Skip navigation.

Tam gdzie żyją smoki....

OŚLIZŁA PRZEŁĘCZ



Młody rozwalił sobie łuk brwiowy. Jak to zwykle bywa nie szalał tylko nie zauważył ścianki działowej :smile: Pech chciał, że przydarzyło się to kiedy był pod opieką babci. Myśmy szaleli na nartach a młody niecierpliwie czekał na dziadka, który miał go zabrac i przywieźć do nas na stok. I właśnie ta niecierpliwość była przyczyną owego zderzenia/zdarzenia :smile:
Mama moja położyła Krzysia na stole w kuchni, żeby w spokoju zając się jego ranką (w spokoju znaczy bez asysty Wojtusia - 3 lata kuzyn Krzysia i psa który poczuł nagły przypływ zazdrości). Przyłożyła mu lód do czoła i młody miał to trzymać, po chwili:
- Babciu boli mnie...
- Boli cię główka Krzysiu?
- Nie babciu. Ręka mnie boli od tego trzymania...
- A boli cię główka?
- Nie. Kiedy pojedziemy na narty?
- Krzysiu uderzyłeś się w główkę, więc to chyba nie jest najlepszy pomysł.
- Ale nic mnie nie boli - kiedy będzie dziadek?

I nie było wyjścia :smile: Z plastrem na 1cm rozcięciu śmigał po stoku aż miło było popatrzeć :smile: A plaster pokazywał wszystkim - znanym i nieznanym. Bo to powód do dumy chyba jest P:


