Posts tagged with "Jurgi"
Saturday, 19. December 2009, 10:39:27
motto, filodendryzm, Jurgi

Każdy kij ma dwa końce,
nie każdy miecz dwa ostrza.
Saturday, 12. December 2009, 10:12:16
motto, filodendryzm, śmieszne, Jurgi

Dla ssącego nic trudnego.
Saturday, 5. December 2009, 11:30:53
Jurgi, śmieszne, bajki
Za lot na Księżyc Charles Simonyi zapłacił 25 milionów dolarów.

Saturday, 28. November 2009, 06:38:16
motto, filodendryzm, śmieszne, Jurgi

Vaginas vaginatum
et omnia vaginas.
Sunday, 22. November 2009, 19:21:05
bajki, proza, reklama, Jurgi
W podskokach poprzez las
do babci spieszy Kapturek,
uśmiecha się cały czas,
do słonka i do chmurek…
Wesołe słowa dziecinnej piosenki dziwnie brzmiały w starym zapuszczonym lesie, odbijając się od omszałych, wiekowych drzew. Leśne zwierzątka zastygały w zdziwieniu, strzygąc uszkami, kiedy śmiało przeskakując korzenie i wykroty pędziła-tańczyła mała dziewczynka. Czerwona sukienka, czerwone kozaczki i czerwony kaptur na głowie wyglądały bajkowo pośród ziemnej zieleni i brązu zaniedbanego lasu. W jednej rączce trzymała zawinięty w papier duży pakunek, drugą wymachiwała koszykiem, usiłując utrzymać równowagę na zwalonych przez wichury kłodach.
Czerwony Kapturek, Wesoły Kapturek
pozdrawia cały świat,
Czerwony kaptu…
Ale opadłe, butwiejące liście to pułapka na rozbrykane dzieci. Dziewczynka poślizgnęła się tuż obok pnia ściętego drzewa i rymsła popisowo na pupę, aż szyszki poleciały z drzew.
— Ałaaa — jęknęła i ściągnęła z główki kapturek, przez który mało co widziała. Spod czerwonego materiału wyjrzała najpierw piegowata buzia, potem płowe włosy i rozsypały się grube warkocze. — Ojku, dobrze, że koszyk mi się nie rozsypał. Pakunek cały. Szczęście, że nikt nie widział, całe podwórko by się śmiało.
Wstała, pomacała się po stłuczonej części ciała i rozejrzała wokoło. Perlisty pot teraz dopiero wystąpił jej na czoło. Tuż obok miejsca, gdzie się przewróciła, leżały stare, zardzewiałe sidła na wilki. Gdyby nie zbutwiałe liście, mogłaby w nie wdepnąć.
— Ojku, ojku, ale fuks. Dobrze tatko mówili, żeby nie zakładać kaptura w lesie i patrzeć pod nogi.
Schyliła się po swoje pakunki, kiedy z krzaków wyjrzał pysk dużego, szarego wilka.
— Wiiitaj, mała dziewczynko — rzekł przeciągle przez zęby. — A kim ty jesteś? I cóż ty tu robisz, w takim ciemnym zakątku lasu?
— Dzień dobry wilku — dygnęła tak uroczo, jak to tylko małe dziewczynki potrafią, skrzywiła się z bólu i podparła swoim pakunkiem. — Jestem Marysia Małodobrówna, proszę wilka. Idę odwiedzić chorą babcię po drugiej stronie lasu. Wiesz, w domku jej posprzątać, kurę zabić, rosołek ugotować…
— Miłe z ciebie dziecko — wilk wyciągnął swoje cielsko z gąszczu i przyczłapał bliżej. — Ale tu jest bardzo niebezpiecznie. Nie powinnaś sama chodzić.
— O tak, proszę wilka — przytaknęła Marysia. — Niech wilk uważa, tu są straszne sidła, żeby wilk w nie czasem nie wszedł.
— Och, my, leśne zwierzęta znamy te pułapki od lat. Kłusownicy często tu polują. Ale na ludzi czyha tu jeszcze więcej niebezpieczeństw… O, a w koszyczku co, jeśli mogę spytać? — Wilk dojrzał koszyk po drugiej stronie pnia, wyciągnął ciekawie głowę i zaczął węszyć za smakowitymi zapachami.
— A tu tatuś kupił babci trochę ciasta i słodyczy… no ja też sobie po drodze podjadam — roześmiała się filuternie Kapturek i uchyliła rąbka serwetki, która przykrywała smakowitości. — Chcesz zobaczyć? A może się poczęstujesz?
Wilk tylko na to się oblizał i wetknął nos do koszyka. Zajęty feerią zapachów, nawet ujrzawszy kątem oka błysk topora nie miałby szans zareagować. Wiedzione małą rączką ostrze na długim stylisku stuknęło o pieniek, a głowa wilka nieodwracalnie oddzieliła się od reszty jego ciała.
Marysia wytarła o darń, nie do końca nawet odpakowany z papieru, topór z wilczej posoki i przyjrzała się uważnie cięciu.
— Łooo-chaaa! — krzyknęła i aż klasnęła w rączki. — Równiutko między kręgami! Jestem pro! Tatko byłby dumny! I babcia! O, przyjdę później z tatkiem, babcia będzie miała wilczą skórę na łóżko. A my sobie powiesimy łeb nad paleniskiem. A się ze mnie śmiali, że dziewczyna to się nie nadaje do tej roboty! Ha!
I tak mała Marysia, jedyne dziecko miejscowego mistrza małodobrego ukryła szybko zwłoki wilka w krzakach, żeby leśniczy ich nie znalazł i nie oskarżył jej o kłusownictwo. Założyła swój ukochany kapturek z wycięciami na oczy i pognała dalej, myśląc radośnie, jak to właśnie utarła nosa tym wszystkim, którzy mówią, że katostwo to wyłącznie męska robota.
Read more...
Saturday, 21. November 2009, 10:45:05
Jurgi, śmieszne, filodendryzm, motto

