Grota Drozdala

uwaga niski sufit

Subscribe to RSS feed

Mebloscianka

, , ,

Wraz z Nidem nareszcie urochoilismy bloga, znaczy sie zalozylismy go miesiace temu, potem nastaplily miesiace planowan i zawartosci pisania a inauguracyjny post natomiast byl chyba w zeszlym miesiacu. Na rzeczonym blogu bedziemy o RPGach prawic.

Mebloscianka Pelna Gier, bo tak sie ten twor nazywa powoli napelnia sie (jak na razie) Nidowymi wpisami.

Zapraszamy do czytania.

Niedlugo rozrusza sie moj blog na wordpressie.

PS. Wordpressowy blog sie rozruszal - z powodu dlugiego dnia w pracy wink

Wieści z groty - August 2010 edition

, ,

Powolutku męczy mnie blogowa platforma opery. Nudzi mi się czyszczenie komentów na tym blogu zostawianych przez rosyjskie boty. Trzeba chyba się będzie przeprowadzić na wordpresa (gdzie mam już konto zaklepane od chyba dwóch lat i gdzie spamerów można gnieść w zanadrzu).

Wraz z przeprowadzką (która to może albo i niekoniecznie) się zdarzy, planuję całkowicie odseparować posty o grach fabularnych i zamieszczać je na całkowicie nowej lokacji. To nie jest decyzja spontaniczna to coś, co planowane było od prawdę mówić miesięcy, tylko nigdy jakoś nie było czasu na to aby usiąść i na spokojnie przemyśleć i rozpatrzyć wszystkie możliwości.

Miejsce na ta inicjatywę jest już zaklepane, podobnie jak i plan co dalej z tym robić i nawet jest jeden kolaborator, więc mam nadzieję, że wspólnie będziemy się do roboty motywować. wink

Męczy mnie trochę pisanie bez żadnego planu i wrzucanie wszystkiego co mi tylko do głowy przyjdzie. Pisanie o wszystkim to jak pisanie o niczym. Czasami nawet kilkakrotnie się człowiek zastanowi zanim coś opublikuje. Doskonale wiem, że te wpisy pojawią się w agregatach na blogach rpg czy też planecie blogów i totaj dochodzimy do meritum - bo w sumie po co ludzie zainteresowani fabularkami mają czytać o moich prywatnych sprawach? O prywacie niech poczytają znajomi albo stalkerzy, a tematy RPG wypadać będzie poruszać w innym – przeznaczonym to tego specjalnie miejscu miejscu wink

Do usłyszenia niebawem.

PS. Nie wiem czy się o tym już puszyłem, ale w robocie miałem kolejną promocję i niebawem wrzucę trzecią część wpisu o sprzęcie stereo wink

PPS. Seji był w stanach, ale burak został gdzieś w jakim ośrodku zamknięty na kilka tygodni i przeszkolony tak, że nie starczyło mu już czasu na odwiedzenie znajomych. wink

PPPS. Gencon w tym roku był niezły, ale komy by się chciało czytać po raz kolejny wpis w stylu „byo fajnie, szkoda że was ziomy tutaj nie było”

PPPPS. Vincent czyta bloga Nida przez google translate, a T. S. Luikart polewał się z mojej pseudo recenzji Dragon Age rpg. Też dzięki online translatorowi. I przyznał mi rację – najważniejsze to aby wykosić kase za prace nad produktem zaraz po zdaniu manuskryptu. bigsmile

What roleplaying game should we play?

, , ,

Lil John (The Crunk) RPG [2010]

, ,

Player A says something to Player B.
Player B responds with one of these three words:

OKAAAAY!
“I accept your proposition and would like to respond.”

YEEAAAH!
“I agree with what you’re saying. Please continue.”

WWWHAT?
“Please, explain what you mean in more detail.”

...or Player B may disagree with Player A and issue a challenge by asking:

“ARE YOU FUCKIN’ WITH ME?”

Player A responds with either “Yeah!” or “What?”

If Player A responds with “What?” then Player B may offer a rebuttal.

If Player A responds with “Yeah!” then Player B commands:

“STOP FUCKIN’ WITH ME!”

...in which Player A responds with either “Okay!” or “What?”



Dzięki Jared!

