Skip navigation.

W mroku pogrążony... Chłodem ogrzać próbuję...

No i się doczekaliśmy...

Nie zaczynamy od "więc tak".
Zacznę "więc" inaczej.
Tak więc...
Maleństwo jest już z nami...
Przyszło na świat w niedzielę 25 stycznia 2009 roku, o godzinie 12:50.
Byłem tam, widziałem, rodziłem z Żoną... Niesamowite.
O emocjach, które mi towarzyszyły napiszę później, bo jest o czym pisać i trzeba zebrać myśli.
A zresztą, tego nie da się opisać słowami, trzeba to przeżyć.
Póki co, macie TU troszkę zdjęć do pooglądania...

Coś z kiedyś...


Spacerowałem po pustych pomieszczeniach naszego nowego domu. Wiatr wpadał przez otwarte okna, drobiny kurzu tańczyły w powietrzu, cegły czerwienią paliły oczy. Czułem, że coś jest nie tak, że stanie się coś złego. Wszystko dokoła przerażało mnie.
Dłonią gładziłem gołe ściany z nadzieją, że chropowatość powierzchni pozwoli mi się przebudzić. Nagle konstrukcja dachu zaczęła przeraźliwie trzeszczeć, pojedyncze fragmenty dachówek z hukiem rozbijały się na podłodze. Wiatr wzmógł się, zniknęły drzwi i okna. Pokój wirował, a ja upadłem na kolana, bezsilny i załamany, krzyczałem, dłońmi obejmowałem głowę. Ból w sercu wzmagał się.
Pokój wirował coraz to szybciej. Belki podtrzymujące dach łamały się jak zapałki, kurz wdzierał się przez nos i usta, zatykał płuca.
Karuzela śmierci… Ja- zabawka kreatora światów… Jedno istnienie zniknie…
Cisza. W ciągu sekundy wszystko się skończyło. Oszołomiony, zmusiłem słabe nogi do ruchu i podniosłem się. Spojrzałem przed siebie i zobaczyłem drabinę opartą o ścianę. Na środkowym szczeblu ktoś zawiesił sznur. Usłyszałem ciepły, budzący zaufanie głos
– Chodź do mnie… Czas odpocząć.
Uniosłem wzrok i wiedziałem, co muszę zrobić. Wziąłem sznur, wszedłem na drabinę i przywiązałem go do grubej krokwi znajdującej się nade mną. Przez głowę przełożyłem pętlę, rozejrzałem się po pokoju i zobaczyłem Ciebie. Uśmiechnęłaś się i gestem dłoni przywołałaś do siebie. Zrobiłem krok i otuliła mnie miękka czerń bezkresnej otchłani.
Nie było strachu, żalu, zimna ani ciepła, nie było radości. Żadnego światła.
Oczy miałem szeroko otwarte, a może zamknięte?...
Gęsta jak smoła czerń oblepiała moje ramiona, twarz i włosy, unieruchomiła nogi.
Znów pojawił się głos. Tym razem jednak brzmiał inaczej. Z chrzęstem wwiercał się w mój umysł, rozsadzał go od środka
- Nadszedł Twój czas, koniec końców, początek niczego. Kara Ci będzie nagrodą. Nadszedł Twój czas.
Trwałem zawinięty w nicość. Mijały minuty, godziny, dni. Wydawało mi się, że jestem tu od zawsze…
Jak grom zwaliła się na mnie świadomość, naraz zacząłem czuć i myśleć.
Chłód nocy mroził kości, deszcz ranił skórę, która krwawiła w miejscach gdzie upadły jego krople. Przez wieki oczy moje nie oglądały światła, zapomniałem, czym jest jasność a teraz zbliżała się do mnie w zastraszającym tempie. Ziemia trzęsła się po moimi stopami, a światło było coraz bliżej. Przeciągły skowyt przebił się przez huk, obróciłem głowę i zobaczyłem czarnego psa o ognistych ślepiach. Był niespokojny, nerwowo przebierał łapami.
Światło uderzyło we mnie z ogromną siłą, która wyrzuciła mnie w powietrze jak szmacianą lalkę.
Upadłem na kamienie.
Pies zawył po raz kolejny. Przeraźliwie. Śpiew zwierzęcia, które wie, czym jest rozpacz.
Widziałem ciało leżące na torach kolejowych. Podszedłem i przyklęknąłem przy zwłokach, zacząłem płakać. Czarny pies, zimnym nosem trącił policzek leżącego. Z jego oczu również płynęły łzy, krwiste, gorące i szczere.
Pociąg przyjechał znikąd, a stalowe nitki torów ginęły w ciemności nocy. Zimna żelazna droga prowadząca nie wiadomo gdzie.
Czarna przybłęda o ognistych ślepiach podeszła do mnie i polizała moją dłoń. Z jej oczu dało się wyczytać, że rozumie.
Chwila, czy wieczność? Żyję, czy umarłem?. Odrealnienie jest czymś zwyczajnym, charakterystycznym dla stanu występującego po zażyciu narkotyków. Jestem czysty. Od dawna.
Możliwe, że jestem chory psychicznie. To jedyne logiczne wyjaśnienie. Czy chorzy psychicznie myślą logicznie?
Zamknąłem oczy. Mam nadzieję, że gdy znów je otworzę nie zobaczę dziwacznego psa obwąchującego moje ścierwo. Mam nadzieję, że obudzę się pośród sterty butelek, brudny i śmierdzący. Mam nadzieję, że obudzę się i będzie mi niedobrze. Niczego nigdy tak nie pragnąłem. Chcę, żeby zwyczajny kac nie pozwolił mi zebrać myśli, a to wszystko okazało się majakami żałosnego pijaka. Raz, dwa, trzy…
Czas zobaczyć jak znajomi załatwili moje mieszkanie. Śmiecie będą walały się po podłodze, potłuczone kieliszki będą powbijane w dywan, a ja będę leżał pośród tego całego burdelu.
Na wierzchu prawej dłoni poczułem coś ciepłego i klejącego. Ostrożnie rozchyliłem powieki.
Czarny skurwiel wgapiał się we mnie i ani myślał zniknąć…

Jest gorzej niż źle...

Nie mam czasu… na życie…


„Tysiąc myśli masz… jak zrozumieć świat?
Chociaż wiesz, że już za późno jest, by cofnąć czas.
To, co stało się, przeminęło gdzieś, tylko cień wspomnienia jest.
Teraz sam wśród ścian, czekasz aż uchylą drzwi.
Sumieniem swym, co dnia, zamknięty w ciemnościach skał.

Tak ciężko zapomnieć jest słońca blask, który budzi, co dnia.
Nie! Nie zapomniałeś jak wolne skrzydła unosił wiatr…

Teraz wiem, chcesz zobaczyć świt, przytulić się w ramionach mgły.
Poranną rosę spijać, co dnia… Być znowu wolnym jak ptak!..”




Robi się zimno…

„Za oknami chłód, znowu coś wygasło. Ktoś oszukał nas! Gdzie zginęła jasność?
Kto rozdaje chłód? A kto ciepło? Kto żal? Kto da szczęście? A kto płacz?
Gdzie prowadzi mnie dzień? Dokąd zmierzam, co dnia?
Ile w Tobie jest łez, które kosztuje sam?
Gorzki czując, gorzki czując ich smak!

Choć zimowy chłód zmienia nas w sople lodu, tajemnic i kłamstw.
Ty dodajesz tchu, moje ciało jak śnieg, topnieje od Twoich łez…"


Jest dobrze...

I chciałbym, żeby dalej tak było...

Po ślubie...

