Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

Grota Drozdala

uwaga niski sufit

Posts tagged with "książki"

Saga o wiedźminie...

,

...niech przeminie. Nie dałem rady zdzierżyć. Gdybym może czytał sagę o wiedźminie jako nastolatek i świeżo upieczony fan remake'ów opowieści o Conanie ksiażka przykułaby moją uwagę. Teraz dobrnąłem do jednej trzeciej pierwszego tomu, gdzie wszyscy zbierają się w kaer Moher (czy jak to zwał) i żyły sobie wypruwam. Postacie oraz opisy może i naturalistyczne, ale po Kresie cięzko mnie juz czymkolwiek zaskoczyć. CAła saga zapowiada się na kolejny chosen one story i niestety nie zamierzam walczyć ze zniechęceniem, aby skończyć część pierwszą. Pamiętam zbiór opowiadań o wiedźminie, które czytałem lata temu - Ostatnie Życzenie czy coś w sym stylu - krótka forma bardzo mi opdpowiadała. Cykle fantasy rządza się własnymi prawami i pewnie dlatego ciągła ekspozycja i opisy (podobny miałem problem po wierwszym tomie Koła Czasu Jordana) po prostu nakładniały mnie do wypruwania sobie żył (czytając). Dialogi jakies takie dziwne, ciągłe granie na uczuciach, możliwe, że to i bohaterowie, do których polubienia nie byłem w stanie się przemóc pogrążyło próbę zgłębienia sagi ostatecznie.

Ludzie pieją w zachwytach nad sagą, mnie bardziej podchodzili Bozi Wojownicy i cała trylogia Husycka, której nie skończyłem.

Nie przeczą, że Saga może mieć jaks urok, przecież nie dotarłem do jej końca, ale aktualnie nie mam wystarczającej ilości wolnego czasu i samozaparcia aby czytać ksiażki, które po prostu mi nie podchodzą.

Eugeniusz Dębski - O włos od Piwa (Fabryka Słów)

,

Idąc za namową Deckarda podczas mojej ostatniej wizyty w Polsce zakupiłem tyle ile mi się tylko udało znaleźć książek Eugeniusza Dębskiego. Łukasz wspominał, że niczego sobie, a ja ostatnią przezemnie zglębianą czysto polską fantastyką był cykl o łowcy czarownic Mordimierze Piekary. Muszę się przyznać, że na początku mnie on zauroczył, ale w miarę czytania (3 z 4 tomów) powoli wszystko zaczęło mi wydawać się pisane na jedno kopyto. Do tego doszlo calkowite rozgorycznie z zakończeniem czwartego tomu (po jaki chuj używać deus ex-machina aby ratować swojego bohatera, z którego śmiercią czytelnik (znany również jako niżej podpisany) pogodził się jakieś 200 stron wcześniej? Aby napisać kolejne X tomów, oj panie Jacku nie ładnie :wink:)

Wracając do Dębskiego...jego opowiadania o przygodach Xameleona Holendyka i jego wierneg drucha Cardona czyta sie szybko i przyjemnie. "O włos od piwa" rozpoczyna pastiż iście wiedźmiński, który pozwala czytelnikowi zapoznać się ze talentami Xameleona, niestety nie jest to literatura najwyższych lotów. Natomiast druga mini-nowelka "O włos od serca" jest dla mnie perełką jasno świeciącą na tle firmanentu opowiadań, które znalazły się na kartach książki. Prawie do samego końca trudno jest powiedzieć o czym to opowiadanie na prawdę jest..znajdują się w nim jakieś flashbacki, urywki "origin story", historia dwójki młodych dzieciaków, wyprawa do magicznej krainy po zużyty czar oraz, ale nie nie będę zdradzać najważniejszego. Jeżeli nie macie czasu przecyztać całego tomu, skupcie się tylko na tym tekście - to mi się na prawdę podoba - pan Dębski nie uważa swoich czytelników za idotów, którym należy wszystko tłymaczyć i na każdym kroku wyjaśniać - pozwala nam zagłębić się w hisorię i użyć własnych szarych komórek do rozkminienia zagadki. Kolejne 4 opowiadania to już raczej dodatek do "O włos od serca". "Niepotrzebna Twierdza" posiada bardzo fajne, treściwe i nie ściemniackie zakończenie - jak widać nie trzeba przez 30 stron opisywać czegoś co można podsumować dwoma zdaniami :smile: "Hoża Młynarka" to dla mnie wariacja na temat prezentu sprawionego swojemu najserdeczniejszemu przyjecielowi / przyjaciółce wstylu iście fantasy. W "Dziewczynie ze snu" autor dodaje troszkę głębi postaci Cardona a "Z powodu picia podłego piwa" jest dla mnie najsłabszym opowiadaniem (ale jak zawsze sposób podejści do 'problemu" przez bohaterów nader ciekawy), może jednak komuś się spodoba.

