Wednesday, May 30, 2012 12:49:58 AM
Na to pytanie odpowiedź znajduje się na samym dole, ale w trakcie czytania jak ktoś się domyśli to gratulacje =)
Anyway, pobyt w Chinach trwa, a rzeczy się tu dziejące... dzieją się. Ale po kolei.
Dotarła nowa fala obcokrajowców, którzy zasiedlili rozrzucone po okolicy miasta i miasteczka. W ramach nowej fali przybyszów, lokalne ugrupowanie AIESEC'a postanowiło zrobić imprezku wtorkowym wieczorem.
Nowi, impreza, z dala od zimnych Kolumbijek, gdyż Paulina tyrała we wtorek a Zuzka (i tu miłe) stwierdziła że nie jedzie bo "chińska impreza jest nudna" - jadę. Dodatkowo odezwała się jedna z nowych nauczycielek zamieszkujących Yuyao - Katty, bardziej znana jako Katia - Ukrainka. Towarzystwo zaczynało wyglądać naprawdę sympatycznie. Na miejscu miały do nas dołączyć takie narodowości jak dwójka Amerykanów i Kanadyjczyk. Sęk w tym, że w angielskim nie ma rozróżnienia na płcie, więc można się tylko domyślać ile dziewuch, ilu panów - ot taka niespodzianka.
Jako że impreza zapowiadała się potrwać nieco długo, kwestia noclegu była otwarta, a w planach był hotel niedaleko stacji. Szczęśliwie, gdy już spotkaliśmy towarzystwo, Amerykanie (dziewczyna i chłopak) zaoferowali noclegownię u się w domu - chałupa na 22 piętrze, ładniej urządzona niż nasza, ale też ma defekty, jak niemalże wszystko w Chinach =). Aczkolwiek nocowanie było okej, nie narzekam, bo narzekać na cokolwiek nie lubię, zwłaszcza na darmowy nocleg z dobrej woli gospodarza.
Ale wracając do imprezy - wpierw poszliśmy na jedzonko jak już wszyscy się zebrali. Niespodzianką okazał się być pan Martin, Ningbo-wski Kanadyjczyk, który nieco już w Chinach mieszka - dawał radę i ma zadatki na przewodnika, jeżeli tylko zechce. I to nie takiego, przed ktorym zasypiasz, tylko taki, który cię wprawia w śmiech, a tacy są najlepsi =)
Innymi obcokrajanami imprezującymi byli: Liz, Amerykanka z Michigan, może nie grzeszyła urodą, ale charakter złoty, jak na Amerykankę byłem pozytywnie zaskoczony =). Jeff, również z Kanady, równy gość z nietuzinkowym humorem i Eric z okolic Kaliforni, którego przodkowie pochodzą z Hawaii'ów i nie wiedzieć czemu ma nieukrywaną awersję do Japonii.
Impreza trwała do wczesnych godzin wieczornych - czyli tak gdzieś do 23. Długo jak na Chińskie standardy =) Wyglądała jak zwykłe i regularne przesiadywanie w knajpie przy piwie - czego tu nie lubieć?
Również wypadało wrzucić nieco grosza za imprezę, a przynajmniej tak słyszałem od Katii. Na rozstajach zapytałem Leo, ile się należy. Rzekł ów młodzian, że niczego nie weźmie. A ja uparcię chcę mu grosz dać, a on nadal nic. No to dostał huga, poklepanie po plecach i się chłopina ucieszył, mówiąc że AIESEC stawia =) Miło, naprawdę miło =)
I tu ciekawinka kulturowa. Chińczyków można kochać i nienawidzieć jednocześnie. Nienawidzi się ich za ich sposób bycia, który uchodzi za bezceremonialny. Czasami nawet arogancki. Mogą doprowadzić do szewskiej pasji, patrząc tymi skośnymi oczami zewsząd, bo tylu ich jest.
Jednocześnie, jak już się z tobą poznają, traktują cię niesamowicie szacownie - oznacza to, że zrobią wszystko, o co ich poprosisz (ale w granicach rozsądku), a przy odrobinie szczęścia, zaczną się dzielić faktami, których łatwo się nie znajdzie. Ot, na przykład dla przeciętnego Chińczyka wyjazd za granicę to rzecz łatwiejsza do osiągnięcia niż zaliczenie testów wstępnych na uniwersytet. Dlatego wielu młodych skośnookich migruje do różnych uczelni za wielką wodą, gdyż jest im tam się łatwiej dostać. Ale! Muszą zdać testy z języka angielskiego. Szczęśliwie dla nich, moża w tych testach mieć więcej niż jedno podejście, w przeciwieństwie do testów na Chińskie Uniwersytety, gdzie masz tylko jedną próbę i albo zaliczysz, albo nie studiujesz w Chinach.
Również Chińczycy są znakomitymi dyplomatami i mediatorami. Lata kultury, a przede wszystkim rozwoju filozofii wpłynęły mocno na ich życie. Należy wspomnieć, że w życiu codziennym, mimo nowoczesnych technologii, Chińczycy wciąż kierują się wskazówkami i słowami ludzi oświeconych dawno dawno temu, takich na pzrykład jak Konfucjusz. Ale do czego zmierzam - Chińczycy nie są agresywni. Przynajmniej nie większość. Kierują się zasadą (jedną z wielu) - "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Dodatkowo są oni tak wychowani, by nie czynić zawistnych działań, jak to w Polsce się dzieje - są nastawieni na sytuację, by każdy z interesantów zyskał jak najwięcej. Ale ważna rzecz - należy interesanta traktować jako przyjaciela, a nie jako osobę nieznaną.
Jest dużo zawiłości dotyczących Chińczyków, a ich odkrywanie sprawia, że czuję się pewniej podczas kolejnych kontaktach z nimi. Wiem bardziej, jak myślą, dlaczego robią to co robią i, o zgrozo, przywykam do tego dziwnego sposobu bycia. Zresztą, sam nieco odbiegam od norm, więc niczym się wielce nie przejmuję, a to, co Chińskie z reguły jest sprawdzone przez sam czas, więc czemu nie przygarnąć niektórych elementów do swojego asortymentu? Jak na przykład, odrzucić zawiść i nauczyć się współpracować? Może wydają się dla nas agresywni, dzicy, niehlujni, ale jednocześnie mają dużą wiedzę, historię, sposób życia, który kryje w sobie niejedną tajemnicę.
Także jest co badać, jest czemu się przyglądać i jest co podziwiać.
A odpowedź na pytanie tytułowe wyrzekł kiedyś jeden z uczniów:
"Blizzard największym wrogiem chińskich kobiet jest"
W związku z minioną premierą trzeciego zła =)
Monday, May 14, 2012 2:34:22 PM
Zaczęła się nauka. Z wici podanych przez Amerykankę wynika, że z końcem maja / początkiem czerwca napłynie nam dużo nowych studentów. Wszystko dlatego, że mieli egzaminy wstępne na uczelnie czy do szkół średnich i, poza masą pracy domowej zadaną na przedwczoraj, dzieciaki są zmuszane przez rodziców do przebywania w różnych miejscach, takich jak szkoła językowa. Dlaczego? Żeby dzieciaki obrastały panującą atmosferą w owej szkole, gdzie obcokrajowców mnóstwa, a oni coś może języka podłapią i będą szpanować we wsi, że "obcokrajowiec mnie uczył".
Prawda jest taka, że będą nam śmigać (co już się da nieco zauważyć) wokół łobuzy, przeszkadzać w przygotowaniach, zagadywać, no spędzać z nami czas. A to forsuje więcej przygotowań w domu. Dodatkowo niektórzy uczniowie, którzy wyjeżdżają na studia za granicę chcą swój angielski przed wyjazdem podszkolić. I czynią to u nas, a wtedy mozna z nimi o wszystkim pogadać. Ale i wymiar godzin się zwiększa. W chwili obecnej jest to około 16 godzin (zegarowych) w szkole, 2 godziny w przedszkolu i 6 godzin w knajpie na tydzień.
Z knajpą jest różnie - póki co nie było żadnego większego ruchu, ale kierownik potrzebuje nas na chwilę, dopóki nie będzie "rozruchu". Tylko że ta chwilka zaczyna się zdrowo przeciągać. Tak rzekło mu się "półtora miesąca, góra dwa" - czyli do momentu mojego wyjazdu. Potem może sobie da siana, jak mu się uczniów horda na łeb zwali i obcokrajowcy na wzmiankę o knajpie popatrzą nań wzrokiem mordercy z ciemnej ulicy.
Co to dla mnie oznacza? A to, że jeżeli poddam się kierownikowi, to może mnie całkowicie przekfalifikować na kelnera i nici będą z nauczania, a nie o to chodzi. Bowiem knajpienie ma swoje skromne plusy - w miarę cicho, dadzą jeść, można sobie pogadać i nie myśleć za wiele podczas pracy.
