Saturday, November 13, 2010 8:06:33 AM
Czarnobyl, Prypeć, Ukraina, Kijów
Miałem trzy lata i jeden miesiąc, gdy 26 kwietnia 1986 roku, w środku nocy nastąpił wybuch w czwartym bloku reaktora atomowego w elektrowni atomowej w pobliżu Czarnobyla. Wszystko, co się działo bezpośrednio po tej katastrofie, jak i przez wiele lat po wydarzeniu wywarło głęboki ślad w pamięci milionów osób w Europie i na Świecie. Również mojej. Wieloletnie badania wykazały, że zarówno krótko, jak i długofalowe skutki katastrofy były dużo mniejsze, niż przypuszczano. Najdotkliwsze okazały się skutki psychologiczne, trauma ludzi, którzy doświadczyli niewidzialnego niebezpieczeństwa promieniowania. Czarnobyl stał się ikoną, przeżytym osobiście mitem, fascynuje i przeraża do dziś; zaistniał w zbiorowej świadomości, a nawet w popkulturze, książkach, grach komputerowych, filmach. Jakiś czas temu ktoś próbował nazwać moje pokolenie JPII. Osobiście uważam, że dużo trafniej było by je określić pokoleniem Czarnobyla.
23 lata później postanowiłem skorzystać z możliwości wjazdu do zamkniętej, 30 kilometrowej "zony" wokół Czarnobyla. Jako, że na teren zamknięty wpuszczane są wyłącznie wycieczki zorganizowane, zmuszony byłem skorzystać z pomocy jednego z nielicznych biur podróży, które umożliwiają taki wyjazd. Był to z pewnością mój ostatni przed emeryturą wyjazd z grupą zorganizowaną.
Kijów
Do stolicy Ukrainy dotarliśmy po wielogodzinnej męczącej podróży autokarem z Krakowa. Jakość dróg na zachodzie kraju przyprawia o hemoroidy. Przez miasto zostaliśmy przeciągnięci za pomocą przewodniczki, która w tempie ekspresowym unaoczniła nam niewątpliwe uroki Kijowa. Na szczęście wszelkie niedogodności zostały nam wynagrodzone niebiańsko smacznym obiadem w jednej z popularnych restauracji typu bufet. Nie pamiętam kiedy tak dobrze jadłem! Wszystkie dania były regionalne i tradycyjne a smak... brak słów. Czy gdzieś jeszcze można tak wspaniale zjeść, jak na Wschodzie?
Zona
Z Kijowa do zamkniętej strefy pojechaliśmy autokarem. Droga niezbyt długa - elektrownia atomowa leży w odległości około 110 kilometrów od Kijowa. Przed wjazdem do strefy czekały już dwa inne autokary. Wygląda na to, że "zona" staje się powoli atrakcją turystyczną. Kontrola niezbędnych dokumentów i wjeżdżamy za szlaban, na obszar zamknięty niemal od ćwierćwiecza.
Jechaliśmy przez zalesiony teren - przyroda rozwija się tu bardzo bujnie; nie z powodu promieniowania - z powodu braku ingerencji człowieka. Choć nie można powiedzieć, że ludzi tu nie ma. Ostatni blok elektrowni został wygaszony w 2000 roku, ale w obszarze strefy nadal pracuje wielu ludzi, m.in. naukowców, konserwatorów. Promieniowanie obecnie jest tak niskie, że w strefie można bezpiecznie pracować przez 3 miesiące bez przerwy. Do swych wiejskich domów w strefie nielegalnie powróciła część wysiedlonych po katastrofie, głównie starszych ludzi. Po drodze mijaliśmy Czerwony Las - po katastrofie liście były tak silnie napromieniowane, że zmieniły swą barwę na czerwoną. Dziś las jest zupełnie zdrowy. Jedynie w słojach pni można zobaczyć jedną warstwę porowatą i zniekształconą. Za lasem, głęboko w tle widać było pozostałość wielkiej i tajnej instalacji radarowej ZSRR, tzw. "Oka Moskwy" patrzącego na zachód.
Prypeć
Miasto Widmo. Opuszczone 50 tysięczne miasto założone w 1970 roku dla pracowników elektrowni i ich rodzin, leżące około 4 kilometry od elektrowni. Porzucone w jeden dzień, w pośpiechu. Obecnie otoczone murem, strzeżone przez wartowników. Chyba wyłącznie w obawie przed szabrownikami, choć po latach plądrowania nie pozostało już prawie nic wartościowego.
