowości i obsługi folderów doprowadziło do konieczności wywiezienia z konferencji wszystkich posiadaczy Windowsów Mobile, Androidów oraz Symbianów do pobliskich szpitali z powodu realnego zagrożenia śmiercią ze śmiechu. Apple nie zauważyło, że wielozadaniowość i foldery istnieją od początku powstania smartfonów. Czyli od 1999 roku.
    iPod nano.

    Kolejny przykład kretynizmu. Otóż Apple podąża dosłownie za hasłem ‘go nano’ i zmniejszyło ów odtwarzacz do wymiarów kostki 2x2cm, wsadziło mu rewelacyjny dotykowy wyświetlacz (obraz można obrócić, panie toż to rewolucja) i tadam! Wspaniały, niezawodny odtwarzacz. Chcesz przełączyć piosenkę nie wyjmując playera z kieszeni? Kup pan superaśne słuchawki za sieciewerset dolców z rewelacyjnym pilotem. Albo wychoduj sobie na palcu dodatkowe oko (bo inaczej nie da się wyjaśnić bezbłędnego wybierania opcji, co pokazane jest na reklamówce)


    Niektórzy narzekali, że powyżej generacji trzeciej, oglądanie filmów na iPodzie jest niewygodne i do niczego (dla mnie bzdura). Do naprawienia tej fuszerki Apple użyło rewelacyjnego sposobu – Nano 6G już nie odtwarza filmów. Wcale. Ta genialna metoda rozwiązywania problemów sprzętowych zasługuje na opatentowanie i natychmiastowe wdrożenie. Jak widzicie, nie da się opisać przezajebistości ogólnej produktów Apple’a.

    Teraz zagadka.


    Fotografia przedstawia ipoda shuffle 2,3 i 4 generacji. Co odróżnia szufelkę generacji czwartej od drugiej?

    Ten pierwszy posiada obsługę Genius (z której nie korzysta 80% użytkowników) ma o OSIEMNAŚCIE PROCENT większe przyciski oraz, uwaga: OBSŁUGUJE WIĘCEJ NIŻ JEDNĄ PLAYLISTĘ. Aha, jeszcze ma fukcję VoiceOver. Istny szał. Postęp jak cholera. I wspaniały sposób na wyciągnięcie kasy.

    Tym miłym akcentem chcę zakończyć wywód, który nie wnosi do dyskusji niczego ciekawego, prezentuje niski poziom intelektualny twórcy, który po prostu zazdrości innym ludziom, mającym pieniądze na zakup owych produktów. Aha, no i nie miał żadnego z iPodów i iPhonów w ręku.

    Buziaczki.

    FENOMENALNY ART POCHODZI stąd

    Hmmm.... coś w tym jest....

    Właśnie, naszła mnie myśl...
    ilekroć coś interesującego w TV oglądam, nagle wyskoczą opętańczo głośne w stosunku do dzwięku w oglądanym filmie reklamy. Rozglądam się despreacko w poszukiwaniu pilota jednocześnie wieszam ..... na palancie, który bloki reklamowe wymyślił....

    Idą sobie Święta, komercji już czas.