Stres, przekleństwa, niepewność i ogólne zamieszanie- tak wyglądał dzień "Zero".
Błogosławieństwo- nie wiem co robić, co mówić, jak się zachować. Kurwa, przecież ja nawet do kościoła nie chodzę. No nic, jak nie wiemy co robić to uśmiechamy się do wszystkich i z głowy.
Szczerzę zęby, klęczę i słucham. Polali mnie wodą, pocałowałem krzyż- o dziwo mnie nie poparzył (pewnie nie był poświęcony).
No i finish. Pobłogosławieni jedziemy do kościoła.
Wpadamy do środka, podchodzimy do krawędzi czerwonego dywanu i... nic się nie dzieje.
Biorę moją za-35 minut-Żonę pod rękę i idziemy. Około 10 metrów przed ołtarzem do naszych uszu docierają dźwięki marsza weselnego. O jak mi się kurwa śmiać zachciało, myślałem, że parsknę.
Ale nic to. Podpisaliśmy papiery w zakrystii i wracamy na klęczniki.
Pojawia się ksiądz- wypękany bo nie dałem mu kasy za ślub ( teść zrobił bramkę dla parafii -w geście "z dobrego serca"- a ja pomagałem mu ją montować. Niestety ksiądz tego nie uszanował i chciał mnie skasować za ceremonię, więc po chamsku wyjechałem mu tekstem:"Bramkę masz? to się ciesz i spierdalaj!...") i jak to ksiądz zaczął coś bredzić. Porzęził coś pod nosem i nastał moment wypowiedzenia słów przysięgi.
"Ja Hubert biorę Ciebie Ewo za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci."
Wryło mnie w trampki trochę. Dziś cały dzień sobie to powtarzałem.
Później wymiana obrączek: Ewo przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...
Reszta była nieważna.
Aha, no i załapałem przypał. Jako, że byliśmy pierwszą parą przy ołtarzu, a ja jestem mało kościelny, nie bardzo wiedziałem kiedy siadać a kiedy wstawać. Dobrze, że kościelny nam pokazywał.
Wesele...
Potańczyłem, trzymałem fason i wyglądałem seksownie. Wszystko nawet mi wyszło.
A teraz?
Licznik bije...
Czwarty dzień po ślubie...
Powstaje pamiętnik Żonatego Męża...

Będę miał żonę...

Jutro się żenię... w kościele... przy księdzu i w ogóle w kościele...
Zastanawiam się czy mnie pojebało doszczętnie?
Może to jakieś chwilowe zamroczenie umysłu?
Chwila słabości?
Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że to coś większego... Miłość?
A może opętanie? Szatan upomniał się o moją duszę i w zmowie z Bogiem uknuli ten spisek.
Diabeł podesłał mi kobietę, Bóg zaś odebrał mi rozum.
Moja Kobieta skomentowała ten tekst następująco:
"Ale bigos..."
Nic dodać nic ująć...

W pośpiechu... przed pracą...



Nie zaczynamy od "więc"...
Zaczynam...
Więc tak.
Zapierdalam jak bury osioł, wstaję o 6-7 rano, kładę się spać- przepraszam Kochanie- idę ODPOCZYWAĆ około 24 w nocy. Wychodzi na to, że pracuję po jakieś 14-16 h na dobę.Ogólnie powinno być przesrane niemiłosiernie. Ale nie jest. W sumie to jest fajnie. Nawet zajebiście bym powiedział. Tylko troszkę mało metalowo...
Kurwa, jak przejebanie szczęśliwy ze mnie facet.
Mam wspaniałą Kobietę. Kobieta ta, każdym spojrzeniem potrafi powiedzieć- Kocham Cię...
Dba o o mnie, karmi, tuli, głaszcze...
Właśnie wróciła...
A ja idę...









Trzy kropki...

Pewnie, że…
Chcę patrzeć na Ciebie, gdy myjesz naczynia, wycierasz je, a następnie chowasz do szafki.
Chcę patrzeć na Ciebie, gdy jesteś rozczochrana i zaspana.
Chcę patrzeć na Ciebie, gdy zła jesteś na mnie i masz rację.
Chcę patrzeć na Ciebie, gdy cieszysz się i oczy Twoje błyszczą.
Chcę patrzeć na Ciebie, gdy spoglądasz w dal i widzisz to, czego ja nie mogę ujrzeć.
Chcę ślubować Ci… Miłość, wierność, uczciwość… i że Cie nie opuszczę aż do śmierci…

Nie ma w tym nic dziwnego, bo…
Wiem, że jesteś dla mnie.
Wiem, że uznajesz moje starania i potępiasz głupoty.
Wiem, że wierzysz, ufasz, doceniasz.
Wiem, że… Ty wiesz…

Czytajcie, sądźcie, potępiajcie, ale przede wszystkim zastanówcie się, czy umielibyście tak…

P.s.
Kocham Cię nawet gdy pachniesz czosnkiem... :smile:




Bliskość samotności...

Z butelki wylała się brązowa ciecz o intensywnym zapachu. Mężczyzna przyłożył usta do krawędzi szklanki i uśmiechnął się się- Ciepła, bez lodu, ale nadal wyśmienita – powiedział do siebie.
Jedną ręką rozpuścił włosy, nałożył kapcie i wyszedł na taras. –Pięknie, jest tak pięknie i niebezpiecznie – uniósł dłonie ku niebu by czubkami palców dotknąć czarnych i gęstych jak smoła chmur.
„ Ja nie skamle nie, ja pluję w twarz. Jestem śmieszny czort, więc śmieję się…”
Włosy powiewały na wietrze, woda spływała po nagich ramionach, a On ciągle stał. Wpatrzony w niewidoczną linię horyzontu starał się zrozumieć.
„Zmierzch… rozlał atrament…”
Kilka kroków w wilgotnej od deszczu trawie uświadamia mu, jak mało znaczy wobec ogromu ziemi i wszechświata. Obserwując błyskawice piorunów uczy się szacunku do siebie. Życie jest krótkie, i każdy stara się zadać nam jak najwięcej bólu, żeby zdążyć zanim inni to zrobią.
Dobrze jest być pierwszym…
I ostatnim…
Zawsze…
„Za oknami chłód, starodawnych duchów nocy. Nie otwieraj drzwi, nie otwieraj bramy mroku…”
Wrócił do pomieszczenia, minął Ją w salonie i coś go zabolało.
Wiara.
Wiemy co coś jest, choć tego nie widzimy. A co gdy czujemy, że boli, ale nie potrafimy określić co?...
Usiadł przy komputerze, ale myśli nie chciały spływać na klawisze…
Monitor powoli gasł, a wraz z nim gasły lęki…

Wędrówka...

Nie wiem gdzie się podziewa czarny chłopiec. Wsłuchuję się w ciszę, ale nie mogę wyłowić z niej odgłosu kroków, nie słyszę miłego szelestu, który wydaje skóra kurtki podczas chodzenia. Obcasy butów nie stukają o betonowy trakt, a łańcuch nie obija się o żadne sprzęty. Dźwięki gitary nie wbijają się w skórę, nie głaszczą serca.
Chłopiec zniknął.

Wiara…
Mężczyzna z raną broczącą krwią, z raną w miejscu gdzie powinno być serce…
W deszczu przemierza szare uliczki, które precyzyjnymi cięciami dzielą miasto na kawałki.
Jest przemoczony, głodny i zmęczony. Nie pamięta od ilu dni tuła się bez celu, nie wie gdzie dotrze. Prawą ręką odgarnia z twarzy mokre włosy i spogląda w przód. Nigdy nie ogląda się za siebie. Wybory, których dokonuje należą tylko do niego.
Przerywa wędrówkę i plecami opiera się o ścianę budynku. Dłonią dotyka muru i czuje, że jest dalej niż był przed chwilą.
To miejsce jest mu już znane. Jest w nim teraz, ale gdy ujdzie kilka kroków zrozumie, że stało się jednym z miejsc, w których był. Już nigdy go nie zobaczy. Bo przecież nie ogląda się za siebie…

Nadzieja…
Pomieszczenie zdaje się nie mieć końca, kres kamiennej posadzki ginie gdzieś w ciemnościach.
Znikąd nie sączy się światło, ale krople spadające z sufitu wydają się szmaragdowo zielone. Woda zbierająca się w szczelinach podłogi błyszczy nienaturalnie, stęchły opar unosi się w powietrzu.
Nie słychać pisku szczurów, szumu wody.
Postać leżąca na ziemi lekko się poruszyła. Przepełniony bólem krzyk wylał się z ciała mężczyzny.
Krzyk jak huragan miażdżący wszystko na swojej drodze.
Ogień piekielny w piersi. Wyrwali mu serce, ale ofiarowali płomień…