Pozwolono nam chodzić swobodnie po mieście przez dwie godziny. Ciężko opisać wrażenie, jakie odczuwałem chodząc po cichym, zarastającym lasem mieście. Myśli o ludziach, którzy musieli nagle porzucić wszystko co mają. Jakieś apokaliptyczne wizje świata, całkowitej destrukcji ludzkości, którą zastąpi w miastach powoli zieleń. Czułem się jak w dżunglowych miastach Azteków, tylko budynki wyglądały jak bloki w moim mieście, a na rogach stały budki telefoniczne. Dookoła z majową drapieżnością panoszyła się Przyroda, tworząc z dróg wąskie przesmyki, z placów parki, z parków las, a w tle stały niewzruszone kominy elektrowni atomowej. Po 23 latach nadal groza.
Elektrownia
Autokar podwiózł nas niemal pod samą elektrownię na specjalnie przygotowany plac pod blokiem numer 4, w którym w 23 lata wcześniej nastąpił wybuch. Mały, zadaszony budynek, pod budynkiem dzwon symbolizujący katastrofę. Dzwon na alarm. Dzwon na trwogę. Wokół panował szum niezliczonych instalacji - wciąż pracują tu ludzie. Zakaz fotografowania otoczenia, można zrobić tylko zdjęcie elektrowni. Po 10 minutach pojechaliśmy dalej.
Czarnobyl
Przed wjazdem do Czarnobyla zjedliśmy obiad. Wewnątrz strefy! Może z 5 kilometrów od elektrowni jest stołówka dla pracowników. Każdy przechodzi osobistą kontrolę napromieniowania na bramce. Panie w białych czepkach też pracują w zonie. Nie dłużej niż 3 miesiące.
Czarnobyl - starożytne miasto nad rzeką Prypeć. W dniu katastrofy elektrowni ewakuowano 15 tysięcy mieszkańców. Obecnie mieszka tu część osób pracujących wewnątrz strefy zamkniętej. Parterowe niszczejące domki, pomnik strażaków-bohaterów, niewysoki budynek badawczy, plac z Leninem. Na stadionie rdzewiejące pojazdy używane podczas walki z katastrofą, oznaczone ostrzegawczymi tabliczkami z wizerunkiem promieniowania. W porcie toną całkowicie zardzewiałe łajby.
Podróż smutna, refleksyjna, zapadająca w pamięć. Wątpliwa moralne - czy miejsce katastrofy, przesycone nieszczęściem tysięcy ludzi, powinno być atrakcją turystyczną? Sam w takiej wycieczce wziąłem udział. Nie wiem. Ludzie od zawsze doznają dziwnej ekscytacji tragediami. Może to oswajanie śmierci, może chęć dotknięcia czegoś z tamtej strony. Może bez nieszczęść nie potrafimy żyć.ZDJĘCIA z Kijowa ZDJĘCIA z Zony - Strefy Zamkniętej
Friday, November 12, 2010 6:02:35 PM
Jestem fanem jedzenia. Nie czynności - rzeczy. Pożywienia. Jedyna rzecz, na której naprawdę
się znam. Wszelkie informacje o żywności chłonę jak gąbka. Ten głód wiedzy zagnał mnie hen, pod Bieszczady, na Warsztaty Dzikie Rośliny Jadalne szanownego Doktora Łukasza Łuczaja.
Bladym świtem pięknego dnia 8 kwietnia wyruszyłem w podróż do Pietruszej Woli. Jedyną wiedzą, jaką posiadałem, była informacja o godzinie odjazdu pociągu do Kielc oraz garść ogólnych wskazówek jak dotrzeć do chaty (z przystanku przez przełęcz między górami, potem prosto 2 kilometry, przy drodze w lewo, przy kamieniu w prawo...). Gdy wiele godzin później wysiadłem z fiesty lokalnego rzeźbiarza, który podwiózł mnie na stopa (a wcześniej: 3 pociągi, bus i 2 autobusy PKS), zostało mi już tylko kilka kilometrów pieszo przez góry. Rozejrzałem się dookoła i odetchnąłem pełną piersią. Było pięknie. Przede mną ciągnęło się czarujące pogórze Dynowskie, świeciło słońce, a po błękitnym niebie zasuwały drobne białe chmurki (chyba jakieś cumulusy). Drogę ową zapamiętałem jako jedno z najprzyjemniejszych spotkań z górami. Było cudownie.