    Point of view

    Ale numer!!! Miałem ostatnio cholerne szczęście!! Jechałem do Lublina, a że się spieszyłem, to dałem ognia moim Volvo. Jadę, jadę (ok 160 km/h) i patrzę, a z naprzeciwka zza ciężarówki wyłania się próbujący ją wyprzedzić, debil w maluszku. Kretyn cholerny. Szarpnąłem kółkiem i zjechałem na pobocze, przy szybkości 160 km/h. Zahaczyłem trochę o rów i wpadłem w poślizg. Gdyby nie Tracks Control i ABS to wpierniczyłbym się przy tej szybkości w drzewo albo w maluszka, a wtedy nie wiem, czy bym uszedł z życiem. Miewam niebezpieczne sytuacje na drodze, ale cos takiego??? Jeżdżę dużo (ok. 8-10 tyś miesięcznie), ale coś takiego mi się jeszcze nie zdarzyło. Zdążyłem tylko zauważyć kątem oka przerażoną minę bezmózgowca w tym cholernym maluchu. Może podzielicie się podobnymi przygodami z trasy? Zachęcam. Pozdrowienia, Cudem uratowany.
    ________________________________________
    Jadę sobie moim kaszlem, tak z 90km/h, z przodu jedzie jakaś ciężarówka, no to ja patrzę na lewy pas - jest OK, jakieś 700 m wolnego do nadjeżdżającego Volvo, więc wyprzedzam. Idzie mi całkiem nieźle (mam już 100km/h), ale widzę, ze chyba źle oceniłem prędkość tego debila w Volvo, bo on, idiota, zapierdala na pewno ze zdrowo ponad 150 km/h. Skąd się kurwa miałem spodziewać, ze na zwykłej drodze szerokości 7,5 m, bez utwardzonych poboczy i z drzewami za rowem, przy normalnym ruchu, jakiś bezmózgowiec będzie urządzał sobie popisy jak na torze Formuły 1 w Imola? Oczywiście na cokolwiek było za późno; przytuliłem się tylko do trucka, a ten idiota w Volvo jechał tak szybko, ze nawet nie zdążył zmieścić się w "czarnym" i zwiedził pobocze - naprawdę żałuje, że się tym razem nie rozpieprzył , bo kiedy indziej to może zabić też niewinnych świadków swego pojebania.
    ________________________________________
    Jadę sobie moją ciężarówka, z przodu widzę kawał pustej drogi. Z tyłu facet w kucki mnie wyprzedza, myślę sobie: dam mu fory, bo swoją pozycją już mocno strudzony. A tu jak nie wyskoczy jakiś palant z przeciwka w Volvo i z braku miejsca przeora przydrożny rów...
    ________________________________________
    Stoję za krzakiem głogu z radarem w ręku, a tu wyjeżdża roztelepana ciężarówka, którą zaczyna wyprzedzać maluch. Na ciągłej, a z drugiej strony wyskakuje Volvo z prędkością światła. Niestety, zanim znalazłem odpowiedni paragraf, który pojazd należy zatrzymać w pierwszej kolejności i zdążyłem podnieść radar wszystkie trzy pojazdy zniknęły mi z pola widzenia, przez co Skarb Państwa stracił kilkaset złotych...
    ________________________________________
    Lecę sobie samolotem nad trasa Warszawa - Lublin, patrzę w dół, a tam policjant za krzakami szarpie się z radarem, kierowca ciężarówki próbuje puścić maluszka, a z przeciwka mknie dużo przekraczając prędkość jakiś idiota w Volvo....
    ________________________________________
    Jadę swoim motorkiem, z przodu człapie się jakiś gostek Volvo, a z przeciwka ciężarówka. No to daje w ogień, co się tu tak sam będę obijał. Nagle wylania się maluch, mówię sobie: koniec ze mną... puszczam kierownice... A tu nagle gostek w Volvo (równy gość) ustępuje mi drogi i zjeżdża na pobocze, na trawkę, do rowu.. Wiec ja w manetkę, cale szczęście miałem ASR! Uratował mi życie, z drugiej strony jednak, dlaczego jeździcie tak wolno? Przez takich wolnojazdów później są wypadki.
    ________________________________________
    Siedzę sobie po pracy na rowie, patrzę, a tu z jednej strony ciągnie się ciężarówka, którą próbuje wyprzedzić jakiś kaszel, patrzę z drugiej strony, a tu napierdala jakiś zboczeniec w Volvo, podlatuje bliżej, a że się nie zmieścił na drodze, więc wjeżdża na rów.... (NA MÓJ RÓW) i po girach mi przejeżdża pojeb jeden, jak go kurwa dorwę to nogi z dupy powyrywam... niech no tylko poczeka aż z gipsu wylezę.... Pajac jeden...

    Things Women Should Never Say To A Naked Man

    (Unless he deserves it...)

    ~ Oh, it's so cute.
    ~ I'm so sorry.
    ~ I've smoked joints fatter than that.
    ~ Who circumcised you?
    ~ Why don't we just cuddle?
    ~ You know they have surgery to fix that.
    ~ You know, there's a tower in Italy like that.

