Origins 2010 (co nie ssało)
Sunday, July 11, 2010 6:22:10 PM
W pierwszej części ponarzekałem (głównie na organizatorów), więc teraz pora podzielić się tym, co nie ssało na tegorocznym OriginsieMoże zabrzmieć to śmiesznie, ale rozmiar sali wystawowej i brak wielkich tego świata jest również zaletą. Średniej wielkości konwenty mają to do siebie, ze przyciągają ludzi i wydawców, których nie stać na stoisko na GenConie. Moim osobistym tegorocznym faworytem jest Legerdemain - komputerowa gra rougelike, do pobrania za darmo, lub do nabycia w wersji deluxe na stronie autora. Za dwadzieścia dolarów, dostałem dysk z trzeba wersjami gry (Win, Mac oraz Linux) i dodatkowo ponad 300 stronicowy clue-book (ludzie, którzy grali we wczesne CRPGi z SSI wiedzą doskonale o co chodzi). Po prostu nie mogłem przejść obok tego produktu obojętnie, dodam jeszcze, że autorem wszystkiego jest jedna osoba.
Nagrodę Heartbreakera roku 2010 na Orginsie bezsprzecznie zgarnia system „Archetype” (chyba tak się nazywał, nie pamiętam, możliwe, że była to nazwa wydawnictwa, niestety nie jestem w stanie znaleźć żadnych bliższych informacji na jego temat – ponieważ 99% dyskusji o grach fabularnych po angielsku zawiera słowo Archetype). Z tego co pamiętam, to kolejny świat chyli się ku upadkowi, a gracze mmuszą go uratować. A ratują go dzięki dziesiątkom tabel z bronią.
Co do RPG'ów. Zagrałem w Danger Patrol, grę która pewnie nigdy nie zostanie ukończona
Mimo dość dużych dziur w mechanice i masie niedopowiedzeń grało się nam (czterem osobom + MG) całkiem miło. Danger Patrol to pulp, ale taki bardziej wesoły, gdzie podróżuje się jako członek naszego patrolu poprzez odmęty naszego układu słonecznego i ratuje niewinnych od losu gorszego od śmierci. Gra łączy elementy planszowej gry bitewnej (markery, improwizowana mapa, lokacje, po których można podróżować podczas konfliktu), i gry fabularnej (chociaż w naszych materiałach playtestowych, elementy fabularne nie były jeszcze dotarte, więc gra w sumie ogniskowała się na walce
Dobrze spędzone cztery godziny.Na Originsie miała premierę Dresden Files RPG. Dwa podręczniki za $90 + tax. To chyba cena na lepsze czasy
Ale zapewne się sprzeda, bo amatorów tego settingu nie brakuje, szczególnie po tym jak dowiedziałem się, że wydawca ma zaklepane 1000 kopii podręczników w przedsprzedaży. Miałem masę czasu na poszwędanie się po terenie konwentu i na podglądanie innych podczas grania. Wychodzi na to, że DnD wciąż jest na topie, zaskakująco masa ludzi wciąż gra w 3.5.
Szkoda kapkę że wraz z taniejącymi laptopami, stały się one nieodzowną „pomocą” podczas sesji (i nie tylko). Mało tego, ludzie zaczynają przywozić ze sobą rzutniki aby wyświetlać na ścianie mapy i tym podobne sprawy. Wydaje mi się, że jest nawet specjalna gałąź firm zajmujących się opracowywaniem oprogramowania, które ma za zadanie wizualne śledzenia walk na sesjach, wraz z mapami, żetonami i nawet mechaniką (stąd pewnie wciąż popularność 3.5). Doskonale rozumiem tą „innowację”, podobnie jak i dema powierzchni dotykowych, które przeznaczone są go grania w DnD.
Niestety, możliwe że jestem staroświecki, ale wygląda mi, że nie ważne jak zaawansowana dzisiejsza technologia by nie była, wszystko to szybciej można rozwiązać bez używania komputerów, rzutników i całego tego tałatajstwa. Akt turlania kością ma w sobie coś magicznego (a może i nawet świecko-codziennego), zastąpienie go kliknięciem myszą wygląda na swoiste świętokradztwo, a używanie samych komputerów to doskonały sposób na rozproszenie uwagi uczestników sesji. Jak coś świeci i miga to ludzie będą na to spoglądać, nie ma innego wyjścia.
Mimo olewania sekcji RPG przez organizatorów Mike Miller i jego żona Kat odwalili (ponownie) kawał ogromnej roboty prowadząc masę sesji. BW Crew poprowadziła około 8 gier, do tego doszła sesja czy dwie Free Marketu, trzy prelekcje i Action Castle/Jungle Adventure/Spooky Manor.
I na koniec sprawa najważniejsza – ludzie. Origins to rok rocznie szansa na zobaczenie znajomych, których szczerze widuje się raz, dwa razy w roku. Zawsze jednak jest okazja na nawiązanie nowych znajomości, i nareszcie nawiązanie kontaktu z ludźmi wcześniej jedynie znanymi z sieci. Dzięki uprzejmości poznanych ludzi i nieuprzejmości naszej linii lotniczej, która odwołała lot powrotny zmuszając nas do przenocowania się w Columbus podczas burzy dziesięciolecia. Znaleźliśmy dach nad głową, ciepłą strawę i miło spędziliśmy dodatkowy niezaplanowany wieczór. A mówią że fani gier fabularnych to socjopatyczna gromada dziwolągów (oczywiście tych na konwencie tez nie brakowało)

A i warto dodać na zakończenie, że Origins ma o niebo lepsze jadło, niż to czym stara się nas raczyć Gencon. I nie mam tutaj na myślu Food Courtu (gdzie wszystko pływa w przepalonym oleju) w hali konwentowej, Columbus ma masę fajnych restauracji do których spokojnie moża w parę minut dotrzeć na piechotę.
PS. Jason Morningstar po raz kolejny nakręcił "One Cool Thing i Saw at..." Origins 2010 edition (gdzie ja i moi znajomi jak zawsze mamy problemy ze złożeniem kilku słów do kupy).








Artur „Jurgi” JurgawkaJurgi # Sunday, July 11, 2010 8:35:40 PM
Radek DrozdalskiDrozdal # Sunday, July 11, 2010 9:33:56 PM
A i panu przy okazji pora podziękować za sprawozdania z polskiej sceny politycznej, bo ja już nie mam siły tego śledzić