Na Warsztaty wpadłem akurat podczas zbierania wody brzozowej. Dla niewtajemniczonych nie są to tanie perfumy wypijane w kiosku ruchu w filmie "Miś", lecz sok który leniwie ścieka z naciętej kory brzóz. A potem? Potem zaczęło się jedzeniowe szaleństwo! Skrzyp, paproć orlica, dzika marchew, pasternak, pokrzywy, ślimaki, dżdżownice (nie liczą się, bo uciekły przed zjedzeniem przewidując swój marny los), czosnek niedźwiedzi, pałka wodna, topinambur, jakieś kwiatki, jakieś pączki, łodyżki, patyczki, korzonki, ech! Dobrze, że z tego wszystkiego dało zrobić się pierogi. Wszystko zbieraliśmy, obrabialiśmy i pichciliśmy wspólnie w ognisku przed chatą na zboczu, która była naszym domem. Wieczorami długie rozmowy, mistyczna i magiczna sauna szamańska, niebo pełne gwiazd. Rano zaś pełni werwy od nowa wyruszaliśmy na łowy z naszym wspaniałym przewodnikiem po świecie dzikich roślin.
Muszę przyznać, że towarzystwo zebrane na Warsztatach było bardzo sympatyczne i niecodzienne. Każda z osób była inna i niezwykła; przekrój wieku, zawodów i zainteresowań najszerszy z możliwych. Jednak najciekawszą osobą bez wątpienia okazał się prowadzący warsztaty, doktor etnobotanik Łukasz Łuczaj - człowiek o wielkiej wiedzy, niebanalnej osobowości i sporym luzie. Autor książek Dzikie rośliny jadalne Polski. Przewodnik survivalowy oraz Podręcznik robakożercy. Mam przeczucie, że nie było to nasze ostatnie spotkanie.
Wszystkim zainteresowanym zapoznaniem się z naszym pradawnym jedzeniem polecam:
stronę Łukasza Łuczaja
[/ALIGN]
ZDJĘCIA z warsztatów[/ALIGN]
Monday, March 30, 2009 7:24:10 PM
Łódź. Ciężko znaleźć jedno określenie tego miasta, Łódź jest zdecydowanie wielowarstwowa. Z jednej strony miasto niesamowite, fascynujące i piękne swoją historią, ale także brudne, obskurne, nieprzyjazne, podszyte agresją. Miasto dla silnych ludzi.
Obok obdartych budynków z powybijanymi oknami, nierównych chodników zarzyganych po sobotniej nocy, zarzuconych butelkami i potłuczonym szkłem, miejsca niesamowite i magiczne, piękny kościół, oszałamiająca w swym ogromie eklektyczna kamienica niegdysiejszego bogacza. Obok parku pełnego meneli – nowoczesna opera i stara, wspaniała cerkiew.
Obskurne kamienice, w bramach czają się równie obdarci tubylcy śmiało komentujący przechodzącego „obcego” przez ich ulicę, ulica wąska, na niej bruk, w bruku szyny, po szynach toczy się tramwaj pamiętający Gierka. Czasem nie zaskoczy zwrotnica, motorniczy wychodzi, przestawia prętem ręcznie zwrotnice, wsiada, można jechać dalej. A tuż obok, tak blisko stary niesamowity i urzekający swą zapomnianą historią Stary Cmentarz – spokój i cisza. Imponujące pomniki z początku wieku, teraz w rozsypce, na łasce wiewiórek i bluszczu.
Do tej urbanistycznej mieszanki w środku miasta doklejona reszta – socrealistyczne szare blokowiska i dzielnice przemysłowe.ZDJĘCIA cz. 1 miastoZDJĘCIA cz. 2 cmentarze
Saturday, March 28, 2009 6:21:16 PM

Wyspy po raz pierwszy. Nigdy nie miałem przyjemności być.
Aż tu nagle...
Po licznych zaproszeniach od znajomych postanowiłem zdobyć wyspy. W tym celu zakupiłem bilet w tanich liniach lotniczych Ryanair, które są tak tanie, że oszczędzają nawet na sprzątaniu i remontach (śmieci walające się po podłodze samolotu, urwane stoliki) i wyleciałem z pięknego miasta Łodzi (w następnym wpisie) wprost do Londynu.
