Unstoppable - kojarzący twórczość mniej oscarowego z braci Scottów (m.in. Top Gun, Man on fire) powinni poczuć się jak w domu podczas seansu jego najnowszego obrazu. Scenariusz od samego początku podkręca tempo, kamery co chwila zmieniają ujęcia, śmigłowce przelatują naprawdę nisko a obsada (Denzel Washington i Chris Pine) stara się, aby postaci głównych bohaterów nie były dla nas obojętne. Obraz stanowi również ukłon w stronę nieco już zapomnianych produkcji z koleją w kadrze - i szczerze powiedziawszy nie ma się czego wstydzić pędząc po jednym torze wraz z Uciekającym pociągiem i Skrzyżowaniem Cassandry. 5/6
Tamara Drewe - angielska wieś, grupa pisarzy przełamująca jak co roku kryzys niemocy życiowo-twórczej, radosny angielski, niepowtarzalny humor - a wszystko to w najnowszej produkcji reżysera Niebezpiecznych związków oraz Przebojów i podbojów, czyli Stephena Frearsa. Tym razem Frears podjął się adaptacji stripów komiksowych autorstwa Posy Simmonds, opowiadających o przygodach rozpieszczonej i wysmakowanej w uciechach klasie mid-hi, z tytułową postacią na czele. Reżyserowi i tym razem trudno odmówić talentu - widz po prostu płynie przez fabułę, chłonąc zarówno sielski krajobraz pastwisk i ogrodów jak i podglądając tragikomiczne rozterki przewijających się przez kadr postaci. 5-/6
Monsters - utrzymany w konwencji obyczajowego paradokumentu thriller science-fiction, osadzony na południe od granicy meksykańsko-amerykańskiej, która wraz z rozbiciem się na terenie Meksyku pewnego satelity stała się dosłownie granicą miedzy światami. Informacje dawkowane są bardzo oszczędnie, częściej w postaci dialogów miedzy wymykającymi się z Meksyku głównymi bohaterami a lokalną ludnością, niż efektów specjalnych. Mimo takiego założenia, a może wręcz wykorzystując swoje ograniczenie jako atut, ta niskobudżetowa produkcja w reżyserii Garteha Edwardsa uderza z siłą, którą w kinie tego gatunku widziałem przed czterema laty w Cloverfieldzie. Zdecydowanie warto. 5+/6
Nastał nowy rok, wraz z nim nadeszła odpowiednia pora wprowadzania innowacji na łamach bloga. Tym razem nie będą one jednak zbyt wyrafinowane - mają wszak przede wszystkim uprościć mi życie, pozwalając jednocześnie na w miarę czytelną prezentacje informacji dla Was, kimkolwiek jesteście drodzy Czytelnicy.
Punkt pierwszy - wracam do zarzuconej w ubiegłym roku listy filmów, podsumowującej obejrzane tytuły. Po drugie - nie liczcie na powrót dużych recenzji pojedynczych tytułów - nie stać mnie na to czasowo. Zamiast tego nadal będę wrzucał kilku-zdaniowe resume filmów, które w jakimś stopniu zwróciły moją uwagę. Oznacza to, iż nie uświadczycie opinii o filmach przeciętnych, pojawią się za to te bardzo dobre oraz te najgorsze z możliwych, zlinkowane wprost do listy zbiorczej.
Ostatnie postanowienie ma bardziej ambicjonalny charakter - chciałbym, aby Ad Acta nie przekształciły się w blog, gdzie posty o filmach będą składały się ze screena tytułowego i liczby gwiazdek - enigmatyczność takich wpisów przeczy moim zdaniem sensowi zamieszczania notek dla szerszej publiczności. Zobaczymy, czy słowa dotrzymam.
Pierwszy raz od bardzo dawna (będzie tak ze dwa lata) mam ochotę wrócić do kina i ponownie obejrzeć najnowszy obraz Zacka Snydera. Powód jest prozaicznie prosty: jego filmy ewidentnie klikają mi tam, gdzie powinny, tak było z Watchmen, Legendami z Sowiego Królestwa, tak jest i z Sucker Punch.
Snyder porwał się na ryzykowny, ale jeszcze pozostający w zasięgu cel - zdeklasować kino akcji ostatniej dekady pokazując w nim to, czego jeszcze nie pokazano... w jednym filmie. A zrobił to w sposób, który pięknie demonstruje, jak z do niczego nie pasujących elementów można złożyć świetne kino rozrywkowe, jeżeli tylko się potrafi.