Source material, dla tych, którzy nie w tematach: Exhibit 1 (beat złozony przez samego Ricka Rubina + wykumajcie naleciałości z Institutionalized Suicidali), Exhibit 2, Exhibit 3, Exhibit 4 (direct influence :])

PS. To sa jazdy pogenconowe. Więcej wkrótce.

Filmowo – 07/10

Avatar – WTF. Rozumiem szał jakiego doznały nerdy widząc ten film po raz pierwszy, widzę również jak Cameron starał się zrobić z Avarata nowe gwiezdne wojny (włącznie ze sceną pościgu przez las bigsmile). Niestety, w scenariuszu oraz w samym settingu i mentalności Na'vi jest tyle dziur, że nie powstydził by się ich przedni szwajcarski ser. Mógłbym tutaj skopilować encyklopedyczną listę nieścisłości, ale po co, zrobiono to za mnie już wiele razy, szkoda mi tylko że każdy nowy film Sci-Fi opracowywany jest jako franchise, które to będzie można wydoić w przyszłości do cna. Najbardziej podobały mi się bezwładne nogi Jake'a. I jeszcze szkoda, że to kolejna historia o białym człowieku, którzy ratuje plemię „dzikusów” stając się jednoczeście ich chosen one z legend, ponieważ jak wiadomo – dzikusy same sobie nie dadzą rady i biały człek jest potrzebny, aby wyprowadzić ich z tarapat oraz ciemnogrodu. 4/10.

The Imaginarium of Doctor Parnassus – klasa baśń Terryego Gilliama o pakcie z diabłem i nieśmiertelności oraz cenie którą tzeba za ten pakt zapłacić. Urzekło mnie to, że nareszcie Gilliam dostał odpowiednią ilość kasy i był w stanie tchnąć (cyfrowe) życie w swoje animacje znane wcześniej jedynie z Cyrku Monty Pythona. Jakby tego było mało to dostajemy jeszcze doskonałego Toma Waitsa. 7/10

The Human Centipede (First Sequence) – zgrany do bólu motyw z szalonym naukowcem mieszkającym na uboczy i trafiającym do niego przez przypadek parze turystek. Ale jest w tym horrorze coś specjalnego, może sam tytułowy szalony pomysł, może doskonała rola szalonego doktora, a może po prostu scenariusz, którego wydaje nam się że rozkminiliśmy, a film zaskakuje nas ciekawymi zwrotami akcji. 7/10 (raczej dla ludzi o mocnych nerwach, znoszących gore – czekam na druga sekwencję z niecierpliwością)

The Hidden – Kyle MacLachlan w jednej z jego pierwszych ról, jako agent FBI na tropie nieuchwytnego mordercy-doppelgangera, który wciąż zmienia ciała. Jest to kino lat osiemdziesiątych z odjazdowymi fryzurami z tamtych czasów. Plot nie jest zbyt trudny do rozkminienia, ale nawet wiedząc o co chodzi ogląda się ten film niezwykle fajnie. Dużo wybuchów, dużo pościgów i strzelania. Ciekawa sprawa to to, że w latach osiemdziesiątych striptizerki nie sięgały nagminnie po chirurgi plastyczną w celu „ulepszenia swoich walorów”. Wydaje mi się, że dzięki tej roli David Lynch obsadził go później jako agenta Coopera w Twin Peeks. 7/10

Cronos – odjazdowy film o tym, jak to w sumie ssie bycie wampirem. Do antykwariatu trafia tajemnicza rzeźba kryjąca w sobie przedziwne urządzenie o wyglądzie skarabeusza. Legenda głosi, że twórcą tego antyku był znany alchemik, który ponoć żył setki lat. Wczesny film
Guillermo del Toro z Ronem Perlmanem jako czarującym „facetem od mokrej roboty” 7/10

Vampire's Kiss – kolejna jazda na tematy wąpierzowe. Nicholas Cage jako sfrustrowany CEO poczytnego wydawnictwa, któremu wydaje się, że po rzekomej konfrontacji z nietoperzem (tudzież wampirzom femme fatale) powoli zaczyna się przemieniać w wampira. Jazda na całego – włącznie ze sceną gdzie Cage „poluje” na gołębie w parku wyposażony w sztuczną, plastikową wampirzą szczękę. Jeden z lepszych filmów o wampirach które wydziałem w życiu. 8/10