Londyn: wielki, tłumy na wąskich ulicach, nieco klaustrofobicznie. Snobistycznie i drogo - ale także wielokulturowo i sympatycznie. Znajomi przeciągnęli mnie przez najważniejsze atrakcje pomnikowo-zabytkowe, a także pokazali innego rodzaju atrakcje - m.in. Camdentown, wieczorne puby i Soho nocą. Ogólnie - bardzo pozytywnie. Ach, i oczywiście londyńskie metro - najstarsze i jak dla mnie - najfajniejsze jakie widziałem, dzięki swej wielopoziomowości i ciasnocie, po prostu - super!
Ale Londyn to nie wszystko - większość czasu spędziłem w mieście Ipswich - wschodnia Anglia. Tam oto zaznajamiałem się z tym, co Brytania ma do zaoferowania najlepszego: pysznym jedzeniem, przednim piwem (3%), piękną pogodą oraz równie pięknymi kobietami 
Oczywiście wszytko to są podłe stereotypy, wymyślone przez zazdrosnych, złośliwych Francuzów. Tak naprawdę to jedzenie jest w miarę, niektóre rzeczy nawet całkiem niezłe (polubiłem herbatę z mlekiem i marmoladę pomarańczową), pogoda była przyjemna, 12-15 stopni, a nawet trochę słońca czasem! (w tym czasie w Polsce: opady deszczu na przemian ze śniegiem, temperatura około 2 stopni C - jednym słowem wredna zimojesień). Jedynie co mogę polecić, to piwo w rodzaju Bitter, inaczej zwane Ale, zamiast jasnego, którego produkcja jakoś Brytyjczykom nie wychodzi.
Serdecznie dzięki Sylwii i Stuart'owi z Ipswich, którzy pokazali mi Anglię!
Czego można pozazdrościć Anglikom:
- pubów
- całorocznego sezonu motocyklowego i popularności motocykla jako codziennego środka transportu
- świetnych magazynów muzycznych
- kultury na co dzień
ZDJĘCIA: IpswichZDJĘCIA: Londyn
Wednesday, March 4, 2009 10:44:32 PM
Jestem ponownie po długiej przerwie. Podobno niektórzy czekali na coś nowego 
Z okazji długiej, męczącej i jednym słowem wrednej zimy, spędzonej głównie na ciężkiej pracy Ku Chwale Ojczyzny, postanowiłem na weekend wyruszyć w małą podróż w celu ogólnej relaksacji i odstresowywania się. Zainspirowany przez Ylonę wybrałem Litwę. Pozostało tylko zebrać kilku znajomych (co okazało się najtrudniejszym etapem wycieczki), zapakować w lekko rdzewiejącą Corsę i jechać. Owymi szczęśliwcami, którym dane było przebywać przez 3 dni w mym towarzystwie okazali się Paweł, Dominika, Marta oraz Chrystian.
W piątek koło południa znaleźliśmy się w Druskiennikach (około 50 km od granicy), niezbyt dużej miejscowości wypoczynkowej, usilnie nawiedzanej przez sąsiadów z sąsiednich krajów. Jednym z powodów, który również nas przyciągnął w to miejsce, jest całkiem porządny Aquapark. Tam właśnie spędziliśmy cały dzień relaksując się w niezliczonych basenach, zjeżdżalniach, jacuzzi, saunach, łaźniach i tym podobnych przyjemnościach. Mi najbardziej odpowiadał kompleks saun i łaźni o najróżniejszych parametrach, po których można było schłodzić się lodowatą wodą wprost z zawieszonego nad głową drewnianego wiadra. Lekkie zdziwienie z kolei wywołał we mnie alkohol sprzedawany z nalewaka w barze popularnej na wschodzie sieci Cili (całkiem niezłe żarcie), a mianowicie cydr o smaku gruszkowym. Jak mieliśmy się przekonać później, alkohol dość popularny obecnie na Litwie, sprzedawany w wielu wariantach, w tym dość dziwnych, np. o smaku jagodowym lub brzoskwiniowym. Najpopularniejsze marki: Fizz oraz Kiss. Z kolei piwo litewskie jest raczej słabe i o smaku mało przekonujacym jak na polskie gusta.
W Druskiennikach spędziliśmy noc w wynajętym domu, dość tanio i sympatycznie (http://www.domy-letniskowe.com/domy_letniskowe_details.php?obj_nr=24517). Z Litwinami kontakty językowe są zazwyczaj bezproblemowe - mimo, że litewski jest dla nas raczej niezrozumiały, to jednak operując uniwersalną mieszanką polsko-rosyjską można się dogadać całkiem sprawnie.