Scenariusz jak to u Snydera jest wcale nie pretekstowy, prowadząc jednocześnie gładko widza przez meganaładowane akcją przygody bohaterek, w których dzieje się tyle, iż człowiek nie ma czasu mrugać a termin "epickie" z każdą minutą zmienia znaczenie. W sukurs idzie, znów jak to u Snydera, rewelacyjnie dobrana ścieżka dźwiękowa, która choć mniej zazdrośnie walcząca o widza niż w Watchmen, to jednak rewelacyjnie uzupełniająca klimat filmu.
Skoro mowa o bohaterkach - obsada filmu zagra na nerwach niejednej feministce - skąpo lub obciśle ubrane dziewczyny non-stop wpadają w oko kamerze (i wszystkim po jej drugiej stronie), jednocześnie trudno zarzucić im drewniane aktorstwo, bowiem paradoksalnie choć konwencja filmu nie zobowiązywała, postarały się. Na deser dla koneserów wyśmienita Carla Gugino, która zaprezentowała się niesamowicie na drugim planie. Na końcu zaś dla tych co lubią klimaty incepcyjne, scenarzyści przygotowali coś intrygującego, co znów nie pozwala mi stwierdzić, iż zrozumiałem każdy element fabuły.
Ocena: warto, Sucker Punch nie ma za co przepraszać. 5/6
O festiwalu filmowym w Sundance czytaliście lub słyszeliście pewnie niejeden raz. Jeżeli chociaż jednym okiem śledzicie publikowane w sieci zwiastuny filmów, powinniście kojarzyć logo festiwalu pojawiające się na samym początku klipu i tkwiącą u dołu ekranu elektryzującą adnotację "laureat edycji XYZ". Tym razem postanowiłem uprzedzić duże wytwórnie, i zanim którakolwiek uraczyła mnie wysypem zapowiedzi, zdążyłem otworzyć i uważnie przeczytać dossier poszczególnych produkcji pełnometrażowych, jakie zaprezentowano niespełna 1,5 mc-a temu w Sundance. Nie oczekujcie żadnej relacji czy czegokolwiek w tym guście; niniejszy wpis to raczej próba zapamiętania produkcji, które wydają się być interesujące. I znalazły się w programie festiwalu, oczywiście.
Restrepo - filmy dokumentalne z zasady są dobre, dokumenty o wojnie wręcz przeciwnie. W ubiegłym roku podsumowałem moje wrażenia z opowiadającego o misji w Iraku Brothers at War, miałem więc pewne obawy siadając do Restrepo (którego zwiastun przykuł moją uwagę kilka m-cy wcześniej). Niepotrzebnie. Tym razem twórcy zabierają nas do Afganistanu, gdzie przyszło im (i nam) śledzić losy świeżo zrzuconej w jednym z najniebezpieczniejszych regionów kraju jednostki. Towarzyszymy żołnierzom w bazach, na patrolach a nawet w ogniu walki. Pełno tutaj obserwacji, których dokonać mogła tylko kamera - pozbawione ognia przemowy oficerów, bezskuteczne negocjacje z mieszkańcami doliny a w końcu strach i rozpacz żołnierzy po stracie kolejnych kolegów z oddziału. Siłą tego filmu jest obserwacja wydarzeń - drobnych, codziennych, głupich i zabawnych, które miały miejsce tam a które nie zawsze wydadzą się normalne widzowi po tej stronie - i pozostawienie komentarza oglądającym. 5+/6
Animal Kingdom - ciężko opisać wrażenia, jakie wzbudził ten tytuł w mojej głowie. Przede wszystkim, o takim kinie już właściwie nie słychać - ostatnim filmem naprawdę oddającym klimat dramatu kryminalnego był Eastern Promises (film sprzed bez mała trzech lat!), potem długo długo nic - i zapewne nikt nie spodziewał się, iż kolejna produkcja powstanie w Australii. Co z pewnością rzuci się w Wasze oczy - inność. Ten film jest zrealizowany, zmontowany, napisany i zagrany inaczej, niż obecne produkcje amerykańskie czy nawet europejskie - perfekcyjne skupienie na temacie przewodnim, bez żadnych zastanawiających bądź przeszkadzających dodatków. 5+/6