Valhalla Rising – odjazdowy film o wikingu z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Nie oglądajcie trailerów, malują one ten obraz jako film akcji a'la reź i jatka. To bardzo stonowane kino, od czasu do czasu przerywane na minutę czy dwie scenami przemocy. Raczej dla nerdów siedzących w mitologii Nordyckiej, film o przemijaniu starych wierzeń i zwyczajów. Film drogi, najbardziej urzekł mnie sam początek gdzie przez ponad dziesięć minut towarzyszy nam cisza i efekty, żadnej muzyki, żadnych słów. Dziwi mnie to że takie filmy jeszcze ktoś robi (i co jeszcze dziwniejsze jest w stanie dostać na ich realizację pieniądze). Komputerowe tła mogą razić, ale trzeba brać pod uwage fakt, że jest to kino jak najbardziej indie. 8/10

The Others – świetne kino o duchach. Kobieta żyjąca w domu na uboczu z parą dzieci uczulonych na światło słoneczne powoli zaczyna podejrzewać, że jej dom jest nawiedzony. The Others to jeden z tych filmów, które warto oglądnąć ponownie, ponieważ wiedza o tym jak film się kończy rzuca całkowicie nowe światło na przebieg akcji od pierwszych minut. Naprawdę warto. 8/10

Forgotten Backyard - La nuit éternelle [2010]

,

Forgotten Backyard to raczej klimaty na mroźnie jesienne wieczory. Ci, którym do gustu przypadła płyta Sinkhole Olhonu, będą się czuć jak w domu. Głęboko dronujący ambient, trochę klawiszy, zero perkusji. Jest tu kapkę dark ambientowego Nordvargra, trochę Northaunta, odrobina cave-ambientu spod znaku Where da się nawet wyodrębić motywy znane z solowych dokonań Davida Lyncha (tak, tego Davida Lyncha).

Niby misz-masz, niby wszystko to już było, ale według mnie efekt końcowy jest niezwykle zadowalający. Sześc kompozycji, z czego numer piąty (Fallen Leaves, Weeping Tree) nieco razi uszy trwającymi pierwsze dwie minuty a następnie sporadycznie pojawiającymi się tu i tam wysokimi częstotliwościami kojarzącymi się kapkę z Bad Sector, ale można powiedzieć że piątka pozostałych na płycie utworów wynagradza nam ten drobny dyskomfort z nawiązką.

Warto.

Projekt ten jak na razie nie ma wydawcy, ale dzięki temu jego autor udostępnił tą płytę do pobrania za darmo.

PS. Jak ktoś będzie musiał, to można to zaklasyfikowac jako muzę odpowiednią do puszczania podczas sesji. whistle

Origins 2010 (co nie ssało)

W pierwszej części ponarzekałem (głównie na organizatorów), więc teraz pora podzielić się tym, co nie ssało na tegorocznym Originsie

Może zabrzmieć to śmiesznie, ale rozmiar sali wystawowej i brak wielkich tego świata jest również zaletą. Średniej wielkości konwenty mają to do siebie, ze przyciągają ludzi i wydawców, których nie stać na stoisko na GenConie. Moim osobistym tegorocznym faworytem jest Legerdemain - komputerowa gra rougelike, do pobrania za darmo, lub do nabycia w wersji deluxe na stronie autora. Za dwadzieścia dolarów, dostałem dysk z trzeba wersjami gry (Win, Mac oraz Linux) i dodatkowo ponad 300 stronicowy clue-book (ludzie, którzy grali we wczesne CRPGi z SSI wiedzą doskonale o co chodzi). Po prostu nie mogłem przejść obok tego produktu obojętnie, dodam jeszcze, że autorem wszystkiego jest jedna osoba.

Nagrodę Heartbreakera roku 2010 na Orginsie bezsprzecznie zgarnia system „Archetype” (chyba tak się nazywał, nie pamiętam, możliwe, że była to nazwa wydawnictwa, niestety nie jestem w stanie znaleźć żadnych bliższych informacji na jego temat – ponieważ 99% dyskusji o grach fabularnych po angielsku zawiera słowo Archetype). Z tego co pamiętam, to kolejny świat chyli się ku upadkowi, a gracze mmuszą go uratować. A ratują go dzięki dziesiątkom tabel z bronią. bigsmile