Podsumowująć Eugeniusz Dębski pisze fajnie i niesztampowo. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że dość oryginalnie - nir odkrywa się tutaj nowej ameryki, książka to czytadlo bez "glębi", ale autor nie wysila się na głębię. Jego celem jest rozerwanie czytelnika i to mu sie pryznajmniej w moim pryzpadku udało znakomicie. Więcej takiej lekkiej fantastyki, gdzie główni bohaterowie nie są bez skazy i nie wychodza obronna ręką ze wszystkich tarapatów.

Warren Ellis - Crooked Little Vein [2007]

John Wick powiedział mi kiedyś, że ksiażkę można ocenić po pierwszym zdaniu. Dobre ksiazki i autorzy, kórym zależy na czytelnikach wiedzą jak zacząć aby przukuć uwagę czytelnika, oczarowac go i zmusić do czytania. Oczywiście John mówił mi to mając na myśli własną książkę - No Loyal Knight (tutaj znajduje się pierwszy rozdział).

A tak prezentuje się pierwsze zdanie inaugurujące Crooked Little Vein:

I opened my eyes to see the rat taking a piss in my coffe mug.


Nazwisko Warrena Ellisa jest wszyskim chyba w miarę dobrze znane. Każdy słyszał o Transmetropolitan, albo Hellblazerze - do ktore to Waren przez pewien okres czasu pisał. Teraz próbuje swoich sił w ksiazkowym medium. Z całkiem dobrym efektem musze powiedzieć, chociaz nie dla wszystkich.

Crooked Little Vein opowiada historię Mikea McGilla nowojorskiego przywatnego detektywa wyposarzonego w unikatowy dar - ja to sam określa jest magnesem na całe gówno otaczającego nas świata. Gdziekolwiek by się nie znalazł, można oczekiwać że podażą za nim albo kłopoty, albo będzie mu dane spotkac najdziwniejszych i najbardzie pooranych ludzi w okolicy.

Ksiażka pisana jest w pierwszej osobie z punktu widzenia Mike'a. Na myśl przychodzą nior'owe kryminały Chandlera połączone z okultyzmem i dziwactwami świata współczenego. Sam autor przyznaje się bez bicia, że podczas pisania posiłkował się stronami takimi jak Die Puny Humans, które zbierają informacje na temat tych barfdziej wykręconych wydarzeń dziejących się na świecie. Autor posiada lekki styl, okraszony ogromną doza czarnego humoru. Lekkość pióra powala i sprawia, że w miarę krótką ksiązkę dosłownie pożera się wzrokiem.

Akcja toczy się w dniu dzisiejszym, na poczatku wydawało mi się że czytam kolejny suplement do Unknown Armies, ale im głębiej człowiek wchodzi w lekturę, tym mniej napotyka się wydarzeń paranormalnych i wszystko skupia się na ciemniejszej stronie duszy człwoieka.

Akcja, jak to w ksiązce o prywatnych detektywach bywa obraca się wokoło zlecenia, danego Mikeowi przez oficjela z Białego Domu - ma on za zadanie odlaleść zagioniony w latach 50-tych (Nixon zostawił go w burdelu) manuskrypt zawierający "tajną" i zapasową konstytycje Stanów Zjednoczonych. Dokument ten według zleceniodawcy zadziała jako katalizator dla odnowy moralnej "Krainy wolności" i wprowadzi Amrykę na droge ku świetleje przyszłości. W pracy pomaga mu przypadkowo spotkana dziewczyna Trixi, piszaca doktorat na temat sexualnych fetyszy...więcej nie powiem bo nie zamierzam psuć zabawy.