Miłość…
Do snu kołysała go melodia traw i śpiew wieczornych myśli. Budziły bezlitosne lęki i żale.
Dzień przemijał szybko, bo był tylko przerwą pomiędzy przebudzeniem i zamknięciem powiek.
We śnie toczył walki i dotykał wnętrz, dłonią mieszał uczucia. Idealizował, pragnął, kochał.
Żył. Gdy kocha się nie można zabić. Nie powinno się…

Śmierć…
Powoli podniósł się i stanął na obolałych nogach. Zaczął iść. I szedł. Opuścił szmaragdową salę.
Mijał domy, fabryki, rodziny grillujące na łąkach.
Szedł, bo każdy krok przybliżał go do niej. Czasem biegł, ale to tylko niepotrzebnie pozbawiało go sił.
Podświadomie odbierał jej obecność. Wołała go. Chciała w dłoniach trzymać jego twarz.
Zapamiętać go takim na zawsze…
W końcu zaczął padać deszcz, a on wszedł do miasta… Śmierć nie jest łatwa…

Czyściec…
Nie ma ludzi. Nie ma psów. Nie ma zgiełku, szumu, przekleństw.
Są tylko myśli niczyje…

Wybawienie…
Skrzyżowanie, zakręt, sklep, ławka przy klombie różanym.
Okna bez twarzy, domy bez dzieci, dusze bez ludzi.
Eden zabójców, piekło altruistów, miasto umarłych… Turysta, przechodzeń, mieszkaniec…
Zakrwawiony, zmęczony, samotny.
Zagubiony, zatrzymuje się by odpocząć…

Rain...

Imagine the dish, the glass butt filled up with sorrow. Add a bit of envies, the pinch of anger to it, and at the end gently sprinkle with the lie. Excellent mixture? Such love, of which hundreds on world, destroying…
And we are drinking. With every sunrise are we gorging ourselves on the portion of elixir… He is well, easily and indeed untruthfully… All the day…
When darkness is coming is being started changing something, he is starting sorting something, and maybe we are starting seeing something?...

The confession, the account, the time of the payment.
I before oneself, for oneself, about oneself.
For yourself you are a judge. Most ruthless…
The most we are afrakta of oneself, what we can do.
Of what we can think about, or what can we see...

Do you know why the rain is unusual?
Because is interspersed with pain which is being poured out of us with flood of tears?
What pain which is flowing down slaps across the cheek turned red is and is setting our hands into shivering?...
I know…

Countdown to exterminate the human race...




We do away with your kind
Countdown to exterminate the human race
4, 3, 2, 1

Let chaos entwine
On defenseless soil
Remove errors of men
And sweep all the weakening kind

I am war, I am pain
I am all you've ever slain
I am tears in your eyes
I am grief, I am lies

Bygone are tolerance
And presence of grace
Scavengers are sent out
To cleanse the human filth parades

I am pure, I am true
I am all over you
I am laugh, I am smile
I am the earth defile

I am the cosmic storm
I am the tiny worms
I am fear in the night
I am bringer of no light

Earth successfully erased

Zły jestem...

Mówię o tym co mnie denerwuje, irytuje...

Ludzie mają straszliwy problem z dotrzymywaniem słowa... straszliwy...




Śmiesznie... nieśmiesznie... :)



- Cześć stary, słyszałem, że się ożeniłeś.
- Ożeniłem się...
- Musisz być szczęśliwy?
- Muszę.




Pewna para świeżo po ślubie.. Mąż w żonie zakochany nabrał ochoty na spotkanie z kumplami w ich ulubionym barze.
- Kochanie wychodzę, ale wrócę niedługo.
- A dokąd idziesz misiaczku? - pyta żona
- Idę do baru ślicznotko, mam ochotę na małe piwko.
- Chcesz piwko ukochany? - żona otwiera lodówkę i prezentuje mu 10 różnych gatunków piw.
Mąż zaskoczony - tak tak cukiereczku.. ale w barze.. no wiesz.. te kufle..
- Chcesz schłodzony kufel? Nie ma problemu.. Proszę.
Mąż blady z wrażenia nie nie daje za wygraną;
- No tak skarbie, ale wiesz w barach mają takie świetne przystawki.. nie będę długo obiecuję.
- Masz ochotę na przystawki niedźwiadku? - żona wyciąga słone paluszki, chipsy, orzeszki..
- Ale kochanie... w barze .. wiesz.. te męskie gadki, przekleństwa, niewyszukany język..
- Chcesz przekleństw moje ciasteczko? - zatem pij to kurewskie piwo, z jebanego kufla, żryj pierdolone przystawki!!!! Jesteś teraz do h.. ciężkiego żonaty i nigdzie kurwa nie wyjdziesz!!! Pojąłeś skurwysynu???!!!


Spotykają się dwaj kumple:
- Cześć, co słychać?
- A, no wiesz, różnie bywa.
- Słyszałem, że się ożeniłeś?
- Zgadza się...
- Ładna ta twoja żona?
- Wszyscy mówią, że jest podobna do Matki Boskiej.
- Pokaż zdjęcie... O Matko Boska!

Kobieta powinna traktować mężczyznę jak psa:
1. Dobrze nakarmić...
2. Nie drażnić...
3. Wypuszczać na wieczór...


Facet do dziewczyny:
- Masz nogi jak sarna
- Takie zgrabne?
- Nie, takie owłosione

Chłopak odchodzi już od konfesjonału, po zrobieniu kilku kroków uświadamia sobie, że nie dostał pokuty; wraca więc do księdza mówiąc:
-Ojcze nie zadałeś mi pokuty!
-Synu, co cię będę dreczył... wystarczy, że się żenisz!


- Kochanie, jak ci smakował obiad, który dziś ugotowałam?
- Dlaczego ty stale dążysz do kłótni?!

Żona do męża:
- Wiesz? Dzisiaj mi się poszczęściło. Idę obok zsypu na śmieci, patrzę a tam para pantofelków stoi. A jakie piękne! Przymierzam - mój rozmiar.
- Taaa... Poszczęściło Ci się.
Po paru dniach żona znowu mówi:
- Słuchaj, idę do domu, a u nas na podjeździe, na żywopłocie, futro z norek wisi. Przymierzam - mój rozmiar!
Mąż kręci głową z podziwem:
- Szczęściara z Ciebie.
- A ja, popatrz, nie wiem czemu, ale szczęścia nie mam. Wyobraź sobie, wkładam wczoraj rękę pod
poduszkę, wyciągam bokserki, przymierzam - i k***a nie mój rozmiar!


Żona ustaliła z mężem, że jeżeli przyjdzie mu ochota, żeby się z nią kochać to delikatnie zapyta - Czy pralka działa?
Pierwszego dnia mąż pyta:
- Czy pralka działa?
- Nie, pralka zepsuta.
Następnego dnia.
- Pralka działa?
- Nie, dziś też nie działa.
Trzeciego dnia:
- Pralka działa?
- Nie, zepsuta.
No to się stary wkurzył, poszedł do pokoju i się zamknął.
Przychodzi żona:
- Przepraszam. Pralka już działa.
- Nie trzeba, zrobiłem pranie ręczne.


Żona pyta męża:
- Co byś zrobił, gdybym umarła? Ożeniłbyś się ponownie?
- Napewno nie!
- Dlaczego nie? Nie podoba Ci się małżeństwo?
- Nie, no podoba mi się...
- To dlaczego byś się znów nie ożenił? - drąży temat kobieta.
- No dobrze, ożeniłbym się.
- Naprawdę?
Mąż głośno wzdycha, ale nie odpowiada na pytanie.
- I spałbyś z nią w naszym łóżku? - nie daje za wygraną kobieta.
- A gdzie indziej mielibyśmy spać?
- I zdjąłbyś moje zdjęcia i zamiast nich wywiesił jej?
- To by było chyba w porządku?
- I pozwoliłbyś jej grać moimi kijami do golfa?
- Nie, ona jest leworęczna.


Trzeba iść spać... bo śmieszne być przestaje... a przerażać zaczyna...








My i Wy...

Panowie, uszczęśliwienie kobiety jest bardzo proste, podaję zasady...