Minusy - bywa nudno (a mam książki, więc to nie grozi), nie jest się u siebie w domu i jest to odrobinę dyskomfortu, ale przede wszystkim - to nie nauczanie, a właśnie o to chodzi, bym kształcił jak najwięcej, prawda?
Tak jak na przykład dziś - dostałem nową grupkę ludzi do uczenia, świeżaki w szkole, ale coś angielskiego umieją. Prowadziło się zajęcia naprawdę swobodnie. To co należy u nich szlifować - się szlifuje. To, na co uwagę winienem zwracać (wymowa, poprawność gramatyczna, sens wypowiedzi) - zwracam. Naprawdę przyjemnie lekcję o 20:30 się prowadziło, co uznawałem za niemożliwe. Oby tak cały czas lekcje mi mijały.
Takoż z tego powodu nie zamierzam siedzieć u kierownika jako hostessa (jeszcze mi tylko próbek mięsa na tacce brakuje i żebym łaził przed knajpą, fu!), tylko u niego w szkole jako nauczyciel, recht?
I też udało mi się w końcu prawdziwie wyluzować. Nie miewam tak pochmurnych nastrojów, jakie mi się zdarzały, wywoływane irytacją i zachowaniem skośnookich. A potrafią zeźlić niechcący, lecz cóż można zrobić? Zabrać się za lekturę porządną, która rzuci nieco światła na ich charakter - pomimo tego, co sam widzę, odrobina lektury pomaga mi w uporządkowaniu owych doznań, a także na ich przetrawienie i w konsekwencji - na ich zrozumienie. I faktycznie - lekcje się łatwiej wówczas prowadzi.
I tak z innej beczki (czy też antałka) - pozwiedziałem w minioną niedzielę nieco Yuyao, poszukując odrobiny suwenirów. Bo paczka poleci, a w niej suweniry. Ale tylko jedna. Bo myślę, że wystarczy, a potem będę miał pretekst, by was, drodzy czytelnicy, odwiedzić =).
Takoż zwiedziłem kawał miasta, racząc się a to dobrą (naprawdę znakomitą) herbatką, a to jakimś innym czymsiem, z radością dzierżąc pamiątki w łapach. Wtedy to młody uczeń, podwładny mój powiedział, że jadę do niego na obiad (o czym wiedziałem i on też) i śmy pojechali.
W domku na 18 piętrze, z wyjściem na dach budynku, w dwukondygnacyjnym apartamencie na wypasowych meblach i w ogóle wszystkim, zostałem podjęty ucztą że o ja cież nie chędożę, a przy okazyjnie przytoczyli wpierw białe półwytrawnewinko podane na ciepło, a potem jakiś upominek ciężkokalibrowy, bo 52%-owy. Jak to mówią, niekoniecznie w Chinach, "Gość w dom, Bóg w dom, Flaszka na stół" - tośmy się wszyscy (ja, młody i jego matula) poczęstowali (matula stawiała opory, ale wobec argumentu "Ile razy ma pani okazję napić się z Polakiem?" nie miała najmniejszych szans). Procent mocny, a kieliszków do wódki nietu, więc pijemy z winnych lampek. Na moment tylko odwórciłem uwagę na jedzenie (boskie, smażone udka kacze są bombastyczne, a i warzywka przyrządzane na sposób chiński mogą zniewolić), a tu ponad połowa owego siermieżnego wynalazku okupuje mój I TYLKO MÓJ kieliszek. Jeszcze mi chcieli na odchodne dać pozostałości we flaszy będące, to powiedziałem, że wypiję, ale następnym razem. Będę miał słowiańskie wsparcie w postaci Pandy, co napada Jaśka już niebawem - pozwiedzamy i odwiedzimy lokalnych uczniów, co z bardzo odpowiednim młodym człowiekiem swój los związali.
Słowem - było przednio, a teraz życzę miłego dnia w poniedziałkowy deszczowy wieczór z Yuyao
Jan
Monday, May 7, 2012 4:18:03 AM
Gorąc. Ostatnimi dniami gorąc niesamowity. +30 na porządku dziennym. Nie umieram, ale jestem wyjątkowo blisko. Od czasu do czasu nabiegną chmury znad wuj wie skąd i ochładzają klimat do temperatur nieco wygodnych. Kolumbijki zapytane, czy taki klymat odpowiada odpowiadają, że nie - Jest gorąco i sucho - co dla mnie jest pewnym pocieszeniem, bo każde wakacje w Polsce właśnie tak wyglądają - gorące i suche. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce to ostatnie lata były ciut deszczowe.
Niemniej jednak - praca wre i to na dwóch frontach - kierownik odpalił sklep z oliwą z oliwek i sprzedaje tam również steki. Klientów za wielu póki co nie ma, ale od czego ma obcokrajowców? Żeby byli jego szyldem, reklamą, jebaną małpą na sznurku, która ma skakać jak on kręci katarrynką i nagania potencjalnych klientów. Byliśmy w dzień otwarcia, Amerykanka pociągnęła za sznurki i paru jej znajomych przyszło. Śmy obsługiwali ich jak na zachodnich kelnerów przystało. Ale tylko jeden dzień.
Fakt, że tydzień później kierownik znów mnie tam przywołał ani trochę mnie nie zdziwił. Chciał ze zrobić zdjęcie mnie trzymającego steka. Powiedziałem, że okej, a on sobie poszedł. Myślałem, że gdzieś na dół, coś na chwilę załatwić - ta gdzie tam! Wyszedł sobie na kolacyjkę do wuj wie gdzie i tylem go widział. Czekałem jak głupi dwie godziny, a potem sobie samowolnie poszedłem. Było to w sobotę, a w niedzielę musiałem iść do pracy na 8:30. Wynikło to z faktu, iż były cztery dni wolnego. Chińczycy świętują święto pracy. Z tego tytułu były cztery dni swobody, które spożytkowałem na odrobinę leniuchowania, a także na zwiedzenie zoo w Ningbo.
Takoż święto pracy Chińczyki również świętują - taka pozostałość po sąsiedzkich stosunkach z Rosją, która w ramach kryzysu wieku średniego przeszła przez okres ZSSR (co do dziś gdzieniegdzie się odbija).
Za to, wczorajszego dnia zostałem poczęstowany strawą inelektualną od Jo - oberwałem książką pod tytułem "Think like Chinese". Jo poleca, a i ja jestem ciekaw, czy po lekturce będę w stanie być bardziej wyrozumiały dla skośnookich. Początkowe strony są całkiem niezłe i czyta się lekturkę zacnie.
Ale zrozumienie, lub zapoznanie się z ich myślowymi procesami może nie wystarczyć, by ich zaakceptować. Za dużo złego widziałem, za dużo rzeczy, które mi się nie podobają, które nieco odstraszają. Sam fakt wyjścia z domu jest nieprzyjemny - wszyscy się gapią, patrzą, ślepią, zerkają. Niektórzy zdobywają się na połowiczną odwagę, by się odezwać, ale tylko wtedy, kiedy nie patrzę. Wkurza. Niemiłe. Nieprzyjemne. Ale tego się spodziewałem. Tylko, że to własnie powoduje wielką niechęć do narodu, kiedy po raz kolejny wyłaniasz się z domu, to wszysy gały na ciebie zwracają. Każdego dnia. Gdziekolwiek jesteś, wszyscy spozierają nań. To uczucie potrafi przytłoczyć, ale aby mu się nie dać, trzeba ich zlewać, trzeba nieco się znieczulić do nich i olewać ich wzrok.
Takoż ich zlewam i się nimi nie przejmuję. Jednak z tymi, z którymi się rozmawia jest nieco inaczej - wiedzą, kim jestem, co robię i tak dalej - i rozmawiają i są ciut bardziej chętni do wymiany informacji, lecz o sobie mówią prawie nic. Naprawdę, wydobywanie z Chińczyków informacji o Chinach jest cholernie mozolnym procesem.
Jan
Tuesday, April 24, 2012 8:56:56 AM
I tak dalej, i tak dalej. Ale skąd takie słowa?
Ano, zakończę współpracę z Chinami w lipcu. Dokładnego terminu jeszcze nie ustaliliśmy z szefem, ale na pewno lipiec. Powód? Otóż chińska kultura odrobinę mnie przerosła. To, co to zobaczyłem i doświadczyłem nieco mnie zniechęciło do dalszego przebnywania między skośnookimi. Notoryczne gapienie się na ciebie, kiedy robisz cokolwiek na otwartych przestrzeniach (idziesz, kupujesz cokolwiek, jedziesz to tu, to tam, no wszystko - niemalże tony gapiów) - owszem, spodziewałem się, że tak będzie, ale z drugiej strony nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem, by dzień w dzień, wychodząc za jabłkami, czy chlebem, wszyscy spozierali na mnie jak na dziwadło. I sprawdzają jednocześnie, czy reaguje, krzycząc "hello", kiedy ich mijam - tak jest, nie wcześniej, tylko kiedy ich mijam, kiedy są za plecami, kiedy myślą, że są zajebiści i odważni, bo krzyknęli w plecy obcokrajowcowi "hello". Jego mać!
