Origins 2010 (co ssało)
Tuesday, July 6, 2010 11:41:55 PM
Origins to twór dziwny. Organizatorzy (a jakże) aspirują (i na każdym kroku starają się nam wbić do głów) że konwent ten to impreza międzynarodowa, odjazdowa i w ogóle strach się tam nie pokazać poza tym ma renomę. Szkoda trochę, że w rzeczywistości, te życzenia organizatorów niezbyt się spełniają. W zeszłym roku rządząca kapituła pozbyła się koordynatorów programu (albo ci ludzie pozbyli się sami), wszystko byłoby w porządku, ale niestety zapomniano znaleźć ludzi, którzy by wypełnili lukę (pewnie przez kryzys finansowy, bo tak na prawdę to chyba nikt świadomie sobie w stopę strzelać nie będzie?).
Ten ruch zaowocował karygodnymi błędami w programie (opisy nie pasujące do nazw punktów programu), masakrą organizacyjna przy prelekcjach i sesjach (na przykład nasz blok z prelekcjami nie miał przeznaczonych sal, dlatego salę musieliśmy sobie znaleźć sami, a podczas samej prelekcji mieliśmy masę ludzi pukających do drzwi i pytających się czy my to aby prowadzimy „Leatherworking workshop”). Jakby tego było mało ktoś wpadł na doskonały oraz oryginalny pomysł jakby to wyplenić gry fabularne z programu w przyszłym roku. Śpieszę z wyjaśnieniami, ale najpierw drogi czytelniku musisz zapoznać się z pewnym genialnym (w swej prostocie rozwiązaniem). Origins (jak i inne duże konwenty w USA) bazuje nie tylko na wpisowym (które płaca wszyscy, aby dostać się na teren imprezy), ale również na biletach, niezbędnych do uczestnictwa w punktach programu (w cenie 2.5$ sztuka) i na dodatek zarezerwować swoje miejsce przy stole.
Tak to wygląda z punktu widzenia szarego uczestnika. Jeżeli organizujesz punkt programu (prowadzisz sesję, prelekcje, larpa itd.), ludzie, którzy się na niej pojawią - dają ci swoje bilety, które następnie zwracasz organizatorom, tak aby mieć dowód na to że prowadziłeś to co zobowiązałeś się prowadzić. To nie koniec biurokracji - jakby tego było mało, aby został wam zwrócony koszt wstępu zmuszeni będziecie „zebrać” odpowiednią ilość godzin (plus biletów). Niby wszystko w porządku – wypełniacie program, przez co zapewniacie rozrywkę przez jakiś z góry określony czas uczestnikom i zwracany jest wam koszt wjazdu. To rozwiązanie, pomaga również organizatorom na sprawdzenie jak popularne są wasze punkty programu i czy warto dać im w przyszłym roku zielone światło. Do tego roku tak to wszystko mniej więcej tak działało, ale w tym roku doszedł drobny haczyk – jeżeli w twoim punkcie programu uczestniczyło 6 osób – czas jaki zainwestowałeś liczył ci się normalnie, jeżeli miałeś powyżej 8 to mnożony był on przez 1.5, jednak jeśli twoja sesja miała od 1 do 5 uczestników jej czas został dzielny przez dwa.
I w tym miejscu wychodzi szydło z worka – prowadząc standardową sesję RPG dla trójki czwórki graczy, będziecie musieli zainwestować dwa razy więcej czasu, niż ktoś, kto na przykład prowadzi LARPa. Oczywiście jeżeli nie zbierzesz kompletu biletów (bo na przykład jakiś uczestnik się nie pojawił), to nikt nie będzie dochodził tego ile osób się zarejestrowało – tylko pojadą komunistycznie – po ilości biletów jakie im zwróciłeś. Widać jak na dłoni, że ludzie mniej majętni, liczący na zwrot inwestycji jakim jest możliwość wstępu na teren imprezy nie będą patyczkować się w prowadzenie jakiś tam dziwacznych RPG, tylko albo przywiozą swe podręczniki do DnD, albo poprowadzą dwa LARPy i po sprawie.
Dodam, że nie mam nic przeciwko DnD oraz Larpom, chcę jedynie zaznaczyć, że prowadzenie RPG dla standardowej ilości graczy po prostu nie będzie się ludziom opłacało. Jak to się odbije na ilości sesji RPG w przyszłym roku – będzie trzeba poczekać i sprawdzić, ja rozumiem, że ogranizatorzy chcą zapewnić jak największej ilości uczestników rozrywkę jak najmniejszym kosztem, ale przez to doprowadzą do bardzo wyspecjalizowanego programu, który powiedzmy szczerze nie będzie dla wszystkich.
Widziałem masę sesji RPG które MG prowadzili dla 7-10 graczy, raczej z wiadomych powodów.
Następnym ssącym punktem jest centrum konwentowe w Columbus w którym dywany prawdę powiedziawszy śmierdzą jakby wyszczały się na nie koty – co nie napawa nikogo do podróżowania w te i wewte (a trzeba chodzić dużo, szczególnie jeżeli nie interesuje was wyłącznie jedna gałąź programu). Sytuacja zapachowa w samych salach gdzie odbywają się punkty programu jest OK.
Sala wystawowa to szczerze powiedziawszy śmiech na sali. Brak jakichkolwiek stoisk większych wydawców, ani WOTC, ani WizKidsów. Brak sklepów z przecenionymi starymi systemami za rozsądną cenę, ogólnie nuda i łażenie po niej nie napawa uczestników chęcią pozbycia się ich ciężko zarobionych dolarów. Ale my o tym wiemy od lat – Origins to nie jest konwent do sprzedawania ani kupowania, tylko do grania. Ciekawe co się stanie z tym graniem jak wypędzą wszystkie mniejsze RPGi