A. Należy tylko być:
1. przyjacielem
2. partnerem
3. kochankiem
4. bratem
5. ojcem
6. nauczycielem
7. wychowawcą
8. spowiednikiem
9. powiernikiem
10. kucharzem
11. mechanikiem
12. monterem
13. elektrykiem
14. szoferem
15. tragarzem
16. sprzątaczką
17. stewardem
18. hydraulikiem
19. stolarzem
20. modelem
21. architektem wnętrz
22. seksuologiem
23. psychologiem
24. psychiatrą
25. psychoterapeutą.

B. Ważne też są inne cechy. Należy być:
1. sympatycznym
2. wysportowanym ale
3. inteligentnym ale
4. silnym
5. kulturalnym ale
6. twardym ale
7. łagodnym
8. czułym ale
9. zdecydowanym ale
10. romantycznym ale
11. męskim
12. dowcipnym i
13. wesołym ale
14. poważnym i
15. dystyngowanym
16. odważnym ale
17. misiem ale
18. energicznym
19. zapobiegawczym
20. kreatywnym
21. pomysłowym
22. zdolnym ale
23. skromnym i
24. wyrozumiałym
25. eleganckim ale
26. stanowczym
27. ciepłym ale
28. zimnym ale
29. namiętnym
30. tolerancyjnym ale
31. zasadniczym i
32. honorowym i
33. szlachetnym ale
34. praktycznym i
35. pragmatycznym
36. praworządnym ale
37. gotowym zrobić dla niej wszystko [np. skok na bank] czyli
38. zdesperowanym [z miłości] ale
39. opanowanym
40. szarmanckim ale
41. stałym i
42. wiernym
43. uważnym ale
44. rozmarzonym ale
45. ambitnym
46. godnym zaufania i
47. szacunku
48. gotowym do poświęceń i, przede wszystkim,
49. wypłacalnym.


C. Jednocześnie musi mężczyzna uważać na to, aby:
a) nie był zazdrosny, a jednak zainteresowany
b) dobrze rozumiał się ze swoją rodziną, nie poświęcał jej jednak więcej czasu niż danej kobiecie
c) pozostawił kobiecie swobodę, ale okazywał troskę i zainteresowanie gdzie była i co robiła
d) ubierał się w garnitur, ale był gotów przenosić ją na rękach przez błoto po kolana i wchodzić do domu przez balkon, gdy ona zapomni kluczy, lub gonić, dogonić i pobić złodzieja, który wyrwał jej torebkę, w której przecież miała tak niezbędne do życia lusterko i szminkę.


D. Ważne jest aby nie zapominać jej:
1. urodzin
2. imienin
3. daty ślubu
4. daty pierwszego pocałunku
5. okresu
6. wizyty u stomatologa
7. rocznic
8. urodzin jej najlepszej przyjaciółki i ulubionej cioci.


Niestety, nawet najbardziej doskonałe wykonanie powyższych zaleceń nie gwarantuje pełnego sukcesu. Kobieta mogłaby się bowiem czuć zmęczona obecnością w jej życiu idealnego mężczyzny oraz poczuć się zdominowaną przez niego i uciec z pierwszym lepszym menelem z gitarą, którego napotka.


A teraz druga strona medalu. Uszczęśliwić mężczyznę jest zadaniem daleko trudniejszym, ponieważ mężczyzna potrzebuje:
1. seksu i
2. jedzenia


Większość kobiet jest oczywiście tak wygórowanymi męskimi potrzebami mocno przeciążona. Zaspokojenie tych potrzeb przerasta siły naszych pań.
Wniosek :
Harmonijne współżycie można łatwo osiągnąć, pod warunkiem, że mężczyźni wreszcie zrozumieją, iż muszą nieco ograniczyć swoje zapędy i pohamować swoją roszczeniową postawę!

Gdy jest cicho słyszę jak szumi krew...

I z każdym dniem zakochuję się w Niej od nowa.
Czasem boję się Jej dotknąć, bo przeraża mnie Jej delikatność… czasem nie chcę się odezwać, żeby Jej nie zranić, czasem boję się zamykać oczy…, bo mogłoby Jej nie być, gdy je otworzę…
Czasem wydaje mi się, że wiele za wiele dzieje się wokół mnie.
Czasem… czasem jestem słaby…
Zawsze… zawsze wiem, że jest przy mnie…
Bo człowiek musi mieć jakąś pewność…

Nie mogłem się nie podzielić... RASPUTIN!!

Kolejna niedziela u Teściów...

Znowu byliśmy w Klasztorze w Tyńcu. Zwiedzanie, oglądanie, modlitwa?!...
Nie ważne. Obiad u rodziców, spacer, piwko z Jej tatą. Kwestie ślubu w miarę dotarte, jest spokojnie.
Chrzanić to wszystko!!
Ważne, jest to co usłyszałem po wyjściu z autobusu:
-Jak mi jest z Tobą dobrze…
Pomijam wyjaśnienia dlaczego jest jej ze mną dobrze.
Kochać kogoś nad życie?...
Można oddać życie za drugą osobę… ja mógłbym…
Teraz śpię…

Trochę dobrej muzyki....


Moja Kobieta niestety nie podziela tej pasji, trudno... Mogę przestać słuchać metalu. Wystarczy wyciąć mi kawałek serca, w którym wszystko się zawiera. Nie ma problemu...
Wikingowie byli waleczni, honorowi i szanowali kobiety, które czekały na nich na brzegu morza.
I wcale nie były głupie Kochanie...



Raise your swords up high!
See the black birds fly!
Let them hear your rage!
Show no fear!
Attack!

Charge your horses across the fields
Together we ride into destiny
Have no fear of death, when its our time
Oden will bring us home, when we die!

The ground trembles under us
As we make our thunder charge
The pounding hooves spread panic and fear into their hearts
Our helmets shine in the sun as we near their wall of shields
Some of them turn and run
When they hear our frantic screams!

Throw your swords to (the) sky!
Hear the Black Birds cry!
Let them feel your hate!
Show no fear!

Attack!

The enemy are in disarray
Like a cowardice they run
Send them to their final graves
Don't spare anyone
Kill the wounded by order of
See the pain in their eyes

Over the field and fear the sound
As we hear the ravens cry







The warming sun returns again
And melts away the snow
The sea is freed from icy chains
Winter is letting go

Standing on the ocean side
We can hear the waves
Calling us out with tide
To sail into our fate

Oden! Guide our ships
Our axes, spears and swords
Guide us through storms that whip
And in brutal war

Our ships await us by the shore
Time has come to leave
Our country, family and homes
For riches in the east

Some of us won't return
But that won't bring us down
Our fate is written in the web
Woven by the Norns

A ram is sacrificed
Across the longship's bow
And as we set our sails
A strong breeze starts to blow

It carries us out to sea
With hope of fame and pride
And glorious all will be
That with sword in hand will die

Oden! Guide our ships
Our Axes, spears and swords
Guide us through storms that whip
And in brutal war

Oden! Guide our ships
Our axes, spears and swords
Guide us through storms that whip
And in brutal war


Małe płomienie...

Że niby nauki przed małżeńskie?... Że niby przed ołtarzem?... Że ja mąż, a Ona Żona?...
Chłopiec czy dziewczynka?... Do kogo będzie bardziej podobne?... Co czuje mężczyzna, gdy po raz pierwszy bierze w ramiona swoje dziecko?… Ile nocy nieprzespanych nas czeka?... Jakie będzie pierwsze słowo?...

