Friday, May 17, 2013 11:16:43 PM
Turcja, dolmusz, Priene, Miletus
...
Przyjechalismy do Denizli w pol godziny chyba i najpierw poszukalismy sniadania. Tuz kolo dworca, w swiezuchnej lokalnej piekarni kupilismy roznego rodzaju nadziewane bulki za dwa erlo :-)
Oraz dokonalismy transakcji ktora ciagle jeszcze odbija sie echem, bo chcialem wyciagnac kase z bankomatu ilorska karta, scancellowalem widzac commission 3,5%, ale okazalo sie ze pieniadze z konta zostaly sciagniete i tak. Zglosilem to tutaj po powrocie i za tydzien juz maja byc zwrocone. Mielismy na szczescie inne pieniadze poodkladane w roznych skarpetach na czarne godziny, ale jakbysmy nie mieli czarnych skarpet, to mogloby byc niewasko.
Nastepnie poszlismy na pociag. I co sie okazuje. Po pierwsze, cion pongi tu sa bardzo fajne. Ladne i czyste i zairconditioningowane. Po drugie, ma sie nawet stoliczek otwierany jak w samolocie. Po trzecie, sa pol raza tansze niz autobusy. Po czwarte mlodziez szkolna ma znizki. Czyli jesli nie ma autostopu, to cionk pong. Jechalibysmy pociagami wczesniej, ale niestety polowa Turcji nie ma ich wcale gdyz rejmontuja wszedzie tory i ma to trwac do 2014, 3li znajac pkp do 2018. Ale moim zdaniem jesli mozna, warto jechac pociagiem. Choc on sie potem zatloczyl. Kupe ludzi jechalo na stojaka i pelno starych kobiet, ale kiedy na nas znaczaco spogladaly udawalismy ze spimy lub pokazywalem cos daleko za oknem, ze niby my tam patrzymy i jestesmy cali tacy zaaferowani krajobrazami.
Musze sobie przyznac ze po tych wszystkich latach w koncu jakos nauczylem sie radzic sobie w zyciu troszku.
Za to musialem trzymac gdyz jakbym poszedl do kibla to pewnie by mnie zaraz ktora podsiadla a jeszcze nie doszedlem do tego by umiec takie stare kobiety wykopsywac z miejsc.
Nie wiem czy ja czasem za duzo o sobie nie pisze tutaj. Jeszcze mie ktoren namierzy i zdemaskuje.
W kazdym razie pociagiem jechalismy trzy godziny i wyniknelismy w afekcie w Selcuku.
Miasto te slynace z bliskosci Euphesusu oraz bocianow skladajacych jaja na kazdym zabytkowym slupie, bylo kolejnym, ktore nas urzeklo. Moze od razu na wstepie by przeciac wszelkie pozniejsze spekulacje napomkne, iz nie bylismy w samym Euphesusie z powodu, ze nie zdarzylismy. Jednoczenie chcialbym nadmienic, ze nie wolno sie z nas smiac z powodu, iz bo w rylo.
Zrobilismy za to kupe innych pozyteczniejszych rzeczy. Najpierw szybko znalezlismy hotel, spozylismy posilek i zaczelismy szukac Euphesusu, ktory jeszcze wtedy myslelismy, ze jest po drugiej stronie torow. Tam nie bylo jednak nic procz domow mieszkalnych z poczatkow XXI wieku i kawalka samotnego akweduktu z dwa tysiace lat wczesniej. Wiec kiedy dostrzeglismy zamek na szczycie jakiejs gory, postanowilismy sie do niego dostac i zaczelismy probowac sforsowac roznego rodzaju jakby specjalnie porozstawiane ploty. Niestety kazden egzaminowany przez nas zaulek slepym okazywal sie byl jako kret porzucon gdzies niedbale posrodku na rykowisku.
Potem okazalo sie, ze tego sie nie zwiedza, gdyz nie udostepniaja.
Udostepniaja natomiast inne fajne rzeczy, takie jak co nastepuje:
- miejscowa cysternka rzymska;
- muzeum (tylko z zewnatrz, gdyz srodka nie udostepniaja z powodu innego rejmontu);
- Temple of Artemis - siodmy cud swiata - zachowana jedna kolumna - wiec do obejrzenia z daleka;
- Isa Bey Mosque;
- starodawne ruiny hamamu wraz z bawiacymi sie tam dziecmi;
- zolw chodzacy swobodnie po ulicy;
- basilica St. Johna the Apostola - bardzo ladne wielkie ruiny;
- zolw (inny, choc wygladal tak samo) chodzacy swobodnie po ruinach basilicy.
I tak skonczyl sie dzien pierwszy w Selcuku.
Nastepnego dnia rano o swicie kolo 10 wsiedlismy do dolmusza do Soke nieswiadomi faktu iz oto rozpoczal sie kolejny najlepszy dzien naszych wakaci. Poczatek byl sredni, gdyz jechalismy wzdluz Kusadasi i jego wielkich, turystycznych hoteli. W Kusadasi byla szybka przesiadka na nastepnego dolmusza. Soke bylo male a pogoda byla do takiego szwedania sie swietna, nie bylo upalu, tylko zachmurzone, przyjemne niebo i tak wpadlem na pomysl, by wyjsc piechota z miasta i sprobowac lapac stopa, a jak sie zaden nie zlapie to zawsze bedzie mozna zlapac przejezdzajacego dolmusza. Little na poczatku troche mamrotalo, ale przycielem to ostrym rozdzierajacym krzykiem ktory moze komus z daleka moglby wydawac sie czyms powaznym i rozbudowanym, ale przecie niczym takim znowu powaznym ani tym bardziej rozbudowanym nie bylo.
Szczegolnie iz pierwszy stop zlapal sie po 20 minutach i byl bardzo szybkim przemieszczeniem sie kupe kilometrow na poludnie, gdyz w tym wlasnie kierunku znajduje sie Didim, do ktorego zamierzalismy dotrzec. Dlaczego do Didima, zapyta ktorens zwrociwszy ku mnie zaciekawione, niewinne oczeta swe? Ano dlatego iz jest tam swiatynia Apollina, do ktorego, szczegolnie w promieniach wschodzacego slonca gdy na wzgorzu z szat odart w dal zapatrzonym stane, zdarza mnie sie podobnym byc.
Drugi stop zlapal sie w dwie minuty i posiadal w swoim wozku jeszcze swoja zone i dziecko. Wygladali jak Greki, ale byli Kurdami. Przegadalismy cala droge az do wejscia do Swiatyni.
Bardzo ladne miejsce. Szkoda, ze takie rozwalone. W ogole wyglada jakby nie warto wchodzic, gdyz wszystko niby widac poprzez plot, ale nie, nie wszystko. Bardzo nam sie tam podobalo.
Nastepnie trzeba tutaj zaznaczyc, ze Altinkum pomimo iz jest anagramem slowa Antiklum, z antikiem zadnym nie posiada absolutnie nic wspolnego. Zupelnie nic. To jest plaza. Plaza!!!! Godzine szlismy do Antiklum myslac ze to jakies ruiny musza byc by w koncu zrozumiec, iz to bylo Altinkum i ze to jest plaza...
No tak, ale tu chodzilo o co innego Buddhie. Chodzilo tu o wspanialy lokalny sklepik po drodze z uroczym starszym panem u ktorego kupilismy troche baklavy, nastepnie dokupilismy wiecej baklavy, a nastepnie dostalismy jeszcze wiecej baklavy w prezencie. Najlepsza baklava poza Istanbulem. Poznalismy tez po drodze, tuz przy jej koncu niestety, ciekawego goscia z plemienia Zaza, i to on wlasnie uswiadomil nas, iz szukajac Altinkum, tak naprawde szukamy plazy. Moglibysmy juz chodzic po niej i dalej w zyciu bysmy nie podejrzewali, ze szukamy czegos takiego :-) Kiedy powiedzielismy mu ze w takim razie dziekujemy, zwyczajowo juz zaprowadzil nas do dolmuszow, wyszukal naszego, poustalal z nimi dla nas, co i jak, i poszedl z powrotem do swojego zycia. A przy tym wszystkim caly czas ciekawie chichotal.
Dolmusza potrzebowalismy tylko kawalek, do skrzyzowania w Akkoy, gdyz dolmusze potem jada w prawo, a my praglismy odbic bardziej w lewo, do gory. Na droge, ktora nie jezdza dolmusze. Szlak mnie trafial gdyz ten do ktorego wsiedlismy jechal 5km na godzine poprzez miasto jakby wierzac, ze tysiac ludzi opazni sie o minute i dzieki tej wolnej jezdzie wszystkich ich zgarnie. Dopiero za centrum zaczal jechac normalniej. Wazne, ze trwalo to 20 minut tylko i wysiedlismy.
W malej pustej wsi. Zaczelismy isc w strone Miletu, w ktorym mieszkal Tales o ktorym nikt tutaj nie slyszal. Tutaj, w domu, kiedy opowiadam kolegom z roboty ze bylem w Talesie z Miletu to zaden nie slyszal. Ja tez pamietam tylko ten zlepek slow: Tales z Miletu i nic poza tym o nim nie wiem, ale jednak przynajmniej jego address pamietam. A oni nie. Matoly, holota, doprawdy, na co mie przyszlo. A wtedy idziemy ta pusta droga i widzimy jak do skrzyzowania przed nami z boku dojezdza samochod i mruga, my idziemy, a on czeka, dochodzimy, otwiera sie okno i dwoje raperow zapytuje nas poprzez opary, ze 3 my do Miletu aby idziemy. "Ano dyc" odpowiadamy i tak nas podwiezli rozmawiajac energicznie roznemi slowami na poly po angielsku na poly po turecku, nie wiem do konca bo ta wieksza polowa byla po turecku, ale ogolnie dogadalismy sie, iz wszyscy po tym angelsku nie umimy i to nas laczy, i jestesmy rowni, i jestesmy ziomy. Zawiezli nas pod same drzwi Miletosu.
Juz z daleka widac, ze to jest niesamowite miejsce. Ogromny zrujnowany teatr otoczony mnostwem roznych innych budynkow porozrzucanych po okolicznych lakach. I wszedzie mozna lazic, wlaczajac wpadanie do miejscowego stawu jesli bardzo by sie chcialo czy myszkowanie po osetowych chaszczach. I to wszystko za 2,50 erlo... Pomiedzy ruinami pasa sie krowy, a miejscowy cowboy jezdzi na malym koniku rozdajac dziewczynom kwiaty liczac na ich chcenie zrobienia sobie na tym koniku zdjecia. Ale po co nam zdjecie na koniku?