Ellis jak to na anglika przystało doskonale wykorzystuje nadarzającą się okazję na podzielenie się z czytelnikiem jego spostrzeżeniami na temat współczesnego społeczeństwa. Jego główną tezą jest to - że z chwilą gdy coś staje się dostępne w internecie przeradza się mainstream. Oczywiście znaczy to, że "underground" staje się niczym zagrozony wymarciem gatunek zwierzęcia.

I jeszcze jedna sprawa. Wspomniałem, ze książka nie jest dla wszystkich - niektóre "praktyki" na które natrafiają Max i Trix podczas poszukiwań woluminu mogą być delikatnie mówiać "niepokojące" i "niesmaczne". Ostrzegałem, bo zastanówcie się co może w erze internetu i świetle tezy Ellisa być "undergroundowe". Zapewne coś niezbyt smacznego dla szarego odbiorcy :wink:

Jeżeli nie jestescie zbyt przewrażliwieni na punkcie ludzkich "dweiacji" (albo eksperymentów - zaleznie z której strony się patrzy) to przecyztać warto.

William Gibson - Spook Country [2007]

, ,

Williama Gibsona nie trzeba nikomu raczej przedstawiać. Po dwóch trylogiach (Ciągu i Mostu) autor zmienił styl i do dziś podaża wytyczonym przez Pattern Recognition kursem - nazwijmy go post-cyberpunkowym realizmem dnia dzisiejszego.

Spook Country jest o wiele bardziej "przyziemny", od swojej poprzedniczki, akcja raczej wolno nabiera tempa, a sama zagadka staje się jasna na kilkudziesięciu (z 370) ostatnich stronach. Nie zrozumcie mnie źle nie uważam tego w żadnym wypadku za wadę - lubie gdy czytelnik wraz z bohaterami powoli rozwikłuje tejamnice zawarte na kartach powieści (ale oczywiście jest w o wiele od nich lapszej sytuacji - bo zna punkt widzienia wszystkich zainteresowanych stron).

Jak to u Gibsona bywa akcja powieści obraca się wokoło kilku pozornie nie związanych ze sobą grup, które autor dość wyrywkowo z poczatku opisuje następnie splatając ich losy ze soba w niezbyt przewidywalny sposób. Bohaterów jest wielu, ale główni gracze to Hollis Henry ex-wokalistkę fikcyjnego zespołu Curfew, która stara się ułozżc sobie życie po "rock n' rollu" próbujac pisaą dla tajemniczego magazynu o kluturze technologii - Node. Jest Tito - młody chłopak pochodzacy z kuby, a zatrudniony przez swoich kuzynów jako kurier przekazujący z informacje zapisane na dyskach twardych ipodów. Jest i w końcu Milgrim - narkoman znający Volapük i rusycysta, "zwerbowany" jako tłumacz przez agenta Browna będacego na tropie ludzi wykorzystujących talenty Tito.

A w tle - ameryka roku 2005, post 9/11, nowoczesna technologia szpiegowska, tajne schadzki w parkach, nowe trendy w sztuce, zakazane zaułki nowego jorku, czyste i bezpieczne vancouver, doskonałe opisy Nowojorskiego Chinatowan, Downtown i Union Square oraz powrót znanego z Pattern Recognition Hubertusa Bigenda, właściciela viram-markettingowej agencji Blue Ant.

Nie zabraknie doskonałych Gibsonowskich porównań (pamiętacie jeszcze pierwsze zdanie Neuromancera? "The sky above the port was the color of television, tuned to a dead channel"), autor cały wciąż rozwija ten swój znak rozpoznawczy - czysta przyjemnośc czytania.

O fabule nie chce zbyt wiele pisać, bo nie zamierzam nikomu psuć zabawy ale warto czytając znajdowac się gdzieś blisko komputera - Wikipedia nie raz okazała się niezwykle pomocna w odpowiedzi na nurtujace mnie podczas lektury pytania (ale taka sama sprawa miałe miejsce podczas lektury Pattern Recognition).