Co do RPG'ów. Zagrałem w Danger Patrol, grę która pewnie nigdy nie zostanie ukończona bigsmile Mimo dość dużych dziur w mechanice i masie niedopowiedzeń grało się nam (czterem osobom + MG) całkiem miło. Danger Patrol to pulp, ale taki bardziej wesoły, gdzie podróżuje się jako członek naszego patrolu poprzez odmęty naszego układu słonecznego i ratuje niewinnych od losu gorszego od śmierci. Gra łączy elementy planszowej gry bitewnej (markery, improwizowana mapa, lokacje, po których można podróżować podczas konfliktu), i gry fabularnej (chociaż w naszych materiałach playtestowych, elementy fabularne nie były jeszcze dotarte, więc gra w sumie ogniskowała się na walce smile Dobrze spędzone cztery godziny.

Na Originsie miała premierę Dresden Files RPG. Dwa podręczniki za $90 + tax. To chyba cena na lepsze czasy bigsmile Ale zapewne się sprzeda, bo amatorów tego settingu nie brakuje, szczególnie po tym jak dowiedziałem się, że wydawca ma zaklepane 1000 kopii podręczników w przedsprzedaży.

Miałem masę czasu na poszwędanie się po terenie konwentu i na podglądanie innych podczas grania. Wychodzi na to, że DnD wciąż jest na topie, zaskakująco masa ludzi wciąż gra w 3.5.

Szkoda kapkę że wraz z taniejącymi laptopami, stały się one nieodzowną „pomocą” podczas sesji (i nie tylko). Mało tego, ludzie zaczynają przywozić ze sobą rzutniki aby wyświetlać na ścianie mapy i tym podobne sprawy. Wydaje mi się, że jest nawet specjalna gałąź firm zajmujących się opracowywaniem oprogramowania, które ma za zadanie wizualne śledzenia walk na sesjach, wraz z mapami, żetonami i nawet mechaniką (stąd pewnie wciąż popularność 3.5). Doskonale rozumiem tą „innowację”, podobnie jak i dema powierzchni dotykowych, które przeznaczone są go grania w DnD.

Niestety, możliwe że jestem staroświecki, ale wygląda mi, że nie ważne jak zaawansowana dzisiejsza technologia by nie była, wszystko to szybciej można rozwiązać bez używania komputerów, rzutników i całego tego tałatajstwa. Akt turlania kością ma w sobie coś magicznego (a może i nawet świecko-codziennego), zastąpienie go kliknięciem myszą wygląda na swoiste świętokradztwo, a używanie samych komputerów to doskonały sposób na rozproszenie uwagi uczestników sesji. Jak coś świeci i miga to ludzie będą na to spoglądać, nie ma innego wyjścia.

Mimo olewania sekcji RPG przez organizatorów Mike Miller i jego żona Kat odwalili (ponownie) kawał ogromnej roboty prowadząc masę sesji. BW Crew poprowadziła około 8 gier, do tego doszła sesja czy dwie Free Marketu, trzy prelekcje i Action Castle/Jungle Adventure/Spooky Manor.

I na koniec sprawa najważniejsza – ludzie. Origins to rok rocznie szansa na zobaczenie znajomych, których szczerze widuje się raz, dwa razy w roku. Zawsze jednak jest okazja na nawiązanie nowych znajomości, i nareszcie nawiązanie kontaktu z ludźmi wcześniej jedynie znanymi z sieci. Dzięki uprzejmości poznanych ludzi i nieuprzejmości naszej linii lotniczej, która odwołała lot powrotny zmuszając nas do przenocowania się w Columbus podczas burzy dziesięciolecia. Znaleźliśmy dach nad głową, ciepłą strawę i miło spędziliśmy dodatkowy niezaplanowany wieczór. A mówią że fani gier fabularnych to socjopatyczna gromada dziwolągów (oczywiście tych na konwencie tez nie brakowało) bigsmile

A i warto dodać na zakończenie, że Origins ma o niebo lepsze jadło, niż to czym stara się nas raczyć Gencon. I nie mam tutaj na myślu Food Courtu (gdzie wszystko pływa w przepalonym oleju) w hali konwentowej, Columbus ma masę fajnych restauracji do których spokojnie moża w parę minut dotrzeć na piechotę.

PS. Jason Morningstar po raz kolejny nakręcił "One Cool Thing i Saw at..." Origins 2010 edition (gdzie ja i moi znajomi jak zawsze mamy problemy ze złożeniem kilku słów do kupy).