OŚLIZŁA PRZEŁĘCZ



OSLIZLA PRZELECZ.doc
« Back to archive




Zielony Wojciech odprowadził ich aż do końca Jaskiniowych Gór. Droga była jeszcze przyjemna bo między Oślizłą Przełęczą a Jaskiniowymi Górami ścieżka była jeszcze dość szeroka. Na tyle, że dwa dorodne smoki swobodnie mogły wędrować obok siebie. Przyjaciele pożegnali się z dwugłowym smokiem i poszli dalej. Krzysiu siedział na ramieniu Januarego i machał Zielonemu, który wył jak bóbr i smarkał w chusteczki. Po jakimś czasie Zielony Wojciech zniknął za zakrętem ścieżki a przyjaciele zostali zupełnie sami. Byli tylko oni, chaszcze i przełęcz… Ścieżka się zwężała. Teraz smoki musiałyby iść gęsiego. Po prawej stronie przyjaciele mieli przełęcz a po lewej bardzo gęste i ostre krzaki, które wyglądały jak wielki jeż. Krzysiu poprosił Januarego, żeby mu pokazał jak ta przełęcz faktycznie wygląda. January zamknął chłopczyka w swoich rękach i wyciągnął daleko nad przełęcz. Krzysiu patrzył w dół przez palce Januarego.
- Nie widzę dna – powiedział – Widać tylko mnóstwo dziur w ścianach. I wieje stamtąd zimnem.
- Nie lubię takich miejsc. Dobrze że da się to jakoś obejść.
- Nie chciałbym tam wchodzić. Już teraz wygląda to strasznie a co dopiero gdyby pokazały się te przebrzydłe oślizce.
- Oślizgniki Krzysiu.
- Oślizgniki też brzmią paskudnie.
- Ciekawe dlaczego to miejsce nazywa się przełęczą. Powinno się nazywać rowem albo rozpadliną. – powiedział smok.
Przyjaciele wędrowali dalej a z nieba lało się słońce i nasi podróżnicy nie mieli się gdzie schować. Patrzyli tęsknie na ścianę lasu, która wyrastała tak niedaleko – zaledwie 15 metrów od nich. Niestety dzieliła ich od lasu przełęcz.
- Szkoda, że nie masz skrzydeł. – powiedział Krzysiu – Moglibyśmy przefrunąć tą rozpadlinę i nie trzeba by było szukać mostu.
- Nawet jak miałbym skrzydła niekoniecznie musiałbym umieć latać :wink: Wiesz przecież o tym.
- Ale ja mówię o takich dużych skrzydłach. Takich, które by cię mogły unieść.
- Ciekawe jak to jest mieć skrzydła….
Wypatrywali mostu o którym mówił tata Rupert. Obydwa słońca świeciły na tyle mocno, że trzeba było zasłaniać oczy przed światłem, żeby zobaczyć co jest dalej. Chłopcy tęsknie wypatrywali mostu i w końcu go zobaczyli. Najpierw jako cienką niteczkę w oddali a później zobaczyli go w całej okazałości.
- Takie mosty są u nas na placach zabaw! – krzyknął Krzysiu – Wiesz January, one się ruszają i widać przez nie co jest pod mostem.
- Tego się właśnie obawiałem. Nie wiem czy ten most mnie utrzyma…
- Pewnie, że utrzyma. Dlaczego by nie miał?
- Bo wygląda dosyć krucho… - powiedział cicho i jakby ze strachem smok.
- Nie martw się. Damy radę. – dodał mu otuchy chłopczyk.
- Szkoda, że nie umiem latać…
January wyglądał na wystraszonego. Nic zresztą dziwnego przełęcz była strasznie głęboka, a mostek nie wyglądał zbyt okazale. To było coś w rodzaju drabinki sznurowej z przytwierdzonymi do niej drewienkami. Za poręcze służyły liny rozwieszone na wysokości pasa. Wyglądało tak jakby ich wysokość była zależna od wielkości wchodzącego na most, to samo dotyczyło szerokości mostu. To takie normalne w świecie smoków. Minęło kilka chwil zanim January zdecydował się zrobić pierwszy krok na ruchomym mostku. Rzeczywiście był stabilny. Chociaż nie w takim sensie o jakim myślał January. Stąpał pewnie bo twardość desek po których szedł była rzeczywiście duża i wiedział że most go utrzyma. Problem leżał gdzie indziej. January był wielki i niezbyt pewnie czuł się na wąskich kładkach, mostach, przejściach. Ścieżka przynajmniej była stabilna i nie trzeba było się bać a to się rusza. Smok powolutku szedł przez mostek. To niby nie było wiele tylko jakieś 50 metrów ale dla Januarego to była niesamowita odległość.