Jest tam tez muzeum, ale zgodnie z rada naszych ziomow oraz szkodoscia czasu pominelismy.
Potem wyruszylismy piechota po kompletnie pustej drodze dalej. Samochod jechal jeden na kilka minut, ale to wystarczylo by 15 minut pozniej jechac dalej tym razem z businessmenem ktory wspominal jak w dawnych latach prowadzil interesy z polakami przyjezdzajacymi do Turcji po duze ilosci jeansow i skor w zamian za zelazka i radia.
20 minut pozniej bylismy w Priene. Czyli nastepne ruiny, i nie wiadomo juz, czy te lepsze, czy Miletos. W Priene maja tyle kawalkow kolumn rozrzuconych po calym terenie, ze wyglada ze mogliby mnostwo tych budynkow poskladac z powrotem. No chyba ze byly to zebatki jakiegos poteznego silnika, bo tak wygladaja :-) Kolejne tajemnicze miejsce z ktorego zal nam bylo wychodzic.
Ale musielismy wracac do Selcuka, gdyz pare godzin pozniej nocny autobus mial nas zabrac do Istanbulu... Stop zlapal sie momentalnie i ciekawostka bylo, ze prowadzil stary czlowiek, ktory gadal i caly czas palil papierosy. Przy zamknietych oknach...
I potem nie wiem dlaczego - moze dlatego ze zawiozl nas na dworzec dolmuszow w Soke a my nie zakrzyknelismy by wysadzil nas na autostradzie - wpadlismy z powrotem w anemiczny i zatloczony swiat dolmuszow. Niepotrzebnie, ale nie dalo sie tego odkrecic, bo bylismy zbyt wycienczeni by wylazic z Soke z powrotem na droge. Wiec znowu przez Kusadasi do Selcuka jechalismy dolmuszami. W tym drugim zaobserwowalem ciekawa scene: stary czlowiek z braku normalnych miejsc siedzial na zydelku wraz z mloda siuksa. Po paru przystankach ktos wysiadl i on wskazal jej te normalne miejsce do siascia - i ona podziekowala i sobie tam siadla. Mloda siuksa siadla na wygodnym miejscu podczas gdy stary czlowiek pozostal siedziec na zydelku. To nawet w muzulmanskim kraju takie rzeczy teraz sa norma?
Dokad to wszystko zmierza...
Ta wycieczka, kupiona w jednym z Selcukowskich biur turystycznych, kosztowalaby 45 erlo na lepka :-) I mysle ze warto wiedziec, ze nasza kolejnosc, czyli Didim, Miletus i Priene jest lepsza pod katem rozwoju dramatycznego niz jakby zrobic to odwrotnie.
Te trzy miejsca byly najlepszymi w Turcji, ktore odwiedzilismy.
Wednesday, May 15, 2013 11:24:49 PM
Denizli, Pamukkale, Hierapolis
Do Pamukkalego przynadjechalismy wczesnym switem w sposob nastepujacy: facet nas tyrpnal i powiedzial: Denizli. Zerwaly my sie na rowne nogi i rownie szybko opadly skostniale i z niewyspania. Wyczolgli z aubotusa i weszli wraz z jakas parka Japoncow do dolmusza, gdyz facet mowil, iz jedzie do Pamukkale. Zaczelismy odzyskiwac przytomnosc przede wszystkim z jego powodu gdyz prowadzil i zachowywal sie jak idiota. Czyli, ze bardzo chcial wydac sie zabawnym i przyjaznym. A my zyciem doswiadczone bolesnie wyczulone na takich sa jak psu buda na wiosne. Iskry ponizenia zaczely sie nam iskrzyc gdy nie widzac efektow zaczal spiewac Happy Birthday Lady Gaga. Zastanawialismy sie ino co z tego wyniknie i o co jemu w tym wszystkim chodzi.
I co sie okazalo. Zawiozl nas do swojego hotelu gdzies dwa kilometry od tego takiego bialego do plywania i nie dajac plecakow z powrotem zaczal proponowac wycieczki i pokoje. Wyszlo, ze tamta parka miala transport w ramach swojego transportu i ten zostal wyslany; lyknal ich, bo musial, ale lyknal nas, bo business mu sie wymarzyl. A my na to jak dwa okonie w rzece co przez gory mknie ku dolinie. Te dwa Japonce tez nie chcialy zadnych wycieczek. I zdziwilo mnie, ze facet sie poddal. Po prostu poddal sie, zaladowal nas do auta z powrotem, zawiozl tam, gdzie mial zawiezc tamtych, nie chcial od nas pieniedzy i pojechal. Wiec nie wiem. Mam nadzieje, ismy go nie zabili.
Ale Happy Birthday Lady Gaga? Sam sobie byles winny. W nastepnym wcieleniu bedziesz ryba.
To bylo wczesne rano. Idziemy poprzez kompletnie pusta ulice, wszystko pozamykane. I jak na filmach grozy, cos wola. Okazuje sie, iz w takim wymarlym miejscu, na dole kazdego hotelu, siedza poukrywani starzy faceci i stare baby, i wolaja turystow slabymi, umeczonymi glosami. To zombie hotelarzy. Sytuacja odwrotnie proporcjonalna do Goreme. Ludzie przyjezdzaja i wyjezdzaja wieczorem. Nikt nie nocuje. Ceny w internecie to 20 erlo. Obejrzelismy jeden pokoj, ale baba chciala 25 za pokoj z widokiem na te biale cos. No to nie. Dwa kroki dalej stary facet slabym glosem wola. Prowadzi nas do pokoju. "Something is not yes with the shower" mowie plynna angelszczyzna a on na to, ze nie ma sprawy. Moze ten pokoj? Abo ten? Abo ten? Otworzyl po kolei wszystkie drzwi na calym pietrze. Wszystkie pokoje puste. Tylko firanki powiewaja... Wrzucilismy tam pokoj za 19 erlo z klima z pieknym widokiem na cos, na co nie patrzylismy bo nas i tak tam w ogole nie bylo. Facet byl tak szczesliwy, ze z tej radosci zaraz sie ogolil!
Nastepnie kolo poludnia poszlismy na dwor na te takie biale tarasy. Trzeba zauwazyc, iz jest sie tam kompletnie oslepionym gdyz chodzac po takiej bialosci palace slonce swieci wali w galy z kazdej strony mozliwej strony. A najdziwniejszym jest iz woda plynaca z gory wcale nie jest naturalna, ino puszczana recznie poprzez zestawy hydrauliczne. Normalnie to to jest po prostu biala skala. Troche sie tam taplalismy. Mnostwo ludzi tam caly czas lazi i nie wolno chodzic w butach.
Na szczycie sa fajne Romanskie ruiny ktore sa ogromne, a myslelismy iz beda male. Spedzilismy kupe czasu lazac po nich i i tak nie bylismy wszedzie. Hierapolis to sie kiedys nazywalo. Ciekawe, ze Rzymianie tez przyjezdzali tam na wakacje. A teraz my. Czyli moglibysmy byc Rzymianami. Najbardziej zaintrygowal mnie starozytny kibel, bo nie wiedzialem ze w tamtych czasach tez ludzie sie wstydzili i chowali za kamieniami. To najwieksza, nie liczac teatru, zachowana tam budowla.
Aha, co do Rzymian, to jeden moj kumpel w podstawowce nazywal sie Rzyman. Czy to cos znaczy, ja nie wiem, ale odnotowuje z kronikarskiej uczciwosci i rzetelnosci.
Tam u gory oprocz ruin jest jeszcze goracy basen zbudowany na goracych zrodlach. Ale za to trzeba osobno bul3c i po obejrzeniu tego wyszlo nam, iz nie pragnie nam sie wlazic za 15 erlo do takiej troche wiekszej kaluzy skoro przecie w domu sami mozemy nagotowac wody, nalac do miednicy i sobie w niej przycupnac za fryko.
Przygladalismy sie tam grupie Japonczykow, ktora nie chciala pic takiej wody z kranikow z pompami do bycia zdrowymi jak w Kotlinie Klodzkiej sa. Oni nie chcieli tego pic i najpierw robili glupie miny probojac i wypluwajac te wode, a potem zdjecia przez godzine jak pompuja pompa wylewajac ja do sciekow. Pewnie w Japoni nie ma takich pomp.
W koncu o Zachodzie slonca zeszlismy na niziny w poszukiwaniu zwierzyny plownej.
Rzucili sie na nas nagabywacze. Piekne wielkie puste knajpy oczekujace tylko na nas. Jeden byl tak zdesperowany brakiem klientow ze nawet powiedzial iz jestesmy piekna para. Ale my nie jestesmy tacy latwi do wziecia i zjedlismy gdzie indziej, gdzie byly swiece na stolach. My lecimy na to.
Przeszlismy sie popatrzec na to jak ta biala gora jest oswietlona w nocy i trzeba przyznac, iz bardzo brzydko. Niemrawo i szaro.
A nastepnego dnia o swicie wyruszylismy na dolmusza do Denizli w celu udania sie na stacje kolejowa...
Monday, May 13, 2013 7:18:16 AM
Turcja, Guzelyurt, Aksaray
Zmiany psychologiczne spowodowane ciosem Goreme w nasze mozgi byly bardzo drastyczne, przynajmniej z poczatku. Chcielismy kompletnie scancellowac Pamukkale, gdyz wystarczy popatrzec na zdjecia by nie pragnac tam jechac. Wczesniej myslelismy, ze wlasnie Pamukkale bedzie takim jednym miejscem, gdzie wpadniemy na jeden dzien zobaczyc jak to ci inni robia. Trzy dni w Goreme spowodowaly iz rozwazalismy nawet wyjazd do Iranu lub Taszkientu jakiegos coby te przezyta tam zenade czyms wartosciowym zrownowazyc.
Ale jako iz moglibysmy byc Buddhystami, poszlismy po rozum do gow i sprawdzilismy dokladnie optaczajace nas warunki wraz z aura. Wyszlo nam, iz rano wychrzaniamy z hotelu zaraz jak wstaniemy, czyli kolo poludnia pewnie, i potem musimy pojechac w dowolne miejsce po drodze do Pamukkale, gdyz przecie nocny autobus musi tamtedy przejezdzac i wtedy go chytniemy, a Pamukalle weszlo z powrotem na liste miejsc do odwiedzenia z powodu nieslychanej taniosci hoteli w porownaniu z innymi miejscami dalej. Miast - jak inni - przyjechac do Pamukkale rano i wyjechac dalej wieczorem, lepiej jest przyjechac rano i wyjechac nastepnego dnia rano.