Watain – Lawless Darkness [2010]

Na Lawless Darkness Watain nareszcie znalazł złoty środek pomiędzy Casus Luciferi a Sworn to the Dark. Jak na czarcio metalowy album, ten krążek jest zaskakująco przystępny (oczywiście biorąc pod uwagę ten gatunek muzyczny), a w oddali słychać już płacz i zgrzytanie zębów „tru” fanów o tym jakoby to Watain się sprzedał wink. Zaskakujące jest to, że kompozycje (średnio trwające ponad sześć i pół minuty) w żadnym momencie nie wydają się ani nudne ani sztucznie rozdmuchanie - wszystko ma tutaj swoje miejsce. Erik i spółka jawią się jako dojrzali kompozytorzy - bawią się oczekiwaniami słuchaczy, zmieniając i dodając kolejne elementy i riffy, tak by w utworach przy każdym nowymn przesłuchaniu dało sie odnaleść coś nowego. Ewidentne inspiracje Dissection (Malfeitor), starszym szwedzkim death metalem, ale również i Fields of The Nephilim (Waters Of Ain około 10:30). Słychać o wiele więcej ciekawszych riffów niż na Sworn... i w porównaniu do wcześniejszych albumów znajduje się tutaj masa solówek i o niebo ciekawsza praca perkusji. Brzmienie o wiele pełniejsze i bardziej wypolerowane niż to, do czego Watain przyzwyczaił nas w przeszłości – na wejściu trochę odrzuca, ale po kilku przesłuchaniach jasno widać (słychać) dlaczego wybrano taką drogę, poza tym nareszcie słychać wszystkie instrumenty i nic nie ginie w tle za ścianą dźwięku. Sam album na digipacku i vinylu wydany jest jak produkt z innej, lepszej ery (kaligrafia + odjazdowe ilustracje + die cut na okładce). Do tego dochodzą odjazdowe teksty.

By the blessing of shunned Gods
the cord of life was deformed, twisted into a noose
to strangle the miscarriage of the I

albo

Against the blindness of men
Thine eyes have been granted immunity
So that my sight be clear when wielding the Sword of the Damned

Naprawdę warto.

Jako bonus dodam, że na Waters of Ain Carl McCoy ma swoje trzydzieści sekund.

Origins 2010 (co ssało)

Origins to twór dziwny. Organizatorzy (a jakże) aspirują (i na każdym kroku starają się nam wbić do głów) że konwent ten to impreza międzynarodowa, odjazdowa i w ogóle strach się tam nie pokazać poza tym ma renomę. Szkoda trochę, że w rzeczywistości, te życzenia organizatorów niezbyt się spełniają.

W zeszłym roku rządząca kapituła pozbyła się koordynatorów programu (albo ci ludzie pozbyli się sami), wszystko byłoby w porządku, ale niestety zapomniano znaleźć ludzi, którzy by wypełnili lukę (pewnie przez kryzys finansowy, bo tak na prawdę to chyba nikt świadomie sobie w stopę strzelać nie będzie?).

Ten ruch zaowocował karygodnymi błędami w programie (opisy nie pasujące do nazw punktów programu), masakrą organizacyjna przy prelekcjach i sesjach (na przykład nasz blok z prelekcjami nie miał przeznaczonych sal, dlatego salę musieliśmy sobie znaleźć sami, a podczas samej prelekcji mieliśmy masę ludzi pukających do drzwi i pytających się czy my to aby prowadzimy „Leatherworking workshop”). Jakby tego było mało ktoś wpadł na doskonały oraz oryginalny pomysł jakby to wyplenić gry fabularne z programu w przyszłym roku. Śpieszę z wyjaśnieniami, ale najpierw drogi czytelniku musisz zapoznać się z pewnym genialnym (w swej prostocie rozwiązaniem). Origins (jak i inne duże konwenty w USA) bazuje nie tylko na wpisowym (które płaca wszyscy, aby dostać się na teren imprezy), ale również na biletach, niezbędnych do uczestnictwa w punktach programu (w cenie 2.5$ sztuka) i na dodatek zarezerwować swoje miejsce przy stole.