Po ta ksiażke warto sięgnąć nie tylko będąc fanem Gibsona albo cyberpunku, to doskonała lektura, która zmusi nas do myślenia - narracja prowadzona jest z punktu widzenia nie zawsze bystrych boheterów, którym wiele rzeczy może umknąć i trzeba się samemu pilnować.

Polecam.

I na koniec ciekawostka - fanowie Spook Country załozyli zboga o znajomo brzmiącej nazwie Node Magazine, gdzie wspólnie publikują "nieautoryzowane" historie ze świata powieści jak i informacje na temat recenzji i szumu medialnego wokoło ksiazki.

I jeszcze jedno - warto poprzeglądac sobie stronę internetową Wired Magzine na którym to Hubertus Bigend starał się wzorować Node, ale samemu opisywał on Node w iście Bigendowski sposób "Node to taki europejski Wired, ale całkowicie inny" :smile:

Szit, virale nigdy sie nie kończą - jest jeszcze coś takiego jak Node Project.

Internetowe zło największe.

, , , ...



Telewizje nieustannie trąbia o piractwie internetowym, wielkie koncerny załamują ręce, policja odfajkowuje kolejne błyskotliwe akcje których bohaterami są albo nastolatkowie zbyt zapuszczeni w rozwoju aby sciągać materiał z czegoś innego niż hub DC++ kolegi (halo torrenty?), albo panie ze stadionu parające się upłynnianiem piracko tłoczonych na masę za naszą wschodnią granicą (i założę się, że i u nas też) DVD.

Muzycy narzekają na to, że rozpowszechniane są ich mp3 (oczy wiście to najlepsza forma promoocji - nie od dzisiaj wiadomo, że ze sprzedaży płyt się nie wyżyje bądąc średnio-popularnym artystom, kasa leży w graniu na żywo i sprzedawaniu merchu). DRM to śmiech więcej rzeczy pieprzy niż reguluje..

Dystrybutorzy, że ich filmy udostępniane są w sieci jeszcze przed premierą (co dlaczego tak długo zwlekaliście z wprowadzeniem filmów do kin).

Cała gałąź porno nie narzeka, bo nie ma na co. Piracone filmy, lewe kody do płatnych stron, dzielenie się fotkami z sesjami roznegliżowanych pań i panów to kropla w morzu ich przychodów, więc po co wogóle sobie jakimiś nastolatkami z kraju, który nawet nie wiem gdzie leży na mapie, dupę zawracać - on i tak by nie kupił naszego filmu, a tak przynajmniej będzie nasza markę dobrze konarzył :D

Z softem jest inaczej. Soft jest najczęściej drogi i małolaty kasy na niego nie chcą odkładać. Oczywiście istnieje masa darmowych programów - alternatym, cała gama konfugurowalnych systemów operacyjnych czekających jedynie na to aby je ściągnąć (i legion ludzi skorych do pomocy, gdybyś już się zdecydował i przypadkiem potrzebował pomocy). Soft mam w pracy i w sumie co w pracy to w domu :D. Ale rozumiem ból publishera, gdy cały jego pakiet można zakupić na ulicy za kilkanaście zeta za DVD. Piractwo softowe jest tak stare jak stary jest internet i tego raczej już nikt nie zmieni.

Dalej gry komputerowe - mnie one już nie interesują, ale nie dziwię się, że jeśli wypuszczasz średni produkt, ludź najpierw sobie go zassa z sieci aby wypróbować. Ja jak jeszcze gry kupowałem po wypróbowaniu zakupywałem jak mi się podobała, ale w dobie gamefaqs to już nawet instrukcji nie potrzeba bo internauci piszą lepsze porady niż niejeden wydawca zawiera w swoich bajerancji wyglądających książeczkach.