Na dolmusza z Goreme wyszlismy przed 10 i kolo 10 bylismy w Nevsehir. Kierowca machnal reka ogolnie "dalej do przodu" na pytanie o przystanek autobusa do Aksaray, wiec poszlismy jak machnal. Spytalismy za chwile kogos i potwierdzil, "10 minutes". Idziemy, idziemy, slonce swieci, wszystkiego coraz mniej wokolo, plecaki wpijaja sie nam w ramiona choc oba posiadaly ino po 10 kila, ale dalej wszyscy zapytani potwierdzaja, ze dalej w te sama strone. Tak przy okazji, nie bierzcie swoich recznikow do Turci, ani razu nie uzylismy. Zaczelismy zartowac, iz ten drugi pomylil sie pewnie i chcial powiedziec "10 km" a nie "10 mins". Przerazajaca swiadomosc rzeczywistosci owej pomyslki doszla nas pol godziny pozniej kiedy bylismy juz daleko poza miastem.
I wtedy stalo sie cos, co zupelnie odmienilo wszystko i gdybym to wiedzial wczesniej, caly wyjazd do Turcji zaplanowalibysmy kompletnie inaczej. Machnelem ze trzy razy dlonia i oto zatrzymal sie wozek. Zawiozl nas na dworzec autobusowy, ktory faktycznie byl kawal drogi za miastem. Przy okazji, kierowal nim Kurd i pytalem go, czy chce osobnego panstwa i powiedzial, iz nie, ino autonomi trocha by im sie przydalo. Pytalem to samo wszystkich innych Kurdow ktore napatoczyly sie na naszych drogach i wszystkie mowily to samo: nie chca panstwa. Wiec ciekawe, co nie. Zawsze myslelismy, iz jest odwrotnie. A okazalo sie, iz jest odwrotnie.
W kazdym razie, piec minut pozniej jechalismy busem do Aksaray ktora to droga trwala dwie godziny ktore to godziny spedzilismy dyskutujac najnowsza sytuacje w Zatoce Perskiej.
Najpierw w Aksarayu pragnelismy kupic tickety na nocnego autobusa do Pamukkale by posiasc to z glowy. Na dworcu tylko jeden starszy kolo mowil po angelsku i okazalo sie, iz to nie na tem dworcu sa nasze tickety. "Follow mnie" powiedzial do nas i zaczal isc gdzies. Szlismy dosyc kawalek, troche gadajac, ale glownie po prostu za nim ulica, potem zaczal wchodzic do roznych biur podrozy i gadac po Turecku a my stalismy z boku jak na Tureckiem kazaniu bo oni gadali po Turecku, a my przecie po Turecku ani w zonp. Nie wiem ile to trwalo, aczkolwiek w koncu w ktoryms miejscu bilety byli - zaplacilismy, ogladamy sie... a tego goscia juz nie ma. Poszedl. Myslalem, ze bedzie chcial jakies pieniadze, ze to o to chodzilo, a tu nie. W ogole nie prosilismy go o nic, a on pol godziny chodzil z nami po jakichs biurach po to, by nam pomoc. Niesamowite.
Bylismy glodni jak dwie krowki wiec zostawilismy plecaki w naszym biurze autobusowym i znalezlismy knajpke. Wszyscy bardzo tam sie ucieszyli, ze ich znalezlismy. Poznalem wszystkich kelnerow z imienia. Glowny kucharz poprosil o zdjecie siebie wraz w herbem miejsca. Posilek znowu rozkladal sie na kilka talerzy...
Potem szukalismy autobusu w jedne miejsce. To bylo smieszne, bo wczesniej poszukalismy miejsc, ktore warto zobaczyc wokol Aksaray. O jednym pisalo, iz trzeba miec wozek, bo jest 25km za miastem. A dwa inne dolmuszami. No to jedziemy do jednego z tych dwoch. Spytalem jakiegos goscia w sklepie o dolmusza, a on zaprowadzil nas do innych gosci poza sklepem i pogadali po Turecku i ten pierwszy kazal nam isc za tamtymi dwoma. Tamci nic po angielsku. To takie trudne troche zaczac nagle za kims isc dodatkowo wiedzac, ze tamci przecie robili cos innego i tu nagle maja kogos gdzies prowadzic i to jeszcze bialego. Ale oni bardzo chcieli to robic, tak jak tamten pierwszy. Wiec poszlismy. Znowu przeszlismy kawal drogi, znowu poszukali odpowiedniego dolmusza, wszystko pozalatwiali i po prostu poszli. Niesamowite to jest. A najsmieszniejsze to ze zaprowadzili nas na ten pierwszy dworzec dolmuszowy na ktory wczesniej przyjechalismy z Nevsehir.
A dolmusz, jak to dolmusz. Byl pelen. Jechalismy kupe czasu na stojaka. W strone zachmurzonego nieba. Dojechalismy do Guzelyurt o 16:15. Wysiadalismy i jeden facet powiedzial, ze hotele sa dalej w centrum, ale my na to, ze chcemy tylko zobaczyc to miejsce i wracamy do Aksarayu na wieczorny autobus. "Ale juz dzis nie ma dolmusza do Aksaraya stad. Ostatni wyruszyl pol godziny temu..." Ale ja juz bylem wyluzowany, juz bylem w Azi, wiec to nie mialo znaczenia. Little bylo na poczatku przerazone, ale Little jest naprawde bardzo jeszcze Male, wiec ja to rozumialem i nie krzyczalem wcale tak bardzo jak to ktos patrzacy z daleka moglby podejrzewac. Zaczelismy chodzic po Guzelyurt, po prostu skrecilismy z glownej drogi w bok i zaczelismy szukac. Bo zapomnialem, co tam mialo byc :-) Spisalem nazwe miejscowosci, do ktorej warto pojechac, ale zapomnialem, czego tam szukac.
TO sie znalazlo samo: pelno starozytnie wykutych na poly naturalnych tajemniczych skalnych domkow. Strasznie fajne. I wszystko zostawione wolne, po prostu do lazenia i zagladania, zadnych ogrodzen czy plotow.
Guzelyurt podobalo nam sie najbardziej do tej pory.
Z powodu braku komunikacji powrotnej, postanowilismy zaczac probowac wracac piechota od 18. Wyszlo mi, ze mimo iz trzy godziny na te 30 km nie starczy, ale cos sie wydarzy, a w ostatecznosci komus zaplacimy za kurs czy cos takiego. Na poczatku iscia wszystko wygladalo nie za dobrze, gdyz niewiele wozkow przejezdzalo kolo nas a jak juz to pelne jakichs rodzin calych. Ale godzine pozniej bylismy pod naszym biurem w centrum Askaraya. Poznalismy bardzo fajna rodzine Kurdow, ktora wziela nas zaraz przed tym jak zaczelo lac, i zaraz po tym jak jeden mlody Turek nas wysadzil na stacji gdzies po drodze. Oraz okazalo sie, ze to bylo 50km. 3li rownie dobrze moglismy jechac do tamtego drugiego miejsca, do ktorego nie pojechalismy, bo mialo byc daleko :-)
Zrozumielismy, iz Buddha juz dogadala sie w naszej sprawie z Allachem, obaj sa po naszej stronie i wszystko jest normalnie.
Do Aksaray warto jechac i cieszy mnie ze przewodniki mowia, by tam ino zjesc na chwile jesli juz. Tam jest fajnie i lepiej by inni tego nie zepsuli. Tak nam sie podobalo ze myslelismy o przesunieciu biletow o jeden dzien, ale reality wzielo gore. Pojedziemy tam kiedys znowu. To przerazajaco krotkie wakacie i teraz musimy jechac dalej. Beznadziejne sa takie krotkie wakacie. Beznadziejne, ze bycie w takich miejscach to wakacie.
Thursday, May 9, 2013 9:56:07 PM
dolmus, Goreme, Nevsehir, Cappadocia
...
Autobusy nocne sa sprytnym sposobem przemieszczania sie podczas spania bez koniecznosci placenia za spanie a bez ruszania sie. Poszlismy spac w Istanbule a opcucilismy sie W Cappadoci. Te autobusy tutaj sa tylko do siedzenia, ale i tak sa dosyc wygodne, a niektore posiadaja nawet indyvidualne telewizorki do ogladania filmow po Turecku oraz zawsze zaraz po wystartowaniu roznosza napoje do picia i male snacki tak jakby to mialo sens zaraz po wystartowaniu kiedy wszyscy sa pelni dinnera oraz baklavy przed chwila tuz przed startem spozytemi.
Ale to nic gdyz lepszy ryc.
Taki autobus staje co kilka godzin na 15-20 minutowe postoje w zajazdach.
Choc zawsze po dotarciu na miejsce jednak trzeba na dwie-trzy godziny wywrocic sie do normalnego lozka, bo nie da sie chodzic bez obijania o sciany.
A teraz jestesmy w najlepszym autobusie i w koncu doszedlem juz do tego etapu ze powiedzialem przy reservaci, iz pragniemy miejsca z przodu. Posiadamy siedzenia numer 1 i 2 tuz za kierowca :-) 3li cala nocna Turcja jawi sie nam poprzez wielkie okno jak w telewizorze. Choc wifi mialo dzialac, ale nie dziala. I chyba cztery dzieci, ktore ciagle rycza tu sa, wiec...
Nie spotkalem sie jeszcze w zyciu z autobusem, w ktorym normalnie dzialalo by wifi, choc przyznaje iz sam pomysl istnienia wifi w autobusie jest dla mnie wielkim osiagnieciem ludzkosci.
O kierowca faj3 fajke.
Nie wiem dlaczego mijamy ciagle kramy z dzbanami. Tu widocznie kupuja dzbany nocami przy autostradach.
No wiec, Goreme. Najwiekszy niewypal. Nie sprawdzilem tego wczesniej i zabu3lismy niechcaco trzy dni od razu.
W Goreme nie ma nic. Zupelnie nic, no chyba ze ktos sie podnieca slowem quad - to tak. Mozna wynajac quada. Nie wiem czy w Goreme kiedys cos bylo, ale teraz nie istnieje nic procz turystyki. Nie ma lokalnej knajpki lub lokalnego fryzjera czy chocby... nie wiem czego. Wszystko jest tylko i wylacznie dla turystow i miejscowe tez tam siedza i jedza, a glownie przed drzwiami i namawiaja na wycieczki i inne. Nie ma dokad pojsc i co robic.
Schudlismy, zmizerniali tam. Porcje lunczowe tam zmalaly do jednego talerza i to z odkrytym brzegiem. Ayrany najmniejsze z mozliwych.