Czasem wolałbym, żeby inicjacja przebiegała w prosty sposób. Wkładam rękę do ogniska, wyciągam z żaru kawałek stopionego żelaza i po wszystkim. Na dłoni zostaje blizna, która przypominać mi będzie, kim byłem….
Od teraz jestem mężczyzną. Mam nowe obowiązki i przywileje. I już… Szybko i boleśnie…

A tymczasem…

Cały czas ktoś układa nam na plecach kawałki stali. Ciągle i ciągle… Cały czas pojawiają się nowe. Wieczorem, gdy kładę się do łóżka w mojej głowie pojawiają się obrazy.
Widzę siebie podążającego ciemną ścieżką pośród drzew. Doskonale wiem, że gdzieś tam ponad koronami wiekowych dębów świeci słońce…
Idę, patrzę przed siebie i staram się nie myśleć o zmęczeniu. Mam cel i wierzę, że go osiągnę.
Musi mi się udać, jeszcze kawałek. Już tak niewiele brakuje.
Nagle nie wiadomo skąd pojawia się kobieta, która staje na mojej drodze.
Nie mówi nic, stoi i patrzy mi głęboko w oczy. Czuję jak jej spojrzenie kondensuje się i osiada mi na barkach. Wiem, co muszę zrobić. Wiem, czego ona ode mnie chce.
Przyjmuję kolejną sztabę i idę dalej. Ktoś kiedyś niósł krzyż. Teraz to już nie modne.
Mijam opuszczone domy, stąpam ponad zwalonymi drzewami.
Słyszę płacz, rzadziej śmiech… Zastanawiam się nad złem, które co dzień ociera się o moje ramię. Gdy robię coś by uszczęśliwić innych oddala się na moment, przestraszone nieprzewidywalnością mojego działania. W tym czasie dopada kogoś słabszego. Siada mu na piersi i z lubością przygląda się męczarniom. Lubi zakłócać sen czy przerywać pracę, ale jest jeszcze coś, co naprawdę kocha. Kocha zabijać. W wyrafinowany sposób obdziera z resztek moralności, rzuca je na ziemię i depcze butem.
W ten sposób morduje nas od środka. Tak. Ciebie też dopadnie, ale na razie się przygląda.
Widzi ile razy wyrządzałeś krzywdę, ile razy sprawiałeś ból. Przecież właśnie tego chciało.
Nadszedł czas żniw. Twoja radość stanie się przyczyną Twojej zguby.
Wyciągam rękę i czekam aż zrobisz to samo. Spróbuję Ci pomóc, ale musisz mi na to pozwolić…





Trochę dorzuciłem do worka z napisem: „Życie…”

Super nowości...

Wczoraj wróciłem do domu po 22. I zaprawdę powiadam Wam... trzeźwy byłem. Prawie. Dwa piwka z Rafałem praktycznie się nie liczą. Dobrze, że na autobus czekaliśmy tylko godzinę, bo prawie trzeźwy musiałbym zamienić na w ogóle pijany.
Pogadaliśmy, a z przypiwkowej rozmowy jestem bardzo zadowolony.
Wyglądało to mniej więcej tak. Pada słowo "kobiety" i zaczyna się jazda. Gotowi?...
Poszło!!
Kobiety
- są złe bo mają humory. Ja za to zawsze mam świetne samopoczucie...
- są złe, bo gdy maja okres zaczynają zachowywać się jak fiolka z nitrogliceryną. Pooglądać sobie możemy, ale lepiej nie dotykać... Jak ja bym miał okres to bym pewnie lał wszystkich po mordach, ale tego nie sprawdzimy raczej
- są złe, bo... są Kobietami?
- rządzą nami
- ograniczają nas
- czepiają się
- za dużo wymagają, a przecież my jesteśmy tacy biedni. Trzeba nas przytulić, pogłaskać, troszkę pobzykać i przeprosić za całe okrucieństwo świata
Więcej głupot nie pamiętam i bardzo tego żałuję... Ubawiłem się po pachy.

Aha, przypomniała mi się rozmowa, która miała miejsce rano, w autobusie.
Dialog przebiegał pomiędzy mną a moją Ukochaną.
Ja: Skarbie, ograniczasz mnie i na dodatek jestem pod pantoflem, niczego mi nie wolno…
Ona: Tak sądzisz?... No jaaaasne…
Ja: Wszystko musisz wiedzieć, starasz się mnie kontrolować
Ona: Chyba śmieszny jesteś…
Ja: Tak w ogóle, to muszę napisać sms’a do kumpla
Ona: A za czym?
Przyznaję, zacząłem się śmiać jak głupi.
Dodam tylko, że cała rozmowa prowadzona była w atmosferze głupich min i uśmiechów, ale wymowa ostatniego stwierdzenia jest genialna. Było to o tyle zabawne, że moja Pani uznała, iż tekst o smsie nie jest już częścią aktualnie prowadzonej dyskusji.
Ciekawość i kontrola się włączyła?
Nie, to po prostu z niewsypania... :lol:




Mam smaki...

Troszkę wiadomości na początek:

Mężczyzna - nazwa osobnika płci męskiej z rodzaju Homo. Mężczyzna różni się od kobiety budową morfologiczną i anatomiczną oraz zachowaniem.
(...)
Różnice w budowie anatomicznej między mężczyzną a kobietą dotyczą zewnętrznych narządów płciowych oraz sylwetki ciała. Kobiety są zwykle drobniejszej budowy, o mniejszej masie mięśniowej i mniejszej masie ciała. Najbardziej charakterystyczną różnicą w sylwetce ciał obu płci jest szerokość miednicy (szersza w stosunku do reszty ciała u kobiet) i szerokość ramion (szersze w stosunku do reszty ciała u mężczyzn). Jest to wynik ukształtowanego się w procesie ewolucji dymorfizmu płciowego.
(...)
Jeszcze inne podejście mówi (teoria strukturalno-społeczna), że różnice w zachowaniach i cechach psychologicznych mężczyzn i kobiet mają swoje źródło w odmiennych rolach, jakie z konieczności pełnią zarówno kobiety (tylko kobieta może rodzić dzieci i karmić je piersią) i mężczyźni.

Wikipedia naucza...

Poczytałem, porównałem i wywnioskowałem, że jestem facetem. Normalnie 100% mężczyzny. Włosy tam gdzie trzeba- tam gdzie nie trzeba też są, cholera nie wiem po kiego grzyba, ale mama natura wiedziała lepiej. Skoro jest taka mądra i genialna, to dlaczego przez tyle pokoleń nie wykombinowała, że nie mieszkamy w totalnym zapiździaju i te kłaki nam zwyczajnie przeszkadzają?. Yeti i Eskimosi mogą być włochaci... Zaraz, moment... Fani lodu nie są bardziej kudłaci niż ja, czy Ty... coś mi się poprzestawiało... Jak by nie było, zbytek łaski. Tak określę kłaczki, których nie lubię.

Kłaczki nie są najważniejsze. Rozchodzi się o to, że nie wiem...

Jak to się do cholery stało, że mam poranne mdłości?.
Otwieram lodówkę, ruchem głowy pozdrawiam Pana, który siedzi w środku i zapala światełko- to jest chyba jakiś Eskimos uwięziony tam przez szaleńców z Indesitu. Na pewno.
Lustruję wzrokiem wnętrze żelaznego pudełka, lustruję... lustruję... zimno się robi... lustruję...
Moja Pani wpada do kuchni i uświadamia mnie:
- Kochanie, to nie jest szafa!!- odpowiadam -Wiem.
I dalej lustruję... lustruję... lustruję…
W końcu i tak chwytam coś co jest najbliższe moim łapkom. Człowiek głodny jak pies, a tu jeszcze umysł się z nim droczy, bo tego nie, tamtego też nie bardzo. A gówno zjedz!! Będziesz głodny to za coś się złapiesz. No kurde, jakby mnie nie ssało to bym się tu nie tarabanił nawet.

Zaczęło się od mdłości i niesprecyzowanego smaku.
A przed chwilą wypiłem szklankę whiskey, zagryzłem resztką ciasta serowego i udałem się do kuchni. Na miejscu upolowałem słoik ze śledziami i wyciągnąłem z niego dwa ładne fileciki.
Po rybce przyszedł czas na szklankę soku pomarańczowego. Ale żeby nie było smutno to chyba pójdę do pokoju po białą czekoladę.
Ja jestem nie zdecydowany? Doskonale wiem czego chcę…



Zjadłem jeszcze dwie mandarynki...





Nocne wędrówki...