- Byle nie patrzeć w dół. Patrzeć przed siebie. Iść powoli, miarowo to nic się nie będzie działo. – powtarzał sobie January.
Nagle koło smoka zaczął latać jakiś owad. To znaczy dla Krzysia to było jakieś latające monstrum ale patrząc z perspektywy smoka to była zwykła ale niesamowicie natrętna mucha. Póki latała w pewnej odległości January nie zwracał na nią uwagi. Krzysiu nie bał się mostu za to bał się muchy. Co prawda papierowa kula strachu nie wskazywała na niebezpieczeństwo, ale jakoś Krzyś nie umiał się przekonać do tego, że nie ma się czego bać.
I tak nasi przyjaciele dobrnęli nad sam środek przełęczy. Wtedy mucha nagle zrobiła się rzeczywiście natrętna.
- Ugryźć cię w ucho czy w tyłek niebieski smoku? A może usiąść ci na nosie i denerwująco bzyczeć?
January udawał, że jej nie widzi a tym bardziej nie słyszy. Skupiał się wyłącznie na moście.
- Ty. Niebieski! Czego się nie odzywasz? Gadaj w co cię ugryźć bo sam wybiorę!
January dalej nie reagował.
- Ty wstrętny niebieski smoku czemu nie reagujesz!!?
Mucha zdenerwowała się nie na żarty. Zaczęła fruwać dookoła głowy Januarego, coraz bliżej i bliżej. Smok zaczął się denerwować, stracił rytm i most zaczął się kołysać… Im bardziej January próbował ustabilizować go ale wyszło wręcz odwrotnie. Most zaczął się jeszcze bardziej kołysać, a mucha latała dookoła smoka i krzyczała, czym jeszcze bardziej denerwowała Januarego. W końcu smok stracił równowagę i upadł na mostek. Tym samym spojrzał w dół i zaczęło się…
- January wstawaj. Idziemy dalej.
- Nie ma mowy… Nigdzie się stąd nie ruszam. Jak się ruszę most się obróci i spadniemy. – smok był rzeczywiście przerażony.
- January uspokój się. Nic się nie stanie. Wstaniesz i spokojnie dojdziemy dalej.
- Nigdzie się stąd nie ruszę.
- Ty niebieski czego się boisz? Idziemy grubasie. – zakomenderowała mucha.
January leżał płasko na brzuchu, oczy miał zaciśnięte a ręce kurczowo ściskały brzegi mostku. Drżał na całym ciele.
- Nic nie mów ty latająca paskudo! Gdyby nie ty nic by się nie stało!
- A co się stało. Z mostu się nie zleci. On przecież tylko upadł.
Krzysiu zapomniał, że jeszcze przed chwilą panicznie bał się tej muchy.
- On ma lęk gruntu ty głupia mucho!
- Chyba wysokości.
- Gruntu! To grunt przy wysokości jest niebezpieczny. Mój tata tak mówi, czytał mi o tym w jakiejś książce. Z resztą teraz to i tak nie ma znaczenia, bo January się nie ruszy.
- Dlaczego miałby się nie ruszyć? Przecież nie zleci?
- Jak to nie zleci?
- Most jest magiczny jakbyś nie zauważył. Nie pozwoli zlecieć temu kto przez niego przechodzi.
- Teraz to nie ma znaczenia. January zobaczył co jest pod nim i się nie ruszy. To pewne.
Krzysiu usiadł na Januarym, który dalej leżał płasko na moście i ze strachu nawet się nie odzywał. Chłopczyk siadł po turecku, podparł brodę rękami i patrzył na muchę. Nie wyglądała już tak paskudnie jak na początku. Usiadła przy chłopcu.
- Wielki jesteś wiesz. – stwierdził Krzysiu.
- Czy ja wiem czy wielki. Dla ciebie tak, ale chyba tylko dla stworzonek twojej wielkości.
- Co teraz zrobimy?
- Nie wiem, ale musimy wymyślić coś przed zmrokiem.
- Dlaczego akurat przed zmrokiem?
- Są dwa powody. Po pierwsze jak się ściemnia ze swoich jam wychodzą oślizgniki. A po drugie most po zajściu drugiego słońca znika. Nie wiem czy znika zupełnie czy tylko staje się niewidzialny, ale chyba wolałbym tego nie sprawdzać.