Ci, co są odważniejsi i mówią rzeczy w twarz, to im odpowiadam z ukłonem. Mają jaja, to trzeba to uszanować. Nie mają jaj - srać na nich.
Skoro poruszyłem ten temat, to zrobi się nieco niesmacznie, ale to też realia kulturowe. Z własnego doświadczenia, naocznym świadkiem byłem. A co widziałem? A to, że Chińczycy (nie Azjaci, nie generalizuję) nie dbają o to, czy ktoś ich widzi, jak sikają czy też robią coś cięższego. Dla Chińczyków (bez Chinek), zwrot "Where is toilet? Everywhere!" jest jak najbardziej prawdziwy. Razu pewnego wracając z przedszkola, mijam typowy słup z ogłoszeniami czy co to nie jest. W trakcie mijania kątem oka zauważyłem, jak facet od trójkołowych riksz (które już nie są tymi rikszami, co kiedyś - mają wspomaganie mechaniczne) podciągał gacięta i spodnie. Na litość! Ubikacja publiczna parę metrów dalej, za winkiel się mógł chociaż schować - ale nie, niemal na ulicy stał i lał. I omal w jego szczyny nie wlazłem, a mało też brakło, bym i ja oberwał. I to naprzeciwko szpitala. Myślę sobie, że 'No nie! Tak przy wszystkich? Ma-sa-kra!". I myślę też, że może to wyjątek.
Niet.
W drodze do domu, porą ciut wieczorową, w krzakach zaraz obok chodników można się natknąć na sporą liczbę takich klientów. A czy to się zmienia? Nie - dzieci też mogą się załatwiać publicznie. Na przykład sikać do kosza w zakładzie fryzjerskim, na przykład, podtrzymywane przez rodziców, załatwiają się na środku bocznej ulicy, która jest skrótem dla pieszych i KAŻDY tamtędy chodzi - ale co tam, niech patrzą, że sikamy i sramy! A co!
A kurde ujma na honorze to potwarz ostateczny i nie chcą na Ciebie patrzeć - dlatego, że im przykro, że przy tobie stracili twarz. Zamiast najnormalniej w świecie przeprosić, okazać skruchę - nie, lepiej się nie odzywać.
Może mogą sobie na obrażalstwo wsteczne pozwolić, bo tak ich dużo, to innego kompana sobie znajdą.
A różnica też pewnie wynika z religii, która niewątpliwie odgrywa znaczą rolę w życiu. Chińczycy to Chińczycy, a nie katolicy, nie mają wykształconej możliwości odkupienia swoich win w życiu doczesnym. A przynajmniej się do tego nie stosują - nie ma "przepraszam, nasmrodziłem, już nie będę". Nie. Taki system nie funkcjonuje. Człowiek musi być idealny, nieskazitelny, nie czynić problemów i błędów.
W Chinach będąc winieneś być ideałem. Pod każdym względem. I już.
Kontynuując niesmaczności - charkanie, zaciąganie się z głębin gardła i nosa, a także spluwanie - dźwięki iście nieprzyjemne - spotykane nagminnie, wszędzie, przez wszystkich (przez panie również) poczyniane.
Najbardziej masakryczna rzecz dzieje się jednak przy posiłku. Siorbanie jest tak często spotykane, że można je przyjąć za element wnętrz knajp i restauracji. Nawet tych z wyższej półki. Taki element ozdobny - Chińczycy w tle, siorbiący swoje kluski, chcąc je wychłeptać jak najprędzej. Ale jak trafią na element jedzenia, który nie smakuje - toś przepadł, jak spojrzysz - spluwanie resztkami na stół, na podłogę, no niemal wszędzie - spoko, właściciel posprząta. Jak ktoś z wrażliwym żołądkiem spojrzy w miejsce "składywania odpadów", to może zechcieć wyjść i nie (z)wrócić.
Albo mycie włosów. Wydawało by się, że takie cznnyości nie powinny przeszkadzać ani trochę. Każdy, kto jest w domu skorzysta z łazienki. Prawda?
Nie, nieprawda - takie Chinki, z długimi piórami wolą wyjść przed chałupę (zwłaszcza jeżeli do domki, a nie bloki) z dwoma miedzami i dawaj płukać włosy w sposób zarzucania ich przed twarz i wyżymania, płukania i tak na okrągło.
Z tego, co wypytałem (h)Amerykankę - myją się kobiety tak, gdyż mycie się pod prysznicem ... (uwaga uwaga) ... jest za trudne.
I również w sprawach kąpieli i mycia się, ta że sama Amerykanka rzecze, że faceci się potrafią nie myć dość długo. Wynika to z faktu, że narzekają, iż woda w domu jest zimna (?), a jak się myć, to w publicznych łaźniach, gdzie jest się mytym (tak, dobrze czytacie, strona bierna - KTOŚ was myje). "A że publiczne łaźnie daleko, i że nie czuć mnie tak mocno, to w tym tygodniu też sobie podaruję"
No. I tak to wygląda, według moich i amerykańskich zeznań.
Niby nic, niby można się znieczulić i żyć tu, ale mnie niewygodnie i po prostu się zbieram!
Ale póki co to rzeczy się nieco zmieniają. Wyniosły się od nas Chinki. W końcu. Powiedzieć, że nieco brudziły to tak, jakby powiedzieć, że nasi politycy nieco nas robią w konia. Ich miejsce zajęła Paulina, możliwe że ongiś wspomniana druga Kolumbijka.
Kierownik Marcin niemalże się przeprowadził do swojego sklepiku z oliwą i tam teraz prowadzi działalność. Mam wrażenie, że szkoła językowa go w ogóle nie interesuje. Swego czasu chciał mnie wykorzystać, bym wybadał się jak zdobyć holenderskie mleko w proszku w Polsce i czy wysyłka go do Chin nie byłaby możliwa, a jak tak, to ile trzeba zapłacić itd itp.
Facet kręci biznesy i robi to dla... może musi opłacić wesele, bo się hajta w grudniu. A może chce wieść dostatnie życie? Nie wiem, nie pytałem po co mu tyle pieniążków.
Z innych wydarzeń - zabrali nas na Chińskiego grylla, znanego tu pod nazwą Barbeque. W plener. W dzicz. Przy nienaturalnym zbiorniku wodnym, w którym (ponoć) są ryby. co ludzia mogą ugryźć. I dlatego nikt się nie kąpie. I woda też nie najczystsza.
Jak wygląda chiński grill? Niemal tak samo, jak polski. Bierzesz urządzenie trzymające ogień, kładziesz nań kratę, rozpalasz płomienie - i tu ciekawostka - Chińczycy używają ręcznych małych na korblę działających dmuchaw, którymi wzniecają płomień. Bo dmuchanie jest ... no właśnie, jakie? Trudne? Złe? Uwłaczające godności człowieka, bo się pada na twarz i trzeba dmuchać, a przy okazji człowiek może się ubrudzić i będzie go czuć płonącym drewnem?
Nikt nie wyjaśnił, dlaczego dmuchają dmuchawami, a nie płucami. Stwierdzam, że gdyby respiratory były ogólnodostępne, to w Chinach byłaby moda na chodzenie z respiratorem pod pachą - A co się będę męczył, nie chce mi się oddychać, sprzęt robi to za mnie.
Po czym, (o dziwo) z przygotowanych wcześniej potraw, wrzuca się je na ruszt i dogląda. A grilluje się skrzydełka kury, wołowinę, wieprzowinę, owce morza (takie jak krewetki czy ośmiorniczki), ryby i kukurydzę. Załatwiono też owocki - banany, ananasy i arbuzy. I wodę oraz sprajta do picia.
I tu OGROMNA różnica, (ale z drugiej strony trzeba wspomnieć, że grill był pracowy, więc oficjalny i z dziećmi) mianowicie jako jedyny odważyłem się wziąć ze sobą alkohol. Przecież to nie po ludzku jeść mięs z grilla bez odrobiny chociaż procentów. No jak to tak? Zupełnie, jakby wszyscy byli kierowcami.
Co kraj to obyczaj i tego człowieku, nie zmienisz.