Całą noc spałem odwrócony plecami… do Was…
Śnił mi się pokój. Niesamowicie ciemny pokój, w którym niczym niezmącona cisza zgniata moje uszy.
Wydaje mi się, że zaczynam ją czuć. Na dłoniach, piersi, tak jakby spływała z sufitu.
Otwieram oczy i próbuję dojrzeć przeciwległą ścianę, ale spojrzenie nie może przebić się przez czerń pomieszczenia.
Nagle słychać płacz.
Zrywam się na równe nogi i biegnę… Rękami dotykam ścian, jak ślepiec.
I biegnę…
Ciągle biegnę…
Zatracam się w gonitwie i już wiem, że nie mam siły. Ale płacz…
Coraz głośniejszy!! Tyle w nim bólu!!... Muszę biec. Muszę!!...
Otwieram jakieś drzwi, wbiegam na kamienistą ścieżkę. Stopy zaczynają krwawić...
Co się dzieje? Gdzie jestem?...

Przytulam Cię mocniej…

Zatrzymuję się i spoglądam w niebo.
Na czarnym suknie ktoś porozwieszał gwiazdy, tak jakby wiedział, że pojawi się księżyc, który je zapali… Dla Nas…
Setki nieznanych mi konstelacji, miliony złotych punktów. Piękno, którego wyrazić się nie da.
A może gdzieś jest ktoś, kto w tej chwili zagubił się i tak jak ja, w gęstwinie dróg próbuje odnaleźć tę właściwą? Od innych nie zależną?... Własną gwiazdę…
Upadam na kolana. Wznoszę ręce ku niebu i krzyczę –Dlaczego?!... Krzyczę w pustkę, bo wiem, że nie ma tu nikogo… W pobliżu…
Twarz skryta w mroku, a na kamieniu ciemne plamy. Łzy… Serce chciałoby przełamać się na pół…
Albo na kawałki rozsypać. Nie ważne. Zrobi wszystko by nie czuć…
Dłoń na ramieniu położyłaś. Ramieniem objęłaś i szepczesz- Cicho... Już nie trzeba… Już nie…
Fala spokoju i ukojenia rozlewa się po moim ciele…
Odwracam głowę i nie widzę nic poza blaskiem gwiazd, a mimo to jestem pewien, że to była prawda.
Wierzę, że zjawiłaś się by dać mi siłę. Zawsze tak robisz Kochana…

Delikatnie otulam Cię kołdrą…

Wyobraźcie sobie wezwanie od najbliższej Wam osoby, takiej, dla której jesteście w stanie poświęcić życie. Otrzymujecie list, a w nim kilka w pośpiechu skreślonych słów –Proszę przyjedź…
Nie macie pojęcia co się stało, kiedy się stało, ani czy w ogóle coś złego się wydarzyło.
Rzucacie wszystko i udajecie się w podróż. Dwa wyrazy odręcznie nabazgrane każą Wam tam jechać?
Nie.
Miłość, zaufanie i serce Wam rozkazują. Bo Wy wiecie. I nic innego się nie liczy…

Muszę biec...


Czuliśmy... wiedzieliśmy...

Przerwa w czasie pracy, spoglądam na kolegę i stwierdzam:
- Wiesz, chyba będę miał dziecko...
- No coś Ty?! Skąd wiesz?
- Nie wiem, po prostu to czuję...

Coś się we mnie obudziło.
W jednym momencie zrozumiałem, że kocham Cię jeszcze bardziej. Czułem, że zaczyna się coś nowego, że mała istota budzi się do życia... Nasza…
Będę Tatą, a Ty Mamą- dla Naszego Dziecka….


Wiem, że na całym świecie jest zbyt mało ludzi abym zmęczył się biegając od jednego do drugiego, potrząsając nim i krzycząc - To się dzieje!! Rozumiesz?!. Popatrz człowiecze, znak Nam dało!!…




Jest delikatne, kochane, odrobinkę większe od ziarnka piasku. Słucha i przemawia do mnie.
Śmieszny jesteś, powiecie…
A ja czułem dotyk maleńkiej dłoni na piersi i słowa słyszałem:
- Tato, to ja… Przytulisz mnie?...
- Skarbie, jak Ci tam jest?
- Dobrze, nie bój się, nic mi nie grozi, Mama o wszystko zadbała. Ogrzewa mnie ciepło Jej serca, do snu tuli spokojny oddech. Czekaj na mnie. Będziesz się ze mną bawił gdy już się spotkamy?
- Kochanie... ja...
- Tato czemu płaczesz? Jesteś smutny?
- Nie... po prostu...
- Kocham Cię, wiesz?
- Wiem...
- Głaszcz Mamę po brzuszku, bardzo lubię gdy to robisz...
- Będę...
- Do zobaczenia...

Życie...

"Dotykam, przytulam, nie puszczę…"

Patrzę, słucham, widzę
Czuję, wiem, rozumiem
Gotuję, smakuję, podaję
Budzę się, przeciągam, wstaję
Całuję… odchodzisz, na chwilę
Jadę, pracuję, wracam
Rozmawiam, zabawiam, sprawiam ból
Liżę, łaskoczę, rozbieram
Myję, wycieram, daję ciepło
Głaszczę, podziwiam, nie wierzę

Dotykam, przytulam, nie puszczę…


Żyję… i w tym życiu będę trwał.

Rzucajac kamienie do wody...

"Ogień"
Poczuj wiatr na skroni
Oczy niech zobaczą księżyc
Unieś patyk w dłoni
Zacznij krzyczeć…
Ja!
Ty!
My!
Nikogo nie ma…
Słyszą Cię jedynie drzewa
Po policzku głaszcze mgła
Wszystko wzięła czarna siła
Ta, co w Tobie
We mnie
W Nas…

M... Kolejny raz dzieli się słowem...

"Moje marzenia"

Z miłą chęcią kupię
Intensywny
Aczkolwiek poręcznie niewielki
Krótki romansik
Ale taki wiesz...
Z pocałunkiem na dzień dobry
Winem na dobranoc
Przeciągłymi, głębokimi spojrzeniami
Niekontrolowanymi uśmieszkami
Słodkimi minutami
Palcami na wargach
Zdzieraniem ubrań
I zimną podłogą.
Lecz...
Bez pytań i odpowiedzi
Poważnych rozmów i kłótni
Bez zbędnego zaangażowania
I bolesnych rozstań-
Kompletnie bez sensu.
Z miłą chęcią kupię.

M... Wróciła, by na wietrze myśli rozrzucać...

"M."
Dawniej, kiedy, nie wiem...
Dawniej myślałam, że mam prawo
Krzyczeć, patrzeć, słuchać, otwierać i zamykać oczy.
Dawniej niepotrzebne mi były Słońca i kwiaty wiosenne
Bo cóż one
Do oczu Twych szarych, które były mi księżycem...
Teraz myślę, że gdybym wiedziała wcześniej,
Nie stałabym dziś z szeroko otwartymi ustami i skromnym uśmiechem
Przerażona obrazem, który na mnie czekał-
Wokół nic prócz labiryntu ścieżek wytartych dłońmi Twymi na bladym ciele mym
Nic prócz ust krwisto czerwonych
Głosu łagodnego
oczu zimnych...
Tak się męczę, a Tyś...
A Tyś me wiersze miłosne w brudnopisie z jej numerem telefonu zestawił w jedno.
I nawet napisać od serca nie mogę, bo
Ach...
Boś zabrał je z sobą w świat.
Skończyłam się, dziękuję.

Z koncertu...

Nothing...

Every day the pain comes back again
The grief that tightens it's grip, day by day
Loneliness it haunts me, makes me cry
Feels like the world has abandoned me
I'm weak, I'm nothing, just a shadow of my life
My heart is dead and still I dream of you
Don't you understand you're the reason for my pain

I hear you calling me to come
There's no-on I can see
Just the nights cold breeze
Oh god I'm so alone, so alone

I fear the darkness that makes me blind
There's nothing I can feel
These tears are nothing without you
I'm nothing without you

Can you see my heart, broken like my life
Nothing to hold on, nothing to live for
This pain is too much for me to take
Holding on to you was like holding on to nothing

My trust for you tore me apart
I gave all for you from my heart

I fear the darkness that makes me blind
There's nothing I can feel
These tears are nothing without you
I'm nothing without you

Can you see my heart, broken like my life
Nothing to hold on, nothing to live for
This pain is too much for me to take
Holding on to you was like holding on to nothing...

A gdybym tak zapomniał złe noce i wygonił sny, które nie pozwalają wypocząć?...

