Dużo się dzieje ostatnio i źle się dzieje. Miłościwie nam panujące rządy i korporacje pracowicie, ale skromnie (bo w całkowitej tajemnicy) pracują nad ograniczeniem tak nam wszystkim ciążącej wolności i swobody. O tym, że międzynarodowe negocjacje nad paktem o kontroli Internetu (ACTA) toczą się za zamkniętymi drzwiami już pisałem wiele miesięcy temu. Jak przypomina Heise Online, nic na lepsze się nie zmieniło: politycy dopuścili do komitywy jedynie przedstawicieli korporacji, którym oczywiście zależy na jak najgłębszej cenzurze. O tym, żeby dać się poddać kontroli obywateli i organizacji broniących praw obywatelskich, nie mam mowy.
"PC World" powołuje się na rozesłane przez Komisję Europejską do krajów członkowskich UE podsumowanie przekazanego ustnie stanowiska USA. Zgodnie z tym dokumentem ACTA przewiduje rozszerzenie odpowiedzialności stron trzecich w razie naruszeń prawa autorskiego, a także ograniczenie przywilejów braku odpowiedzialności dla dostawców łączy. […] Amerykański projekt mówi w tym przypadku o "stopniowanej reakcji", która według planów rządów Francji i Wielkiej Brytanii ma w konsekwencji prowadzić do odcięcia łącza internetowego. Mówiąc krótko: USA chcą za pośrednictwem ACTA wprowadzić scenariusz "trzech naruszeń" (three strikes) na skalę międzynarodową. »»
O tym samym właśnie napisał serwis Vagla.pl, uświadamiając jednocześnie, ze nad tym porozumieniem pracują również przedstawiciele polskiego rządu. Ale kto konkretnie: jakie osoby, które ministerstwa czy agendy, jakie jest polskie stanowisko, jaki etap prac — nic nie wiadomo, praktycznie wszystko odbywa się w tajemnicy.
Opisywane ponad rok temu w tym serwisie negocjacje w sprawie Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA) nabierają rumieńców. Wydaje się, że na podstawie tego, co już wiadomo, możne próbować formułować jakieś bardziej ogólne tezy, dotyczące współczesnego procesu stanowienia globalnego prawa, w którym to korporacje zyskują podmiotowość i ... suwerenność(?). Oto okazuje się, że projektodawcy potrafią przekazywać projekt założeń "wybranym lobbystom", potrafią też niektórym firmom przekazywać dane po "zobowiązaniu ich do zachowania poufności", etc. To trochę chyba nie tak, jak zakładał kiedyś Monteskiusz, gdy myślał o trójpodziale władz, które wzajemnie się kontrolują. »»
Ponieważ dopytywano się mnie energicznie o wyniki V Konkursu Poetyckiego Przystani, wypadałoby je opublikować. Wczoraj podpisałem protokół, więc mogę zrobić to jak najbardziej oficjalnie. Zatem:
PROTOKÓŁ Z posiedzenia Jury V Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego pod hasłem: „ZBIORĘ WSZYSTKICH PRZYJACIÓŁ I SERCE PRZED NIMI OTWORZĘ BO DOPRAWDY CZY WARTO INACZEJ NA ZIEMI TEJ ŻYĆ” (Bułat Okudżawa)
W dniu 03.10.2009 r. Jury w składzie: Makary Górzyński, Artur Jurgawka i Lech Lament rozpatrzyło 96 zestawów nadesłanych na konkurs wierszy i postanowiło przyznać następujące nagrody:
• Pierwsza nagroda – KAROL GRACZYK, godło: Czarny Książe (Deszczno, woj. lubuskie).
• Druga nagroda – ELŻBIETA TYLENDA, godło: Pod_kreską (Darłowo).
• Trzecia nagroda – PIOTR RYBCZYŃSKI, godło: Ulpian (Kołobrzeg).
• Nagroda specjalna ufundowana przez Proboszcza Parafii Pod Wezwaniem Świętej Barbary ks. kanonika Mirosława Frankowskiego za wiersz o Ojcu Maksymilianie Maria Kolbe – WOJCIECH ROSZKOWSKI, godło: Podróżniczek (Tykocin).