- To musimy się pospieszyć. Lada moment zacznie zachodzić pierwsze słońce. Tylko jak zmusić Januarego do ruchu…
- Co wy tu w ogóle robicie? – zapytała mucha
I Krzysiu opowiedział musze jak znaleźli się na moście i po co właściwie idą do kalafiorowego lasu. Opowiedział jak się dostał do świata smoków i powiedział kim dla niego jest January. Tym czasem drugie słońce było coraz niżej…
- Już wiem! – krzyknęła mucha
Znowu zmieniła swoje oblicze i wyglądała paskudnie. Porwała Krzysia w powietrze i zaczęła krzyczeć do smoka.
- Ty niebieski! Zobacz kogo mam!
Krzysiu zaczął krzyczeć w niebogłosy tak, że January w końcu się ocknął. Zdecydował się otworzyć oczy. Zobaczył najpierw muchę a chwilę potem Krzysia, który wierzgał w łapach porywacza. Smok zaczął machać rękami, żeby złapać Krzysia, ale mucha latała poza zasięgiem jego rąk. January podniósł się na rękach i na czworakach, wymachując rękami żeby złapać chłopca powoli posuwał się do przodu.
- Zostaw go! Co on ci zrobił!?
Krzyczał smok i powoli szedł do przodu. Mucha utrzymywała się cały czas poza zasięgiem ramion Januarego. Krzysiu krzyczał i wierzgał. W pewnym momencie mucha puściła chłopca i poleciała wysoko pod niebo. January szybko złapał chłopca i bacznie się zaczął mu przyglądać.
- Nic ci się nie stało?
- Nic. Tylko bardzo się wystraszyłem. January wiesz, że stoimy po drugiej stronie przełęczy?
- Jak to po drugiej stronie?
- To była jedyna możliwość żebyśmy zeszli z mostu – powiedziała mucha, krążąc daleko poza zasięgiem smoczych rąk. – Obejrzyj się za siebie Niebieski.
January obejrzał się i z wrażenia usiadł. Właśnie zaszło drugie słońce i most zaczął znikać. Miejsca w którym leżał smok już nie było. Widoczne były jedynie dwie pierwsze deski i kawałek sznurka służącego za poręcz.
- Dlaczego nam dokuczałeś? – zapytał w końcu chłopczyk.
- Czy ja wiem. Zawsze dokuczam wszystkim, którzy przechodzą przez most. To taka rozrywka  - dodał.
- Rozrywka? – zdenerwował się January – Przecież prawie spadłem z mostu!
- Nie mogłeś spaść. To magiczny most, nie pozwoliłby ci spaść. A tu tak rzadko ktoś jest, że to jedyna rozrywka jaką mam.
- To nie ładnie tak się zachowywać. – powiedział chłopczyk.
- Czy ja wiem czy ładnie czy nieładnie.
- A jak ty się w ogóle nazywasz?
- Jestem much Kacper i mieszkam tu niedaleko. Ja wiem już o Was dość sporo ale dalej nie wiem jak wy się nazywacie?
- Ja jestem January a ten mały brzdąc to Krzysiu.
- Jeśli nie macie się gdzie zatrzymać, a zakładam że tak właśnie jest, to zapraszam do mnie.
- Chyba jednak sami poszukamy noclegu. – powiedział January.
Much znowu wyglądał bardzo przyjaźnie i zupełnie nie przypominał tego złośliwego owada, który drażnił smoka.
- Nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł. – powiedział Kacper.
- Dlaczego?
- Bo jesteście tu obcy. A las musi się do was przyzwyczaić i zaakceptować. Do tego czasu nie jesteście tu zbytnio bezpieczni. Poza tym słońca już zaszły i nie macie zbyt wiele czasu na znalezienie bezpiecznego miejsca na nocleg. Za godzinę będzie zupełnie ciemno. A spania tuż nad przełęczą nie polecam. Oślizgniki lubią wychodzić na skraj kalafiorowego lasu, a spotkanie z nimi nie należy do przyjemnych.
January spojrzał na Krzysia a ten skinął tylko głową, co miało znaczyć, że kula nic nie pokazuje.
- W takim razie dziękujemy za nocleg. Mam nadzieję, że nie będziesz już złośliwy.
- Gości mam jeszcze rzadziej niż mam okazję ich postraszyć. Zapraszam serdecznie.