Choc fajny byl hotel, w ktorym mieszkalismy z powodu, iz posiadlismy pokoj w tej skale wykuten jak Buddhyjski mnich swa cele wykuwal byl byl. Bardzo mily pan wlasciciel dajacy kupe rad i jakby rozumiejacy nasze tam niepasowanie. Oraz sympatyczny chlopek roztropek sluzacy miedzy innemi do rozkrecania spluczek i klupania po nich przez chwile kluczem w nasluchiwaniu, znikania na chwile i tryumfalnego powrotu z oznajmieniem iz w innych pokojach tez ciagle kapie czyli tak jest dobrze.
Tu ciagle jedza pomidory. Do wszystkiego i kazda potrawa zawiera pomidory. Zazwyczaj tez ogorki, ale jak sie zamawia trzy potrafy to w kazdej jest pomidor. I kazden czerwony, 3li przynajmniej pod tym wzgledem Turcja jest odwrotnoscia Philipin. Tak mi sie to teraz przypomnialo z powodu, iz skoro juz byly sniadania wliczone w cene a mieszkalismy w miejscu, w ktorym nie warto bylo wychodzic jesc, to jedlismy te sniadania, i ciagle byly pomidory. Potem zauwazylismy, iz to nie tylko tam, tylko wszedzie i ciagle nam je wpychaja. Choc teraz sobie przypominam, ze tam zawsze jadlem ser z miodem i jajko jedne. Ot, sniadanie w hotelu.
No w kazdym razie w celu izby nie zanudzac to powiem, iz tam w pierwszy dzien w godzine obeszlismy wszystko wliczajac bezdroza i wyszlo nam iz strasznie nudno i kretynsko, wiec musimy nastepnego dnia zrobic cos innego. Pogadalismy z naszym panem od hotelu ze jak by tu dalo sie pojechac do podziemnego miasta jakiegos. Balismy sie, ze on nam zaproponuje jedna z wycieczek ktore posiadal w folderze. A tu okazalo sie, iz po zajrzeniu nam w galki oczne mowi, bysmy sobie pojechali sami dolmuszem (lokalny busik) tam i tam i sie przesiedli i tak dalej. Bardzo to ladne bylo z jego strony. Pojechalismy.
Kierowcy dolmuszow zawsze mowia gdzie sie przesiasc i gdzie trzeba wysiasc, by gdzies isc. Oraz bardzo madre i fajne jest to, ze wszedzie mozna wsiasc i wszedzie wyjsc. Wiec, z jedna przesiadka w Nevsehirze wysiedlismy 50 metrow od wejscia do podziemnego miasta Kaymakli. Tam zaraz przed wejsciem zaczal nas nagabywac nagabywacz chcacy byc naszym przewodnikiem. Bardzo byl brzydki i nachalny oraz nie chcielismy nikogo. Weszlismy sami i tam idzie sie korytarzami po strzalkach, ale jest mnostwo wejsc i tajemniczych przejsc, nie tak jak w Europie ze slepy by przeszedl, tylko atmosfera miejsca jest zachowana. I po kilku krokach znienacka zza wegla wylonil sie maly smieszny pan filutek i powiedzial, iz teraz on pragnie byc naszym przewodnikiem. Czyli chowaja sie tam za kazdym rogiem potencjalni przewodnicy. Ten byl jednak inny od poprzedniego i nawet nie do konca wiem, 3 nie byl wyimaginowany. Choc nie mogl byc wyimaginowany gdyz kase wzial na koncu. Ale mily byl i sympatyczny i powiedzial nam kupe rzeczy, ktore ja juz do tej pory zapomnialem, aczkolwiek dolozyly sie one do mojej osobowosci, ktora bardziej dziala podswiadomie niz swiadomie, czyli wszystko jest w porzadku.
Te miasto posiada 4 poziomy. To moim zdaniem wystarczajace by wiedziec, o co w takim miascie chodzilo, szczegolnie iz wszystko jest tam takie samo, tylko pietro inne. Wiec drugie miasto kawalek dalej, Derinkuyu, moim zdaniem nie warto ogladac jesli jedynym powodem mialo by byc iz posiada one poziomow 8.
Potem wrocilismy do Nevsehiru i chodzilismy po zwyklym miescie ze zwyklymi ludzmi. Zjedlismy zwykly posilek w zwyklej knajpce. I o to chodzilo :-)
Tam byl kolo ktory bardzo dobrze mowil po angielsku i pomagal nam wybrac co jemy. Kilka razy powtorzyl "ground meat" wiec powiedzialem mu, iz chyba "minced" a on na to, iz ground jest american a minced british. Bardzo mi sie to podobalo wiec zagadalem glebiej i okazalo sie, iz uczy sie angola z filmow, 3li tak jak my. Oraz byl Iranczykiem, a ten obok to Pakistan i czekaja obaj na refugee status. Spytalem co tam nabroil ale zmienil temat z powrotem na mienso mielone, wiec nie wiadomo.
Potem chodzilismy po zaulkach i patrzymy, a tam jakis mosek.
Podchodzimy, patrzymy, a obok hamam. Tak z glupia frant weszlismy, zapytalem o cene i czy dziewczyny tez moga i okazalo sie, ze tak, wiec stwierdzilismy, iz dobra, bieremy.
Dali nam po dlugim cienkim reczniku jakby i wepchali do pomieszczonka do przebrania sie. No to rozebralismy sie jak niebozeta i obwineli tymi recznikami. Wyszlismy, zamkneli pomieszczonko na klucz i przylepili mi go do dloni.
Kazali wejsc przez pierwsze podwojne drzwi i tam byl basen i jakies jeszcze pomieszczenie, ale nie, jeszze nie, tellak, czyli masseur, kazal isc dalej do nastepnego i tam siedziec. Weszlismy. Polmrok, u gory ta dziurawa kopula, w kazdym rogu pomieszczenie do mycia lub sauna, na srodku kolko do lezenia. Duszno. Weszlismy do sauny, bo to nam sie wydawalo najlogiczniejsze. Siedzimy, siedzimy, gadamy o konflikcie w Zatoce Perskiej, a tu nagle za szyba drzwi wasiaty facet macha do nas radosnie i pokazuje na Little, ze juz czas i ze ma wylazic.
Little za nim poszla.
Zostalem sam, siedze, siedze, mysle o tych Persach, coraz mi ciemniej przed oczami od tego goraca i nagle czuje, ze kurde, cos mie tu chyba omija. Wychodze tam gdzie byl basen, zagladam do tego dodatkowego pomieszczenia i oto co widze: kompletnie gole Little siedzi na kafelkach i tapla sie radosnie w wodzie polewane przez wasiatego Turka miska!
Okazalo sie, iz przyszedlem akurat na czas. Tellak kazal mnie teraz tam siasc i polal mnie miska, a Little polozylo sie na stole operacyjnym obok. Najpierw Turek wzial worek z materialu jakby, wrzucil tam mydlo i nadmuchal, ze zrobil z tego sie... nadmuchany worek. I zaczal nim namydlac Little jezdzac tam i z powrotem po calym ciale az do wylecenia calego powietrza. W ten sposob utworzyla sie kupa pary. Zna3, piany. Widok byl... cudowny. Ale dalej nie bylo tak latwo, a do tego ja jeszcze o tym nie wiedzialem, gdyz siedzialem i radosnie taplalem sie w goracej wodzie polewany od czasu do czasu miska. Facet ubral rekawice i zaczal rubowac cale cialo. To straszne uczucie :-) Kiedy potem robil to mnie i pokazal mi ile brudnego zaropialego naskorka ze mnie zdrapal, bardzo mnie zawstydzil gdyz nie wiedzialem, iz az tyle tego na sobie posiadalem.
A na koniec byl masaz, ale tak bolacy ze tak troszku nawet probowalem uciekac przed tellakem po tym stole co bylo bardzo trudne gdyz caly umydlony bylem mydlem i sam z siebie sie wyslizgiwalem jak wegorz.
Potem plukanie i musielismy wejsc do tego basenu.
Jakby zaden Turek nie patrzal, to bym uciekl nie wchodziwszy. Woda byla ledwo chlodna i nawet bez wczesniejszego ciaglego goraca wejscie tam byloby szokiem. Ale przecie nie moglem uciec jak Turek jakis na mnie patrzy surowo, wiec wszedlem tam po drabince jak gdyby nigdy nic i dopiero pod woda zaczalem okropnie krzyczec mnostwo brzydkich slow.
Ale po chwili przyzwyczailismy sie do tej wody, skonczylismy nasza dyskusje na temat konfliktu w Zatoce Perskiej, wyszlismy i poszlismy wypoczac w naszym pomieszczonku zawinieci w ostro wymaglowane reczniki. Czulismy sie jak nowo narodzeni :-)
Kosztowalo to 50 lirow za nas dwojga. Mimo iz sie nalezalo, nie dalem napiwka, gdyz wyszlo mi, ze obiektywnie byl on juz zdobyty w ramach samej mozliwosci takiego zabiegu.
Taki widok... Jak robilem potem zdjecia tych miejsc, to ten tellak powiedzial, iz moglem zrobic zdjecia w czasie tego wszystkiego. I slusznie, nastepnym razem zrobie i tu wrzuce na bloga, to kazden bedzie mogl sobie zobaczyc, jakie to fajne! A na razie wrzuce puste sale.
Zreszta, bardzo ciezko zrobic zdjecie w miejscu, gdzie jest tak wilgotno.
Potem okazalo sie, iz znienacka padal deszcz, co zadziwia, gdyz teraz tez wlasnie pada i nie wiem, co to znaczy. Tu nie powinno padac przecie...
A nastepnego dnia o swicie przyjechali po nas i zabrali najpierw na kawalek bulki z kawa, a potem na pole gdzie tysiac balonow sie dmuchalo. Dzien wczesniej zdecydowalismy sie to kupic by miec z glowy i skoro wszyscy po to wlasnie przyjezdzaja do Cappadoci, to dobra, zrobmy to. I dyskusja z panem w hotelu byla, iz ze za 150 erlo. Albo za 130. Powiedzialem, ze w internecie bylo, iz za 110. A on, ze no tak, ale ci co robia to za 110 maja najmniejsze doswiadczenie.
Zabrechtalem i spytalem, ze co to niby zna3: pompuja ten balon i mowia: no dobra, ludzie, wsiadajcie, jakos to bedzie, razem sprobojemy tym poleciec! Wiadomo, o co chodzi, "slyszales Zbysiu o tym co sie stalo w tym Egipcie to na pewno byli ci niedoswiadczeni ja tym wszystkim arabom nie ufam wezmy przynajmniej tych co to maja doswiadczenie".