Takers - kolejna odsłona z serii kina o napadzie na bank i jednocześnie kolejny film, którego o mały włos nie skreśliłbym z uwagi na podobieństwo do kiepskiego poprzednika (Armored). Co lepiej znający temat odkryją, iż autorzy wzorowali się na kultowym już Heat z 1995r., jednak tym razem wydarzenia potoczą się nieco inaczej. Takers nie jest łatwą w odbiorze produkcją - niedoskonały, rwany montaż, kilka różnych sposobów filmowania (co najbardziej daje o sobie znać w czasie scen akcji) a wszystko to uzupełnione niezbalansowanym scenariuszem, który w jednych momentach jest zbyt banalny, aby w innych przygnieść nas mnóstwem wątków. Dlaczego zatem w ogóle piszę o tej produkcji? Ponieważ po pierwszym kwadransie film może nie pochłonął, ale z pewnością wciągnął mnie na tyle, iż zacząłem zwracać uwagę na kolejne fragmenty układanki. Tych ostatnich jest na tyle dużo, iż od pewnego momentu równolegle oglądamy kilka historii, które w różnych sytuacjach znajdą swoje rozwiązanie Co zasługuje zaś na podkreślenie - nie zawsze będzie to finał, którego akurat można było się spodziewać. 4-/6
Christopher Nolan zaszczepił Incepcją w mojej głowie jedną ideę – fabuła tego obrazu wcale nie jest tak złożona, jak pozornie się wydaje – jest głębsza. Już podczas pierwszego seansu wiedziałem, że przyjdzie mi się spotkać z tym tytułem jeszcze co najmniej jeden raz w niedługim czasie. Marnie oceniałem szanse rozwikłania wszystkiego, lecz miałem nadzieję, iż uda mi się przynajmniej wyjaśnić parę, może kilka, wątpliwości. No i usiadłem do powtórki... wszystko co dalej przeczytacie, jest moją interpretacją.
Grudzień, choć pełen przygotowań do Świąt i problemów ze zdrowiem, był dla mnie bardzo owocnym miesiącem pod względem obejrzanych filmów. Nadeszła zatem pora, aby napisać co nieco o poszczególnych tytułach. Jak zwykle pominąłem filmy obejrzane w ramach powtórek.
Knight and day Ostatni film Toma Cruise'a, w którym oczywiście pędzi on na motorze zaś partnerująca mu Cameron Diaz nieustannie wpada dzięki niemu w kolejne tarapaty. Nad K&D ciążyła zwiastunowa klątwa – w zapowiedziach film ten wyglądał jako jeden wielki popis kaskaderski z doczepionymi znanymi nazwiskami. Podczas seansu okazało się jednak, iż film posiada scenariusz trzymający w napięciu a aktorzy w inteligentny sposób kpią z kina sensacyjnego nie popadając w slapstick. 5-/6
Ładny początek, sugerujący kino przygodowe spod znaku Opowieści z Narnii lub Złotego kompasu, nie jest w stanie zmienić mojego rozczarowania filmem Shyamalana. Ponad połowa filmu ucieka scenarzyście i reżyserowi przez palce na próbach szybkiego sprzedania mi wielu wątków aby nagle (w okolicach 30 minut do napisów) trafić mnie jedną ideą - „będzie więcej części... ale po co się tak śpieszą?”. Kreskówki nie znam, potencjał ewidentnie niewykorzystany, efekty standardowe ale niewarte 3D. 2+/6
Pisanie n-tej recenzji dostępnej w Sieci nie ma najmniejszego sensu; wszystko, co można było dostrzec, omówić i pochwalić pojawiło się już na ekranach monitorów w ilości idącej w miliony znaków. Być może ktoś odważy się napisać o dostrzeżonych słabościach... W moich oczach najnowszy film Davida Finchera jest nie tylko najlepszym filmem dobiegającego końca roku 2010, lecz również najlepszym filmem w dorobku człowieka odpowiedzialnego za Obcego 3, Siedem czy The Fight Club - a zarazem najlepszym zadośćuczynieniem za czas poświęcony Zodiacowi i Benjaminowi Betonowi. Scenariusz, montaż, zdjęcia, muzyka, dobór aktorów i mnóstwo innych detali, którym poświecenie minimum niezbędnej uwagi zagwarantuje Wam wyśmienity wieczór filmowy... a może jednak nie?