Na zakończenie dodam, że pogoda dopisuje - w trakcie grilla było +28 i Jan sobie łapy zjarał dosyć konkretnie. I buźka moja też nieco poczerwieniała, co skomentowała Panda podczas jednej z rozmów, że mi właśnie rumieniec wyskoczył. A i wyskoczył i trwa już ze dwa dni.
Z ciepłego kwietniowego Yuyao
Jaśki
Thursday, April 12, 2012 2:15:36 PM
Czas pierwszego wjazdu się zakończył. Zostałem zmuszony do zrobienia czegoś z tym faktem związanego. Kierownictwo rzekło, bym udał się do Szanghaju, a tam już będzie wiadomo, co dalej. Takoż i czyniła Susana, przedstawicielka Kolumbijskiego Kartelu.
No to pojechałem. W plecaku, poza niezbędnikiem w postaci kluczy, telefonu i dokumentów, znalazł się zestaw pisaków, zeszyt podróżny, zeszyt z lekcjami Chińskiego i zestaw krótkich opowiadań Marka Twaina, nabyty w mieście docelowym. Dotarłem tam z lekkim opóźnieniem - około jedenastej. Okazało się, że tego dnia do Shanghaju jechało dużo ludzi. Autobus był zapełniony i musiałem pojechać późniejszym. Stąd opóźnienie.
Na miejscu będąc, zadzwoniłem do owego jegomościa, co miał się zająć paszportem. Jegomość (anglojęzyczne imię jego David) pokierował taryfę i znalazłem się w jego włościach - klubie w klimatach kubańskich. Nie tracąc czasu zabrał się do roboty, a witać było, że był obrotny, bo już mi chciał zakosić parasol - również był ze mną w tej podróży.
Oto nastąpił werdykt pana Davida:
1 - może mi przedłużyć wizę o 30 dni, ale po tym muszę zrobić nową, najlepiej półroczną - wiąże się to z wydatkiem 12k Yuanów na koszty manipulacyjne związane ze zrobieniem wizy, jakieś 4k na bilet i nocleg w kraju, gdzie mogę to zrobić + cztery dni oczekiwania na miejscu.
2 - muszę śmignąć w ów dzień (wtorek) za granicę Chin, czyli na przykład Hongkong lub Korea Południowa.
Dawaj, dzwonimy do szefa! Po konsultacjach, szefu orzekł, że śmigaj za granicę! No to poczekałem, żeby się dowiedzieć, na które lotnisko się udać. Pan David nawet transport (oczywiście płatny) zaoferował, lecz trzeba było poczekać na wytyczne. Zajęło to nieco czasu i w okolicy godziny 13 ruszyliśmy na lotnisko Hongqiao, położone na westsajdzie Shanghaju.
Dotarłem, stoję na terminalu numer dwa i czekam. Czekam, bo jeszcze biletu nie mam. No to czekam, a takie czekanie wywołuje masakrę myślową - a co jeśli, a co w ogóle i w ogóle i a co i w ogóle i ja cież, za przeproszeniem, kurwa, nie pier... chromolę! Takiej akcji jak kupowanie biletu lotniczego ot tak, od ręki w życiu na oczy nie widziałem, a to ja byłem pacjentem, którego wysyłają w przestworza! Za nie wiem ile, ale na pewno nie za długo! A co z wydrukiem? A co z zapłatą? A co z odprawieniem się? Ma-sa-krach!
I kuźwa, słusznym jest zwrot, że strach ma plus szesnaście dioptri i wielkie oczęta. Około 15:30 zatelefonił Kierownik Marcin, mój ulubiony pracodawca =), i rzecze, że śmigam o 16:30 do Shenzhen (czytamy niemal jak Szengen), pod Hongkongiem - stamtąd tylko pół godziny do miejsca granicznego, gdzie mnie opieczętują. Samolot był ciut opóźniony, ale luz - widziałem cel, wiedziałem, co należy robić, myślałem - będzie git, będzie dobrze, dasz radę, Jaśkiem jesteś!
I, że tak powiem, no wuj by strzelił pewność siebie - przecież lecisz w nieznane, języka prawie w ogóle nie znasz, musisz skorzystać z transportu, no słowem pupa zbita.
Wtedy też otrzymałem wić od Marcina, że samolot powrotny mam o ósmej rano z lotniska w Shenzhen, więc nie ma to tamto.
Ale ale - Haha! Jaśki już podobną sytuację przeżyły i nieco doświadczenia się przydało. O tyle było luźniej, że wracałem następnego dnia do chwilowego domu w Yuyao. I z takimi myślami udało się jakoś do flotolotu wsiąść. Szczęśliwie usiadła obok mnie pani, co w biznesowych sprawach leciała, ale nie do Hongkongu (to byłoby zbyt pikne). Odpaliła sobie tabletowate ustrojstwo i jęła oglądać...
... Anime. Detective Conan. Chwała niebiosom za Anime (jak ktoś z rządu czyta i pomny jest ostatnich artykułów, że anime to zło i plaga wcielona, to niech czyta dalej) - nawiązałem z panią łatwy kontakt właśnie dlatego, że oglądała ową bajuchę. Zaczęła się śmiać, że biznesłomen nie przystoi oglądanie kreskówek tego typu. Uświadomiłem ją, że to z powodu owej kreskówki zagadałem (gdyż znałem mangę, na której bazuje owe anime) i, ponownie, chwała niebiosom, otrzymałem pomoc w sprawie poruszania się po wyjściu z samolotu. Dodatkowo niemal trzy godziny we flotolocie minęły jak z bicza strzelił jak się tak kątem oka (które jest okrągłe) spoziera na anime.
Niemniej jednak, próbowałem się zdrzemnąć i, patrząc za okno, gdzie mroki i ciemności Chińskie zapadały, przypomniał mi się lot do Chin, a w nim strach i tęsknota, które wtedy w sercu zawitały. Smutno było, bo to w końcu droga w nieznane, człowiek się obawia, czy sobie poradzi, a wcale nie jest łatwo, kiedy trafiasz na barierę językową i kulturową. Ale radzi się! Można sobie poradzić! Już trzy miesiące sobie radzę, to i teraz sobie poradzę!
No i wylądowałem. Za uprzejmością Mandy (bo tak się biznesłomen zwała) uzyskałem bilet na busa na granicę. Dotarłem tam, przebrnąłem przez masę bramek kontrolnych, aż mi zaaplikowali ze sześć pieczątek w paszport.
Yay! Jestem w Hongkongu! Yay! Pozwiedzajmy - wróć! Masz samolot za 10 h. I nie wiesz jeszcze, gdzie śpisz, I, kurka wodna, nikt nie włączył w tym miejscu klimy - cholernie duszno i parno, bo nie porno, i w ogóle się zgrzewa człowiek dysząc - nie dziwota, wszak Hongkong to już inne, bardziej tropikalne klimaty.
Takoż, uświadomiony myślą swą, że nie mam czasu na zwiedzanie (i będę szlochał w przyszłości, że mi jaj zabrakło, że mogłem śmignąć busem, zrobić zdjęcie panoramy, bo mówią, że zacna i wrócić do Chin Właściwych, na lotnisko, ale postanowiłem nie drażnić kierownictwa w górze, bo póki co przychylne, zsyła ludzi, którzy pomagają takiemu Jaśkowi, więc grzecznie wracaj Johny na lotnisko).
Więc byłem w Hongkongu. Dwie minuty.
Udałem się na lotnisko taryfem, zdarł i paragonu nie zostawił, także nie wróci ów pieniądz do rąk mych. Marcin powiedział, że pokrywa wydatki podróżne, ale tylko, jak mu papier przedłożę.
Ale to nic! Jestem na lotnisku, trzeba znaleźć hotel! To zagaiłem pierwszą lepszą skośnooką, która była w jakimś uniformie, znaczy pracownica i poprosiłem o namiary hotelu.
Nie powiem, że była to śliczna i czytelna konwersacja, ale z bólami udało się jakoś dogadać. Hotel zadzwonił i powiedział, że przyśle po mnie samochód. To powiedziałem, że mają wyczewkiać faceta z plecakiem i parasolem. Znaleźli mnie bez pudła.
Hotel jak hotel, duży, przestronny, ogólnie w porządku, nawet mi z komputera pozwolili skorzystać. Panda otrzymała maila, że mnie nie ma, bo jestem przymusowo gdzie indziej - mogę spać spokojnie.
Ale największe zdziwienie zrobiła na mnie obsługa - wszystko, co chciałem (a nie jestem wymagający), to zrobili, zero problemów, no wypas! Bardzo się ucieszyłem, naprawdę miło takich zacnych człowieków było spotkać po takich zabawach, których to zaledwie połowa, bo jeszcze powrót.