Wydawnictwa internetowe w PDF, podręczniki do RPG (bo to mnie aktualnie interesuje), magi i to całe tałatajstwo mające na celu "oszczedzanie papieru" (a w sumie sprowadza się to do wyciągnięcia od nas jeszcze większej kasy - szczególnnie gdy jedzie się na nostalgii i naiwności ludzi oraz tęsknoty do "starych dobrych czasów" i w PDF wypuszcza się reedycje podręczników sprzed pietnastu lub nawet więcej lat - dodaję, że totajnie chujowo zeskanowanych, bo naście lat temu skład komputerowy równał się edytorowi tag). Potem dochodzi zabezpieczanie PDF'ów przed rozpowszechanianiem znakami wodnymi, ;ud ciągiem tekstu z imieniem i nazwiskiem kupującego. Heh, zdjęcie tych zabzpieczeń to mniej niż minuta dla ludzi wiedzćcych co robią i oznacza to, że jak zakupi dany podręcznik jedna osoba - to tak jakby wypuszczono go za damo w sieć (tak się na przykład stało z Game of Thrones PDF - sprzedano chyna 39 sztuk, do czasu aż ktoś to na sieć wrzucił). Jaki z tego morał? NIe wypuszczać rzeczy w PDF, jak nie chesz aby wszyscy iraz twoja ciotka zassali to za darmo z sieci. Pozatym, PDF'ów się nie czyta, bo papier fajniejszy, no można jakieś magi poczytać, pooglądać zdjęcia, albo książek jako reference material poużywać, bo łatwiej poszukać tekstu w PDF niż wertując strony. Więc jednym słowem - zabezpieczenia cyfrowych publikacji to kupa (chyba że są szyfrowane i klucz udostępnia się przaez sieć, ale minusem tego rozwiązania jest obowiązek bycia podłączonym do sieci jak chcemy coś sobie poczytać)..

Cały świat stanął na głowie i z mojego punktu widzenia Ci, którzy stoją na straży "prawa" (a raczej wpływów korporacji) gówno robią aby ten proceder ukrócić? Skąd to wiem? Ano już śpieszę z wyjaśnieniami.

Jest jedna gałąź multimedialnego światka, która radzi sobie w miarę dobrze z ovhroną swego mienia. A są nimi biura opracowujące fonty komputerowe. Oni są wyjątkiem od reguły. Oni starają się wszystkimi sposobami na zdjęcie nielegalnie rozpowszechnianych fontów ich autorstwa ze stron oferujących takie usługi. Jak to robią?

Na pewno nie zabiegają o pomoc policji, FBA czy jakiś innych superorganizacji, które pobrałyby od nich kasę i następnie się na nich wypięły. Onie robią wszystko samemu (albo wynajmują do tego jakieś małe firmy). Dlaczego samemu? Bo to skrypty automatyczne nie działają, znaczy nikt ich nie bierze na poważnie. Dlatego, gdy tylko jakiś pan podzieli się rodziną fontów, które zakupił za grube setki dolarów, panowie z firmy opracowującej fonty, kontaktują się ze stroną hostującą plik i plik jest zdejmowany szbciutko (bo jest o wiele bardziej prawdopodobne, że firmą hostującą beknie szybciej niż jakiś użyszkodnik a i od tek firmy wysoką grzywnę będzie łatwiej wydębić).

Więc fonto-designerzy albo sami odwuedzają prawie non stop strony, które hostują fonty sprawdzając co zostało tam zapostowane (w erze feedów i kanałów RSS to na prawdę nie jest problem, bo strony hostujące muszą być na czasie), albo outsourceują to na przyukłąd do chin, bo tanio jak cholera.

I tak wracamy w tył kilka dziesięcioleci. Jak za dobrycz czasów gdy hulała prohibicja - polisja może sobie potrząsać pałką i groźnie spoglądać spode łba, ale dopóki nie wpadnie na melinię i nie rozwali własnoręzcnie zmagazynowanych tam pokładów alkoholu - tak długo meliny będą prosperować. Bo gróźb na prawdę mało kto się boi, a sprawy jak wszyscy wiemy najlepiej na parwdę łatwiej wziąść we własne ręce. Wtedy mamy pewność, że jak coś nie zostanie zdjęte z sieci - to będzie to jedynie nasza wina ;D

PS. Oczywiście strony hostujące warezy znajdują się w krajach, które prawo autorskie traktują z przymróżeniem oka, lae to panów od fontów nie powstrzymało. Warto sobie wziąść ich model do serca, albo machnąc na rozpowszechnianie naszej własności intelektualniej w sieci ręką, lub wcale jej ne sieć nie wrzucać.