Budzę się, ale nie otwieram oczu. Wyciągam rękę i szukam Cię w zakamarkach pościeli. Wiem, że jesteś gdzieś obok, oddychasz spokojnie i śnisz. Śnisz o rzeczach dobrych- skąd ta pewność? Bo tak niewinnie śmiejesz się przez sen. Wtedy przestaję się ruszać,aby przypadkiem Cię nie przebudzić, niech nic nie mąci Twojej ciszy...
Pora otworzyć oczy. Rozglądam się i znajduję zapach, wraz z resztkami ciepła ukryty pod poduszką.
Wstaję, ubieram się i szybko wychodzę na balkon. Trzeba żyć.
Szary beton i nierealnie zielona trawa. No tak, równowaga musi być.
Rozkładam ręce i łapię promienie słońca, pogrążam się w zamyśleniu...

Jezu!! Jeśli planujesz nagle się zjawić i oznajmić nam, że koniec świata nadchodzi, daj mi znać dzień wcześniej.
Chciałbym pogodzić kilkoro ludzi, pomóc im odnaleźć się. Komuś coś powiedzieć, a kogoś przeprosić za to co powiedziałem.
Później możemy pogadać. Albo nie, nie będziemy rozmawiać. Zamknę Cię w piwnicy... Końca świata nie będzie. Na pewno nie teraz...



Kochanie, zrobić Ci kakao?...
A gdyby ta czynność stała się jedną z pewności, jaka będzie towarzyszyć Ci do końca życia?...
Dla Ciebie... poranne rozsypane...
Tak może być...

Dismember- Of Fire

...

Stworzyłeś ciepły i przytulny świat
Otoczyłeś się marzeniami,pragnieniami
Swoją duszę otumaniasz swoim światem
Gdyż rzeczywistość jest zbyt okrutna i przyziemna
Masz w sobie dużo pokładów ciepła,
Które chcesz dać innym,
Ale i sam potrzebujesz go
Potrzebujesz kobiecej opieki
Jak tylko poczujesz się bezpieczny i pewny
Otworzysz wrota swojej duszy
I z lękiem będziesz obserwował każdy krok,
Tak jakbyś chciał zauważyć choćby najmniejsze drgnięcie powiek,
Które będzie zwiastować zadanie ran i bólu...

Piękna dusza,piękne serce
Tylko bardzo zlęknione...


Chrystus...

Słońce pali mięśnie... Nagie...
Skóra zwisa...
Ręce rozpostarte, gwoździe przebijają nadgarstki.
Nie czuję bólu...
Ukrzyżowany. Na wietrze.
Okłamywany. Przez ludzi.
Zdradzony. Przez serce.
Zamordowany, a jednak żyjący...
Spoglądam na Was z góry, widzę Wasze grzechy.
Ciernie...
Wszystkie czuję, a każdy z osobna przysparza więcej bólu.
Poświęciłem się dla Was...

Nie zostało mi nic... a mam wszystko czego zawsze pragnąłem...

"Cicho zapukałam, otworzył szybko jak by wiedział, że tam jestem od dawna, tam za tymi drzwiami...Ze wzrokiem utkwionym w małą dziurkę od klucza tam sobie czekałam...i codziennie rano przykładam palce do skroni odliczając godziny do tego pierwszego spotkania...strach zamknięty w mojej głowie brzęczał czasem jak zepsuta lodówka...że może jednak się nie spotkamy, może to nie do tych drzwi zapukam, może nie o tym czasie co trzeba... otwarłeś drzwi i patrzyłeś na mnie tak jakbyś chciał mnie zjeść uprzednio krojąc na drobne kawałki...".
Nie tak to wyglądało. Mieszkałem sam. W swoim pokoju. Własnym. Prywatnym. Ciasnym jedynie dla myśli, które upychałem po i tak już pełnych kątach. Wyobraź sobie stalową celę. Bez okna. Zimna, twarda, niesamowicie gruba stal. Nitowana za pomocą ambicji, ideałów, moralności?...
W środku zaś ja. Przechadzam się swobodnie, i co jakiś czas dłonią dotykam ścian. Sprawdzam czy wszystko trzyma się pewnie. Każdy poluzowany element to świadectwo mojego upadku.
Naprawię to, lecz nie od razu. Muszę to… muszę to… przeżyć.

Coma… Dla Nas…

Nie zamierzam Cię truć
pigułkami ze słów
nie potrafię uchronić od smutku,
moralności mi brak
pogubiłem się sam
chciałbym tylko
nadzieję ocalić od zła,

Zaniemogły ze strachu
zagoniły się w szaleństwie
myśli złożone
marzenia bezsenne
lekko pozacierały się
granice między dobrem a złem
w każdą stronę
rozbiegły się znaki jak psy

W kolejnej odsłonie
skurwiłem się znojnie lecz
dzięki Tobie nie wszystko skończone ja
widzę ostrość na nieskończoności to
nieskończoność nabiera ostrości

Znam
drogi wiodące do dna
mosty rzucone na wiatr
światło walczące o blask
kształty bez formy i żal

Znam
drogi wiodące do dna
mosty rzucone na wiatr
światło walczące o blask
kształty bez formy i

Znam
drogi wiodące do dna
mosty rzucone na wiatr
światło walczące o blask
kształty bez formy i

tym pomiędzy wszystkim to ja
powinienem wybrać lecz jak
każdy dzień daje znak
że zatrzymał się czas
drąży myśli to
wściekłość i wrzask
Ona zbiera we snach
Ona pyta mnie w locie i
powstrzymuje czyny by
zaplątani w niebo słów
nie wypełniliśmy się
nie wypełniliśmy się dniem
nie wypełniliśmy się dniem…


Podaj mi dłoń. Oprowadzę Cię po moim królestwie.
Jest tu wystarczająco dużo miejsca. Często zastanawiałem się jak można przygotować takie pomieszczenie, aby godnie w nim kogoś przyjąć?... Wierz mi… Moje ręce sprawiły, że stal nabrała połysku. Jest piękna. Brzmi zachęcająco?. Chyba tak, skoro miałaś tyle odwagi by przekroczyć próg.
Ojej, zapomniałem opisać wejście. Przecież nie żyję sam sobie, pośród czegoś, gdzieś, zwieszony w czymś. Mam drzwi. Takie zwyczajne mi się wydają. Blok żelaza o wymiarach dwa na sto dwadzieścia centymetrów. Cztery pary zawiasów, i dwie sztaby.
A Ty co zrobiłaś? Podeszłaś, palcami zaczęłaś ich dotykać, policzek oparłaś żeby posłuchać co za nimi się dzieje a niechcący oddechem otworzyłaś.
No i... zobaczyłaś mnie. Takiego jakim jestem naprawdę. Takiego jakim nikt mnie nie widział, takiego nikt mnie nie już mnie ujrzy. W to nie musisz wierzyć. Wystarczy, że ja to wiem…
Z tymi drzwiami to jest chyba tak, że każdy widział je inaczej... Nie ważne/ ważne... Bzdury/ brednie... Ja/ nie ja... Ty... Wiem, że Ty...

Niemy krzyk...

