Skip navigation.

Wyśmiewisko różności

Dajcie mi punkt oparcia, a wyśmieję wszystko

Kosmiczna inwazja na młode mózgi

, ,

Wiele artykułów o grach w codziennej i niecodziennej prasie zaczyna się słowami: „od kilku lat pojawiają się głosy o szkodliwości i brutalności współczesnych gier…” lub podobnymi. A g… uzik prawda! Takie dyrdymały wypisują zwykle dzieciaki z eMetro.pl (to taka przybudówka portalu gazeta.pl), dla których historia grania zaczyna się od Grand Theft Auto – Vice City, bo dalej ich pamięć nie sięga…
A tymczasem pierwsze hałasy o demoralizującej roli gier i pierwsze próby zbicia na tym kapitału przez niedorobionych polityków i zawistnych maniaków religijnych pojawiły się już… 30 lat temu. A tak. A odpowiedzialny był za to japoński inżynier, Tomohiro Nishikado, który własnoręcznie i sam (tak, całkiem sam) w 1978 roku zaprojektował automat z grą Space Invaders. Początkowo omal na niej nie zbankrutował z powodu wysokich kosztów elektroniki, ale gra okazała się w Japonii takim sukcesem, że ludzie stali do automatów w kolejkach, sklepikarze rezygnowali ze sprzedaży towarów, żeby poustawiać same automaty, a we wnętrznościach stu tysięcy maszyn tkwiło tyle stujenówek, że Bank Japonii musiał potroić produkcję monet, bo zaczęło ich brakować w całym kraju. Jeśli chcecie sami spróbować, można zagrać sobie w Space Invaders online (i inne klasyczne tytuły)…


Prościutki pomysł, oparty na strzelaniu do kosmitów (zamiast do ludzi – ze względów moralnych), inspirowany Wojną Światów Wellsa i sukcesem Gwiezdnych Wojen, chwycił niesamowicie. Oczywiście, niemal natychmiast licencja na grę została sprzedana do Stanów Zjednoczonych, gdzie chwyciła równie mocno. Zaczęły powstawać kluby miłośników, pojawiły się koszulki, czapki, kubki – i wszystko, co możliwe – z motywami z gry. Dzieciaki stały w kolejkach, w gardzielach maszyn znikały tony monet. Firma Atari genialnym posunięciem zakupiła na wyłączność prawa do przeniesienia tytułu z maszyn arcade na swoją konsolę do gier Atari 2600, której sprzedaż sięgnęła natychmiast milionów. Na otwartym konkursie gry w Space Invaders w Nowym Jorku, promującym tytuł na Atari 2600, pojawiły się cztery tysiące ludzi.
Oczywiście, rychło zagrały surmy na alarm. W artykułach w prasie codziennej załamywano ręce nad demoralizacją wrażliwych umysłów młodzieży, kiwali ze zmartwieniem głowami poważni profesorowie i psychologowie, lekarze rozwodzili się nad uszkodzeniami nadgarstków, jakie pojawiały się u największych fanów gry. Alarmowano, że dzieci okradają rodziców, żeby mieć za co grać. Pisano o chorobowym uzależnieniu od gry, zaś miasto Mesquite w Teksasie posunęło się do zakazu używania gier wideo przez nieletnich bez obecności dorosłego opiekuna.
Szał wygasł z czasem, ale motywy z gry nadal są popularne, są bez mała czymś w rodzaju herbu przemysłu gier. Space Invaders nie tylko jest przenoszona na każdy nowy sprzęt, powstają jej uwspółcześnione wersje, a co bardziej napaleni kupują i remontują stare „szafy” (nie tylko z tą grą, zresztą) i stawiają sobie w domach. Last Galaxy Hero – współczesna, trójwymarowa wersja Space Invaders. Foto z serwisu MobyGames.