Tak to wygląda z punktu widzenia szarego uczestnika. Jeżeli organizujesz punkt programu (prowadzisz sesję, prelekcje, larpa itd.), ludzie, którzy się na niej pojawią - dają ci swoje bilety, które następnie zwracasz organizatorom, tak aby mieć dowód na to że prowadziłeś to co zobowiązałeś się prowadzić. To nie koniec biurokracji - jakby tego było mało, aby został wam zwrócony koszt wstępu zmuszeni będziecie „zebrać” odpowiednią ilość godzin (plus biletów). Niby wszystko w porządku – wypełniacie program, przez co zapewniacie rozrywkę przez jakiś z góry określony czas uczestnikom i zwracany jest wam koszt wjazdu. To rozwiązanie, pomaga również organizatorom na sprawdzenie jak popularne są wasze punkty programu i czy warto dać im w przyszłym roku zielone światło. Do tego roku tak to wszystko mniej więcej tak działało, ale w tym roku doszedł drobny haczyk – jeżeli w twoim punkcie programu uczestniczyło 6 osób – czas jaki zainwestowałeś liczył ci się normalnie, jeżeli miałeś powyżej 8 to mnożony był on przez 1.5, jednak jeśli twoja sesja miała od 1 do 5 uczestników jej czas został dzielny przez dwa.

I w tym miejscu wychodzi szydło z worka – prowadząc standardową sesję RPG dla trójki czwórki graczy, będziecie musieli zainwestować dwa razy więcej czasu, niż ktoś, kto na przykład prowadzi LARPa. Oczywiście jeżeli nie zbierzesz kompletu biletów (bo na przykład jakiś uczestnik się nie pojawił), to nikt nie będzie dochodził tego ile osób się zarejestrowało – tylko pojadą komunistycznie – po ilości biletów jakie im zwróciłeś. Widać jak na dłoni, że ludzie mniej majętni, liczący na zwrot inwestycji jakim jest możliwość wstępu na teren imprezy nie będą patyczkować się w prowadzenie jakiś tam dziwacznych RPG, tylko albo przywiozą swe podręczniki do DnD, albo poprowadzą dwa LARPy i po sprawie.

Dodam, że nie mam nic przeciwko DnD oraz Larpom, chcę jedynie zaznaczyć, że prowadzenie RPG dla standardowej ilości graczy po prostu nie będzie się ludziom opłacało. Jak to się odbije na ilości sesji RPG w przyszłym roku – będzie trzeba poczekać i sprawdzić, ja rozumiem, że ogranizatorzy chcą zapewnić jak największej ilości uczestników rozrywkę jak najmniejszym kosztem, ale przez to doprowadzą do bardzo wyspecjalizowanego programu, który powiedzmy szczerze nie będzie dla wszystkich.

Widziałem masę sesji RPG które MG prowadzili dla 7-10 graczy, raczej z wiadomych powodów.

Następnym ssącym punktem jest centrum konwentowe w Columbus w którym dywany prawdę powiedziawszy śmierdzą jakby wyszczały się na nie koty – co nie napawa nikogo do podróżowania w te i wewte (a trzeba chodzić dużo, szczególnie jeżeli nie interesuje was wyłącznie jedna gałąź programu). Sytuacja zapachowa w samych salach gdzie odbywają się punkty programu jest OK.

Sala wystawowa to szczerze powiedziawszy śmiech na sali. Brak jakichkolwiek stoisk większych wydawców, ani WOTC, ani WizKidsów. Brak sklepów z przecenionymi starymi systemami za rozsądną cenę, ogólnie nuda i łażenie po niej nie napawa uczestników chęcią pozbycia się ich ciężko zarobionych dolarów. Ale my o tym wiemy od lat – Origins to nie jest konwent do sprzedawania ani kupowania, tylko do grania. Ciekawe co się stanie z tym graniem jak wypędzą wszystkie mniejsze RPGi wink

Origins Award, która z roku na rok staje się coraz większa karykaturą samej siebie - zaściankowym konkursem popularności na konwencie (co ogólnie nie jest niczym złym), ale ewidentnie i w tym roku widać było że panowie od Eclipse Phase wiedzieli jak nakłonić ludzi do głosowania ni ich produkt. Jeśli mnie pamięć nie myli w tym roku oddano troszkę ponad 450 głosów (przynajmniej tak twierdził Paul Tevis – przewodniczący kapituły konkursu), co zależnie od tego ilu uczestników miała impreza (dwa tysiące - według ludzi którzy na nią przybyli – co daje 25% frekwencję - całkiem sporo), lub ponad 5 tysięcy jak zarzekają się organizatorzy – w tym wypadku pokazało by to brak zainteresowania samą nagrodą. Dodam tylko, że Paul również ze swojego prestiżowego stanowiska w tym roku zrezygnował – bo doszło do tego że głosy do sobotniego popołudnia liczył sam, jak na przewodniczącego kapituły przystało. wink