• Wyróżnienia – JADWIGA M.JANKOWSKA, godło: Rosa (Turek); ANNA KWIATKOWSKA, godło: Relata Refero (Turek); Ks. WACŁAW BURYŁA, godło: Maksymilian (Krośnice).
Jury dziękuje organizatorom za trud i poparcie oraz za wytrwałość w krzewieniu kultury literackiej i pragnie, by nadal ten konkurs stale gościł w kalendarzu imprez kulturalnych stowarzyszenia „PRZYSTAŃ” tym bardziej, że w tym roku obchodzimy piątą rocznicę edycji konkursu.
Makary Górzyński, Lech Lament, Artur Jurgawka ________________________________________________________
Komiksy, komiksy, magiczne obrazki: pogonie i walki, pułapki, zasadzki…
Tak śpiewała przed laty Majka Jeżowska. Piosenka była zabawna, ale niestety utrwalała stereotyp, że komiks to tylko sensacyjne historyjki dla chłopców. A wcale tak nie jest. Nie będę nawet – przynajmniej w tej chwili – wskazywać dzieł awangardowych i najwyższych lotów, ale chcę pokazać, że to wcale nie muszę być te pogonie i walki. Za to magiczne obrazki: tak.
Copper – w moim tłumaczeniu Miedziak – to mało znany webcomic. Krótkie historyjki Kazu Kibuishiego, których tytułowym bohaterem jest chłopiec ze swoim gadającym psem Fredem, tchną niezwykłym spokojem i filozoficzną zadumą. Kolejne odcinki raczej luźno wiążą się ze sobą, ale mimo to stanowią całość, zawsze wydobywając z różnych wydarzeń – i niezwykłych, i tych codziennych – jakąś prawdę o życiu.
Historyjki te są tak proste i bezpretensjonalne, że aż głupio byłoby na ich temat filozofować. Zamiast tego lepiej po prostu się z nimi zapoznać. Komiks jest anglojęzyczny, ale niektóre odcinki są bez dialogów, z narracją czysto rysunkową. Komu mało: odcinek „Sygnały” można zobaczyć w moim – nader amatorskim, ale zrozumiałym – tłumaczeniu. Niech chłopiec imieniem Miedziak przemówi sam za siebie. Klik po pełną wersję.
Osiedle nocą ziało ciszą i pustką wręcz grobową. Zaciągnąłem do końca suwak dresowej bluzy. Po chwili wahania naciągnąłem jeszcze kaptur na łeb. Robiło się zimno, mgła zaczynała przesłaniać słabo świecące latarnie, tyłek mi zdrętwiał od opierania się o barierkę, ale nie miałem ochoty wracać do domu. Z okien w moim bloku widać było cmentarz, który płonął tysiącem światełek, nie lubiłem tego widoku. — Alekurwanuda — ziewnął siedzący obok Szafa i kłapnął szczęką. Wyglądał, jakby już przysypiał, ale swoim zwyczajem ściskał miarowo w dłoni kauczukową piłeczkę. Jemu też nie było spieszno. Żarł się ostatnio ze starymi. — Mówisz, że to dobry towar? — spytałem. Przybliżyłem paczkę do oczu, ale napisy nie były po polsku, tyle dojrzałem. — Ile tego mam brać? — Pierwsza klasa — zapewnił. — Ja biorę łyżeczkę trzy razy dziennie, ale możesz nawet cztery. Tylko pamiętaj o białkowej diecie i będziesz miał takie muskuły jak ja — podsunął mi po nos grube przedramię. — I może przestaną na ciebie wołać Cienki, Cienki. Daleki zegar wybił północ. Zimny wiatr zaczął nawiewać mgłę. Jutro matka na pewno wygoni mnie z rana ze zniczami. Zacząłem poważnie myśleć, żeby uderzyć w kimę, kiedy na pustej ulicy zabrzmiały ciche kroki. — Łocozafranca, o tej porze? — stęknął Szafa i podniósł się z powyginanej barierki. — A, patrz, Cienki, to ten stary Chinol…
Firma Ericsson zaprezentowała niedawno futurystyczną koncepcję komputera w roku 2020. Pokazany na targach Taiwan Broadband prototyp (a w zasadzie raczej jego zalążek), to niewielki moduł, który oprócz komputera ma zawierać dwa projektory: jeden wyświetla ekran na ścianie, drugi klawiaturę na blacie stołu. W tej chwili toto jest rozmiaru niewielkiej butelki z napojem, ale już trwają prace nas wersją bardziej kieszonkową. »»
Oczywiście, to w sumie nic nowego. Klawiatura wyświetlana na blacie to gadżet, który jest normalnie do kupienia w sklepach (choć drogi i mało praktyczny), mikroprojektory też już są na rynku, montowane w jeszcze mniejszych urządzeniach, bo w telefonach komórkowych. W sumie więc ten „nowatorski” koncept inżynierów Ericssona to tylko zlepek istniejących technologii, w dodatku niezbyt imponujący, nawet na filmie z pokazu nie widać, żeby to robiło cokolwiek poza samym wyświetlaniem. Pokazywana mniejsza wersja na pajęczych nóżkach to atrapa, a film jest nudny jak flaki z olejem, zawiera jedynie ględzenie zza kadru.
