OŚLIZŁA PRZEŁĘCZ
Wednesday, 4. February 2009, 09:50:19
Młody rozwalił sobie łuk brwiowy. Jak to zwykle bywa nie szalał tylko nie zauważył ścianki działowej
Mama moja położyła Krzysia na stole w kuchni, żeby w spokoju zając się jego ranką (w spokoju znaczy bez asysty Wojtusia - 3 lata kuzyn Krzysia i psa który poczuł nagły przypływ zazdrości). Przyłożyła mu lód do czoła i młody miał to trzymać, po chwili:
- Babciu boli mnie...
- Boli cię główka Krzysiu?
- Nie babciu. Ręka mnie boli od tego trzymania...
- A boli cię główka?
- Nie. Kiedy pojedziemy na narty?
- Krzysiu uderzyłeś się w główkę, więc to chyba nie jest najlepszy pomysł.
- Ale nic mnie nie boli - kiedy będzie dziadek?
I nie było wyjścia
OŚLIZŁA PRZEŁĘCZ
OSLIZLA PRZELECZ.doc
« Back to archive
Zielony Wojciech odprowadził ich aż do końca Jaskiniowych Gór. Droga była jeszcze przyjemna bo między Oślizłą Przełęczą a Jaskiniowymi Górami ścieżka była jeszcze dość szeroka. Na tyle, że dwa dorodne smoki swobodnie mogły wędrować obok siebie. Przyjaciele pożegnali się z dwugłowym smokiem i poszli dalej. Krzysiu siedział na ramieniu Januarego i machał Zielonemu, który wył jak bóbr i smarkał w chusteczki. Po jakimś czasie Zielony Wojciech zniknął za zakrętem ścieżki a przyjaciele zostali zupełnie sami. Byli tylko oni, chaszcze i przełęcz… Ścieżka się zwężała. Teraz smoki musiałyby iść gęsiego. Po prawej stronie przyjaciele mieli przełęcz a po lewej bardzo gęste i ostre krzaki, które wyglądały jak wielki jeż. Krzysiu poprosił Januarego, żeby mu pokazał jak ta przełęcz faktycznie wygląda. January zamknął chłopczyka w swoich rękach i wyciągnął daleko nad przełęcz. Krzysiu patrzył w dół przez palce Januarego.
- Nie widzę dna – powiedział – Widać tylko mnóstwo dziur w ścianach. I wieje stamtąd zimnem.
- Nie lubię takich miejsc. Dobrze że da się to jakoś obejść.
- Nie chciałbym tam wchodzić. Już teraz wygląda to strasznie a co dopiero gdyby pokazały się te przebrzydłe oślizce.
- Oślizgniki Krzysiu.
- Oślizgniki też brzmią paskudnie.
- Ciekawe dlaczego to miejsce nazywa się przełęczą. Powinno się nazywać rowem albo rozpadliną. – powiedział smok.
Przyjaciele wędrowali dalej a z nieba lało się słońce i nasi podróżnicy nie mieli się gdzie schować. Patrzyli tęsknie na ścianę lasu, która wyrastała tak niedaleko – zaledwie 15 metrów od nich. Niestety dzieliła ich od lasu przełęcz.
- Szkoda, że nie masz skrzydeł. – powiedział Krzysiu – Moglibyśmy przefrunąć tą rozpadlinę i nie trzeba by było szukać mostu.
- Nawet jak miałbym skrzydła niekoniecznie musiałbym umieć latać
- Ale ja mówię o takich dużych skrzydłach. Takich, które by cię mogły unieść.
- Ciekawe jak to jest mieć skrzydła….
Wypatrywali mostu o którym mówił tata Rupert. Obydwa słońca świeciły na tyle mocno, że trzeba było zasłaniać oczy przed światłem, żeby zobaczyć co jest dalej. Chłopcy tęsknie wypatrywali mostu i w końcu go zobaczyli. Najpierw jako cienką niteczkę w oddali a później zobaczyli go w całej okazałości.
- Takie mosty są u nas na placach zabaw! – krzyknął Krzysiu – Wiesz January, one się ruszają i widać przez nie co jest pod mostem.
- Tego się właśnie obawiałem. Nie wiem czy ten most mnie utrzyma…
- Pewnie, że utrzyma. Dlaczego by nie miał?
- Bo wygląda dosyć krucho… - powiedział cicho i jakby ze strachem smok.
- Nie martw się. Damy radę. – dodał mu otuchy chłopczyk.