Origins Award, która z roku na rok staje się coraz większa karykaturą samej siebie - zaściankowym konkursem popularności na konwencie (co ogólnie nie jest niczym złym), ale ewidentnie i w tym roku widać było że panowie od Eclipse Phase wiedzieli jak nakłonić ludzi do głosowania ni ich produkt. Jeśli mnie pamięć nie myli w tym roku oddano troszkę ponad 450 głosów (przynajmniej tak twierdził Paul Tevis – przewodniczący kapituły konkursu), co zależnie od tego ilu uczestników miała impreza (dwa tysiące - według ludzi którzy na nią przybyli – co daje 25% frekwencję - całkiem sporo), lub ponad 5 tysięcy jak zarzekają się organizatorzy – w tym wypadku pokazało by to brak zainteresowania samą nagrodą. Dodam tylko, że Paul również ze swojego prestiżowego stanowiska w tym roku zrezygnował – bo doszło do tego że głosy do sobotniego popołudnia liczył sam, jak na przewodniczącego kapituły przystało.

No i na koniec zostają gigantyczne problemy z samymi organizatorami i wolontariuszami, którzy zamiast pomagać uczestnikom programu – odsyłają was do swoich przełożonych, po czym wracają do niezwykle ważnych konwersacji ze swymi znajomymi. Do tego człowiek już przywykł, ale w tym, roku pojechałem na PAX East i tam widać było, że nawet wolontariusze mogą służyć pomocą uczestnikom na każdym kroku – w imię zasady nasz klient nasz pan – porównując ich z ludźmi, którzy śmią się zwać orgami na Originsie to niebo a ziemia. Widać, że można inaczej, tylko nie wydaje mi się że komukolwiek będzie się chciało cokolwiek zmienić, szkoda bo szczerze powiedziawszy na PAX East żadnego z powyższych problemów nie mieliśmy, ale może to dlatego, że to konwent ludzi od „komputerówek i konsolówek”.
Mniej narzekania będzie w kolejnej części "Co nie ssało na Orinisie 2010".








Unregistered user # Thursday, July 8, 2010 5:28:58 PM
Radek DrozdalskiDrozdal # Sunday, July 11, 2010 11:02:37 PM