Tak więc w sobotę rano udaliśmy się 120 km na wschód - do Wilna. Pamiętając o relaksacyjnych założeniach wyjazdu, miasto zwiedzaliśmy zupełnie przypadkowo (żeby nie powiedzieć chaotycznie), nie spinając się zanadto na zaliczenie wszystkich zabytków. Niezbędnym natomiast punktem wycieczki były knajpy, których w Wilnie nie brak. A wybierać jest w czym - myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ceny (pomimo niekorzystnej relacji złotówki) nie były nadmiernie wygórowane. Trudno się zatem dziwić, że wracając do wynajętego przez nas mieszkania, czułem pewien niedosyt zwiedzania
Mieszkanie wynajęliśmy u sympatycznej Polki mieszkającej na Litwie - było ciasne i w bardzo dobrej lokalizacji na starówce przy ulicy Trakai (http://wilno.spanie.pl/). Starówka Wilna jest duża i ładna - tam toczy się całe rozrywkowe życie miasta.
W niedzielę pozostały nam do zobaczenia Troki z okazałym zamkiem królewskim na jeziorze. Jako że na Litwę wybraliśmy się zimą, jezioro było porządnie zamarznięte i na zamek dostaliśmy się wprost po lodzie. Jeziora na przemian z lasami to stały element krajobrazu Litwy - ciągną się nieraz kilometrami wzdłuż drogi, przez co krajobraz wygląda malowniczo, a turyści mają czym się cieszyć.
Powrotną drogę do domu uprzyjemniała nam tak zwana aura. Czyli sypał śnieg. Zawzięcie. Im dłużej jechaliśmy, tym sypał bardziej, a im bardziej sypał, tym musieliśmy jechać wolniej. Dzięki czemu nasza podróż powrotna z Wilna trwała ponad 9 godzin.
Ogólne wrażenia z Litwy - bardzo pozytywne. Idealne miejsce na wypad weekendowy, jak również na dłuższe zwiedzanie. Od razu zachciało mi się zobaczyć sąsiednie kraje bałtyckie - Łotwę i Estonię. Ale to może następnym razem...
ZDJĘCIA[/B][/I][/U]
Sunday, November 9, 2008 10:26:59 AM

Zatrzasnęły się wrota drewniane, koślawe. Nie ma już Pięciu Sztuk. Cóż za ironia - dzień przed 1 listopada.
Co zostało? Wspomnienia, urwane kreski, luka w miejskiej mapie knajp, luka w sercu, garść zdjęć i ... sieroty po Pięciu Sztukach, pałętające się bez celu po innych barach, szynkach, knajpach, mordowniach, a nawet pizzeriach. Miejscach gdzie nie ma znajomych. Gdzie nie przywita ich osobiście sam Właściciel. Gdzie nie uśmiechnie się barmanka. Gdzie nie ma kreski. Gdzie nikt im nie pozwoli wisieć nad stołem przy jednym piwie do 4 nad ranem. Gdzie nie zasną na stole ukojeni Starogardzką. Tam żadna pijana ćma barowa nie będzie pląsać z nimi w takt Leningradu.
Skończyło się. Nie ma.
ZDJĘCIA z ostatniej wieczerzy[/U][/I][/B]
Tuesday, September 16, 2008 8:43:27 PM
"(...) Ludzie o większym intelekcie wiedzą, że nie ma ostrego rozgraniczenia pomiędzy rzeczywistością i nierzeczywistością, że wszystkie rzeczy jawią się takie, jakie są, jedynie dzięki przymiotom wrażliwych, indywidualnych mediów psychofizycznych, i to dzięki nim zdolni jesteśmy je postrzegać, jednakowoż prozaiczny materializm większości określa pogardliwie mianem szaleństwa przebłyski nadpostrzegania, które przenikają pospolity woal jawnego empiryzmu. (...)"Grobowiec H.P. LovecraftH.P. Lovecraft - polecam na ciemne, zimne wieczory.
Saturday, September 6, 2008 8:23:10 PM
Dzięki mojej nieocenionej siostrze, ostatni weekend sierpnia spędziłem na mazurach. W miejscowości Piaski czekała na nas nieduża, ale bardzo wygodna żaglówka typu Sasanka. Z powodu zmiennej i niezbyt sprzyjającej miejscami pogody, ograniczyliśmy się do pływania po jeziorze Bełdany. Jedynym plusem deszczu na mazurach jest to, że zazwyczaj wieje, więc i była frajda z żeglowania.