- Szkoda, że nie umiem latać…
January wyglądał na wystraszonego. Nic zresztą dziwnego przełęcz była strasznie głęboka, a mostek nie wyglądał zbyt okazale. To było coś w rodzaju drabinki sznurowej z przytwierdzonymi do niej drewienkami. Za poręcze służyły liny rozwieszone na wysokości pasa. Wyglądało tak jakby ich wysokość była zależna od wielkości wchodzącego na most, to samo dotyczyło szerokości mostu. To takie normalne w świecie smoków. Minęło kilka chwil zanim January zdecydował się zrobić pierwszy krok na ruchomym mostku. Rzeczywiście był stabilny. Chociaż nie w takim sensie o jakim myślał January. Stąpał pewnie bo twardość desek po których szedł była rzeczywiście duża i wiedział że most go utrzyma. Problem leżał gdzie indziej. January był wielki i niezbyt pewnie czuł się na wąskich kładkach, mostach, przejściach. Ścieżka przynajmniej była stabilna i nie trzeba było się bać a to się rusza. Smok powolutku szedł przez mostek. To niby nie było wiele tylko jakieś 50 metrów ale dla Januarego to była niesamowita odległość.
- Byle nie patrzeć w dół. Patrzeć przed siebie. Iść powoli, miarowo to nic się nie będzie działo. – powtarzał sobie January.
Nagle koło smoka zaczął latać jakiś owad. To znaczy dla Krzysia to było jakieś latające monstrum ale patrząc z perspektywy smoka to była zwykła ale niesamowicie natrętna mucha. Póki latała w pewnej odległości January nie zwracał na nią uwagi. Krzysiu nie bał się mostu za to bał się muchy. Co prawda papierowa kula strachu nie wskazywała na niebezpieczeństwo, ale jakoś Krzyś nie umiał się przekonać do tego, że nie ma się czego bać.
I tak nasi przyjaciele dobrnęli nad sam środek przełęczy. Wtedy mucha nagle zrobiła się rzeczywiście natrętna.
- Ugryźć cię w ucho czy w tyłek niebieski smoku? A może usiąść ci na nosie i denerwująco bzyczeć?
January udawał, że jej nie widzi a tym bardziej nie słyszy. Skupiał się wyłącznie na moście.
- Ty. Niebieski! Czego się nie odzywasz? Gadaj w co cię ugryźć bo sam wybiorę!
January dalej nie reagował.
- Ty wstrętny niebieski smoku czemu nie reagujesz!!?
Mucha zdenerwowała się nie na żarty. Zaczęła fruwać dookoła głowy Januarego, coraz bliżej i bliżej. Smok zaczął się denerwować, stracił rytm i most zaczął się kołysać… Im bardziej January próbował ustabilizować go ale wyszło wręcz odwrotnie. Most zaczął się jeszcze bardziej kołysać, a mucha latała dookoła smoka i krzyczała, czym jeszcze bardziej denerwowała Januarego. W końcu smok stracił równowagę i upadł na mostek. Tym samym spojrzał w dół i zaczęło się…
- January wstawaj. Idziemy dalej.
- Nie ma mowy… Nigdzie się stąd nie ruszam. Jak się ruszę most się obróci i spadniemy. – smok był rzeczywiście przerażony.
- January uspokój się. Nic się nie stanie. Wstaniesz i spokojnie dojdziemy dalej.
- Nigdzie się stąd nie ruszę.
- Ty niebieski czego się boisz? Idziemy grubasie. – zakomenderowała mucha.
January leżał płasko na brzuchu, oczy miał zaciśnięte a ręce kurczowo ściskały brzegi mostku. Drżał na całym ciele.
- Nic nie mów ty latająca paskudo! Gdyby nie ty nic by się nie stało!
- A co się stało. Z mostu się nie zleci. On przecież tylko upadł.
Krzysiu zapomniał, że jeszcze przed chwilą panicznie bał się tej muchy.
- On ma lęk gruntu ty głupia mucho!
- Chyba wysokości.
- Gruntu! To grunt przy wysokości jest niebezpieczny. Mój tata tak mówi, czytał mi o tym w jakiejś książce. Z resztą teraz to i tak nie ma znaczenia, bo January się nie ruszy.
- Dlaczego miałby się nie ruszyć? Przecież nie zleci?
- Jak to nie zleci?
- Most jest magiczny jakbyś nie zauważył. Nie pozwoli zlecieć temu kto przez niego przechodzi.
- Teraz to nie ma znaczenia. January zobaczył co jest pod nim i się nie ruszy. To pewne.
Krzysiu usiadł na Januarym, który dalej leżał płasko na moście i ze strachu nawet się nie odzywał. Chłopczyk siadł po turecku, podparł brodę rękami i patrzył na muchę. Nie wyglądała już tak paskudnie jak na początku. Usiadła przy chłopcu.
- Wielki jesteś wiesz. – stwierdził Krzysiu.
- Czy ja wiem czy wielki. Dla ciebie tak, ale chyba tylko dla stworzonek twojej wielkości.
- Co teraz zrobimy?