Ale nie dlatego wspominam. Jeszcze dziesięć lat temu niemożliwe wydawałoby się wpakowanie komputera z projektorem do urządzenia wielkości paczki papierosów. A dziś — proszę bardzo, bo przecież taki mniej więcej rozmiar mają komórki. A ja o takim pomyśle czytałem już wiele lat temu! Gdzie? Oczywiście, w powieści science-fiction. Mało znana trylogia „Ku gwiazdom”, jaką napisał znacznie bardziej znany Harry Harrison, zawiera opis czegoś bardzo podobnego. Oto fragment rozdziału czwartego trzeciej części, napisanej w roku 1987:
Najważniejszą rzeczą, którą udało się zatrzymać więźniom, był mikrokomputer. Była to właściwie zabaweczka, niewątpliwie otrzymana od kogoś w podarunku. Strażnicy przeoczyli go, ponieważ z wyglądu przypominał sztukę biżuterii w kształcie wiszącego na złotym łańcuszku czerwonego serca, z wygrawerowaną po jednej stronie literą "J". Należało jedynie położyć wisiorek na płaskiej powierzchni i nacisnąć literę, by przed operatorem pojawił się pełny hologram klawiatury. Pomimo braku wrażenia realności był to jednak najprawdziwszy komputer, dzięki wbudowanej jednostce pamięci molekularnej zbliżony pojemnością do zwykłych komputerów osobistych.
Nie ma wprawdzie ani słowa o ekranie, ale można się domyślić, że też jest w podobny sposób wyświetlany, przynajmniej, czytając tę powieść jako dziecko, tak właśnie sobie to wyobrażałem. Pomyśleć: gdyby Harry Harrison opatentował ten pomysł, dziś pewnie ściągałby za to niezłe pieniądze.
Wiele osób z sentymentem wspomina dawne gry, mówiąc, że „kiedyś grało się lepiej”»». Może i coś w tym jest, coś więcej niż sentymentalizm, ale rozwój gier dał nam przynajmniej dwie rzeczy, których jako gracze nie mieliśmy w latach osiemdziesiątych: o wiele bardziej rozbudowane światy i złożone rozrywki, oraz gry wieloosobowe. No, może nie tak do końca nie mieliśmy: była przecież Ultima (choć to raczej wyjątek), były gry na dwie osoby (ale już raczej nie na więcej).
Dzisiejsze gry, zwłaszcza MMORPG, są bez porównania bardziej skomplikowane i wciągające, dają możliwość rozwijania swojej postaci – swojego awatara w świecie gry niemal jak rzeczywistej osoby, a interakcja z innymi postaciami, zarówno sztucznymi jak i rzeczywistymi graczami z całego świata, podnosi stopień złożoności i fascynacji na jeszcze wyższy poziom.
Ma to jeden wielki minus: w przeciwieństwie do takich niezobowiązujących gier jak Space Invaders, czy Montezuma's Revenge, trudno cokolwiek osiągnąć, grając pół godziny po obiedzie dla relaksu. O nie, współczesne gry wymagają niemal tyle uwagi i poświęcenia, co prawdziwe życie. Niejednokrotnie trudno znaleźć czas, czy cierpliwość na rozwiązywanie kolejnych zagadek, zabijanie kolejnych potworów, czy osiąganie kolejnych poziomów umiejętności. O zdobywaniu wirtualnej waluty już nie mówiąc. A przecież rywalizacja z innymi graczami – prawdziwymi – i ambicja naciskają na osiąganie sukcesów.