    ~ Can I paint a smiley face on that?
    ~ Wow, and your feet are so big.
    ~ My last boyfriend was 4" bigger.
    ~ It's OK, we'll work around it.
    ~ Eww, there's an inch worm on your thigh.
    ~ Will it squeak if I squeeze it?
    ~ Oh no, a flash headache!
    ~ My 8-year-old brother has one like that.
    ~ Let me go get my tweezers.
    ~ How sweet, you brought incense!
    ~ This explains your car.
    ~ Are you one of those pygmies?
    ~ All right! A treasure hunt!
    ~ Why is God punishing you?
    ~ But it still works, right?
    ~ Do you take steroids?
    ~ Why don't we skip right to the cigarettes?
    ~ Let me know when you're done.
    ~ Did you date Lorena Bobbitt?
    ~ Aww, it's hiding.
    ~ Are you cold?
    ~ If you get me real drunk first.
    ~ Is that an optical illusion?
    ~ Were you neutered?
    ~ It's a good thing you have so many other talents.
    ~ Does it come with an air pump?
    ~ Wow, some place to put my rings.
    ~ Look, it fits my Barbie clothes!
    ~ So this is why I'm supposed to judge people on personality.

    Fajne zabwaki robią.....

    Dzieje ludzkości

    Najlepszy jest finał....

    Garść fotek z ubezpieczalni.









    linux ma wielbicieli

    O Microsoftu skuteczności

    F-22 M(icrosoft)

    Porucznik John Falkon ostatni raz pomachał ręką towarzyszom i wdrapał się do kabiny. Przepełniało go uczucie dumy. Spotkał go taki honor!
    Dowiedział się o tym od generała Breaka który powiedział:
    - Spotkał was wielki honor poruczniku. Wykonacie pierwszy bojowy lot na supertajnym samolocie F-22M.
    - M oznacza zmodyfikowany? - starał się sprecyzować Falkon.
    - M oznacza Microsoft - odpowiedział generał. - Samolot został w pełni przeprogramowany przez nich. Oni zapewniają, że teraz zadania bojowe może wykonywać każdy idiota. No, ale my na pierwszy raz wyznaczyliśmy pana poruczniku Falkon, jednego z najlepszych pilotów. Będzie pan musiał zniszczyć iracki ośrodek jądrowy.
    - Może pan już słać Saddamowi kondolencje, sir - odpowiedział Falkon.

    Porucznik jak zwykle zapiał pasy i tylko zwrócił uwagę, że oprzyrządowanie różni się od standardowego. Przyrządów ubyło, za to na zwolnionym miejscu pojawiła się dwu-przyciskowa mysz.... Dlaczegoż to? - medytował Falkon. W końcu wzruszył ramionami, wcisnął przycisk i włączył zasilanie. Na przednim ekranie, na tle widocznego z kabiny nieba z
    rzadkimi obłoczkami pojawił się napis: Microsoft Winwars 2003. Po czym silniki same zaczęły pracować silniki i klapy same się opuściły do położenia startowego.

    "Gratulujemy zakupu Microsoft Winwars 2003!" - zakomunikował ekran. "Teraz wojna stanie się jeszcże wygodniejsza, a wasza śmiertelność spadnie! Porada dnia: przed lądowaniem należy wysunąć podwozie."

    - Orzeł - 1 start, zezwalam - rozległo się w hełmofonie.
    - Ja jeszcże nie prosiłem - zdziwił się Falkon.
    - A... Już nie trzeba... Plug&Play - wyjaśniła kontrola naziemna.
    Samolot szybko nabierał prędkości, jak pokazywał wskaźnik i wkrótce był już w powietrzu.

    "Teraz Winwars 2003 przeprowadzi instalacje waszej amunicji na wybrany cel" - oświadczył system. "Wybrany cel: iracki ośrodek jądrowy."
    Falkon z ciekawości kliknął na przycisk "Zmień" i zobaczył listę, na której pomiędzy innymi obiektami na całym świecie figurowały Biały Dom i baza, z której dopiero co wyleciał. Falkon szybko nacisnął "Anuluj".

    "Wybierz typ instalacji" - wyświetliło się na ekranie
    - Minimalny - na obiekt zostaną zrzucone tylko bomby.
    - Normalny - na obiekt zostaną zrzucone bomby i rakiety.
    - Pełny - na obiekt zostanie zrzucony cały samolot.
    Domyślnie system proponował drugi wariant i Falkon, z zaniepokojeniem stwierdził, że lepiej nie będzie się spierać.