SMOCZE ŚNIADANIE

SMOCZE ŚNIADANIE



SMOCZE SNIADANIE.doc



Rano obudziły naszych przyjaciół dziwne dźwięki. Jakby ktoś specjalnie tłukł się w kuchni. Tylko zaraz… przecież tu nie ma kuchni…? To co to za dźwięki. Krasnoludy już poszły. Skończyły pracę i jak najszybciej chciały wrócić do siebie, więc to na pewno nie one. Krzysiu wiercił się w swoim łóżeczku, zakładał poduszkę na głowę ale niewiele to dało. W końcu zerwał się żeby zobaczyć co wydaje te przeraźliwie głośne dźwięki. Jak się można było domyślić obydwa smoki spały smacznie i nie przejmowały się zbytnio tym co się wokół nich dzieje. Krzysiu musiał się nieźle namęczyć żeby wdrapać się na Januarego i zobaczyć co też się dzieje w jaskini. A działo się i to wiele. Jaskinia wyglądała zupełnie inaczej niż wczorajszego wieczora. Słońce już wstało więc cała sala była oświetlona łagodnym światłem poranka. Na środku, wokół tradycyjnego ogniska ustawiony był wielki kamienny stół i coś w rodzaju ław. Przy ogniu krzątały się dwie smoczyce. Jedna starsza, druga młodsza. W kąciku gdzie jeszcze nie do końca dotarło dzienne światło siedział wielki ciemno zielony smok, palił fajkę i drzemał. „To pewnie jest ten wujek Albert” – pomyślał Krzysiu. „Chyba pójdę się przywitać.”
Krzysiu szybko się przebrał. Jak wiecie w trakcie wędrówki Krzysiu nieco się zmienia – to znaczy rośnie  Jest coraz starszy i coraz bardziej samodzielny. Założył buciki i pobiegł w kierunku krzątających się smoczyc.
- Dzień dobry Paniom.
- Dzień dobry – odpowiedziała młodsza ale nie rozejrzała się nawet, tak była zajęta swoją pracą.
Starsza tym czasem zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Rzecz jasna nie spojrzała na ziemię tylko szukała kogoś na wysokości swojego wzroku. Kiedy nic nie znalazła spojrzała niżej i ….
- Mysz! Mój Boże Różo zrób coś! To mysz!!! – miotała się stara smoczyca. Tupała strasznie, skakała po całym pomieszczeniu. Dobrze, że Krzyś zdążył się schować pod stół bo niechybnie by go zadeptała. Krzyki obudziły naszych smoczych przyjaciół.
- Babciu to nie mysz!
- Przecież widziałam! To mysz! Jestem uczulona na myszy! Znowu będę cały dzień kichać! Zatka mi się nos i nie będę mogła w nocy spać! Różo znajdź ją i wyrzuć!
- Babciu to nie jest mysz – to chłopiec!
W tym czasie January gorączkowo poszukiwał chłopczyka. Zaglądał pod każdy stołek i ławę. Babcia szalała dalej, co oznaczało, że Krzysiu siedział schowany i nie wychylał się wcale spod swojego bezpiecznego schronienia.
- Mamo nie kichasz. To nie jest mysz. Zielony Wojciech mają rację – to ludzkie dziecko. Jest malutki więc może Ci się zdać myszą ale nią nie jest :smile: Usiądź sobie, zrobię Ci herbatkę z melisą a chłopcy w tym czasie poszukają tego malca. Nieźle musiałaś go przestraszyć.
Kiedy babcia Matylda w końcu dała się przekonać i usiadła obok wujka Alberta, Krzysiu zdecydował się w końcu wyjść.
- Nic ci się nie stało Krzysiu? – zapytał zatroskany smok oglądając przyjaciela ze wszystkich możliwych stron.
- Nic. Tylko się przestraszyłem. – odpowiedział chłopczyk.
- To jest Krzysiu babciu. Przyjaciel Januarego. Jak widzisz nie jest myszą :smile:
Babcia założyła okulary przez co jej czerwone oczy zrobiły się jeszcze większe i dokładnie przyjrzała się dziecku. Krzyś jeszcze trochę się bał ale starał się tego po sobie nie pokazywać. Był bezpieczny. W końcu January nie pozwoliłby go skrzywdzić.
- No rzeczywiście. Teraz widzę, że to nie mysz. Nigdy nie widziałam takiego stworzenia. Podobny jest do tych włochatych stworzeń, które kręcą się po naszych korytarzach nie wiedzieć po co….