Do poczytania...

, ,

Miało być znowu o muzyce, ale o muzyce za dużo ostatnio piszę. Tak więc książki. Dwa dni temu ukazała się nowa pozycja William Gibsona - Spook Country, jak donosi on na swoim blogu (wpis z siódmego września) - niektóre księgarnie zaczęły sprzedawać książkę przedpremierowo (bo zchodzi jak ciepłe bułeczki, ale nie tak szybko jak nowe tomiszcze o przygodach HP - przygody dziecka z "różdzką", które już w sumie [chyba[ dzieckiem nie jest schodzą niczym woda po pociągnieciu spłuczki w toalecie). Jeszcze nie udało mi się (a raczej nie chciało mi się) zamówić nowego Gibsona z Amazona (bo taniej i do rumu). Poczekam chwilkę, nadgonię zaległości czytelnicze i razem ze Spook Country wyłuskam nową książkę Warrena Ellisa (tak tego od komiksów dla dorosłych) Crooked Little Vein a przy okazji dodam jeszcze do miksu najnowsza pozycję z Tashen'a ]Logo Design Now!.

A w międzyczasie pozostaje mi odasłać was (i zarazem siebie) bo dziadka Cyberpunku - Bruce'a Sterlinga i jego darmowej udostępnionej na sieci (a jakże!) THE HACKER CRACKDOWN - Law and Disorder on the Electronic Frontier. Książka ma ponad 13 lat, ale zapewne warto...

Na obrazku obok Sterling we własnej osobie, wybrałem to zdjęcie bo wygląda on na nim jak nieodżałowany Bill Hicks, ale o Billu porozmawiamy przy innej okazji.

Spook Country

,

Jeszcze ponad dwa i pół miesiąca przyjdzie nam czekac na premiere nowej książki Williama Gibsona Spook Country. Dla tych, którzy śledza wydarzenia na bieżąco, nie będzie to żadna nowość, ale na stronie domowej autora pojawiła się niedawno możliwość zamawiania pozycji w przedsprzedaży. I co ciekawe tutaj znajdziecie tak zwany video teaser, w którym Gibson przybliża przyszłym czytelnikom to, czego będzie można się po książce spodziewać (na przykład dowiemy się do czego bohaterowie powieści uzywają iPOD'ów).

Mnie najbardziej rajcuje fakt, że to na naszych barkach będzie przez prawie całą lekturę ciążył obowiązek śledzienia akcji, składania poszlak do kupy i próba odgadnięcia tego co tak na prawdę kryje się za kotarą rzeczywistości. Pattern Recognition była doskonałą lekturą i wszystko wskazuje na to że Spook Country będzie jej godną następczynią.