Aczkolwiek trzeba przyznac, iz potem okazalo sie, o co innego jeszcze moze chodzic. Nasze chopaki polozyly koszyk i zaczely pompowac nasz balon rozlozywszy go na lace i drodze. Jak byli w polowie, przyjechalo jedno auto, potem drugie i w koncu stala kolejka aut z innymi ludzmi do innych balonow, bo nie mogli tamtedy przejechac. Tam jest naprawde ogromna polac z ktorej startuje mnostwo balonow wiec tych aut jest pelno. Wszyscy tam to robia. No i z pierwszego wozka w koncu wyskoczyl kierowca i zaczal po Turecku uragac naszym chopakom ponizajac wszystkie ich wczesniejsze i pozniejsze pokolenia, az te polozyly uszy po sobie i zaczely skamlec. Wylaczyly dmuchawe, wypchali z balona wszystko, co do tej pory nadmuchali, przesuneli wszystko, nielatwym koszem, troche dalej, i zaczeli pompowac od poczatku. Czyli przegralismy, jako nowi i nieopierzeni.
Czekalismy zawstydzeni okrutnie, ze wszystkie balony juz na niebie tylko nasz ciagle tak miedzy tymi kartoflami lezy, i w koncu wsiadlismy. 12 osob w czterech przegrodkach po trzech plus dwa chlopa zalogi plus trzy butle gazowe pelne wybuchowego gazu wraz z zapalniczkami ponad glowami odpalanymi poprzez crew. Jeden z nich sie przyuczal, ale nic sie nie bal, wiec my tez nie - w koncu balon to balon.
Wystartowal i po chwili wraz z milionem innych balonow lecielismy wszyscy majestatycznie sunelismy w tym samym kierunku. Czy balonem da sie zakrecac? Glupie to jak nie wiem. Leci do gory i na dol lub kreci sie w kolko. Ale fajne przezycie. Trwalo godzine i dluzej chyba nikt by nie chcial.
Lecielismy i robilismy zdjecia polom uprawnym, skalom, gorom, kamieniom, polu prawicowcow i ogolnie calej widzialnej z nieba Cappadoci.
Potem coraz wiecej balonow zaczelo lezec pod nami na ziemi i wiedzielismy iz zbliza sie koniec. Nasz tez obnizyl lot az pan krzyknal: landing position i wszyscy nagle kucli trzymajac sie takich petelek oprocz mnie, gdyz nie sluchalem wczesniej i nie wiedzialem, o co chodzi. Ale zrobilem to co oni w koncu, posiedzialem tak chwile, wyszlo mi ze to bez sensu i zaczalem zagladac co tam widac i mialem racje, bo nic sie nie stalo - balon wyladowal na polu kartofli.
No i co teraz. Przez caly lot przygladalismy sie milionu samochodow na ludzi i balony jak gonily sie drogami pomiedzy tymi polami i przepychaly sie, cofaly, zawracaly i jechaly gdzie indziej. Wyszlo mi, ze taki balon leci i nikt nie wie, gdzie on wyladuje, wiec kazde auta danego balonu proboja swojego gonic patrzac na niebo by byc jak najblizej kiedy w koncu opadnie. Nasz opadl na jednej gorce, a jego auta staly na gorce obok. Oni caly czas gadali przez walkie-talkie wiec nie wiem, czemu tak zrobili, ale jak ktos gada po Turecku to nie dziwota ze laduje o gorke za blisko. Gadali dalej stajac na ziemi, w koncu ten od auta zlecial z tamtej gorki i wlecial na nasza mowiac im, ze musza przeleciec, bo auta tam nie podjada. Ciekawe, ze nie mogl tego powiedziec przez walkie talkie?
Podfrunelismy wiec znowu i zaczelismy leciec w inne miejsce, bo najwyrazniej tam gdzie byly auta cos przeszkadzalo balonowi i trzeba bylo calosc przeniesc. W koncu znalezli inne pole, sprawdzili piaskiem wiatr i zaczeli przenosic nas recznie tak nisko nad ziemia w miejsce gdzie mozna balon polozyc. Trwalo to noszenie jakis czas i dziwne uczucie bylo gdyz siedzielismy w koszu i obok szedl facet z kazdej strony i nas niosl. Starali sie dobrze nas ustawic tym razem gdyz pewnie bali sie wyjsc na droge znowu.
W koncu - udalo sie. Wyszlismy z koszyka.
Amerykanin, ktory z nami lecial i wygladal jak brudny Dustin Hoffman, zaczal rozdawac zalodze dolary. Ot, amerykanin. Nawiazujac do tego co nam opowiedzial przed startem, zapytalem sie go, dlaczego pojechal do Uzbekistanu kilka dni wczesniej. Chcial zobaczyc miejsca zwiazane z Ivanem Groznym. No dobra, ale tylko na trzy dni? Odpowiedzial, iz jest shallow turysta i tylko chce wpasc, zobaczyc, wyjechac. I zwiedzil tak 125 krajow juz. Z Uzbekistanu przede wszystkim pamieta lotnisko i przewaly z celnikami, ktory pocieli mu struny w jego violonczeli pod pretextem, iz moga sluzyc do czegos niebezpiecznego. "To bedzie ponad 100 dolarow!" wykrzykl na koniec i znikl w swoim hamerykanskim snie odjezdzajac prywatnie wynajetym ala jeepem.
Ciekawe jeszcze jest co na to wszyscy ci rolnicy na ktorych polach te balony laduja i jezdza auta, laza ludzie... Pewnie kiedys dojdzie do tego, ze przyjda chopy z kosami, podziabaja im te balony i sie skonczy.
Pozytywnym faktem z latania balonami jest, ze sie wczesnie wstaje i wraca do hotelu kolo 8 rano. Nigdy tak wczesnie nie wstaloby sie, wiec jest kupe czasu takiego dnia. Choc tez najpierw trzeba isc spac gdyz sie za wczesnie takiego dnia wstalo :-)
W kazdym razie potem probowalismy pozyczyc motor. Goreme jest na tyle male, ze tam nawet jak sie widzi kilka punktow czegos, to to i tak jest jeden sklep i nie istnieje konkurencja czy cos takiego. Ten sklep nazywa sie Goreme po prostu. Pierwsze co sie zauwaza to roznica kursow pomiedzy Istanbulem a Goremem. Kiedy wyjezdzalismy, bylo to 2,35. W Goreme stala cena wszedzie byla 2,25. Wiec oplacalo sie wyciagac z bankomatow, gdyz tam przelicznik byl 2,29.
Podobnie z motorami. Wszedzie cena wynosi 40 tlow. Powiedzialem niezaleznie dwom z wynajmowaczy, ze za tyle to w Dublinie ma sie auto i to czasem nawet z klima. "Tu jest Goreme" wzruszyli tylko ramionami. Wzielismy w koncu jednego takiego rzecha. Prawie cala ta sytuacja zepsula nam dzien, ale na szczescie jezdzenie bylo fajne. Procz zwyklego wloczegostwa, pojechalismy do Urgup. I znowu wyszlo, ze lepiej byloby tam mieszkac niz w Goreme.
Zadziwia, ze niektore rzeczy tu sa muzeum i trzeba zaplacic, by tam wejsc, a wystarczy pojechac do innej miejscowosci i prawie to samo jest po prostu w centrum miasta w parku lub gdzies przy drodze.
Dodatkowo kupilem tam jinxy i - rzecz niespotykana w Dublinie - byly za dlugie, wiec je za darmo skrocili...
Jezdzilismy do wieczora i nastepnego dnia zcheckoutowalismy sie jak najszybciej sie dalo. Chcielismy wyjechac z durnego Goreme jak najszybciej sie da.
Tuesday, May 7, 2013 10:26:32 PM
Istanbul
Nastepnego dnia postanowilismy w koncu cos zwiedzic pomimo iz poprzedniego dnia nie praglismy zwiedzic nic a i tak zwiedzilismy dwie rzeczy.
Zaczelismy od sniadania w tym samym miejscu. I tak samo jak dzien wczesniej, maly wasiaty pan podajacy herbate zazartowal iz mnie jej nie da gdyz sie rozmyslil.
Poszlismy do Istanbul Archeological Museum, aczkolwiek bylo zamkniete z powodu, iz byl poniedzialek.
Poszlismy wiec do Topkapi Palacu nastepnego w kolejce kawalek dalej. Nasza karta Museum Pass Istanbul zadzialala idealnie i weszlismy.
Najpierw oczywiscie do Haremu. Tam tez karta zadzialala. Bardzo ladny chodnik i kupe kafelek na scianach w kazdym pokoju. Kolorowe wzorki, az po sufity, a na suficie kopuly i jeszcze wzorki. Bylo to naprawde ladne, choc moze ja jako sultan na pewno kazalbym wymienic te wszystkie popekane kafle na nowe.
W dormitory eunuchow, ktore jest zaraz za wejsciem, nie wiem czemu zalaly ma glowe wspomnienia na temat znajomych z polski. Potem przechodzilismy przez nastepne pokoje i pavilony, a kazdy inny i w inny sposob fajny. Little stwierdzilo, iz mogloby w tamtych czasach projektowac te wzory. Ja natomiast rozmyslalem nad robota testera.
Ogolnie, w haremie bardzo nam sie podobalo.
Potem sie wychodzi i mozna isc do kilku innych domkow strzelajac po drodze oraz w nich zdjecia. Stanelismy w ogromnej kolejce w ktorej nie wiem czy stalibysmy gdybysmy wiedzieli dokad ona sie ciagnie. A ciagnela sie do pokoji z bizuteria. Beznadziejna nuda i pewnie dlatego nie mozna jej robic zdjec :-) Ale tam w srodku na szczescie mozna bylo nie isc juz w kolejce tylko oblatywac pokoj w srodku popatrujac z daleka ponad glowami innych na te piec czy szesc gablot w kazdym z pokoji. Na zewnatrz 20 minut, w srodku dwie :-)
Potem jest ogromne pole kwiatowe, bardzo ladne, do ktorego oczywiscie rozni pajace musza wejsc by sobie strzelic unikatowe zdjecie kucnieci w kwiatach przy tym deptajac inne kwiaty.
Ogolnie Topkapi Palace jest bardzo ciekawy i polecalbym go wszystkim kolezankom i kolegom.
Tak konczylem wszystkie wypracowania na temat lektur w szkole w celu izby je wydluzyc i jakos dostac te trojczyne z polaka. Nigdy bym nie przypuszczal podowczas, iz pisanie jest takim fajnym zajeciem :-)
Potem poszlismy do Hagii Sophi uderzajac w jej podwierza czolami i odbijawszy sie z powodu, iz byl to jako sie juz rzeklo poniedzialek.
Wiec poszlismy za rog do Basilicy Cistern w ktorej to wielkiej cysternie Rzymianie przechowywali wode.
