Friday, 21. March 2008, 04:38:13
Seji kiedyś
wspominał (a może i narzekał) na pewego wydawcę. W jego przypadku sprawa skończyła się tak, że nie był on w stanie zamówić książek - chociaż bardzo chciał - u mnie wręcz odwrotnie - nie byłem w stanie zapłacić (i nie chciałem w sumie) za otrzymany towar, ale zacznijmy od początku.
W drugiej połowie 2007 roku przeglądając archiwa
mediumbloga (lans to podstawa) natrafiłem ona wpis o
Monu darmowym magazynie o Urbaniźmie i problemach z planowaniem miast. Temat mnie interesował więć postanowiłem zamówić jeden próbny numer za pośrednictwem
Veenman Publishing - no i zaczęły się schody.
Na ich stronie wypełniłem formularz - podałem swój adres itd. itp nawet maila. I nic. Po trzech tygodniach do domu pocztą prosto z Holandii, ładnie zapakowany itd. doszedł szósty numer
Monu z jezusem na okładce. wszystko pięknie - publikacja czarno-biała papier nawet-nawet - taka kreda, ale nie za delikatn - wiadomo że mag swoje przetrzyma. W kopercie znajdował się również list od wydawcy i rachunek na 18 euro.
No i się zdziwiłem - jeszcze niedy za magazyn czarno-biały nie dane mi było zapłacić ponad 25$. Pnowie z Veenmana wycenili sobie wysyłkę na 10 eurasów - takie ich prawo w sumie, ale niestety wypełniając formularze nikt mnie nie uprzedził o cenie maga (to po pierwsze - i jak mnie pamięć nie myli na stronie domowej Monu cena oscylowała od 3 do 4 euro - tytaj skasowano mnie 6), w ogóle nikt mnie nie powiadomił o tym, że otrzymano moje zamówienie (poźniej to sobie sam wykumałęm - bo wydawało mi się, że formularz tylko służył do przekazania informacji kontaktowych).
Napisałem do wydawcy - pytając o wyjaśnienia - co i jak i dlaczego nie można u nich płacić kartą albo pay-palem - przecież mamy 21 wiek, ere informacji i technlogii itd. Po trzech e-mailach, na które pnowie Holendrzy nie raczyli mi odpowiedzieć dałem sobie spokój.
Dwa tygodnie poźniej przyszdł do mnie list od nich z groźną zawartościa - ponaglającą mnie do zapłaty oraz wyliczający konsekwencje które na mnie spadną jeżeli nie będę chciał uiścić należności (konsekwencje = 0 i puste groźby - wydawca ten nie m przedstawiciela w stanach - więc niezbyt wiele mógby mi zrobić). Wysłałem nowego maila - pytając się co i jak. Tym razem zawarlem w nim wszystkie 3 porzednie listyi wszystkie informacje, numery zamówień iwszystko inne co znalazłem w korespondencji aco mogło w jakikolwiek sposób pomóc im w rozwikłaniu tej sprawy. Ponowiłem też moje pytanie na temat kosztów wysylki oraz tego, że nie zamowiłem tego maga per-se tylko wypełniłem formularz.
Dwa miesiące ciszy - po czym kolejny list z taką samą zawartością jak poprzedni. Wkurzyłem si co niemiara. Wygarnąłem wszystk w kolejnym mailu - załączylem cała historię naszej (a rczej mojej korespondencji i zapytałem czy ktkolwiek w nich porafi czytać po angielsku.
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu odpisał mi vice-prezes - mwiąc że należnośc mogę uiścić za pomocą czeku lub money orderu. Zapyałem się czemy nie mogę przelać tej kwoty elektronicznie (bo calłkowicie poddałem sę na froncie wykumania 10 euro za koszty wysylki) - odpowiedź brzmiała bo nie.
No niezbyt ciekawie w międzyczasie rzyszedl kolejny list a ja musiałem rzygotować się do wyjazdu do polski, więc zmoczyłęm ich tak jak oni mnie zmoczyli.
Po powrocie czekały na mnie dwa listy z wydawnictwa (nikt nie kontaktowa się ze mna pocztą elektroniczną - woleli płacić 2 eurasy na znaczek). Jeden gorźny a drugi płaczliwy - w którym sam prezes się mnie pytał czemu nie płacę, oni są małym wydawnictwem itd. i każde euro to się dla nich liczy. Kapkę mnie to rozsierdzilo, bo wcześniej mi grożono, a teraz okazuje się, że wydawnictwu, które tak bardzo chce oszczędzać - nie szkoda kasy na słanie listów pocztą, skoro można by to zrobić o wiele taniej jej elektronicznym odpowiednikiem.
W końcu u schyłku lutego - wypisałem im czek - nalepiłem znaczków za dwa dulary na kopertę i poszedł list do super panow z Veenmana. Ponad 28$ za 120 stronicowy mag, pięknie - na szczęście zdobyłem cenne życiowe doświadczenie - nigdy niczego nie zamawiać z Veenmana, bo to jedynie strata pieniędzy, nerwów i naważniesze - czasu (czego i wam nie życzę).
Aha i nie powiem z czytsej przekory, po tym jak zdałem sobie sprawe z faktu niemożności otrzymania odpowiedzi na moje pytania, czekałem aż ich opłaty pocztowe za listy słane do mnie osiągną przynajmniej pułap kosztów poniesionych przezemnie.