Stąd i wiele narzekań. Czy to jest WoW z milionami ludzi grającymi jednocześnie, czy The Mana World, gdzie liczna graczy online nie przekracza dwustu, pojawiają się narzekania: że za trudno, że zbroi nie da się kupić, tylko trzeba wykonać misję, jak można kupić, to drogo… Sprytniejsi próbują iść na skróty. Jedni kupują gotowe postacie, lub wirtualne przedmioty za prawdziwą gotówkę… Inni próbując sobie „tylko” ułatwić życie, uciekają się do pomocy wszelkich programów automatyzujących granie, skryptów, botów i podobnych. Niestety dla nich „botting”, czyli granie „na automatach” jest co najmniej niemile widziane w większości gier online, a najczęściej surowo karane, nawet dożywotnim wykluczeniem. I co teraz?
Niedawno odszedł Krzysztof Chrabja Bielański – ceniony przez wielu blogger i internauta. Nie miałem niestety okazji go poznać, ale podążając za linkami zapoznałem się trochę z tym co tworzył i co po nim pozostało. Wśród wielu stron gadugadu.blog.pl, czyli śmieszne rozmowy z komunikatora okraszone ilustracjami. Wśród nich taki oto wpis:
Zaśmiałem się, bo ja rozpoznałem cytat. Notabene, ten „motyw” zasługuje na znacznie większą popularność, równą cytatom z „Rejsu”, czy „Misia”. Kto nie zna, polecam:
Dlaczego życie jest jak wielki, żelazny most? Może dlatego, że nie pozostawia nam tyle swobody, ile byśmy chcieli, może dlatego, że nawet jeśli się nie zawali nam pod nogami, kiedyś musi dobiec kresu. Starym pogańskim zwyczajem, uczciwszy odeszłego kielichem wina, zostawiam Was z tą myślą…
Słońce paliło. Powłócząc nogami drużyna schroniła się w cieniu kępy drzew. Nowa szata maga Muchammara zakurzyła się od pustynnego pyłu. Lord Marcyliusz psioczył na zgubioną tarczę i cenny plan. Najgorzej wyglądał krasnolud Krasnobrody, który mocno utykał i podpierał się swoim bojowym toporem o długim trzonku. — Wymiękam — jęknął mag, waląc się jak kłoda na rzadką, przysychającą trawę — nie zrobię już ani kroku. Odmawiam kontynuowania kariery biegacza. — Trzeba było pomyśleć przed rzucaniem zaklęcia — wytknął mu Marcyliusz, siadając. Jego ruchy i podpieranie się mieczem wyraźnie wskazywały, że oberwał po krzyżu. — Ty akurat najmniej ucierpiałeś. Trzeba się zająć nogą Krasnobrodego. — Mamy jakiś leczniczy eliksir przecież — przypomniał sobie mag. Wykonał nieokreślony ruch ręką — zobaczcie w mojej podręcznej torbie. Ten co kupiliśmy na jarmarku jeszcze w Pendżi-Narze.
Podczas kiedy ponuro milczący krasnolud obmacywał swoją poharataną kończynę, dowódca drużyny wyłowił z bagażu pękatą buteleczkę z ciemnego szkła. Przybliżył ją do oczu, próbując odczytać pismo na niewielkiej etykiecie. — Zdrowy-San. Elyksyr na rany a obtłuczenya wszelakye. Dawkować podług instrukcyj uzdrowiciela abo znachora. Każden elyksyr nyewłaściwye stosowan zagrażać może zdrowyu ciała abo i duszy. Matko, co za analfabetyczne kulfony. To się pije? Smaruje? Muchammar, jak się tego używa? — Czy ja wiem? Nie ma tam ulotki? — podrapał się w spoconą głowę drużynowy mag. — Nie ma. Nie było. Dlatego pytam ciebie. — Nie mam bladego pojęcia, nie znam się na tym. Nie robiłem specjalizacji z magii leczniczej — rozłożył ręce. — Ale chyba jakieś zajęcia miałeś? Bez jaj, jak mogłeś nie zaliczyć choćby podstawowego kursu? — Rektor mnie wykopał i dał wilczy bilet po nieudanym pierwszym praktycznym egzaminie — mruknął mag niechętnie. — A co to było?