    "Teraz zostanie przeprowadzone testowanie waszego samolotu. Niech pan zamknie oczy aby uniknąć urazów przy zmianie trybów." - ochoczo napisał system.
    Silniki dziko zaryczały, i oczy Falkona jako żywo omal nie wyskoczyły z orbit od niesamowitego przeciążenia. Zaczęło się prawdziwe piekło:samolotem rzucało na wszystkie strony pikował w dół i wykonywał niesamowite wiraże... W końcu porucznik doszedł do siebie ciemność przed oczami ustąpiła i zobaczył jak latająca po całej kabinie mysz upadła na
    swoje miejsce.
    "Lecicie samolotem Lokheed F-22 z dwoma silnikami Prata-Whitney" – z niezmąconym spokojem oświadczył system. "Maksymalna szybkość 1451 mil na godzinę. Porada dnia: przetaktowanie częstotliwości turbiny ponad zalecana przez producenta może zakończyć się awaria. Do końca instalacji pozostało 0:34:16."

    Ten sam dzień, kilkadziesiąt minut później. Niebo nad Irakiem.

    U dołu ekranu powoli przesuwał się pasek z procentami. System w międzyczasie reklamował Winwars dla czołgów, łodzi podwodnych i piechoty morskiej, a także obiecywał wszystkim nabywcom wersji dla samolotów bezpłatny aplet: Kamikaze. Zmiana obrazków podziałała na Falkona usypiająco. Z półdrzemki wyrwał go dopiero dźwięk systemu - na radarze pojawiła się zielona kropka.
    "Wykryto nowe urządzenie: samolot przeciwnika" - radośnie zakomunikował system.
    Falkon chciał już wykonać standardowy zwrot bojowy, ale wtem zauważył przycisk "Usunąć" i kliknął na niego myszka.
    "Jesteście pewni, że chcecie usunąć samolot przeciwnika?" – podejrzliwie zapytał system
    - Jakże by nie! - Falkon kliknął Tak. Iracki myśliwiec przepadł z radaru.
    - Tak szybko?! - zdziwił się porucznik... - No no... Microsoft daje popalić!

    Falkon zaczął już z szacunkiem śledzić pojawiające się na ekranie reklamy Winwars dla pilotów niepełnosprawnych, jednak od tego zajęcia oderwała go rakieta, przelatująca ponad sama kabina. Falkon z niedowierzaniem obrócił się i zauważył iracki myśliwiec.
    - Co żesz, Twoja mac... - wrzasnął Falkon i dopiero wtedy spostrzegł, że z niezauważonej wcześniej ikonki "Kosz" w rogu ekranu sterczy ogon samolotu.
    Porucznik szybko ze złością kliknął na ikonkę i nacisnął: Opróżnić!
    "Czy na pewno chcesz fizycznie zniszczyć samolot przeciwnika? Jego przywrócenie nie będzie możliwe" - uprzedził system.
    - TAK! - warknął Falkon wciskając przycisk myszy.
    Spod skrzydła wyleciał Sidewinder, pozostawiając biały puszysty ślad, pomknął naprzeciw nieprzyjaciela. Zajaśniał blask wybuchu i gorące odłamki nieprzyjacielskiej maszyny poleciały na ziemie. Jednak do spokoju było daleko. Pikający dźwięk uprzedził o nowym niebezpieczeństwie.
    "Wykryto nowe urządzenie: rakieta ziemia powietrze!" - stwierdził system i popadł w zamyślenie. Na próżno Falkon klikał myszka, widząc, jak złowieszcza kropka zbliża się do centrum radaru. W końcu system wyszedł z zadumy:
    "Nie mogę znaleźć driverów dla tego urządzenia. Włóż dyskietkę z driverami i wciśnij OK."
    Z przekleństwem Falkon wcisnął: "Szukać"
    "Najbliższy odpowiednik: Ręczne granaty" - objaśnił system. "Zainstalować?"
    Falkon szarpnął za dzwignie uchodząc w manewr przeciwrakietowy. Było jednak już zbyt późno. Samolotem szarpnęła eksplozja. Wyprowadziwszy z trudem samolot z nurkowania pilot kliknął na ikonce "System". W wierszu "lewe skrzydło" świeciły żółtymi kolorami klapy i lotki. Ale ostatecznie jeszcże tanio z tego wyszedł. Niebieski pasek pełzł na dół i pokazywał
    już 82%... Były jeszcże szanse na wykonanie zadania...
    Radar pokazał jeszcze dwa nieprzyjacielskie samoloty, ale leciały z tyłu Falkona i specjalnie go nie niepokoiły. On wiedział, że ta iracka ruina nie jest w stanie dogonić superszybkiego F-22. Jednak samoloty zbliżały się. Falkon z niedowierzaniem spojrzał na szybkościomierz i zrozumiał, że jego szybkość drastycznie spadła.
    - Co za diabeł?! - wściekł się porucznik - Silniki przecież w porządku i paliwa pełno!
    Ekran tymczasem zaczął wściekle migać i pojawił się obrazek klepsydry. Wskaźniki zastygały w jednym położeniu, poruszały się krótkimi zrywami, poczym znów zastygały.
    "Niewystarczające zasoby wolnej pamięci" - spuścił z tonu system. -
    "Wyłączcie niepotrzebne zadania."
    Falkon wywołał listę zadań, próbując pojąć, co oznaczają nazwy typu "winppl" lub "v666apl" i które z nich są niepotrzebne. Tymczasem silniki prawie zamilkły, szybkość spadła do krytycznej: jeszcże trochę i samolot runie w dół. Ogłupiałe od takiej taktyki walki powietrznej irackie myśliwce przeleciały obok i zderzyły się tuz przed nosem Falkona.
    Porucznik tymczasem odszukał w spisie zadań wiersz: "Obserwacja przeciwnika" obok której w nawiasach było napisane: [Nie odpowiada], i wcisnął OK. Ekran radaru zgasł, za to samolot zaczął nabierając prędkości.