Jak wiało: http://www.metacafe.com/watch/1713976// ZDJĘCIA
Thursday, September 4, 2008 6:50:47 PM
Moja druga wizyta na czeskim festiwalu muzyki ekstremalnej. Jak było? Ekstremalnie. 3 dni, 2 sceny, 70 zespołów. Czy pojadę w przyszłym roku? Całkiem możliwe. Podoba mi się atmosfera małego, sennego, prowincjonalnego czeskiego miasteczka najeżdżanego corocznie przez tysięczne dzikie hordy. Zdjęcia (autorstwa Kurczaka)=> PHOTOS
Z zespołów, których koncerty widziałem, najbardziej podobały mi się Primordial, Entombed i Six Feet Under (czyli pewniaki). Natomiast największym odkryciem był francuski zespół Sebkha-Chott, uprawiający coś w stylu muzycznego performance, ich występ był swego rodzaju przedstawieniem (zdjęcie perkusisty obok) - polecam, jeśli gdziekolwiek ich zobaczycie! Fragment ich występu: http://pl.youtube.com/watch?v=lUMJukugufEPoniżej pełna lista zespołów:
14.08 (czwartek)
15:00 Suffocate Bastard; 15:25 Mindwork; 15:50 Inveracity; 16:20 Gloomy Grim; 16:50 Rasta; 17:20 Beheaded; 17:55 Sadist; 18:40 General Surgery; 19:20 Hollenthon; 20:10 Samael; 21:00 Septicflesh; 21:55 Exodus; 22:55 Finntroll; 23:50 Mayhem; 00:45 Textures; 01:30 Harmony Bay
15.08 (piątek)
10:00 Psychotic Despair; 10:25 Tisíc Let Od Ráje; 10:55 Warbringer; 11:25 Grenouer; 12:00 Debustrol; 12:35 A Storm of Light; 13:10 Eths; 13:45 Novembre; 14:25 All Shall Perish; 15:00 Cephalic Carnage; 15:35 Sworn Enemy; 16:10 The Berzerker; 16:45 Swallow the Sun; 17:25 Despised Icon; 18:05 Soilwork; 18:50 Primordial; 19:35 Entombed; 20:20 Behemoth; 21:05 Anathema; 21:55 Cradle of Filth; 23:00 Neurosis; 00:05 1349; 00:50 Cephalic Carnage; 01:30 Malignant Tumour
16.08 (sobota)
10:00 Attack of Rage; 10:25 Wayd; 10:55 Uprise; 11:30 Imperious Malevolence; 12:05 Jig-Ai; 12:40 Locomotive; 13:15 Kruger; 13:50 Illidiance; 14:25 Arkona; 15:00 Hour of Penance; 15:35 Ador Dorath; 16:10 Hate; 16:45 Code; 17:25 Zubrowska; 18:00 Kataklysm; 18:45 Sebkha-Chott; 19:20 Sodom; 20:15 Arch Enemy; 21:10 Agnostic Front; 21:55 Paradise Lost; 22:50 Carcass; 23:55 Six Feet Under; 00:55 Esoteric; 01:30 Hell Show
ZDJĘCIA
Wednesday, September 3, 2008 6:44:10 PM
W czwartek 7 sierpnia, na stadionie Gwardii w Warszawie dobył się koncert Iron Maiden - koncert o tyle szczególny, że wokalista, Bruce Dickinson, obchodził podczas niego swe 50 urodziny. Kim jest Bruce? Jedną z najbardziej wyluzowanych i sympatycznych gwiazd sceny rockowej, milionerem w T-shirt'cie, etatowym kapitanem pasażerskiego Boeinga 757 linii Astraeus Airlines, facetem, którego chętnie chciało by się poznać. Koncert był częścią trasy "Somewhere Back In Time - World Tour", a Bruce w dowód sympatii postanowił w swe urodziny zagrać w Polsce. Były więc liczne śpiewy okolicznościowe typu "Sto lat" (pytanie Bruce'a: czy to pieśń kościelna?) oraz fajerwerki. Więc wypada życzyć jeszcze raz: Happy birthday Bruce!
A w ZDJĘCIACH parę zdjęć z wesołego autokaru, którym jechaliśmy na koncert oraz z samego koncertu. Zdjęcia różnych autorów.