Tego lata kino zapanowała moda na męskie kino – za miesiąc pojawi się „The expendables”, za dwa tygodnie „Inception”, tymczasem dzisiaj w kinach pojawili się Oni... Nimrod Antal tworząc swój film niewątpliwie miał na celu dogodzenie męskiej, zwłaszcza młodszej części widowni – jak bowiem inaczej wytłumaczyć sceny przebijania, wyrywania, odcinania rozmaitych kończyn, co chwila wybuchające strzelaniny oraz, co udowadnia chociażby jeden z przytoczonych wyżej dialogów, niezwykle opisowy język bohaterów. Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, na jakim filmie byłoby Wam wstyd przed zaproszonymi na seans dziewczyną i jej rodzicami, to odpowiem krótko – Predators spełnia wszystkie postawione wymagania. Lecz gdy pozwolicie waszemu wstydowi wyparować w parnej i dusznej atmosferze tego lata, możecie dowiedzieć się o sobie czegoś bardzo zaskakującego...
Tym filmem zachwycali się krytycy w The New York Times, polski dystrybutor tak sprawnie zaś wprowadził tytuł na ekrany naszych kin, iż nie zobaczyłem nawet jednego plakatu promocyjnego. Postanowiłem poczekać, omijając książkowy pierwowzór, aby przy jakiejś innej okazji obejrzeć Drogę - stało się to wczoraj.
Recenzja będzie krótka - film Johna Hillcoata rozczarował mnie, choć nie całkowicie. Jeżeli filmowa Droga tak dobrze oddaje powieść McCarthy'ego, to książka nie ma mi nic do zaoferowania. Jeżeli zaś film nie oddaje atmosfery pierwowzoru, to dlaczego krytycy tak rozpływają się nad tą produkcją?
Podstawa sukcesu filmów sprzed lat, ozdobnik w kinie ostatniej dekady - scenariusz.
Jeżeli nie wystarczą Ci najprostsze chwyty promocyjne (cycki, wybuchy, more the excitement), to właśnie na scenariuszu spoczywa najważniejsza rola w całym filmie, spychająca w cień nawet główną obsadę. Sceny, kadrowanie, dialogi, relacje - to wszystko i znacznie więcej nie bierze się jednak z powietrza, lecz jest efektem pracy osób, które tysiącami zasiedlają Hollywood i okolice; nazwano ich scenarzystami.
Edge of darkness – zgodnie z recenzjami miałem spodziewać się przeciętnego filmu sensacyjnego z wypalonym Melem Gibsonem, który nie zdołał przyciągnąć do amerykańskich kin zadowalającej liczby widzów, dodatkowo (o czym wiedziało niewielu) obraz ten miał być remakiem pewnego serialu sprzed 25 lat, z tymi zaś jak powszechnie wiadomo bywa różnie, zazwyczaj nieciekawie. Ktoś z Was zapyta, dlaczego chciałem zmarnować sobie sobotni wieczór?
Otóż dlatego, iż lubię się mylić, ale jeszcze bardziej lubię zobaczyć, jak mylą się inni.
Pora wrzucić aktualizację, aby czytelnicy nie daj boże nie uznali, że zniknąłem z powierzchni tej ziemi.
W telegraficznym skrócie:
*w pracy sytuacja uspokoiła się na tyle, iż powróciliśmy do swoich mniej lub bardziej codziennych obowiązków - grunt to dobra kotwica do normalności;
*w Stanach ruszyło kilka ciekawych seriali - 28 kwietnia miał premierę pilot Happy Town, natomiast kilka tygodni temu HBO wystartowało z Treme (serialem twórców znanego i szanowanego cyklu The Wire). Dobry to znak, zwłaszcza w kontekście zadyszki The Pacific oraz nieubłaganie nadchodzącego końca sezonów Fringe i V;
*wraz ze zmianą klimatu wróciłem do biegania - jak na pierwszy raz po 6,5 m-cach przerwy, oceniam swoją kondycję na znacznie lepszą, niż w zeszłym roku, kiedy zaczynałem. Inauguracja wypadła w porze wiosennej ulewy;
*chociaż nie piszę o filmach (z czystego lenistwa), oglądam ich całkiem dużo - z ostatnich pozycji polecam A serious man (uwaga, tym razem bracia Coen nie zrobili lekkiego filmu), o dziwo Sherlocka Holmesa (z nadzieją wyglądam kontynuacji), hiszpański El Metodo (który powinien być obowiązkowym filmem dla wszystkich młodych wilczków pędzących przez całe życie po posady i pieniądze) oraz Fantastic Mr. Fox, którego twórcy pokazali, co to znaczy zrobić film dla dużych i małych i skasować za jednym zamachem produkcje Dreamworks/Pixar;
*nareszcie gram w Mouse Guard (zamiast prowadzić), udało nam się ruszyć również z minikampanią Burning Sands: Jihad - maj i czerwiec powinny być dobrymi, obfitymi w granie miesiącami (są jakieś nieobfite?);
*czytelnictwo w moim wykonaniu wraca do normy - otwierające cykl Culture Consider Phlebas szybko i dobitnie pokazało mi, dlaczego powinienem czytać więcej Banksa (dla zainteresowanych zamieszczam link do mojej recenzji na łamach drugiego bloga). Ponieważ jego powieści dość mocno igrają z odpornością Czytelnika, w ramach odpoczynku przemknąłem przez zbiór opowiadań Alastaira Reynoldsa (Galactic North, dobre ale tylko tyle) i zasiadłem do drugiego tomu cyklu barokowego Stephensona... co tu dużo pisać, Neal Stephenson to dobra marka. Ponieważ zaś liczba nieprzeczytanych powieści zaczyna się kurczyć, domówiłem w ramach imienin kolejną paczkę;
Kończąc notkę i patrząc za okno dochodzę do wniosku, że brak planów na long weekend nie był takim złym planem - leje bowiem od samego rana.