    Niebieski pasek pokazywał już 99%... w końcu i 100. Falkon ze zdumieniem patrzył na ziemie pustynia na dole w niczym nie przypominała fotografii satelitarnej irackiego centrum jądrowego. Widać zrozumiał to także system bo w ślad za 100% na pasku pojawiło się 101... potem 102...%
    Na 106 ekran zrobił się niebieski i pojawił się napis:
    "Błąd 000000e spowodowany przez moduł VXD0000(0) w module VXD428092(0)
    Możliwa normalna kontynuacja lotu. Możecie wcisnąć Eject aby się katapultować.
    Uwaga! Przy katapultowaniu się stracicie niezachowany samolot."
    Falkon jeszcze nie zamierzał się katapultować, tym bardziej, że przed nim w końcu pojawiło się irackie centrum jądrowe. Pojąwszy, że nie ma co dalej polegać na Microsofcie porucznik przygotował samolot do bombardowania ręcznego. Sprowadził samolot w dół czekając dopóki celownik systemu nie uchwyci celu.
    - Jest!
    Falkon wcisnął przycisk. Cos zazgrzytało i wyskoczył nowy komunikat:
    "Luk bombowy wykonał niedozwolona operacje i zostanie zamknięty."
    Z przekleństwem Falkon pociągnął dzwignie do siebie aby znowu podnieść maszynę w górę. Ale samolot szybko obniżał się. Porucznik panicznie klikał myszka po różnych menu szukając przyczyny.
    "Joystick nie odpowiada" - przeczytał w końcu.
    Porucznik zrozumiał, że przywrócić system do pracy może tylko restart.
    Falkon wyłączył i włączył zasilanie pulpitu.
    "Poprzedni lot był wykonany niewłaściwie" - oświadczył mu system. -
    "Wciśnijcie dowolny klawisz w celu sprawdzenia całego samolotu."
    - Do diabła!!! - wrzasnął Falkon, naciskając Anuluj. Pojawił się ekran startowy Winwars 2003.
    System zaczął powoli się lądować. Do ziemi zostało już tylko kilkaset metrów.
    "System uruchomiony w trybie awaryjnym - w końcu pokazał ekran. - W tym trybie wyłączone są systemy lotu i uzbrojenia. Możesz tylko jeździć po lotnisku."
    Zrozumiawszy, że więcej niczego zdążyć nie zrobi, Falkon wcisnął Eject oczekując, że teraz kabina zostanie odłączona, a uderzenie za chwile wyrzuci go w powietrze. Lecz zamiast tego na ekranie pojawiło się pytanie:
    "Czy jesteście pewni, że chcecie się katapultować?"
    - TAK!!! - z wściekłością zawarczał Falkon patrząc jak maszyna nieubłaganie zbliża się do ziemi.
    "Proszę czekać! Trwa przygotowanie do katapultowania" – niewzruszenie poinformował system i zapadł w zamyślenie...