Nawiasem mówiąc, współczesne bicie na alarm jest równie przesadzone, jak to prawie trzydzieści lat temu. Moje pokolenie za młodu non stop biegało po dworze z plastikowymi karabinami, krzycząc „tratata” i nikt z nas terrorystą ani bandytą nie został (a jeśli nawet, to nie z powodu militarnych zabawek). Gry komputerowe nie są gorsze od tego, co nam serwuje telewizja, a ta wcale nie jest wiele brutalniejsza od bajek braci Grimm, czy Andersena (te też się od niedawna cenzuruje, poważnie! napiszę kiedyś o tym, a co…). Jeśli ktoś ma zostać w wieku dorosłym bandytą, to nim zostanie i czy winę będziemy zwalać na TV, gry, czy może układy astrologiczne — jedna bzdura.
Nie jest też prawdą lamentowanie nad „rosnącą brutalnością gier” — choć faktycznie ich rosnący realizm może sprawiać takie wrażenie. Prawda jest taka, że udział w rynku gier brutalnych maleje, rośnie natomiast udział gier edukacyjnych, rodzinnych i uniwersalnych. Rośnie też udział tzw. gier okazjonalnych, czyli tych, w które gramy od niechcenia, dla zabicia chwili wolnego czasu. Dlatego tak dobrze sprzedaje się Nintendo Wii, wyprzedzając konsole Xbox i PlayStation. Genialny pomysł kontrolera czułego na ruch, możliwość grania całym ciałem i oryginalne, bezkrwawe gry dobre dla każdego pobiły moc obliczeniową konkurencji. Xbox i PS to konsole dla maniaków grania, na Wii mogą pograć i dzieci, i emeryci, i złaknieni wyrzynki gamerzy, gry na Wii wykorzystywane są już nawet w rehabilitacji. Oczywiście, w pewnym sensie współczesne gry są brutalne, przez swoją realność choćby. Ale to są gry dla dorosłych! Jak w każdym medium — książce, filmie, tak i w grach są treści dla dzieci i dla dorosłych i jak ktoś pozwala dziecku na konsumowanie nieprzeznaczonych dla niego przekazów, to sam jest winien. To u prymitywnych móżdżków (najczęściej takich, które nie potrafią zrozumieć teorii ewolucji) ubiło się w głowie, że pewne rzeczy są tylko dla dzieci — np. kreskówki, komiksy, czy gry wideo.
Być może próby podcinania skrzydeł rosnącemu rynkowi gier wynikają ze strachu konkurencyjnych gałęzi przemysłu — rynek i przemysł gier wideo przegonił już zyski z rynku filmów DVD i śmiało goni przemysł filmowy w ogóle. O ile trzydzieści lat temu zdolny inżynier samodzielnie mógł zaprojektować elektronikę i zaprogramować grę, to dziś na zaprojektowanie nowej konsoli wydaje się setki milionów dolarów, a ekipy pracujące nad grami są równie duże, jak te pracujące nad filmowymi superprodukcjami i dysponują podobnymi budżetami. Muzykę komponują najlepsi kompozytorzy (soundtrack do Diablo II Matta Uelmana… poezja!), dialogi podkładają pierwszoplanowi aktorzy (niezapomniany Piotr Fronczewski w roli narratora w Baldur's Gate II, czy Edyta Olszówka w głównej roli w polskiej wersji The Longest Journey).
Prawda jest taka, że każda nowa technologia ma swoje dodatnie i ujemne cechy — i to od nas zależy ich wykorzystanie i do my musimy nauczyć następne pokolenia mądrego z nich korzystania. No, ale najpierw musimy nauczyć się sami — i tu chyba (dla niektórych) jest pies pogrzebany. Pogrzebany pies? Fuj, jakie to brutalne…

Informacji o grze Space Invaders dostarczył mi artykuł
Ten Things Everyone Should Know About Space Invaders (autor: Benj Edwards).

Wytrwać w maratonie myśliZaczęła się III Wojna Światowa. No nie, znowu?

Comments

Anonymous 8. July 2008, 12:41

Ubikxxx writes:

Gry szkodzą, alkohol szkodzi, sól i cukier - tak samo. Więc sięgnijcie po którąś grę z serii Silent Hill a przekonacie się jak może wyglądać naprawdę "chora" gra. I jak większość novum stworzyli ją Japończycy. Jedna z niewielu gier która faktycznie może zaszkodzić :yes:

Artur "Jurgi" Jurgawka 8. July 2008, 13:35

Co do soli, to naukowcy zaczynają zmieniać zdanie. :>
Oczywiście, są ekstrema, typu gra w torturowanie skrępowanej ofiary — ale prawidłowo wychowywany człowiek nie zostanie socjopatą po zagraniu na komputerze. Smarkacze, którzy ostatnio torturowali i podpalili psa nie zrobili tego przez jakąś grę, tylko przez brak odpowiedniego wychowania w domu.

A co do Japończyków — w ich kulturze od zawsze śmierć i brutalność nie były takimi tabu, jak w kulturze zachodniej. Stąd naturalizm, brutalność i dosłowność produktów ich kultury (gier, filmów, etc.). Ale takie produkcje przeznaczone są dla dorosłych. Pewnych rzeczy: zapałek, brzytwy, trutki, gry ManHunt — nie daje się dzieciom.

How to use Quote function:

  1. Select some text
  2. Click on the Quote link

Write a comment

Comment
(BBcode and HTML is turned off for anonymous user comments.)

If you can't read the words, press the small reload icon.


Smilies

Download Opera, the fastest and most secure browser
December 2009
M T W T F S S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31