Historia Rzymu nieprawdopodobnie spojna jest z terazniejsza. Czas po Rzymie nieprawdopodobnie precyzyjnie wyjasnia wszystko, co dzieje sie teraz. A w Cysternie siedza dwie Meduzy do gory nogami i bokiem ktore w owczesnych czasach robily w tamtym rejonie za Bazyliszki.
Aha, ryby tam plywaja. Wiec jak ktoren ma wedkie, to w tych ciemnosciach nikt go na klosownictwie nie zlapie :-)
No a potem poszlismy do Blue Mosque'a ktory wcale nie jest Blue. Dopiero jak wyszlismy to sie dowiedzialem, ze to lony byl. Faktycznie jest tam niebieskie kolko na kopule, ale wrazenie niebieskosci wcale nie jest jakies zauwazalne. Przynajmniej ja nic takiego nie odczulem.
Ale w Mosque'ach jest fajnie. Moglbym zostac Muslimem gdyby nie fakt, iz moglbym zostac Buddhysta.
Nastepnie znalezlismy Hipodrom, ale zbyt duzo z niego rozwalilo sie by to liczyc jako cokolwiek zwiazanego z tym, czym byl na poczatku.
No a potem wycienczeni wracalismy do chaty zmienic ciuszki na wieczorowe w celu udania sie na dinner, ale po drodze przechodzilismy kolo naszej sniadaniowej knajpki i wlasciciel, ktory rano pamietal co dzien wczesniej rano zjedlismy, tym razem zaproponowal nam herbate i tak od slowa do slowa skonczylo sie to dinnerem tam gdyz jakze by inaczej skonczyc moglo. I pozegnalismy sie usciskiem dloni. Aczkolwiek to byl koniec tego miejsca tak naprawde gdyz my nie w ciemniona bite od tego momentu zaczelismy chodzic inna trasa.
I tak najwazniejszym momentem tego dnia bylo oczekiwanie na ten dinner, gdyz nagle podszedl do nas jeden taki kot i zaczal sie witac. Poprzytulawszy sie do nog wskoczyl Little na kolana, pokrecil troche, umyl i zasnal.
Potem jeszcze tylko wieczorem poznym poszlismy na obowiazkowa porcje Turkish Delightow, lodow i takiego zoltego czegos. Ale to bylo wygiecie fajki juz. Bylismy nieprzytomnie napchani.
Nastepnego dnia zrezygnowalismy ze sniadania i poszlismy prosto do Hagii Sophi. Najpierw bocznym wejsciem nie zwiazanym z glownym mozna zobaczyc te takie grobowce czy jak to sie tam nazywa. Nudne, szczegolnie po Topkapi i Mosque'ach. Jedynie zabawny zwyczaj wrzucania czapki, czyli turbana, na trumne nas rozbawil do lez i tak zasmiewalismy sie w tych grobowcach zalzawiajac im posadzki.
Poprzez okno jednego z nich zobaczylem kolejke do wstepu do Hagii Sophi glownej i zjezylem sie jak jezozwierz widzac te dlugosc. Acz zachowalem spokoj i krew zimna, gdyz moglbym byc Buddhysta i przecie nie takie przeciwnoscie losu przyszlo mie juz na swej drodze napotykac. Krzaknelem wiec jedynie znaczaco i zeskoczylem zwinnie z tego okna, gdyz przesiadywanie na nim bylo kompletnie nielegalne.
Poszlismy wiec do Muzeum Mozaic.
Gdyz to jest tak. I tutaj wszyscy podroznicy niech mnie posluchaja, gdyz posiadam racje. Dobry turysta planujac nastepny dzien w takich miejscach ustala po mesku, iz wstaje rano raniutko szybciutko sniadanko a nawet lepiej nie ino potem by jak najwczesniej leciec zwiedzac z powodu, iz potem jest tlok. Oraz to tak dowartosciowuje, mozna sobie udowodnic ze sie potrafi pomimo wakacji wstac i tak dalej. Jeszcze zeby to tylko ci pojedynczy, ale to piloci i przewodnicy takie zasady ustalaja dla calych grup swoich. Zrywaja sie wiec o 7 i leca. Przylatuja, patrza: a szlag by to trafil! Tak wczesnie wstali, a i tak okazalo sie za pozno! Bo tamci inni tez tacy sprytni byli i wszyscy przyszli mniej wiecej o tej samej porze rano. Piloci patrza i mysla sobie: "cholera, przez tego kretyna z 434 co dzis sie spoznil to wszystko!". I nastepnym razem z nastepna grupa lub nastepnym miejscu robia dokladnie to samo myslac, iz jakby przyszli jeszcze pozniej, to to juz w ogole byloby przewalone.
Nie umiem sobie wyobrazic jak tam wyglada w srodku kiedy taka cala poranna koleja tam wchodzi. My weszlismy kiedy plac byl pusty (nie liczac stalej kolejki do biletow), a i tak w srodku bylo pelno ludzi. Zreszta, skoro do tej Hagii Sophi doszedlem teraz to musze powiedziec iz to najwieksze rozczarowanie Istanbulu bylo. Wielka hala pelna glosno gadajacych ludzi z kilkoma fragmentami malunkow w trzech czy czterech miejscach. I to wszystko. Ani atmosfery, ani to ladne, odrapane cale, jakies zacieki jak w piwnicy, po prostu galy nam wyszli ze to takie cos jest. Moze to dlatego, ze ogladalismy to po kilku juz Mosque'ach i innych miejscach ogolnie, moze to trucie na blogach o tym budynku spowodowalo jakies w nas wybujale oczekiwania, nie wiem - po prostu Hagia Sophia = nic ciekawego. Wrecz powiem, ze mozna pominac.
A jesli juz, to wchodzi sie pod koniec pory lunczowej. Trzeba zjesc pozne sniadanie (my) lub wczesny luncz (tez my bo nam smakuje i jemy podwojnie), a nie wczesne sniadanie.
No, a wtedy najpierw poszlismy do Muzeum Mosaic ktore schowane jest za budowa aktualnie drogi, ale nie nalezy sie bac ino przeskoczyc poprzez Bazar i potem po kamykach i juz sie jest w srodku. Bardzo ladne.
Potem poszlismy przypadkiem w dowolna strone i trafilismy na Mosque'a zwanym Kucukayasofya u wyjscia ktorego jeden kolo pobieral dotacje - nie ma takiego czegos i wstepy do Mosque'ow sa bezplatne, wiec odrzucilem jego starcza dlon zdecydowanym odrzutem starczej dloni. Znaczy sie, wzrokiem.
Potem chodzilismy troche po tej dzielnicy przygladajac sie roznorakim ladnym domom.
No i potem minawszy Iranska knajpkie z powodu glodnosci i zaciekawienia zdecydowalismy sie na posilek w powyzszej. To byla bardzo mala knajpka na trzy stoliki moze i kilka krzesel na zewnatrz. Weszlismy a pan przepraszajaco mowi, iz ze ale to jest Iranska knajpka. My na to, ze nie, spoko, popieramy wiec i z radoscia zjemy. A on, ze co, gdyz posiada ryz, cos tam... i tu popelnilem error z powodu, iz powiedzialem, ze chcemy to co tamci dwaj goscie pod sciana. Ten sie upewnia, czy aby na pewno, a ja ze jasne, tak, chcemy wlasnie to. I kurde. Znowu, jak mi sie zdarzalo z niepojetych powodow w tamtej prawdziwej Azi, tak tutaj dostalismy po kawalku jakiejs krowy pocietej pila wzdluz i wszerz wraz ze wszystkimi kosciami, zylami, sciegnami i innymi strasznymi rzeczami ktore taka nieociosana krowa w sobie zawiera.
Ja nie rozumiem jak ci ludzie potrafia cos takiego jesc i jeszcze dlaczego oni to robia innym. Nie da sie tego jesc. Pomimo tego tamci dwaj pod sciana naprawde zjedli wszystko, sprawdzilem ich naczynia kiedy wyszli. Warzywo jedynie zostawili. My wrecz odwrotnie: zostawili cale "mieso" i zjedli cale warzywo :-) A tuz przed wyjsciem widzielismy jak tacy inni przyszli po nas i podawal im taki fajny ryz...
No, ale coz. Poszlismy dalej gdzie jeden Turek po polsku opowiadal nam iz posiada zone w Krakowie aczkolwiek to w celu zakupienia przez nas biletow do jego knajpki w ktorej wieczorami sa imprezy. Nawet myslelismy o tym potem, ale to przecie bzdurwa. Turek gadajacy do nas po polsku o zonie w Krakowie? To nie ma sensu.
Potem poszlismy wlasnie do Hagii Sophi gdyz czas byl odpowiedni.
Potem do Istanbul Archeological Museum gdzie bylo pelno rzezb starodawnych.
A wieczorem pojechalismy do konca tramwayem i tam piechota pod gore do Taksim Square'a i potem w dol Istiklal Streetem. Straszne. Wiemy juz gdzie nie chcemy mieszkac za drugim razem. Aczkolwiek jest tam pelno sklepow w ktorych na przyklad mozna kupic nowe buty i wyrzucic stare :-)
Jakims cudem udalo nam sie tam znalezc lokalna knajpke i zjesc dinner. I potem ciemnymi ulicami pelnymi moldercow przedarlismy sie na poludnie do mostu i do chaty.
Nastepnego dnia zcheckoutowalismy sie w hotelu w poprzednio opisany sposob, zostawili tam plecaki i wyruszyli tramwayem do Yildiz Museum. Po przejechaniu jednego przystanku tramway powiedzial, iz nie jedzie dalej z powodu widocznego poprzez okno uniesionego zwodzonego mostu, po ktorym stupietrowe statki chcialy sie przedostac. Nie wiadomo bylo ile to bedzie trwalo, wiec wskoczylismy do tego samego tramwayu by objechac wszystko dookola i sprobowac przebic sie na drugi brzeg drugim mostem. Chcielismy sprobowac metrobusa obojetnie czym jest, ale po drodze do niego napotkalismy resztki murow obronnych i zaczelismy isc wzdluz nich w wielkim updale. Po tych murach mozna sobie lazic i swobodnie z nich spadac. W jednym miejscu jest punkt widokowy aczkolwiek by sie do niego dostac trzeba wdrapac sie po ciankich, prawie pionowych schodkach podobnych do tego co jest w Angkor Wat. Pod spodem siedza miejscowi i licza spadniete trupy. Ale z gory roztacza sie widok na caly Istanbul oznaczony ogromna, furgoczaca Turecka flaga. Bardzo ladnie.