    Piwo TYLKO dla Kobiet

    Kobieta w lozku - z przymruzeniem oka

    Lubię gdy dziewczyna leży jak kłoda - przynajmniej nie wierzga jak wściekła klacz, co jest nagminne i wcale nie fajne. Zabrzmiało jak zwykły żart, ale ...

    Rzeczywiście wiele kobiet uważa, że nic tak nie świadczy o ich temperamencie seksualnym, jak miotanie się po łóżku, jak żyd po pustym sklepie. Często, nie wczuwając się w nastrój, w rytm i proponowane przez partnera tempo, "szalona kochanka" wije się pod facetem, jakby ją pod prąd podłączono. Dobrze, jeśli jest na tyle "spontaniczna", że ze startem do tańca św. Wita poczeka na początek penetracji, a nie zaczyna całego cyrku już w momencie kiedy człowiek znajdzie się miedzy jej udami i dopiero zaczyna się zastanawiać, czy wejść powolutku, czy z mocniejszym akcentem... Trafiając na taką, co to zanim się zacznie, to już ma trzy orgazmy, a później napięcie tylko narasta, trzeba opracować specjalna taktykę, która pozwala jednak na odbycie stosunku wspólnie, a nie na bycie narażonym na półgodzinne łapanie kobitki w łóżku, niczym karpia w wannie pełnej wody.

    Dobrze jest w takim wypadku rozpocząć próbę "przyszpilenia" w chwili, gdy nasza partnerka ma głowę oparta o ścianę, lub o górną deskę łóżka... Chociaż w drugim wypadku możemy później mieć wątpliwości, czy odgłosy jakie wydaje jej głowa rytmicznie uderzająca o poręcz łóżka jest skutkiem braku wypełnienia w obecnie stosowanych materiałach meblarskich, czy może... Przy tak orgiastycznie nastawionych pannach wykluczone jest używanie jedwabnej pościeli, czy innych materiałów o zbyt dużym poślizgu. Chcąc uniknąć ciągłego ściągania niżej, wijącej się partnerki radziłbym zrezygnować z jakiegokolwiek prześcieradła i podjąć walkę na gołym tapczanie. Samo szorowanie gołym tyłkiem po szorstkim materiale, powinno trochę osłabić jej zapal do odpychania się piętami od podłoża i konieczności ciągłego przysuwania jej za biodra do odpowiedniej pozycji. Ciekawe, że w wypadku tańca, nigdy żadnej kobiecie nie przyjdzie do głowy tańczenie czegoś innego, niż jej partner, no, ale łóżko, to nie parkiet. Tu zdarzają się takie, które nie zważając na partnera, kręcą kuprem mambę, czaczę, czy tez inną rumbę, zupełnie nie zważając na to, że właśnie grają... walca angielskiego, ponieważ oczytały się porad seksualnych w rożnych czasopismach, [które dla zachęty sprezentowały im, oprócz kolejnej dawki mądrości, także "oryginalną" (w nakładzie 300tys. egz.) bransoletkę, czy też inny wisiorek "przynoszący szczęście" wszystkim czytelniczkom], że nic tak faceta nie rajcuje, jak zarzucenie mu nóżek na szyje. Przez to człowiek może stracić chwilowo orientację, czy to początek upojnej randki, czy już walki kwalifikacyjne w memoriale im. Pytlasińskiego? To, że macha pod nami nogami, niczym wskazówki w elektronicznym zegarze z wyczerpaną baterią, to można jeszcze przeboleć, ale niestety niektóre do wyrażenia wstępnej ekstazy używają także pazurów, a za główny dowód podziękowania za osiągnięte właśnie osiem orgazmów, uważają zostawienie nam wbitych pod skórą, na łopatkach, swoich tipsów. Aby nie być posądzonymi o to, że nie potrafią zachować się w łóżku, nawet im do głowy nie przyszło, żeby nas obrazić pozycją "na kłodę" używają także zębów. Pół biedy, gdy ma to miejsce przy "klasyku" i ogranicza się do gwałtownego, niczym u Breżniewa, przyciągnięcia nas do siebie i wpicie się szczęką w nasza szyję. Wprawdzie rany kąsane wolno i źle się goja, ale czyż kobieta potrafi bardziej wyrazić nam swoja wdzięczność? Gorzej, kiedy chęć prezentacji skorygowanego aparatem zgryzu, nasza panienka zechce zademonstrować nam w trakcie innej pieszczoty...