W pokoju - nie będę się wiele rozpisywał, tylko rzeknę, że odpalając prąd, odpalił się też telewizor, na którym leciał jakiś program historyczny. Raz na niego popatrzyłem, i ujrzałem Mao z Wujkiem Józkiem ze Stalina - uśmiech na dobranoc murowany =)
Pobudka o 5:40, śniadanie o 6:00, na śniadanie jajka i kluski z kurą i warzywem i sok pomarańczowy i w drogę!
Samolot - zero problemów. W samolocie - zagadał mnie Chińczyk, Marcin (zbieg zbiegów, czy jaki wuj? A może imię dość popularne?) i podróż minęła jak z płatka czy innego bicza strzelił. Miejscem docelowym było Ningo - a że tam już byłem, to strachu nie było i się szybko Jaś na południowy dworzec autobusowy taryfą zawiózł (się rozbestwię jak tak taksówkami będę śmigał co chwila. A potem w Polsce - dlaczego one takie drogie!?).
A tam to już droga do Yuyao i nawet się wyrobiłem na lekcje Chińskiego, co o 13:00 się zaczynały.
Takaż to przygoda mnie się przytrafiła.
Niemniej jednak wywołała zmiany w postrzeganiu Chińczyków po raz kolejny. Nie myślę o nich przychylnie. Jakoś nigdy takie myślenie o Chińczykach nie występowało, zwłaszcza od momentu wkroczenia na ich ziemię. Akceptuję ich, ale nie pałam do nich wielką miłością i radością. Po owym wydarzeniu mam mieszane uczucia - traktują człowieka dobrze tylko wtedy, gdy jest to w ich interesie. Mieliśmy dziś i mamy jutro lekcje pokazowe w przedszkolu dla rodziców, którzy patrzą, jak się z maluchami wychylamy i bawimy podczas zajęć - i nagle wszyscy w szkole TEFL-owskiej troskliwi, pytają czy pamiętamy, że lekcja, pytają, czy pamiętamy, że identyfikatory, pytają czy wszystko okej - bo mają w tym interes. Chamski, prosty, pieniądzo-dający interes. I tylko dlatego są mili!
Ale z drugiej strony pomogą bez niczego obcemu człowiekowi, który tylko się wychyli. Który da jakikolwiek sygnał bezradności, który sprawi, że Chińczyk chce pomóc. Może myśli, że coś mu się dostanie później? Wątpię, nie wszyscy ludzie tak funkcjonują.
Chiny to jedna cholerna mieszanka wszystkiego, ale nie tego, co nam Europejczykom, a zwłaszcza Polakom znane. Można trafić na brudasów i flejtuchów, na chamów i prostaków, ale też można trafić na zacne człowieki, co pomogą i już. Niemniej jednak nigdy się nie dowiesz z automatu, co Chińczyk myśli.
Tajemniczy kraj, nawet jak się w nim jest.
Tuesday, April 3, 2012 2:54:24 PM
Od ostatniego wpisu nieco czasu minęło i nieco się zmieniło. Ale po kolei.
W poniedziałek wykorzystałem gitarę w trakcie lekcji/zajęć z dziećmi w przedszkolu. Pomogło, wzmocniło siłę uderzenia wiedzy w mózgi młodzieży, poza tym odrobina chińskich dzieci doświadczyła gitary i mają za swoje.
Wówczas złe nastrojenie czmychnęło w te pędy i Jan uwierzył w siebie bardziej niż kiedykolwiek, co potwierdziło się wtorkowym dniem, kiedy dowiedziałem się, że wiem, że wiem, że mogę dużo. Ot, takie dowiedzenie się.
Za to w czwartek zostałem zaskoczony, gdyż przedszkole powiedziało, że w sobotę znów mamy u nich lekcje - czyli wydarzenie mocno niecodzienne, wszak w soboty nigdy nie mamy tam zajęć. Przyczyną było zbliżające się święto sprzątania grobów, które w tym roku (gdyż kalendarz chiński jest ruchomy. Niestety nie wiem jeszcze od czego zależy, ale tu winna pomóc wiki i google) wypadło na 3-4-5 (któryś z tych dni) Kwietnia. I przez to przeniesiono nam zajęcia z soboty na poniedziałek i z poniedziałku na sobotę. Taka zamiana niespodziewana mi się nie podobała i jedna z pracownic, nieucząca, dostała kulturalnie mówiąc, ochrzan za to, że dowiaduję się o tym od nich w piątek, a nie na przykład w poniedziałek, kiedy to ustalenie zostało dokonane. Ochrzan przeciągnął się i w sobotę sam kierownik do mnie zadzwonił, czy wszystko okej. To jego też ochrzaniłem. Potem zadzwoniła Jo i powiedziała, żebym z wiatrakami nie wojował - ona cztery lata z tym walczy i nic. Powiadają, że to tak zwana "culture thing"
Z jednej strony może i kulturowa, lecz chińska uczycielka zapytana, czy jej też się to zdarza, powiedziała, że owszem i wówczas bardzo się wkurza i jak ma niedość czasu, to mówi, że zajęć nie poprowadzi, bo nie jest przygotowana i basta. Ale kierownictwo rządzi i trzeba coś kombinować.
Z drugiej strony mam pomysł na argumenty, które mogą kierownictwu do rozumu przemówić. Lecz wiedząc, że Hamerykanka nie dała rady przez lat cztery, a doświadczona bardziej w tej materii ode mnie jest, to raczej zaniecham i będę chodził przygotowany na wszelakie niespodziewajki.
A na te przygotowania poświęcę czwartek, gdyż dniem wolnym on jest z powodu święta oczyszczania grobów. Rytuał wygląda jak nasz dzień Wszystkich Świętych, czyli omiatanie grobów, palenie świec, kadzideł, jakieś ozdoby typu kwiat, a potem wspólny posiłek i zaduma nad zmarłym.
Natomiast środa będzie znów dniem podróży - tym razem sam i tym razem do Ningbo - zobaczyć w końcu biuro AIESEC'a, pozwiedziać ichną starówkę i centrum, a także zahaczyć o jaki magazin, coby nabyć jakieś przedmioty niespotykane w Yuyao. Ponoć w lokalskim TESCO mają żółty syr. Będę po niego sięgać z podwójną obawą. Raz - bo to ser w TESCO, dwa - bo jego cena może mnie solidnie wystraszyć.
A skąd te niusy? Ano poznało się w poniedziałkowy wieczór nauczycieli z innej szkoły językowej, gdzie uczą (jedynego słusznego) brytyjskiego angielskiego, czyli panów (dwóch) anglików i jednego Szkota. Miłe chłopaki, jeden po prostu emanuje nerdowatością, ale ze wszystkimi da się porozmawiać bardzo w porządku.
Czyli wyjazd mnie czeka jutrzejszym porankiem. Mam nadzieję, że nie skończy się tak, jak ostatni - tygodniem w betach z zaleceniem wygrzewania się i wypacania.
Ale ale! Jeszcze jedna rzecz umknęła. I to dosyć istotna - otóż okazuje się, że Kanadyjczyk nie zdał testu na uczycielstwo (nieformalnej oceny postawionej przez kierownictwo) i z nami pracować dłużej nie będzie. Co się z nim stanie - zielonego nie mam!
I na koniec piękna historia, ale od początku:
W sobotni wieczór wybraliśmy się na imprezu. Do lokalnego klubu. A że jeszcze z Pandą porozmawiać chciałem, rzekłem, że nieco się spóźnię. Zostałem również poproszony, aby być zacnym człekiem i wskazać Kanadyjczykowi drogę do klubu. Takoż i poczyniłem, więc Kim przytuptał w nasze progi za kwadrans ósma, sprawdził swój internet i pojechaliśmy. Dotarliśmy na miejsce, wzięliśmy krzynkę piwa (bo tak taniej i w ogóle przyjemniej, a że jeszcze jedną trzeba było wziąć to już inna historia), cenowo wyszło po pińć zeta za piwo - czyli okej, lecz biorąc pod uwagę jego procentowość - mogło być lepiej =). Mniejsza. Klub klubem, muzyka muzyką, całkiem świeże hiciory z poprzednich wakacji, czyli Siekiery, tańczące pudła i inne takie. Po chwili wrzucono odrobinę rock'a i nie wiedzieć czemu poza mną i pracownikami nikt inien się na środku nie bawił. Wniosek - chińskie człowieki rocka nie lubieją za bardzo. A szkoda, takie fajoskie i mocno brzmiące dźwięki tak ładnie na duszę kojąco wpływają =P.
Ale! Impreza się zakończyła, trza do domu wracać. Tu piękna scenka rodzajowa z udziałem Kim'a - przecież on sam nie będzie wracać, założył to jak aksjomat, że z nim wrócę.
- No to dawaj w długą - mówię.
- Ale z buta? - rzecze Kim.