Co za dużo,
to i Salomon nie zeżre.
Friday, 13. November 2009, 23:02:55
bajki, śmieszne, Jurgi
Izy do rzeki zaganiać nie trzeba.

Sunday, 8. November 2009, 13:42:00
wiersze, porady, poezja, Jurgi
Blef miłościWszystko jest grą. Bez reguł.
Licytacji uczuć nie da się zakończyć, a my
jak talia kart rzuceni na sukno
zburzyliśmy starannie ułożone stosy
żetonów. W walucie naszych marzeń i
nadziei złudnych, obietnic niepokrytych.
To zawsze było tylko grą. O głupią stawkę.
Koło karmy okazało się ruletką, a my
jak kulki obijamy sobie twarze:
czerwona pole – rozczarowanie,
czarne – zniechęcenie, a
sztony naszych dusz rozstawia kto inny.
Wszystko grą pozostanie. Bez wygranych.
Zastąpią nas nowi gracze, a my
pokonani odejdziemy od stołów w noc,
w dal od neonów kasyna,
gdzie krupier śmieje się jak dżoker, ten
Wielki Szu Światowładny.
Read more...
Saturday, 7. November 2009, 06:01:00
motto, szpilki, filodendryzm, śmieszne
...

Kruk krukowi
coś tam, coś tam nie wykole.
Saturday, 31. October 2009, 23:38:37
okolicznościowe, proza, Jurgi
Historia dziadowska
Osiedle nocą ziało ciszą i pustką wręcz grobową. Zaciągnąłem do końca suwak dresowej bluzy. Po chwili wahania naciągnąłem jeszcze kaptur na łeb. Robiło się zimno, mgła zaczynała przesłaniać słabo świecące latarnie, tyłek mi zdrętwiał od opierania się o barierkę, ale nie miałem ochoty wracać do domu. Z okien w moim bloku widać było cmentarz, który płonął tysiącem światełek, nie lubiłem tego widoku.