- Nie wiem, ale musimy wymyślić coś przed zmrokiem.
- Dlaczego akurat przed zmrokiem?
- Są dwa powody. Po pierwsze jak się ściemnia ze swoich jam wychodzą oślizgniki. A po drugie most po zajściu drugiego słońca znika. Nie wiem czy znika zupełnie czy tylko staje się niewidzialny, ale chyba wolałbym tego nie sprawdzać.
- To musimy się pospieszyć. Lada moment zacznie zachodzić pierwsze słońce. Tylko jak zmusić Januarego do ruchu…
- Co wy tu w ogóle robicie? – zapytała mucha
I Krzysiu opowiedział musze jak znaleźli się na moście i po co właściwie idą do kalafiorowego lasu. Opowiedział jak się dostał do świata smoków i powiedział kim dla niego jest January. Tym czasem drugie słońce było coraz niżej…
- Już wiem! – krzyknęła mucha
Znowu zmieniła swoje oblicze i wyglądała paskudnie. Porwała Krzysia w powietrze i zaczęła krzyczeć do smoka.
- Ty niebieski! Zobacz kogo mam!
Krzysiu zaczął krzyczeć w niebogłosy tak, że January w końcu się ocknął. Zdecydował się otworzyć oczy. Zobaczył najpierw muchę a chwilę potem Krzysia, który wierzgał w łapach porywacza. Smok zaczął machać rękami, żeby złapać Krzysia, ale mucha latała poza zasięgiem jego rąk. January podniósł się na rękach i na czworakach, wymachując rękami żeby złapać chłopca powoli posuwał się do przodu.
- Zostaw go! Co on ci zrobił!?
Krzyczał smok i powoli szedł do przodu. Mucha utrzymywała się cały czas poza zasięgiem ramion Januarego. Krzysiu krzyczał i wierzgał. W pewnym momencie mucha puściła chłopca i poleciała wysoko pod niebo. January szybko złapał chłopca i bacznie się zaczął mu przyglądać.
- Nic ci się nie stało?
- Nic. Tylko bardzo się wystraszyłem. January wiesz, że stoimy po drugiej stronie przełęczy?
- Jak to po drugiej stronie?
- To była jedyna możliwość żebyśmy zeszli z mostu – powiedziała mucha, krążąc daleko poza zasięgiem smoczych rąk. – Obejrzyj się za siebie Niebieski.
January obejrzał się i z wrażenia usiadł. Właśnie zaszło drugie słońce i most zaczął znikać. Miejsca w którym leżał smok już nie było. Widoczne były jedynie dwie pierwsze deski i kawałek sznurka służącego za poręcz.
- Dlaczego nam dokuczałeś? – zapytał w końcu chłopczyk.
- Czy ja wiem. Zawsze dokuczam wszystkim, którzy przechodzą przez most. To taka rozrywka - dodał.
- Rozrywka? – zdenerwował się January – Przecież prawie spadłem z mostu!
- Nie mogłeś spaść. To magiczny most, nie pozwoliłby ci spaść. A tu tak rzadko ktoś jest, że to jedyna rozrywka jaką mam.
- To nie ładnie tak się zachowywać. – powiedział chłopczyk.
- Czy ja wiem czy ładnie czy nieładnie.
- A jak ty się w ogóle nazywasz?
- Jestem much Kacper i mieszkam tu niedaleko. Ja wiem już o Was dość sporo ale dalej nie wiem jak wy się nazywacie?
- Ja jestem January a ten mały brzdąc to Krzysiu.
- Jeśli nie macie się gdzie zatrzymać, a zakładam że tak właśnie jest, to zapraszam do mnie.
- Chyba jednak sami poszukamy noclegu. – powiedział January.
Much znowu wyglądał bardzo przyjaźnie i zupełnie nie przypominał tego złośliwego owada, który drażnił smoka.
- Nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł. – powiedział Kacper.
- Dlaczego?
- Bo jesteście tu obcy. A las musi się do was przyzwyczaić i zaakceptować. Do tego czasu nie jesteście tu zbytnio bezpieczni. Poza tym słońca już zaszły i nie macie zbyt wiele czasu na znalezienie bezpiecznego miejsca na nocleg. Za godzinę będzie zupełnie ciemno. A spania tuż nad przełęczą nie polecam. Oślizgniki lubią wychodzić na skraj kalafiorowego lasu, a spotkanie z nimi nie należy do przyjemnych.
January spojrzał na Krzysia a ten skinął tylko głową, co miało znaczyć, że kula nic nie pokazuje.
- W takim razie dziękujemy za nocleg. Mam nadzieję, że nie będziesz już złośliwy.
- Gości mam jeszcze rzadziej niż mam okazję ich postraszyć. Zapraszam serdecznie.