- A co? Nie? Taka pogoda ładna, bezchmurne niebo, cieplutko, puściutko na ulicach, nic tylko spacer.
I poszliśmy. Wymyśliłem spacer nad rzeką, tylko że podejście z innej strony zostało dokonane (nieco wcześniej niż standardowa droga z pracy). Bidula się pogubil i zaczął panikować, bo nie wiedział gdzie jesteśmy
- Spokojnie - mówię - zaraz się zorientujesz, gdzie jesteśmy.
Tu trzeba przedstawić okoliczności - Kim, facet, lat 30-ci, po przeszkoleniu wojskowym. Nie wymyślił, że i ja idę do domu, a nie błądzę, więc nie w głowie mi szukanie nowych ścieżek - nie zaufał mi, jako przewodnikowi, mi, który żyje dłużej od niego w tym miejscu o niecałe trzy (o kurde! Już?) miesiące.
I rozmowa się toczyła, Kim zaczął sarkać, że o nie jest pijany i jak może mnie to nie obchodzić, czy on jest pijany, czy nie i nie może tego pojąć - a na wuj mnie o tym wiedzieć, normalnie paranoik i tak się przejmuje tym, co inni o nim pomyślą że o ja cież nie chędorzę, żeby załagodzić ton myśli wtedy się przez głowę przewijających. Widać było, że brakuje mu nieco wyobraźni. I taki dialog (numer jeden) się wywiązał:
(tłumaczenie z amerykańskiego dialektu języka angielskiego)
- Winieneś nieco więcej książek czytać.
- Nie mów mi, co mam robić.
- Nie mówię Ci, co masz robić. Gdybym tak mówił, to bym powiedział ci, jakie książki masz czytać. A tak, to tylko doradzam, że winieneś czytać książki. Dowolne, ale czytać. Przyda ci się.
- Ale nie czytam książek. Za to czytam artykuły.
*chwila ciszy*
- A bo wiesz, w Koledżu byłem na profilu generalnym, próbowałem tego i owego, ogólnie odrobinę wszystkiego. Książki też czytałem
- I co, przestałeś?
- A tak jakoś. Ale czytałem. Klasykę. (Tu padł tytuł, ale tak niewyraźny, że nie przytoczę)
- I co, brak chęci na więcej czytania?
- No nie bardzo. Jak coś, to artykuły. O sporcie, o tym, co lubię.
- A co lubisz?
- Sport, w tym jestem niezły, sprawy duchowe, paranormalne, naukę, takie rzeczy
- Zatem powiedz mi, co nowego słychać w CERN'ie?
- W czym?
- CERN'ie. Takie centrum naukowe.
- Nie kojarzę.
- A wielki zderzacz hadronów kojarzysz?
- Nie bardzo
- No cóż, to najnowsza nauka...
*znów chwila ciszy*
- A to porozmawiajmy o czymś, o czym lubisz rozmawiać
- Ale jestem kiepski w zaczynaniu rozmów
- Aha. Ale spróbuj, porozmawiajmy o czymś, na czym się znasz
- Ale nie wiem, o czym.
- Śmiało, mnie interesuje wszystko.
- Ale nie chcę rozmawiać. To niewygodna pora.
- Słuchaj Kim, idziemy, jest noc, zacna pogoda, był świetny wieczór - to idealny moment na rozmowę.
*chwila ciszy*
- Ale fajnie się tańczyło (Kim)
- mhm.
*chwila ciszy*
- Ale fajne były dziewczyny
- mhm
(koniec dialogu nr 1)
Facet, 30 lat, po wojsku, oczytany, lubi sprawy duchowe, naukę, sport. Jak dla mnie ciut za mało kreatywny. Zwłaszcza na posadę uczyciela. Ale to moje zdanie.
Dotarliśmy do rozstajów, pożegnaliśmy się i dawaj w długą, w dom, do łóżeczka, wszak bouncing daje w dupsko i spać się chce. Niemalże pod chawirą dzwoni telefon. Oczywiście Kim:
(dialog numer dwa)
- Hej Jaśku, bo mi bramę zamknęli wjazdową na podwórko.
- Spoko - mówię, bom pomny, że Federica (pewna członkini Włoskiej Mafii) miewa ten problem, gdy wraca późno, musi iść do drugiej bramy i tam szukać rozwiązania. Jako że je znam, gotów jestem udzielić pomocy, bom pomocnym jest, ale... - musisz wyjść na ulicę, spojrzeć -,
- Ale to zbyt skomplikowane, lepiej będzie jak ruszę się i przenocuję u ciebie.
"nie no" - myślę "noż kurwa przegięcie!"
- Słuchaj się mnie -,
- Ale...
- SŁUCHAJ SIĘ MNIE!
*cisza w słuchawce, mogę kontynuować*
- Pójdziesz tam a tam, skręcisz tu i tu, dalej tak i tak i jesteś w domu. Jasne?
- Okej, zadzwonię jak coś.
Facet, 30 lat, po treningu wojskowym. Oczytany, jak twierdzi.
No świetnie, mam nadzieję, że to już ostatni telefon dzisiejszej nocy. W dom, w końcu, proste ogarnianie się, jeszcze napisać list do Pandy w Niu Jorku siedzącej, co u niej już dzień sobie trwa (no ma dziewczyna wyłączność na świeże niusy z tym co u mnie, jest nieco równiejsza, hehe =P), no to stukam tegoż maila.
Dzwoni telefon
(dialog czy)
- Tak Kim?
- Bo dzrzwi są zamknięte, nie mogę otworzyć i wszyscy śpią
*O ja, za przeproszeniem, pierdolę*
- i dzwonię do dziewczny, co jest w domu, ale nie odbiera, to dzwonię do drugiej, ale ona jest poza domem, i ona dzwoniła do tej pierwszej i ona też nie odbiera. Nie mogę się dostać do domu, Chyba będę musiał przenocować u ciebie
Straciłem respekt do gościa. My takie akcje musieliśmy za młodu sami do naszych domostw odstawiać, narażeni na gniew obudzonych w środku nocy rodziców przez naszą głupotę (bo się kluczy zapomniało - przynajmniej z pięć razy, długo nauki pobierałem =) ). A tu dzwoni zrozpaczony Kanadyjczyk, facet, 30 lat, po przeszkoleniu wojskowym, oczytany. Tak twierdzi. I nie może się dostać do domu.
- To wal w drzwi, spróbuj klucza w różnych pozycjach (taki klucz, że są możliwe cztery)
- Ale nie daję rady!
- To bij mocniej i dłużej. To trochę potrwa
- Ale obudzę wszystkich!
- I o to chodzi
- Ale tego nie chcę robić
- No to się nie dostaniesz do domu
- No to mnie przenocuj
- Nie
- Dlaczego nie?
- Bo masz swój dom, w którym niemalże jesteś, postaraj się do niego dostać
I ta wymiana zdań powtórzyła się co najmniej trzy razy, przerywana desperackim atakiem Kima na drzwi. Bał się, że dziewczyny zadzwonią po policję, a ci go zgarną. W pewnym momencie nawet mnie zbluzgał słowami "Dlaczego, kurwa, nie pozwolisz mi u siebie spać?!"
W końcu coś się stało, bo się rozłączył.
Do tej pory go nie ujrzałem i mam nadzieję, że go nie zobaczę.
Facet. 30 lat. Po treningu wojskowym, oczytany. Był w Rosji, w Korei, w Mongolii, nawet chwilę w Japonii. Jak twierdzi. Jest w Chinach.
Sami osądźcie jegomościa, jeżeli wam się chce, ja kładę na niego lagę i zwisa mi on zwiędłym kalafiorem. Z drugiej strony świetny temat do plotek, a nawet do straszenia wnuków - "jak nie będziesz się uczył, to będziesz gorszą sierotą od Kima z Kanady!" "Okej, już się zabieram do lekcji".
Świat jest pełen ciekawych ludzi =) Następny na celowniku jest Ben - jeden z trzech wyspiarzy, obok Steve'a i John'a (w końcu to najlepsze imię) - jak wspomniałem, emanuje nerdowatością =).
Także miłego i do usłyszu następnym razem =)
Sunday, March 25, 2012 7:37:59 AM
Mowa o wiośnie. No przyszła, zjawiła się. W pełnej okazałości. Świeci słońcem, śpiewa ptakiem, no cud-miód.
Ale tak siedzę i patrzę od czasu do czasu i widzę te budynki, widzę tych zabieganych ludzi, a właściwie ich masę. Wylęgają się spod ziemi niczym dzikie bestie, co łup zwietrzyły. Wiosna obudziła masy Chińczyków, masy masowe, wielkie masy. Dlatego każde wyjście z domku jest nieco uciążliwe z powodu obecności gapiących się Chińczyków.