The Crazies - film zaczyna się dobrze, gdyż już w trzeciej minucie zostałem wrzucony w wir wydarzeń, których tempo systematycznie przyspiesza. Opętani w reżyserii Brecka Eisnera to remake klasycznego już obrazu George'a Romero z 1973 roku - jeżeli ten tytuł nic wam jednak nie mówi, można posłużyć się innym porównaniem. Historia opowiedziana w ciągu wartko płynących 100 minut leży gdzieś na skrzyżowaniu Outbreak (Epidemii) i recenzowanych niedawno Carriers, z okazjonalnymi przebłyskami innych tytułów. Małe miasteczko, seria wcale nieprzypadkowych sytuacji oraz garstka głównych bohaterów, którzy próbują wpierw znaleźć sens w tym, co się dzieje a następnie uciekać ile sił w nogach. Jeżeli już jesteśmy przy obsadzie - Radha Mitchell i Timothy Olyphant wcielający się w małżeństwo Duttonów wywiązują się z powierzonych im ról bardzo dobrze - w ich grze nie ma fałszu ani przesady, kilka pozornie zaś drobnych scen bądź gestów uwiarygadnia ich postaci. Brawa należą się również reżyserowi i scenarzyście, którzy w dobie kina pełnego pił i hosteli potrafią pokazać widzowi spójny, nieprzesadzony i okraszony wątkami katastroficznymi survival-horror. Piątka z kreską. 5-/6
Już jutro zaczyna się marzec, zima tym samym dobiega końca, tymczasem Ad Acta doczekały się (a ja wraz z nimi) małej rocznicy. Tak jest ladies i mein herren, trzy lata na wizji to szmat czasu, który spędzaliśmy raz w mniejszym a raz w bardziej licznym gronie. Przypadek lub nie tylko sprawił, iż założenie tej strony i jej powolny rozkwit zbiegły się w czasie z małą rewolucją internetową, która zaowocowała prawdziwym powstaniem... tysięcy blogów w skali kraju. Kolejne sajty kusiły i nadal kuszą naszych rodaków możliwością swobodnego bądź oficjalnego popieprzenia głupot - pozostałem jednak wierny pierwszej platformie, jaką jest Opera. Trudno natomiast mówić o mojej wierności w tematyce...
Moon – trzecia, po Pandorum i Avatarze, ubiegłoroczna produkcja s-f, której huczne recenzje mogłem skonfrontować z rzeczywistością już w nowym roku. O ile jednak wspomniane dwa tytuły rozczarowały mnie, o tyle o Moon mogę powiedzieć jedno: to arcydzieło, istny majstersztyk autorstwa debiutującego w kinie Duncana Jonesa. Opowieść o czternastu dniach z życia pracownika księżycowej bazy wydobywczej (w tej roli wyśmienity i nareszcie nie irytujący mnie swoją obecnością Sam Rockwell) czerpie wszystko, co najlepsze z klasyków gatunku, nie potykając się w ani jednym (sic!) miejscu, wątku czy dialogu. Brak tu wydumanej filozofii, nachalnego wpychania poglądów czy patetyczności znanej z kina ostatnich lat. Mamy za to całe spektrum emocji, od radości przez ciekawość, lęk, smutek, zazdrość oraz, co zaskakuje szczególnie, przyjaźń. Ale kogo i z kim – znalezienie odpowiedzi na to pytanie zostawiam już Wam. 6/6