Mam dużo czasu...
Praca. Praca, w której myśleć mogę.
Kawa, papieros, wędrówka po hali.
Mam dużo czasu...
I zaczynamy, ale najpierw pokrótce przedstawię odgłosy, które towarzyszą mi przez cały dzień.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
I jeden element gotowy.
No i myślę sobie:
Ciekawe czy już wstałaś, przeciągnęłaś się, ubrałaś i poszłaś do kuchni.
Wchodzisz, oglądasz świat za oknem i rozkręcasz grzejnik na siódemkę.
Lubisz ciepełko.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Mamy drugi.
Robisz sobie śniadanie, które pochłaniasz w towarzystwie migającej matrycy komputera.
Tak bardzo chciałbym powiedzieć Ci- Smacznego Kochanie...
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
To już trzeci. Układam go na poprzednich dwóch, w ten sposób lepiej zagospodaruję miejsce.
Grasz w swoje ulubione gry, ale w między czasie znajdujesz chwilę, żeby skrobnąć do mnie wiadomość.
"Uschnę tu na parapecie wypatrując Twojej sylwetki...".
Serce mi się kraje.
"Te!! Uważaj na palce!!".
No przecież uważam, są mi potrzebne.
"Masz paluszki gitarzysty"- mówisz to z takim pięknym uśmiechem...
W sumie szkoda, żebym je stracił. Nie czułbym, jak gładka jest Twoja skóra.
Ubieram rękawiczkę, dość się napatrzyłem...
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Czwarty. Jak lepiej je układać, wzdłuż? a może na przemian?. Nie wiem. Zresztą i tak nikt się tym nie interesuje.
Idę połazić po magazynie. Lubię poruszać się pomiędzy regałami, uciekać przed pędzącym wózkiem.
Wiesz dlaczego? Bo po podobnym magazynie chodzisz Ty. Heh... Czasem wydaje mi się, że za następnym zakrętem spotkam Cię i będę mógł przytulić. Utopia...
Dwie rundki i wracam na stanowisko. Fajnie, żeby ktoś widział mnie podczas pracy, że niby taki dokładny i sumienny jestem.
Siadam przed kilkutonowym bydlakiem.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Cóż za zaskoczenie. Piąty. Trochę mizernie to wygląda.
Idę na kawę.
Wyprawa do kuchni rozpoczęta. Pokonuję oszałamiającą ilość dwudziestu schodów- tak plus/minus dwudziestu, bo na cholerę mi wiedzieć ile schodów mamy w pracy?.
Kawaaa... Z trzech łyżeczek, a co. Ty zrobiłabyś ją inaczej.
-Kotku z ilu pijesz?
-Z trzech...
-Taka mocna? nie przesadzasz?
-Zrób mi z trzech, padnięty jestem.
No i robisz. Zasłaniasz kubek swoim ciałem i sypiesz kawę. Raz. Dwa. Trzy. Płaściutkie takie, że moja jedna by się im równała. Kocham Cię do nieprzytomności. Uwielbiam gdy to robisz. Później z radością na twarzy oddajesz mi kawę mówiąc- Proszę, z trzech....
Rozglądam się po pustej kuchni i wracam do rzeczywistości.
Bełtam smołę, cukier jak się rozpuści to już w ogóle będzie klasa. Kradzione ponoć smakuje najlepiej. Ciekawe czy kawa w kradzionym kubku smakuje lepiej?. Chyba nie, przynajmniej ja różnicy nie czuję.
Żulę wywar z opony i udaję się na dół. No w końcu trzeba pracować.
Głaszczę kilkutonowego bydlaka i rozpoczynam morderczy wyścig.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Rozglądam się dookoła. Tak tępo. Zwyczajnie.
Józek znowu się opierdziela. A ja tu tak ciężko robię.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Chciałbym, żebyś dziś miała mało pracy i wcześniej wróciła do domu.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
No kurwa. Aż mi się ciepło zrobiło. Dobrze, że mam refleks jako taki, bo tego palca to by mi akurat brakowało. Opowiem Ci jaki jestem zdolny po powrocie.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.

Monotonia? Skąd ten pomysł?!...
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.

Robię po pięć, bo tak mi wygodniej.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.

Pierdolę to. Ja chcę do domu. Chore jest to, że nawet jednej zmiany nie mogę wysiedzieć, bo tęsknię straszliwie. Miesiąc bez Ciebie?. Spoko. Ciekawe czy komuś udało się tyle bez oddychania wytrzymać.
Trzask, klik, łup, trzask, brzdęk.

Kombinatoryka zaawansowana...


Nie licz czasu... nie odliczaj dni. Wystarczy nasze: "Niedawno...", "Chwilę temu...". Minuta za minutą, godzina za godziną... Tak mijają dni, tygodnie, miesiące...
Sądzę, że moim czasem władam ja. Jest czas świata mnie otaczającego i mój czas.
A może to odczucie bierze się z pewnego rodzaju świadomości?. Świadomości, że wiem co czuję, że wiem co z tym zrobię, że… mam nadzieję. Uda się. Wszystko się uda.

Zagramy w grę. Chcesz ?.

It’s time to play the game…

Środa, 31 Października 2007 14:35

No i faktycznie się zaczęło.
Pojawia się dziwne mrowienie, noga zaczyna mi dziwnie podskakiwać. Teraz wiesz, że mam tak, jak się zdenerwuję. Emocje… „ 1 nowa wiadomość…”.
Czytam. Czytam jednych tchem. Ze zdziwienia otwieram usta, w nagłym i niespodziewanym zachwycie udaje mi się nawet powiedzieć coś mądrego. Poruszam ustami spomiędzy których wyrywa się: „ o jaaaaa…”. No ba, niejeden facet może pochwalić się takim intelektem.

I wiesz co, tak mi zostało. Nie chodzi mi o intelekt na poziomie betonowego słupka, ale o zdziwienie i pewien rodzaj szoku emocjonalnego.
Umiałaś do mnie trafić, kilkoma zdaniami sprawić, iż pragnąć zacząłem. Chciałem tego więcej.

Teraz jest tak samo. No bo przecież chcę więcej.
Czasem jak głupiec obłędnie powtarzam: „Mój Skarb… Moje Kochanie… Najdroższa…”. Aha, jestem obłąkany.
Wiesz, jednak wolę przytulić Cię do serca. Wolę, byś w nim się rozgościła, usiadła, możesz pospacerować jeśli chcesz. Nie bój się, to nie boli.
Dziwnym zrządzeniem jest to, że sam się w nim odnalazłem. „Łosiu, ciężko się zgubić w pustym pomieszczeniu”- powiesz…
Wierz mi, ja umiałem.
Łoś… ciekawego zabarwienia nabrało ostatnio to słowo. Ja jestem łosiem, pies jest łosiem, kierowca na ulicy jest łosiem bo coś tam. Jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego…
Ale wróćmy do wyliczanek, odliczanek i tym podobnych zabaw, mających na celu uświadomienie nam ile zostało za nami, a ile jeszcze przed nami.
Miesiąc za miesiącem. Czwarty już. Miesięcznica…
-Mogę zagrać kartą z dołu?
-…
-Nie?...
-…
-Proszę Kochanie…
-…
-O, dni !!.
Lubię dzień rozpoczynać od pocałunku. Lubię dzień kończyć pocałunkiem.
Widać, że facet. Monotematyczność i prosta instrukcja obsługi. Dobrze, że mamy jedną wajchę, prawda Kotku?...

A i jeszcze wtulać się lubię, bo wiem, że jestem bezpieczny.
Głos z tłumu- Buahaha 190 cm faceta i się boi!!...
Ano boi się. Lęka się jak mały chłopiec, który gubi się pośród targowiska. Dookoła biegają ludzie, ktoś krzyczy, ktoś upadł. Znikąd pomocy.
Ty wiesz czego się boję. Od Ciebie zależy co tą wiedzą zrobisz.
Proszę, nie. Nie pozwól... Proszę...
Zła noc, po ciężkim dniu. Tak sobie będę to tłumaczył. Ból w karku. Wiesz skąd się bierze...

W bezkształtnej bryle uwięziony... Kat...

Zawieszony nad płomieniami świec...
Piłem swoje łzy.
... wino tego dnia smakowało gorzej, truposiarcza lura.
Jak niewiele miałem...
Przejęty światłem, pojmany.
Przez świat, przez miłość, przez litość, przez eter mej bezmocy.
Mój byt jak mróz, ziąb, szlifowana kra,
w nim - śnieg - był mi chlebem, łuna była słońcem.
Jak niewiele miałem...
Przejęty światem pojmany przez świat.
Słowa jak lód, myśli jak lód, oczy jak lód
Kości jak lód, serce jak lód
Mam w bezkształtnej bryle uwięzione
- Tyle lat.
Kto mnie wplótł w kwiatostany żądz
Na dnie grobu cierpiącego boga?
Czyj że tu pogrzeb?
- Szeleści wiatr.
Czyj że to pogrzeb puka do drzwi.
Życie bez życia
- Szeleści wiatr.
Życie bez życia puka do drzwi.
W ciemnie mszy podziemnych
W całuny mrocznych myśli
Uciekam od nieboskłonów...