No bywa, że ma się ich chwilami dość. I dziś jest taki dzień, taka chwila, że mam ich serdecznie dość. W ogóle to właśnie dziś mi się tęskni do rodzinnych stron bardziej niż zwykle, bardziej niż w pierwsze, zimowe noce. Tęsknię za Pandą, co w Niu Jorku śmiga i też ciężko tyra, ale też tęsknię do beztroskiego życia, które się wiodło do tej pory.
Jak na dwudziestosześciolatka to trochę późne odkrycie, panie Jaśku!
I tak oto niedziela minęła na porządkowoaniu, drobnym przemeblowaniu, zakupowaniu i ogarnianiu całokształtu we łbie. Sobie siedzi człowiek, ładnie mu słonko przyświeca, ale wie, że w poniedziałek czeka go ponownie chwila pracy, która wymaga przygotowania dydaktycznego. I to odrobinę mi psuje humor, bo chcę wprowadzić nowinkę i nie wiem, jak zostanie przyjęta - mam nadzieję, że dobrze i że nie zepsuję wprowadzania nowych zwrotów anglojęzycznych. Niech dźwięki będą ze mną, będę ich potrzebował.
Także w nieco podłym nastroju dziś słowa padają, bo patrząc za okno, ma Jan chęć wyjść i pospacerować, ale i porozmawiać z ludźmi, których zna, których lubi i z którymi rozmawia mu się fajno. A może i jakiś wypadzik za miasto? Może jakiś dłuższy spacer w górach?
A tu, trzeba mnie się uczyć języka(a nie opieprzać) i samemu pełzać po dolinach, górach, wzgórzach, miejscach, które krzyczą, aby na nie popatrzeć (albo popaczeć).
Niemniej jednak są takie dni, gdy człowiek ma wszystkiego dość. Pier*oli, nie robi i ma ochotę wszystko rzucić w diabły! Ale dobrze wiem, że takie dni przechodzą i znów się idzie podnieść, i porobić swoje. I tak też trzeba robić. Mawiają, że dobre rzeczy szybko się kończą, ale trud też prędko mija. I z tymi słowy każdemu życzę błyskawicznie mijających dni pracy, a wlokących się jak smoła chwil przyjemności
Miłego dnia ze słonecznego Yuyao życzy Jan, Jasiu i Janek =)
Tuesday, March 20, 2012 5:54:46 AM
Ano, po podróży. Zdarzyło się miasteczko nawiedzić. Duże miasteczko. Takie dość zacne. I pobudowane wszędzie, wysokimi budowlami, prostymi, standardowymi, a także i nowoczesnymi, świecącymi i wszystko-mającymi.
Ot Szanghaj, czy też Shanghai.
Dotarliśmy dnia niedzielnego na godzinę 15:30 na dworzec południowy. Autobusem. A dlaczego? Dlatego, że kupując bilet pociągowy, okazało się, że wolne bilety pociągowe do Szanghaju są na godzinę 18. I rzucono nam paszportami w twarz. O ile ja tam się takimi drobiazgami nie przejmuję, o tyle Włoszka się zbulwersiła i nadąsała. Zły to znak, gdy człek się niepotrzebnie irytuje. Ale do rzeczy.
Pojechaliśmy doń autobusem, przy okazji korzystając z trasy wiodącej przez most Hangzhou. Taki nieco długawy, jakieś dwadzieścia dwie mile =). Widok z takiego mostu: lewo - woda, prawo - woda. Nie jakiś zachwycający, ale uspokaja =)
Wjeżdżając do Szanghaju nie wiedziałem dokładnie gdzie się zaczyna ani gdzie się kończy. Zabudowa miejska rozciąga się na naprawdę olbrzymim rozmiarze. W drodze powrotnej jadąc autostradą, czy drogą ekspresową jakieś dwadzieścia minut wciąż widzieliśmy wokół siebie masę wysokich budowli. Wielkie to, naprawdę!
W każdym razie, po poszukiwaniach hotelu (tu znów dało się zobaczyć nieco zdenerwowania Włoszki) sobie w nim przycupnęliśmy i czekaliśmy na Japonkę, co dotrzeć tam miała. I dotarła, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie.
Główna ulica spacerowa - Nanjing East road - wieczorem ogłusza światłem. Tam dźwiękiem nie mówię, ale światłem. Masa budynków świecących zewsząd, dynamiczne i interesujące kształty konstrukcji, masa, ale to masa ludzi, czy to lokalnych przemierzających ulice, czy to turystów, czy to handlarzy czymkolwiek - masa ludzi na tejże ulicy. Niesamowite wrażenie. A i pogoda zachwycała, więc tym bardziej było przyjemnie. Niestety, owi handlarze bywali zbyt natarczywi i p jednej odmowie usilnie dalej próbowali wepchnąć towar w cudze łapy. Aż trudno się było od nich odgonić.
Po napadnięciu restauracji herbacianej (i z deserkami), wróciliśmy do hotelu, by zasnąć i następnego dnia zwiedzać dalej. Okazało się, że Włoszka ma dodatkową agendę i musiała w pewnym czasie być w pewnym miejscu. Jako że mnie to nie przeszkadzało - byłem wolnym zwiedzaczem, który jął się wybrać dla towarzystwa - ruszyłem za nią. Zresztą zły to pomysł by się rozdzielać, gdy wielkie miasto otacza.
Ogólnie drugi dzień minął na spacerowaniu. Odwiedziliśmy Bund, czyli zabudowę wokół rzeki, nad którą leży Szanghaj, czyli nad rzeką Yangtze. Są tam budowle naprawdę oryginalne, znane na całym świecie, jak na przykład światowe centrum finansowe, również znane jako wielki otwieracz do butelek Chucka Norrisa =) i wiele innych. Miło się prezentują za dnia, porą wieczorową, kiedy pogoda też ładna.
Wieczór dnia drugiego został spędzony w Chińskiej reztauracji, w której to maniery naszym damom nie podobały się zbytnio - ludzie potrafili wypluwać szczątki jedzenia nawet na podłogę, nie przejmując się przy tym specjalnie. Było to na tyle niesmaczne, że podnosiło poziom adrenaliny u niektórych. Później przenieśliśmy się do centrum handlowego, gdzie, w jego wnętrzu dopadliśmy stanowisko, gdzie sprzedawano różne rodzaje herbat i kaw. Wybór nieziemski a cena zupełnie nie centrohandlowa. Tanie jak barszcz, a i obsługa bardzo kulturalna, pan właściciel wymiatał po angielsku, a zapytany skąd u niego taka ogłada i kultura, odpowiedział, że jest z Tajwanu =) Czyżby Tajwan tak odmiennie się prowadził? Czyżby Tajwan był bardziej kulturny niż całe Chiny? Interesujące.
Dzień trzeci to ogólne zbieranie się, nabywanie pamiątek, szykowanie w podróż i popełnianie faux pas przeze mnie - bo nie byłem dostatecznie zdeterminowany - otóż taka sytuacja, że zapłaciłem za wszystkich za obiad (raptem jakieś 40 Juanów), Mówię - nie musicie oddawać, innym razem wspomożecie. To Włoszka dalej, że mi odda. A ja raz powiedziałem, to się nie będę powtarzał - odebrała to jako słabą determinację i się na mnie wkurzyła. Trudno, Widocznie do ludzi trzeba powtarzać raz podjętą decyzję dopóki to nie dotrze do głębszych pokładów zrozumienia.
Ot, kulturowy różnic. A może jednak powinienem się upierać?
Wróciliśmy również autobusem i dotarliśmy do Yuyao na osiemnastą trzydzieści. W autobusie zaczęły mnie niepokojąco łupać kości i karku i ramion i ud i w ogóle. Po dotarciu do domu nie miałem siły na nic, tylko się przebrałem i zakopałem w pościel. Dopadła mnie (prawdopodobnie, bo nie potwierdzona żadną diagnozą) grypa żołądkowa. Musiałem coś nie halo zjeść w Szanghaju! No to dawaj rekonwalescencja. Ciepłomat na maksa, pod pierzynę schowan, jeszcze miałem siły na prysznic, eska i gorący czaj i sru spać! W środę, czwartek i piątek do pracy nie poszedłem - nie było mowy. W środę dodatkowo, żołąd się zbuntował i zaczął mi wyrzucać to i owo, tak że bez wizyty w łazience się nie obyło. Szczęśliwie potem się w miarę uspokoił. I jak myślałem, że wszystko w miarę okej, to zrobiłem błąd dietetyczny i w niedzielę znów całą przeleżałem z obolałymi bebehami.