    Jako nowoczesne i wyzwolone prenumeratorki "[pismo kobiece]" śmiało sięgają po instrument, który wydaje im się dobrze znany, ale tylko wydaje. Zaczynają sprawę mechanicznie, niczym ze ściąganiem i naciąganiem pokrowca na parasol w pochmurny dzień, z równym niezdecydowaniem i znudzeniem, jak to przy niepewnej pogodzie. Na delikatną prośbę, że wolimy trochę większego zaangażowania i wyczucia, złośliwie zaczynają ruch, który przy pompowaniu kół w rowerze, rozerwałby ciśnieniem opony, nawet w wyczynowych góralach. Nie chcąc zrażać partnerki, która się tak dla nas poświęca, zaciskamy zęby i tylko syczymy z bólu, żegnając się w myślach ze spójnością tkanki naszego wędzidełka. Oczywiście, nie przyzwyczajona do takiego monotonnego wysiłku damska dłoń, wymaga parokrotnej wymiany na drugą, co wprawia nas w znakomity nastrój i świetnie rozprasza, a i tak należy się cieszyć, nie słysząc znudzonego "o Jezuuuu... chyba mi ręka odpadnie!!!" Gdy już nasza "głowica" jest całkiem wymęczona i sucha, niczym czerep taliba siedzącego na słońcu, bo tylko świst i wiatr go od kwadransa omiatał, czujemy się zachwyceni, że i kobieta potrafi się domyślić, że żaden tłok długo nie pochodzi, bez odpowiedniego smarowania. Nie mówimy tu o pannach, które poślizg postanawiają uzyskać poprzez dziarskie popluwanie w dłonie, niczym człowiek z marmuru przed położeniem pierwszej cegły. My mamy do czynienia z czułą partnerką, która nie jest kłodą w łóżku, tylko wyrafinowaną kochanicą francuza. Już... już... już jesteśmy w siódmym niebie, już czujemy tę błogość ciepła i wilgoci wokół biednego i wytarganego "jasia", gdy nagle przypominamy sobie, że to, co nazywaliśmy "zalotką" miedzy jedynkami naszej pani, to może być powód naszego bólu... I jest!!! Oczywiście wciągniecie w tę szczerbę naszej delikatnej skórki było przypadkowe, wiec tylko zwijamy się z bólu... jednak ona odbiera to za objaw naszego nadchodzącego orgazmu... Wiec, żeby jeszcze bardziej nas nakręcić zaczyna, niby to w zabawie nadgryzać, przygryzać i podgryzać.... Kurde!!!

    Kto im powiedział, że dla faceta najbardziej ekscytującym zajęciem jest zabawa z kombinerkami? Na pornosach, rzeczywiście i z pół metra można sobie wpakować w gardło, ale w życiu bywa już z tym trochę gorzej... Wiec chcąc nas uszczęśliwić, wpychają sobie gwałtownym ruchem naszą lekceważoną wymiarowo parówkę do przełyku i.... zaczyna się cyrk.... Gdzieś tam, z dołu, spod "burzy i kaskady najukochańszych na świecie" włosów, dochodzi nas odgłos, przypominający jak umierał nasz ulubiony kot, gdy zadławił się korkiem od szampana... Charkot, rzężenie i inne odgłosy, które w tym momencie maja zastąpić nam muzykę miłości, powodują, że i my, i nasz interes zaczynamy gwałtownie odczuwać wyrzuty sumienia. Obaj czujemy się momentalnie tacy malutcy... on nawet dosłownie. Odkorkowana panna, zdziwiona patrzy na to, co zostało w jej dłoni i zalotnie odpluwając na boki, nasze na wpół połknięte kędziorki, seksownie pyta: "Dlaczego nie chciałeś skończyć w ustach?"

    Wiec z ta kłodą, to czasami wcale nie jest takie głupie...



    Autor: Marcinek
    Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.amanda.radom.net/mo(...)sid=161
    Licencja: Wszelkie prawa zastrzeżone
    February 2012
    S M T W T F S
    January 2012March 2012
    1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29