No i na koniec zostają gigantyczne problemy z samymi organizatorami i wolontariuszami, którzy zamiast pomagać uczestnikom programu – odsyłają was do swoich przełożonych, po czym wracają do niezwykle ważnych konwersacji ze swymi znajomymi. Do tego człowiek już przywykł, ale w tym, roku pojechałem na PAX East i tam widać było, że nawet wolontariusze mogą służyć pomocą uczestnikom na każdym kroku – w imię zasady nasz klient nasz pan – porównując ich z ludźmi, którzy śmią się zwać orgami na Originsie to niebo a ziemia. Widać, że można inaczej, tylko nie wydaje mi się że komukolwiek będzie się chciało cokolwiek zmienić, szkoda bo szczerze powiedziawszy na PAX East żadnego z powyższych problemów nie mieliśmy, ale może to dlatego, że to konwent ludzi od „komputerówek i konsolówek”.

Mniej narzekania będzie w kolejnej części "Co nie ssało na Orinisie 2010".

Powolutku do przodu

, ,

Wieścią numer jeden ostatnich dni (przynajmniej dla mnie) jest to, że pre-ordery Adventure Burnera zostały wyprzedane (zaklepane) w cztery godziny i dziesięć minut, co daje nam podręcznik na minutę i piętnaście sekund. Warto dodać, że było do wyłapania 200 sztuk, Seji na pewno wychaczył jedną, nie mam pojęcia czy jeszcze ksoś z Polski zamawiał, zapewne wyda się podczas wysyłania. Wszystkich zainteresowanych zakupem przepraszam za całkowity brak informacji na tym blogu (Nid starał się o tym na Polterze informować, ale wyszło tak jak zawsze, nieważne i tak dzięki za to), powód prozaiczny - praca bigsmile

Nareszcie ciężka praca się opłaciła bo dzisiaj zostałem promowany na kolejny szczebel korporacyjnej kariery (druga podwyżka w tym roku!), najśmieszniejsze jest to, że od prawie roku robiłem to co będzie odemnie wymagane od przyszłego tygodnia (a raczej za dwa tygodnie, bo mam urlop w przyszłym i jedziemy ogólnie Origins). Moja przełozona napmknęła coś o tym, że w przywzłym roku chciałaby abym poszedł jeszcze wyżej (i w sumie zajął jej miejsce), ale zapewne to dlatego aby ona sama mogła się wspiąc o kolejny szczebel. Nic to, mam prawie rok do namysłu i podjęcia decyzji, a pewnie i tak się zgodzę, bo co mi tam - bubek z Polski bez wyższego będzie manago (kariera Nikodema Dyzmy prawie).

No i aktualnie warto dodać, że skończył się sezon super zapieprzania w robocie, nareszcie zatrudniona dostała druga osoba do mojego działu (obstawiałem go sam przez ostatnie sześc miechów prawie) - więc będę mieć przynajmniej chwilke wytchnienia (i miejmy nadzieję czas do potracenia i do powypisywania tutaj bzdur).

Gencon za dwa miesiące - będzie się działo, i dzielę się linkiem do previewów Adventure Burnera - T-Shirt (ultra metal - szkielety itp), rozdział o Bielief'sach i na koniec przerobiony narzeszcie i zupdejtowany The Sword (jako bonus - ilustrowane postacie).

Sam Adventure Burner będzie masywnym tomem - ponad 360 stron z czego przyanjmniej połowa to mięso i komentarze na temat tego jak grać i jak prowadzić BW. Słowem Biblia, Almanach, Koran lub jak kto woli Książka Telefoniczna do Burning Wheel. No i system jest aktualnie kompletny - więcej podręczników źródłowych już nie będzie.

Do usłyszenia niebawem.

PS. Dying Earth Vance'a jest odjazdową pozycją - szczególnie Cugel's saga.
PS 2. Widziałem finalne pudło do Freemarketu, mocno wymiata.
May 2012
S M T W T F S
April 2012June 2012
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31