A nius kadrowy: Przyjechał Kanadyjczyk, co jego imię Kim. Wygląda jak azjata, ale po Chińsku nie szprecha. Starszy o cztery lata ode mnie, zajmuje się podróżowaniem i pracowaniem w różnych zawodach i miejscach. Interesujący człowiek, nieco nieśmiały i mam wrażenie, że się nieco jąka. Ale jest okej - potrafi pichcić, potrafi w szachy grać (i mnie rozgniótł jak robactwo podczas pierwszej wspólnej planszy. Się pochwalił, że pogrywa od siódmego roku życia - no to będę się od niego uczył =)), potrafi różne rzeczy i pogadać też z nim się da. Zacny kompan =)
Także od ostatniego wpisu ciut się podziało, i z powodu choroby niemoc twórcza, która zaistniała, spowodowała brak wpisów w poprzednich terminach. Na szczęście to winno minąć - zdrowieję z każdym dniem (dziś rosołek z kluskimi na obiad, proste i lekkie żarcie, nie winno siąść na żołądek) i robi się cieplej, co spowoduje chęć ruszania się na zewnątrz.
Ale w Szanghaju będąc nabyłem sześć ksiąg anglojęzycznych, także element przykuwający do wnętrz również jest.
Tak czy owak, żyję i mam się dobrze, a już planuję, gdzie tu można się dalej ruszyć. Może w maju do Będzina =), a może do Xi'an (czytamy Si-an), dawnej, często używanej stolicy, znajdującej się mniej więcej w centrum Chin, gdzie znajduje się słynne muzeum ceramicznej armii (no i jak tu tego nie zwiedzić!?) No kusi wszędzie, a ja chcę tam, gdzie dużo fajnych starych domków/budynków, gdzie mogę połazić po ogródkach czy górskich ścieżkach - tam chcę =)
No. Do zobaczenia następnym razem
Thursday, March 8, 2012 10:44:42 AM
Z okazji międzynarodowego dnia Kobiet, wszystkim paniom odczytującym te słówka życzę miłych chwil wśród najbliższych i tych, co ich kochają. I mogą to być betonowe słupy, podpory mostów, gry komputerowe, kocie bibliofile, całe kompaktowe zoo czy inne wesołe drugie połówki =) Grunt, że dziś to paniom należy się pokłon i ukłon i szacun i rispekt i kwiateczek. Choćby cyfrowy:
@-,-'--'-,--
Taka ot różyczka =)
A tak przyokazyjnie, wycieczka w Szanghaj się zapowiada sympatycznie. Pogodynka mówi coś tam o przejaśnieniach, ekipa międzynarodowa, ale nie dziwi to nikogo w takim mieście. Mieście, w którym mieszka na chwilę obecną około 23 milionów ludzi. Jakby to kulturalnie rzekł poeta - w cholerę i jeszcze troszkę.
Najdziwiejsze jest to, że tfu-rca tego bloga nie przepada za wielkimi aglomeracjami. Bywał w Krakowie, we Wrocławiu, w Warszawie i czuł się, że to wszystko ciut takie duże. Choćby Ryga również przekonywała, że dużym miastem jest. Jak i Praga. A tu nagle Szanghaj, jak się nie pojawi, jak masą ludzi nie zarzuci, a Jaś się nie martwi i będzie zwiedzał. Czyżby coś mu się stało? A może po prostu w końcu polubił nieco większe obiekty? Trudno orzec.
A osobiście, myślę, że po prostu chęć zobaczenia drugiego końca świata, a potem opowiedzenie o tym wam wszystkim prosto w twarz jest tak miłą chęcią, że przyćmiewa jakieś tam zachcianki. Zresztą kto może powiedzieć, że był w mieście, które ma największą liczbę ludności na świecie? =D Punkty fame'u i lansu same się nie zbiorą =)
Dodatkowo udało się wykorzystać dość zacnie dzień wolny i wybrałem się we wtorek na spacer w okolice lokalnych wzniesień. Może nie są za wysokie, ale za to piekielnie strome. Podejście nie trwa długo, lecz wyczerpuje. A możliwość posiedzenia sobie na górze z widokiem na miasto (z dala od cywilizacji, choć u podnóża góry jakieś tam roślinki były uprawiane) i przekąszenie przygotowanego przez się prowiantu może pobudzić i uzupełnić energię potrzebną na pracę z dzieciakami. Fajnie tak sobie po górkach połazić =) I korzystam z faktu, że nie jest za ciepło i się jeszcze za wiele robactwa nie namnożyło. W górach pusto, ludność okoliczna zajęta prostym życiem, a miłośnicy spacerów pewnie inne miejsca wybierają. Ja tam nie narzekam i jak zobaczyłem, że są, to się ruszyć w końcu musiałem. I było warto! Jak cholera!
No. I do następnego!
Sunday, March 4, 2012 4:39:43 AM
Minęło osiem tygodni. Czterdzieści i cztery do końca. Super. Tylko dlaczego ja to tak odliczam? Jednak ciut tęsknoty do kraju i do swoich ludzi jest, ale do rzeczy.
Po pracy w sobotę, gdzie terror i horror siały dzieci - aż ma się ochotę coś im zrobić, kiedy zaczynają rozmawiać po swojemu. Pottopić, poćwiartować albo inne wesołe aktywności, ale to inna historia, poszliśmy sobie do jednej z wielu lokalnych knajp, gdzie można się czegoś napić. Wybór padł na herbatę - koleżanki po fachu pracują w niedziele i to od rana, bo od 9:00. Szczęśliwie dla mnie niedziela jest wolna i mogę się wyspać.
W bardze tak oto herbatę pijąc i coś zagryzając (dziwnie tak, w barze coś jeść - nie po Polsku, a przynajmniej nie po mojemu) sobie zagraliśmy w dostępne dla ogółu planszówki. Wybór padł na Chińczyka =). Grając sobie kulturnie postanowiono, że przegrany wypija tequillę. Spoko, trzeba było się podłożyć =D Ale w owym barze, w owej knajpie tequilli nie uświadczysz. Za to była po sąsiedzku, ale cena jednego shota mnie zaskoczyła - 50 Juanów, czyli około 25 złotych. Jeden shot, jego mać! Za to w Polsce masz zestaw do samodzielnego imprezowania + soczek + coś do zjeścia, a jak kupujesz w Biedronce to i piwo na rano też się znajdzie. Za jednego shota!
Co za barbarzyństwo!
Ale alkohol to jedna zmora. Może Chińczycy nie potrzebują go za wiele, by żyć w spokoju, zacnie, w radości i z uśmiechami na twarzach. Może wystarcza im kubek ciepłej herbaty po ciężkim dniu pracy... Szczerze w to wątpię. W barze (tym, co miał tequillę) było sporo ludzi, ale zastanawiam się - gdzie tu będzie mało ludzi? Raczej wszędzie w Chinach, a przynajmniej w zachodniej części, będzie pełno obywateli.
Są oni za to intrygujący - introwertyczni, siedzą w domach, gdy nie muszą nic robić, pozbawieni (w większości) chęci odkrywania nowych rzeczy. Ot, jak jest, to jest dobrze, bo zmiana wymusza przystosowanie się, a kto wie, czy sobie jakiś Chińczyk z ową zmianą poradzi. Może takie jest myślenie? A dodaktowo rzeknę, że każdy człowiek ma jakiś nałóg. U nas picie jest całkiem popularne, za to w Chinach - hazard. Granie w karty, w Mahjong'a - to te najczęstsze. A hazard w Chinach jest nielegalny. W Hong Kongu zaś już legalnym jest =)
A propos legalności i nielegalności - Internet w Chinach, jak powszechnie wiadomo jest ograniczany. Ale, za odpowiednią opłatą, można zogranizować sobie u ODPOWIEDNIEGO człowieka soft do proxy, gdzieś tam w USA, i dzięki temu korzystać z takich stron jak Facebook, Youtube i inne. Także oglądanie online seriali czy filmów nie stanowi problemu. Jedynie programy z funkcją P2P mogą przysporzyć kłopotu, dlatego nie wolno ich używać.
Jeszcze taki intrygujący element zatrudnienia. Powiedziano mi, że będę mógł sobie wziąć dowolny dzień wolny, tylko muszę to zgłosić z wyprzedzeniem, tak minimum tygodniowym jest dobrze. No i chciałem tak zrobić, ale okazuje się że w poniedziałek (12.03) nie chcą dać wolnego, bo jestem w przedszkolu, a to teraz BARDZO ważne - a jak nagle zachoruję? Nie da się znaleźć zastępstwa? Albo przerzucić zajęć na inny dzień? Na pewno coś można wykombinować. A że jest się Polakiem, trzeba cechę narodową odpalić i pokombinować jak za starych dobrych czasów w elektroniku.
Miłego dnia życzę =)
1 2 3 4 5 ... 7 Next »