Przeszlismy tym wielkim mostem na druga strone, aczkolwiek czas nam sie konczyl. Chcielismy zobaczyc to Yildiz, ale musielismy zdazyc na autobus do Goreme ktory odjezdzal gdzies tam wieczorem. Wiec zlapalismy jedna taxkrowke i wypytawszy o potencjalna cene tamstad tam, 10 minut pozniej bylismy na miejscu. Co ciekawe, cena wytikana na liczniku zgadzala sie co do juchana z ta przewidziana przez taxkrowkarza. Znaczy sie, co do liry.
Aczkolwiek Yildiz Museum to blad jakis jest :-) Wygladali tam jakby od lat zywego czlowieka nie widzieli. I zreszta slusznie, bo tam nic nie ma. Jakis stary dom sultana wraz z parkiem i altanka, ale wszystko byle jakie. Ten sultan bardzo juz byle jaki musial byc oraz mial w domu tylko i wylacznie stoly z krzeslami, w kazdym jednym pokoju. I te wlasnie stoly i krzesla, to im nie mozna robic zdjec.
No, a potem do tramwayu od tamtej strony, most tramwayowy juz lezal po tym czasie na ziemi, znaczy na wodzie, znaczy na palikach, po plecaki, do tej najlepszej knajpki na pozegnalny dinner, na dworzec, do autobusu i spac.
Autobusem tym wlasnie przekroczylismy most i znalezlismy sie w tutejszej Azji.
Friday, May 3, 2013 9:46:59 PM
Istanbul
A wiec wszystko zaczelo sie dawno temu, w czasach kiedy wazylem jeszcze 78 kila, na skorze zewnetrznej bylem wtedy jak trup bialy nie widziawszy slonca poprzez miesiecy szesc i dni siedem, oraz marzylem o jakims prawdziwym posilku z prawdziwego miesa i z jakim prawdziwym warzywem wokol chocby dla ozdoby. I wlasnie w zwiazku z tym o 11 w zeszla sobote wsiedlismy do samolotu Turkish Airlines do Istanbulu.
Ceny lotow samolotow do Asi strasznie poszly w gore i chyba tylko jakiegos derektora stac teraz na bujanie sie w tamte zakatka, doprawdy. A Turkey jest przecie w Azji, wiec...
Lece tu po zdjeciach, by wszysko sobie przypomniec. Dalej mam tego grata Canona. Nastepny kretynizm ktory odkrylem ostatnio byl jak chcialem zmienic podglad wlasnie u3nionego zdjecia na jedna sekunde, bo szkoda czasu na gapienie sie szczegolnie jak sie chce zrobic kilka pod rzad. Nie da sie. Jest opcja brak i potem od dwoch co jeden do 10. Ale nie 1 sekunda. Ja nie wiem, skad sie tacy kretyni biora na swiecie co na taki pomysl wpadaja?
Moze powinienem po prostu ten aparat spuscic w klozecie i kupic sobie nowy. Ale jeszcze jakos zdjecia robi i pewnie dlatego jakos bez sensu jest mi go wychrzaniac. Bo to nie jest tak, ze siedze wsciekly na niego i popadam w paranoje. Na spokonie patrze na to i proboje rozwiklac zagadke kretynow z Canona filozoficznie, bo wszystkiego musi byc jakis powod wiec ktos podejmujacy decyzje o nie dawaniu opcji jedna sekunda i dawaniu wszystkie inne pozostale sekundy az po kompletnie nielogiczne 10 sekund musial cos myslec. Wiec moja ulomnosc polega na tym, ze nie umiem tego wymyslic, jakimi sciezkami oni mysla.
Lub mysleli, bo tamci co to wymyslili pewnie juz dawno obkrecaja sie w swoich grobach.
A moze rozwikluje zagadke ktora juz dawno zostala naprawiona i rozmyslam nad starym problemem nieaktualnym?
Bo jak tak patrze, to wszystko posiadam stare. I wszystko jest w taki sam sposob tandentne. Czy to moze tylko ja jestem takim pechowcem? Netbook na przyklad. Samsung NC10. Po roku uzywania ekran zaczal robic sie bialy. Oddalem, naprawili. Po roku znowu to samo ale juz nie byl na gwarancji. Jak zaczal byc permanentnie bialy i ruszanie nim nie pomagalo nawet na chwile, znalazlem na internecie ze zle zaprojektowali kabelek ekranowy i on sie od otwierania i zamykania przeciera. I instrukcja na you tubie jak rokrecic ekran, poruszac kabelkiem i poprobowac, moze po przemieszczeniu sie ekran przestanie byc bialy. Zrobilem, poruszalem, poczulem sie dumny. Ale miesiac pozniej trzeba bylo zrobic to znowu, potem znowu... Ale ten netbook ma juz cztery lata, co wg obecnych zasad oznacza iz nie powinien dzialac juz wcale.
Jinxy. Chodze w jinxach com je kupilem trzy lata temu i pol. Drugie spodnie nosze do roboty, bo tam w koszulach trzeba. Choc od czasu jak toto splajtowalo i zyje juz tylko na bailoucie, rozluznienie obyczaju zakradlo sie i kiedy oni wprowadzili casual piatki, to ja sobie sam niedlugo pozniej zaczalem robic casual czwartki a potem wszyscy sie zbuntowalismy i teraz juz robie jeden dzien koszulowy w tygodniu tylko i to glownie w celu wyprania wyzej wymienionych jinxow. Aczkolwiek one na tym cierpia, bo caly ciezar tygodnia wraz z weekendem opadl teraz na ich umeczone nogawki.
Gacie wakacyjne. Leciutkie, przewiewne, bardzo wygodne, kupione w Indiach szesc lat temu. Dziurawe na wszystkie strony, ale coz mam zrobic? Musialbym pojechac z Dominikiem do Indii na ten targ kolo swiatyni na ktorym mi je wytargowal i krawiec tamtejszy idealnie uszyl. Nigdzie takich juz nigdy potem nie spotkalem... ani takiego krawca.
Komorke juz calkiem z wyboru posiadam stara a to z powodu iz kompletnie nie umiem sobie wyobrazic sytuacji, kiedy komorka bylaby mi do czegokolwiek potrzebna czesciej niz moze raz na tydzien i to tylko by zadzwonic.
To tyle moze o sobie.
Wszystkie wyzej wymienione elementa mojej osobowosci z wylaczeniem oczywiscie roboczego drelichu lecz wraz z paroma innymi szczegolami zostaly wpakowane do pleczackow dwoch i wyszlo nam, iz moglibysmy do tej Turci pojechac w sumie tylko z recznym :-)
Ale z punktu widzenia majac na uwadze poprzednie wakacje ktore z poczatkowego konca wygladaly podobnie, a wracalismy z dwiema walizami pelnymi herbaty na drugim ich koncu, to nigdy nie wiadomo jaka bedzie srednia wazona waga unikalnosci tutejszych smakow, a juz wiemy iz moze byc niewasko.
Aczkolwiek w samolocie Turkish Airlinow nie bylo tak fajnie, jak sie tego spodziewalem. Nie mielismy kazden swojego wlasnego telewizorka do strzelania do wezow kolorowych kulek wylatujacych z ich bokow. Byl jeden globalny telewizorek co trzy rzedy. Jedzenie bylo jak to w samolocie - ino by przetrwac. Nic tam sie ciekawego nie wydarzylo.
Wyladowalo to o 17:00 i zdobycie wizy bylo zerowa formalnoscia, nic sie nie wypelnia tylko placi. Kolejka ogromna, ale przez brak jakichkolwiek formalnosci idzie bardzo szybko. Potem troche wolniej kontrola passportowa.
Jak sie potem wychodzi i idzie po strzalkach, to jak one nagle zaczynaja pokazywac do tylu, to trzeba zawrocic i tam jest takie zamaskowane zejscie, na ktore zadna z nich nie wskazuje - to wlasnie jest zejscie do metra. Oplaca sie od razu kupic tam Istanbul Card w automacie za 10TL ktora sluzy do bulczenia w autobusach, metrze i tramwayach. Jest to bardzo wygodne oraz placi sie mniej niz zetonami, ktore sa alternatywne do niej. Oraz przesiadajac sie z jednego czegos na inne ta druga i nastepne oplaty sa tansze. Mozna tez placic za kogos, czyli my mamy teraz jedna karte, ale zauwazylem ze te drugie i nastepne oplaty zawsze sa te najwyzsze (1.95TL), czyli ten drugi nie oszczedza. Wiec jesli chce sie w kilka osob podrozowac duzo po Istanbule, wiecej niz 15 jazd, to sie oplaca kupic osobne karty.
Nasz hotel byl w Sultanahmet i najpierw jechalismy metrem przez jakies 10 minut i potem tramwayem poprzez minut 30. Komunikacja jest zrobiona w Istanbule idealnie, przejrzyscie i prosto. Pickup z lotniska jest zupelnie zbyteczny a w hotelu chcieli za to 20 erlo :-)
W hotelu okazalo sie iz otrzymalismy pokoj bez klimy i potem jeszcze znalazlem ze mial byc plaski telewizor. Ale ze bylo juz i tak pozno to zgodzilem sie, iz jutro do tego wrocimy. Potem okazalo sie, iz jutro nie bylo nikogo, kto by gadal po angielsku, a my tez chcielismy juz isc na dwor. Potem my bylismy zmeczeni i nie chcialo nam sie gadac o takich bzdurwach. Potem z racji budowy za oknem wiec koniecznosci zamkniecia okien na noc problem pojawil sie znowu, ale nie bylo nikogo kto by gadal po angielsku, a my juz chcielismy isc na dwor. Potem wyszlo nam, iz w sumie wcale tak zle nie bylo i nie jest to az taki problem, i nie chcialo nam sie gadac o takich bzdurwach. I tak w kolko i w kolko i potem jak po czterech nocach sie wyprowadzalismy zapytalem, ze to co teraz. Pani powiedziala, iz aha, no tak, mialo byc z klima, a nie bylo klimy, to bedzie o 8 erlo mniej. Zabrechtalem i przekalkulowalem szybko w glowie, iz to by bylo ze klima tam kosztuje 2 erlo na dzien. Podzielilem sie tym rachunkiem z pania i ona sama przyznala, ze to troche glupio wychodzi, wiec musi zadzwonic. I wtedy wyjechalem z asem, ze jeszcze telewizor plaski mial byc, a byl kwadratowy! Zawstydzila sie, zadzwonila, poszprechala i walnela obnizke o 40%. Bardzo nam sie to spodobalo :-)
I dalej jestesmy przyjaciolmi.
Aha, a telewizor ogladalismy tylko raz, by podlapac troche tego Tureckego skoro juz tam jestesmy, co nie.