Octavo

,

Pare dni temu wspomnialem o ksiazkach, ktore warto miec dla samego mienia, dzisiaj bedzie o takich, ktorych (w orginale) nie bedzie anm dane posiadac (a nawet I poglaskac) nigdy. Mowa o antykach, bialych krukach i tym podobnych sprawach, ktore ukazaly sie drukiem (a czasem i byly pisane recznie) na dlugo przed XVII wiekiem.
Co wiec uczynic, aby dotac choc namiastke takeigo woluminu? Tutaj z pomoca przychodzi cyfrowe wydawnictwo Octavo, ktore to publikuje w formacie PDF woluminy wyzej wymienionego typu. Ale nie poprzestaja jedynie na wiernym odwzorowaniu / zeskanowaniu , sforografowaniu poszczegolnych stron I zlozeniu tego do kupy. Ida o krok dalej i oferuja przecietnemu Kowalskiemu dostep do unikatorych pozycji litertatury przelozonych na jezyk Szekspira, poniewaz jak chyba kazdy sie orientuje we wspolczesnym swiecie odsetek ludzi plynnie poslugujacych sie antyczna greka, lacina, aalbo nawet I starodawnym jezykiem niemieckim jest znikomy, a to niestety byly jezyki uzywane “oficjalnie” przez uczonych wiekow srednich oraz renesansu.
Ponizej omowie na przykladzie jak taka dana pozycja wydana przez Octavo wyglada w praktyce, lub jak kto woli w praniu.Pare tygodni nabylem droga kupna De Symmetria Humanorum Corpum and Underweysung der Messung Albrechta Dürera, ktorego nazwisko raczej niewliele przecietnemu czlowiekowi powie, ale na potrzeby rtego wpisu mozna wspomniec, z epodobnie jak Leonardo Da Vinci byl on zafactynowany matematyka, proporcjami, zajmowal sie rzezba oraz rysunkiem technizcnym. Wracajac do tematu Symmetria to jak powiedzielibysmy dzisiaj podrecznik do nauki (a raczej stadium) rysowania proporcjnalnego, wypelniony po brzegi doskonalymi rycinami autora (jak to jest w przypadku starszych ksiazek, wszystkie ilustracje to drzeworyty), obrazujacymi roznorakie techniki oraz sztuczki uzywane podczas rysowania perspektywy, swietne (rozrysowane) studium c7 modeli ciala ludzkiego a nawet autor zdradzi nam podstawy matematki oraz geometrii niezbednych do przyswojenia materialu zawartego na stronach ksiegi.
Jak juz bylo zaznaczone wczesniej dostajemu plik PDF (o wielkosci ponad 600 MB), zawierajacy reprodukcje wszystkich stron dziela, wraz z okladkami, i nieregularnymi (harmonijkowato rozkladajacymi sie) stronicami. Wszysto to (wydaje mi sie) zostalo sfotografowane cyfrowo, a sam plik pozwana nam na czterokrotne powiekszenia, bez utraty jakosci reprodukcji. Ponadto dostajemy eseje samym artyscie, historie powstania manuskryptu, errate do bledow znajdujacych sie na stronach ksiazki (na przyklad wg. Druera liczba pi wynosila 3 I 7/9, oraz twierdzail on ze jedynie jeden przekroj elipsy jest symetryczny :D), oraz o czym juz wspominalem plik zawiera samo tlumaczenie . Ludzie odpowiedzialni za przeklad odwalili kawal doskonalej roboty, zawartosc nie tylko jest przelozona, ale rowniez zachowany jest typograficzny rozklad tekstu (tak wiec sprawdzajac strone w orginale, ten sam tekst pojawi sie na stronie przekladu, wraz z towarzyszacymi mu ilustrqacjami., a sprytne numerowanie stron (na ktore format PDF pozwala) i doskonaly system ksiazkowych zakladek, pozwoli bez problemu przechodzic miedzy strona z tlumaczeniem a jej odpowiednikiem w orginale. Pierwszorzedna robota.
To nie wszystko, wsrod esejow o historii i genezie powstania dziela znajdziemy wiele anegdot dotyczacych owczesnego pisania prac naukowych. Dowiem suie na przyklad dla czego autor uzywal co poniekiedy slow z antycznej greki zamiast po prosty uzyc laciny, lub tez jego rodzinnego jezyka niemieckiego
Aha I rzecz warta wspomnienia na koniec – tlumaczenie bazuje na wersji lacinskiej (w jej pierwszym wydaniu), orginal byl napisany po niemiecku, ale dzieki kunsztowi tlumacza, oraz jego wspolczesnych kolegow mozemy byc pewni ze nic nam nie ucieknie,.
Co do samej ksiazki, to ktos moze sie zapytsac, a po co mi to? Wlasnie – jezeli kogos nie interesuja takie antyki, moze spokojnie dac sobie spokoj I nie odwiedzac strony Octavo, ale domorozly bibliofil-amator znajdzie tu o wiele wiecej informacji niz moglby sobie wymaqrzyc, a to wszystko za jedyne $40, w przypadku tej pozycji oczywiscie. Octavo ma w swojej ofercie ksiazki tansze oraz drozsze od Symmetrii, znajdziemy tam nawet “O obrotach cial niebieskich” Kopernika, a takze doskonaly traktat o typografi i druku Bodoniego (tak tego samego, ktory opracowal czczionke sygnowana jego nazwiskiem). Ci ktorych rusza Biologia, albo poezja I inne nauki scisle takze znajda cos dla siebie w ciagle rozwijajacej sie ofercie Octavo.
EDIT: Zapomniałem wspomnieć, że zawartośc orginałów można spokojnie poprzeglądać na stronie wydawcy, w nienajlepszej rozdzielczości, ale zawsze - chociaz człwoiek mniej więcej może zdać sobie sprawe na co właśnie zrzuca $40.

