Monday, 10. September 2007, 01:42:47

Telewizje nieustannie trąbia o piractwie internetowym, wielkie koncerny załamują ręce, policja odfajkowuje kolejne błyskotliwe akcje których bohaterami są albo nastolatkowie zbyt zapuszczeni w rozwoju aby sciągać materiał z czegoś innego niż hub DC++ kolegi (halo torrenty?), albo panie ze stadionu parające się upłynnianiem piracko tłoczonych na masę za naszą wschodnią granicą (i założę się, że i u nas też) DVD.
Muzycy narzekają na to, że rozpowszechniane są ich mp3 (oczy wiście to najlepsza forma promoocji - nie od dzisiaj wiadomo, że ze sprzedaży płyt się nie wyżyje bądąc średnio-popularnym artystom, kasa leży w graniu na żywo i sprzedawaniu merchu). DRM to śmiech więcej rzeczy pieprzy niż reguluje..
Dystrybutorzy, że ich filmy udostępniane są w sieci jeszcze przed premierą (co dlaczego tak długo zwlekaliście z wprowadzeniem filmów do kin).
Cała gałąź porno nie narzeka, bo nie ma na co. Piracone filmy, lewe kody do płatnych stron, dzielenie się fotkami z sesjami roznegliżowanych pań i panów to kropla w morzu ich przychodów, więc po co wogóle sobie jakimiś nastolatkami z kraju, który nawet nie wiem gdzie leży na mapie, dupę zawracać - on i tak by nie kupił naszego filmu, a tak przynajmniej będzie nasza markę dobrze konarzył

Z softem jest inaczej. Soft jest najczęściej drogi i małolaty kasy na niego nie chcą odkładać. Oczywiście istnieje masa darmowych programów - alternatym, cała gama konfugurowalnych systemów operacyjnych czekających jedynie na to aby je ściągnąć (i legion ludzi skorych do pomocy, gdybyś już się zdecydował i przypadkiem potrzebował pomocy). Soft mam w pracy i w sumie co w pracy to w domu

. Ale rozumiem ból publishera, gdy cały jego pakiet można zakupić na ulicy za kilkanaście zeta za DVD. Piractwo softowe jest tak stare jak stary jest internet i tego raczej już nikt nie zmieni.
Dalej gry komputerowe - mnie one już nie interesują, ale nie dziwię się, że jeśli wypuszczasz średni produkt, ludź najpierw sobie go zassa z sieci aby wypróbować. Ja jak jeszcze gry kupowałem po wypróbowaniu zakupywałem jak mi się podobała, ale w dobie gamefaqs to już nawet instrukcji nie potrzeba bo internauci piszą lepsze porady niż niejeden wydawca zawiera w swoich bajerancji wyglądających książeczkach.
Wydawnictwa internetowe w PDF, podręczniki do RPG (bo to mnie aktualnie interesuje), magi i to całe tałatajstwo mające na celu "oszczedzanie papieru" (a w sumie sprowadza się to do wyciągnięcia od nas jeszcze większej kasy - szczególnnie gdy jedzie się na nostalgii i naiwności ludzi oraz tęsknoty do "starych dobrych czasów" i w PDF wypuszcza się reedycje podręczników sprzed pietnastu lub nawet więcej lat - dodaję, że totajnie chujowo zeskanowanych, bo naście lat temu skład komputerowy równał się edytorowi tag). Potem dochodzi zabezpieczanie PDF'ów przed rozpowszechanianiem znakami wodnymi, ;ud ciągiem tekstu z imieniem i nazwiskiem kupującego. Heh, zdjęcie tych zabzpieczeń to mniej niż minuta dla ludzi wiedzćcych co robią i oznacza to, że jak zakupi dany podręcznik jedna osoba - to tak jakby wypuszczono go za damo w sieć (tak się na przykład stało z Game of Thrones PDF - sprzedano chyna 39 sztuk, do czasu aż ktoś to na sieć wrzucił). Jaki z tego morał? NIe wypuszczać rzeczy w PDF, jak nie chesz aby wszyscy iraz twoja ciotka zassali to za darmo z sieci. Pozatym, PDF'ów się nie czyta, bo papier fajniejszy, no można jakieś magi poczytać, pooglądać zdjęcia, albo książek jako reference material poużywać, bo łatwiej poszukać tekstu w PDF niż wertując strony. Więc jednym słowem - zabezpieczenia cyfrowych publikacji to kupa (chyba że są szyfrowane i klucz udostępnia się przaez sieć, ale minusem tego rozwiązania jest obowiązek bycia podłączonym do sieci jak chcemy coś sobie poczytać)..
Cały świat stanął na głowie i z mojego punktu widzenia Ci, którzy stoją na straży "prawa" (a raczej wpływów korporacji) gówno robią aby ten proceder ukrócić? Skąd to wiem? Ano już śpieszę z wyjaśnieniami.
Jest jedna gałąź multimedialnego światka, która radzi sobie w miarę dobrze z ovhroną swego mienia. A są nimi biura opracowujące fonty komputerowe. Oni są wyjątkiem od reguły. Oni starają się wszystkimi sposobami na zdjęcie nielegalnie rozpowszechnianych fontów ich autorstwa ze stron oferujących takie usługi. Jak to robią?
Na pewno nie zabiegają o pomoc policji, FBA czy jakiś innych superorganizacji, które pobrałyby od nich kasę i następnie się na nich wypięły. Onie robią wszystko samemu (albo wynajmują do tego jakieś małe firmy). Dlaczego samemu? Bo to skrypty automatyczne nie działają, znaczy nikt ich nie bierze na poważnie. Dlatego, gdy tylko jakiś pan podzieli się rodziną fontów, które zakupił za grube setki dolarów, panowie z firmy opracowującej fonty, kontaktują się ze stroną hostującą plik i plik jest zdejmowany szbciutko (bo jest o wiele bardziej prawdopodobne, że firmą hostującą beknie szybciej niż jakiś użyszkodnik a i od tek firmy wysoką grzywnę będzie łatwiej wydębić).
Więc fonto-designerzy albo sami odwuedzają prawie non stop strony, które hostują fonty sprawdzając co zostało tam zapostowane (w erze feedów i kanałów RSS to na prawdę nie jest problem, bo strony hostujące muszą być na czasie), albo outsourceują to na przyukłąd do chin, bo tanio jak cholera.
I tak wracamy w tył kilka dziesięcioleci. Jak za dobrycz czasów gdy hulała prohibicja - polisja może sobie potrząsać pałką i groźnie spoglądać spode łba, ale dopóki nie wpadnie na melinię i nie rozwali własnoręzcnie zmagazynowanych tam pokładów alkoholu - tak długo meliny będą prosperować. Bo gróźb na prawdę mało kto się boi, a sprawy jak wszyscy wiemy najlepiej na parwdę łatwiej wziąść we własne ręce. Wtedy mamy pewność, że jak coś nie zostanie zdjęte z sieci - to będzie to jedynie nasza wina ;D
PS. Oczywiście strony hostujące warezy znajdują się w krajach, które prawo autorskie traktują z przymróżeniem oka, lae to panów od fontów nie powstrzymało. Warto sobie wziąść ich model do serca, albo machnąc na rozpowszechnianie naszej własności intelektualniej w sieci ręką, lub wcale jej ne sieć nie wrzucać.