Po drodze i w czasie pierwszego nocnego spaceru zauwazylismy kupe Hagi Sophi. Mnostwo jest ich w Istanbule. Wszystkie wygladaja tak samo i zdezorientowalem sie troszku. Po dokladniejszym przyjrzeniu sie wyszlo, iz najlatwiej rozpoznac te prawdziwa Aje Sofie po kolorze - jest pomaranczowa. Wszystkie inne sa szaro-biale jakby. To jedyny szczegol ktory rozroznia ja z zewnatrz.
Ale pierwszego dnia aklimatyzowalismy sie i przede wszystkiem poszukiwalismy posilkow. Zaraz pod hotelem zobaczylismy starego Turka jedzacego zupe i od razu wrzucilismy ja na sniadanie takze, gdyz stary Turek moze jesc tylko tradycjonalne zarcie. Byla to zupa cheak peasowa z chlebem plaskim jakby go walec przygniotl i herbata. Herbata tu niby jest mocna. Nie zauwazylismy. Kawa po turecku to po prostu kawa po turecku. Przypomnial mi sie smak kawy ktora pilem jak bylem taki calkiem bardzo maly. Ale tu ona jest malutka, jeden lub dwa lyki, a kosztuje 3TL, 3li wiecej niz jednerlo. Bez sensu. Przeliczajac wielkosci na to jak bylem maly, to wypijalem wtedy kawy za jakies 15 erlo w jednej szklance. Wiec przestalismy ja pic po dwoch dniach bo nie o to w kawie przecie chodzi by wypic jej jeden lyk. Herbata lepiej sie sprawdza bo dolewki sa za darmo, wiec pomimo iz podawana w tulipankowych szklaneczkach na 5 lykow, i tak mozna jej sie napic do woli. Kilka razy zdarzylo sie ze dostalismy ja jako prezent. Ale smakowo z herbata z tamtej Azji nie posiada zadnych szans.
Yogurt za to jest superasny i pijemy go praktycznie do kazdego posilku. Posiada posmak solno-mleczny.
Tak wiec pierwszego dnia tylko chodzilismy gdzie nas galki oczne poniesly. A poniesly nas najpierw pod Hagie Sophie, gdzie przerazone wytrzeszczyly sie zobaczywszy kolejke do kasy. Na jakie dwa lata stania. Idac wzdluz niej zobaczylismy obok jakas inna malutka kolejke do przyczepy jakby i tam pisalo, iz karta do kilku muzeow jest za 72TL. Wlaczajac Hagie. No to panie. Tamci stoja dwa lata miast wrzucic to i i tak isc wszedzie indziej osobno? Nie wierzylem w to. Myslalem, ze moze ta karta jest tylko do nie muszenie stania w kolejce ale bilet i tak trzeba kupowac jakos z boku, ale nie - karta jest biletem na kilka muzeow i nie trzeba juz nic kupowac. No to jak nie, to wrzucilismy. I potem wszedzie przez te dni po kolej poszlismy, gdyz te 72 to jest zarowno cena jak i ilosc godzin, poprzez ktore mozna jej uzywac od paktywacji w pierwszym muzeum.
Ale kolejka do wejscia wtedy, juz z biletem, byla podobnie beznadziejnie dluga. Wiec stwierdzilismy, iz to moze kiedys indziej, a i tak na razie chcemy chlonac. Wiec poszlismy znowu, dokad nas galki nasze oczne poniesly. A poniesly nas do jakiegos portu, w ktorym wszyscy chcieli sprzedac nam kupe wycieczek po Bosphorusie, a my ciagle na to, iz nie. Potem przeszlismy poprzez most i jak juz cieszylem sie iz jestem w Azi, to okazalo sie, iz to ino na druga strone przeszedlem ciagle w Erlopie jednak. Po drodze podziwialismy budowany most dla metra przyszlosci. Mijane Turki-kobiety podziwialy nasza suknie kwiecista dlugasna az do ziemi. Chlonelismy slonce, o ktorego istnieniu juz prawie zapomnielismy w domu. Probowalismy wychwytywac nawolywania z moskow na modlitwy i po tych kilku dniach tutaj wychodzi nam iz ten ktoren twierdzi, ze to jest uciazliwe czy halasliwe, idiota jedynie byc moze. Chodzac tak zwyczajnie po swiecie pomimo iz piec razy dziennie, trzeba naprawde miec szczescie by na to trafic i trwa to nie wiem czy dwie minuty.
Zreszta co do tego to caly czas nie rozgryzlem o co w tym chodzi. Myslalem wczesniej ze kiedy zaczyna sie ta pora to oni rzucaja wszystko i zaczynaja sie modlic. Wpol transakcji bankowej kasjer rzuca sie na ziemie i wali poklony, a locki trzymane na bazie modla sie przez ten czas o commit. Na patelni w kuchni kebap pali sie dymem czarnym do nieba ale kucharz nic na to gdyz oto nadeszla pora wielbienia. Dentysta jak zastygl z wiertlem w zebie pacjenta tak ani drgnie az sie te spiewy nie skoncza, a tylko dociska do rytmu. Takie historie przychodzily mi do glowy. A tu nic. Tamci nawoluja, a wszystko toczy sie dalej. Wiec nie wiem, jak to dziala.
Nie wiem.
W kazdym razie zjedlismy luncz-deser w napotkanej knajpce. Dostalem lody w kubeczkiem (pelnym) polewy czekoladowej... i troche wieksza kawe. Przypadkiem dostrzeglismy jakas wieze na szczycie gory, ktora okazala sie Galata Towerem i tam stanelismy w kolejce do windy. Bo tam winda jest. Ze szczytu wiezy wszystko widac jak na dloni, caly Istanbul. Ogrodki na dachach, dwoch grubasow pijacych kawe, most ktorym przeszlismy na druga strone, pare innych mostow, ze dwadziescia Hagi Sophi, tlumy statkow na rzece i nawet przenadfruwajacy niebem blekitnym samolot.
Potem nie wiem jak to sie stalo, bo nie umiem sobie tego przypomniec teraz jak znalezlismy sie w kompletnie innej czesci miasta... aha, wiem. Pojechalismy na dworzec autobusowy kupic bilety na autobus, zreszta kompletnie naokolo gdyz moglismy wysiasc i przejsc na metro wczesniej a zrobilismy to pozniej o godzine gdzies, ale za to w druga strone zrobilismy to dobrze i Buddha w ten sposob skierowala nas do knajpki, ktora okazala sie byc tak dobra, iz w ostatni dzien znowu tam pojechalismy na nasz ostatni dynner po drodze na dworzec wtedy juz ostatecznej. Smiesznie bylo, gdyz zamowilismy i oni po jakims czasie przyniesli pelno roznych rzeczy i ani jednego kebapa - a to zamowilismy. Juz myslalem, iz znowu sie nie dogadalismy lub jemy cudzy posilek, a tu sie okazalo, iz to wszystko przystawki jedynie byli i kebap juz dla nas takze sie pieknie. To bylo naprawde niesamowite. Juz zapomnialem, ze tak mozna...
Bardzo rozsmiesza mnie tu jedne taki chleb w ksztalcie takiej smiesznej napuszonej ryby ktora znam z bajek. Jak sie to pacnie to oklapuje i wylatuje z tego kupa pary!
Potem poszlismy dalej ledwo ruszajac sie z powodu przepelnienia.
Fajny jest wiadukt, znaczy sie akwedukt, tuz za przejsciem podziemnym z milionem rowerow do kupienia.
We wszystkich parkach siedza rodziny i jedza rozne rzeczy. Parkow i rodzin jest tu mnostwo.
Wypilismy sok z poramanczy wyciskany na miejscu za jeden TL. Taki sam potem w turystycznych miejscach kosztowal 5TLow. Trafilismy do jakiejs podupadlej dzielnicy z walacymi sie domami i zobaczylismy znowu most budowanego metra i w ten sposob zrozumielismy kolo historri, ktora przyprowadzila nas w te same miejsce od innej strony. Oraz walaca sie dzielnica wyjasnila sie w ten sposob, bo tam wszystko bedzie niedlugo juz faktycznie rozwalone. Robilem zdjecia i jeden Turek zaczal nawolywac po Turecku, zawolal drugiego i obaj zaczeli gestykulowac, cos mi pokazywali na swojej komorce i na moj aparat i kazali isc do gory. No coz bylo 3nic, przecie nie powiemy "nie" jak ktos tak bardzo zarliwie nalega. Poszlismy. Wdrapawszy sie na gore zrozumielismy, iz chcieli bysmy poszli do Suleymaniye Camii, czyli Mosque.
I bardzo fajny jest. Chyba najbardziej nam sie podobal ze wszystkich mosque'ow. Przede wszystkim spokoj, ktory tam panuje. Little ubralo chuste na glowe, w ktorej bardzo ladnie wyglada. Musielismy zdjac buty i nosic je w woreczkach pobieralnych u drzwi za fryko. Na srodku trwalo jakies spotkanie i o czyms rozmawiali. Wierni wchodza za bramki, pozostali musza pozostac za nimi. Ladne sufity w kolorowe wzorki. Bardzo mientkie dywany wszedzie byly rozlozone na ktorych mozna bylo caly ten spokoj chlonac. Trzech zachodnioerlopejskich turystow stracilo przytomnosc kiedy siedli zbyt blisko moich calodniowej wloczegi w pelnych butach skarpet. Bardzo tam nam sie podobalo.
Sandal mi sie rano wczesniej rozwalil jak zrobilem 15 krokow od hotelu i musialem zmienic na cale. Wiec nie moja to wina, czy nawet zasluga.
Potem juz bylo pozno i wrocilismy do hotelu, gdzie po krotkim odpoczynku znowu wylezlismy po cmoku i po omacku. Aczkolwiek wiedzielismy, calemi serc naszych biciami, iz musimy uczynic jeszcze cos nieprawdopodobnie szczegolnego.
Pomimo, iz nieprawdopodobnie ciagle pelni, poszlismy do knajpki i zamowilismy talerz baklavy i drugi z turkish delight...
Friday, May 3, 2013 6:38:17 PM
... pisania o Chinach z powodu, iz wrocilem do roboty i zaczelem dalej 3nic moja bujna kariere w celu zostania w koncu derektore.
Nie wyszlo mnie to jeszcze, wiec wpisze tutaj ten pusty wpis robo3 i wroce kiedys do tego miejsca z uzupelnieniem jak juz zostane derektore i bede mial kupe czasu na pisanie czego mie tylko dusza zapragnie.
Smiesznym jest iz wtedy, rok temu w Chinach, ten czas nieopisany tutaj byl wlasnie tym tam najfajniejszym.
1 2 3 4 5 ... 7 Next »