Książki, które warto mieć dla samego mienia.

Są książki i Książki, tak jak i są wydawnictwa i Wydawnictwa. Jest sobie takie Wydawnictwo co sie zwie Taschen. Zajmuje sie one wydawaniem (heh) książek o "podwyższonej jakości" (papieru i druku) dostępnych w niewygórowanych cenach (w większości przypadków). Wydawnictwo zostało założone w 1980 roku przez benedikta Taschena, który to w wieku osiemnastu lat otworzył sklep z komiksami i własnym stumpem począł wydawać katalogi sprzedazy wysyłkowej. Szybko jednak (tak około 1984 roku) doszedł do wniosku, że niedość że ceny wysokiej jakości książek o sztuce (bo niestety reprodukcje obrazów mają to do siebie, że nie prezentują się zbyt okazale na papierze toaletowym) sa iście zaporowe to jeszcze niezwykle trudno jest je dostać (wysoka cena = mniejszy nakład) i trzeba by coś z tym zrobic. Jak pomyślał tak i zrobił - prawie samodzielnie zdemoktaryzował rynek wydawniczy i począł publikowac ksiązki z reprodukcjami sygnujac je własnym nazwiskiem.

25 lat później interes nadal dobrze się kręci, a sam Benedikt rozszerzył oderte wydawniczą na książki o designie, seksie, architekturze, fotografii, pop kulturze i tym podobnych tematach.

Właśnie zakupiłem Architectual Theory (From Rainassance to th Present), bo uwielbiam czytać o architekturze i planowaniu jako takim. I oczywiście nie zawiodłem się. Po pierwsze ksiażka kosztowała 10$, wydana na kredzie, z dość twardą okładką wypełniona po brzegi kolorowymi ilustracjami średniowiecznych traktatów architektonicznych z doskonałymi nie wdającymi się w zbytnie zawiłości ich opisami. A po drugie sam design i typografia rzuca na kolana, czego chciec więcej?

Posaidam już znaczną bilioteczkę książek z Taschena, na przykład wspaniałą Alchemy & Mysticism dzięki, której dane mi było obcowac z prawdziwymi alchemicznymi traktatami, coś czegho w normanym świecie nigdy nie dałoby się zrealizować (bo nie mam ospowiednich wpływów).

Warto tez zwrócic uwage na książki o sztuce Geigera, czy też Eschera.

Na celowniku aktualnie znajduja się: Moorish Architecture, the Great Leap Forward i Devils - The Facts.

Oczywista jak napisałem wcześniej istnieje kilka pozycji, na które przenigdy nie będe mógł sobie pozwolić jak: Andreas Cellarius, Harmonia Macrocosmica i Albertus Seba. Cabinet of Natural Curiosities(ceny jeszcze w granicach niecałkiem zdrowego rozsądku się mieszczą), ale juz taki World of Ornament, czy też Hologram Gigera albo Bourgery, Atlas of Anatomy na zawsze będa poza moim zasięgiem.

Następnym razem coś więcej o książkach w PDF'ach (nie żenadnych skanach podręczników do RPG, które wyszły w latach osiemdziesiątych, bo większośc tego co oferuje Drive Thru RPG to chłam, ale o prawdziwych majstersztykach cyfrowego książkoróbstwa).

PS: I jeszcze wczoraj udało mi sie zdobyć druga część Russian Criminal Tattoo Danziga Badaleva. MOcna rzecz (ilustracje pochodzą z części pierwszej).
PS2. Shining - V Halmstad wreszcie (po rocznym poślizgu) zostanie wydany 18 kwietnia przez Osmose Production[/uel]. Czas szykowac pętlę...