— Alekurwanuda — ziewnął siedzący obok Szafa i kłapnął szczęką. Wyglądał, jakby już przysypiał, ale swoim zwyczajem ściskał miarowo w dłoni kauczukową piłeczkę. Jemu też nie było spieszno. Żarł się ostatnio ze starymi.
— Mówisz, że to dobry towar? — spytałem. Przybliżyłem paczkę do oczu, ale napisy nie były po polsku, tyle dojrzałem. — Ile tego mam brać?
— Pierwsza klasa — zapewnił. — Ja biorę łyżeczkę trzy razy dziennie, ale możesz nawet cztery. Tylko pamiętaj o białkowej diecie i będziesz miał takie muskuły jak ja — podsunął mi po nos grube przedramię. — I może przestaną na ciebie wołać Cienki, Cienki.
Daleki zegar wybił północ. Zimny wiatr zaczął nawiewać mgłę. Jutro matka na pewno wygoni mnie z rana ze zniczami. Zacząłem poważnie myśleć, żeby uderzyć w kimę, kiedy na pustej ulicy zabrzmiały ciche kroki.
— Łocozafranca, o tej porze? — stęknął Szafa i podniósł się z powyginanej barierki. — A, patrz, Cienki, to ten stary Chinol…
Read more...
Sunday, 25. October 2009, 22:33:18
fantastyka, proza, śmieszne, Jurgi
Słońce paliło. Powłócząc nogami drużyna schroniła się w cieniu kępy drzew. Nowa szata maga Muchammara zakurzyła się od pustynnego pyłu. Lord Marcyliusz psioczył na zgubioną tarczę i cenny plan. Najgorzej wyglądał krasnolud Krasnobrody, który mocno utykał i podpierał się swoim bojowym toporem o długim trzonku.
— Wymiękam — jęknął mag, waląc się jak kłoda na rzadką, przysychającą trawę — nie zrobię już ani kroku. Odmawiam kontynuowania kariery biegacza.
— Trzeba było pomyśleć przed rzucaniem zaklęcia — wytknął mu Marcyliusz, siadając. Jego ruchy i podpieranie się mieczem wyraźnie wskazywały, że oberwał po krzyżu. — Ty akurat najmniej ucierpiałeś. Trzeba się zająć nogą Krasnobrodego.
— Mamy jakiś leczniczy eliksir przecież — przypomniał sobie mag. Wykonał nieokreślony ruch ręką — zobaczcie w mojej podręcznej torbie. Ten co kupiliśmy na jarmarku jeszcze w Pendżi-Narze.
Podczas kiedy ponuro milczący krasnolud obmacywał swoją poharataną kończynę, dowódca drużyny wyłowił z bagażu pękatą buteleczkę z ciemnego szkła. Przybliżył ją do oczu, próbując odczytać pismo na niewielkiej etykiecie.
— Zdrowy-San. Elyksyr na rany a obtłuczenya wszelakye. Dawkować podług instrukcyj uzdrowiciela abo znachora. Każden elyksyr nyewłaściwye stosowan zagrażać może zdrowyu ciała abo i duszy. Matko, co za analfabetyczne kulfony. To się pije? Smaruje? Muchammar, jak się tego używa?
— Czy ja wiem? Nie ma tam ulotki? — podrapał się w spoconą głowę drużynowy mag.
— Nie ma. Nie było. Dlatego pytam ciebie.
— Nie mam bladego pojęcia, nie znam się na tym. Nie robiłem specjalizacji z magii leczniczej — rozłożył ręce.
— Ale chyba jakieś zajęcia miałeś? Bez jaj, jak mogłeś nie zaliczyć choćby podstawowego kursu?
— Rektor mnie wykopał i dał wilczy bilet po nieudanym pierwszym praktycznym egzaminie — mruknął mag niechętnie.
— A co to było?
Read more...
Saturday, 24. October 2009, 08:22:04
bajki, śmieszne, Jurgi
Bardzo się bała Łajka, jak w kosmos leciała.

1 2 3 4 5 ... 9 Next »
Showing posts 1 -
12 of 98.