- Gdyby nie te stworzenia chodziłabyś ze świecą po korytarzach mamo.
- hm…. Może i masz rację moje dziecko…
Babcia straciła zainteresowanie Krzysiem. Wujek Albert w ogóle go nie przejawiał – zwyczajnie chrapał jakby w ogóle nie słyszał co się chwilkę wcześniej działo.
- Teraz możemy zająć się śniadaniem :wink: - wesoło powiedziała pani Róża. – Chłopcy nakryjcie do stołu, nie wypada żeby goście jedli bezpośrednio z garnka :smile:. Nie wiem co prawda co jedzą tacy mali ludkowie jak Ty Krzysiu ale mam nadzieję, że nasze potrawy będą Ci smakowały.
- Proszę się nie martwić. January wie czego mi jeść nie wolno . A skąd pani wie kim jestem?
- Zielony jest słodkim smoczkiem. Wiem zawsze o wszystkim, nawet wtedy kiedy Wojciech milczy jak grób. Wczoraj kiedy położyliście się już spać rozmawiał ze mną przez smoczą rurę…
- Smokofon – przerwał jej Krzysiu – tak ją nazwał właśnie Zielony.
- Bardzo ładnie – uśmiechnęła się smocza mama – I prosił, żebyśmy przyszli. Powiedział mi kim jesteście i co zamierzacie robić. Stąd nasza obecność i dlatego właśnie robię coś dobrego na śniadanie. No i mam dla was zapas na dalszą drogę :wink:
Smoczyca dalej krzątała się przy garnku wesoło podśpiewując i podskakując co jakiś czas. Sprawiało jej to chyba olbrzymią radość. Zielony Wojciech ustawił wielkie miski i równie wielkie łyżki na stole i usiadł grzecznie na ławie przy stole. Zielony wyglądał na bardzo szczęśliwego. W końcu była tu jego mama.
- A gdzie jest wasz tata? – zapytał Krzysiu. - W domu zawsze jemy posiłki razem.
- Rupert poszedł sprawdzić czy ścieżka wzdłuż przełęczy jest bezpieczna – przynajmniej na długości naszych gór. Powinien się zjawić zanim wyruszycie. – powiedziała smoczyca. – No siadajcie już bo wszystko wystygnie.
Krzyś cały czas zastanawiał się co też pani Róża gotuje.
Pachniało pięknie i bardzo znajomo ale ze smokami to nigdy nic
nie wiadomo. Dopiero kiedy mama Zielonego Wojciecha napełniła talerze…
- Zupa ogórkowa! – zakrzyknął chłopczyk
- Tak kochanie. Mam nadzieję, że lubisz. My ją uwielbiamy.
- Wiem. Mama mi czytała taka piękną bajkę o smokach i one najbardziej na świecie lubiły zupę ogórkową – smoczą zupę. Moja babcia też robi pyszną  - pochwalił się Krzysiu.
- Smacznego moi mili.
Powiedziała i wszyscy zasiedli do jedzenia. Może to dziwne, że n śniadanie jedli akurat zupę ale skoro jest ich przysmakiem to w sumie czemu się dziwić. Po skończonym śniadaniu nasi przyjaciele zaczęli zbierać się powoli do drogi. Smocza mama zaopatrzyła ich w świeży prowiant dostosowany tak do brzuszka smoka jak i chłopca. Wujek Albert, który niespodziewanie się ożywił opowiadał im o moście nad oślizłą przełęczą. I o tym jaki las po drugiej stronie jest dziwny. Co ciekawe opowieści o tym lesie były różne i każdy kto do tej pory im coś o nim mówił, mówił o nim inaczej. Tym razem las nie był mroczny tylko pełen małych, ciekawskich i kolorowych duszków. Grał pełną gamą kolorów i dźwięków. Przyjemnie się tego słuchało i las nie wydawał się już taki straszny. Niedługo potem przyszedł tata smoków. Był to postawny również zielony smok. Spokojny i opanowany.
- Dzień dobry młodzieńcy. To wy wybieracie się za przełęcz?
- Tak proszę pana.
- No dobrze. Ścieżka jest bezpieczna. Jest sucho i nigdzie nie ma żadnych osuwisk. Do mostu powinniście dojść kiedy słońca oba będą wysoko, więc powinniście zdążyć znaleźć jakieś bezpieczne schronienie przed nocą. Starajcie się nie nocować na otwartej przestrzeni, na łąkach i leśnych planach. Pamiętajcie, że ten las żyje. To nie jest zwykły las.
- Dziękujemy Panu.
Chłopcy zostali wyściskani przed wyruszeniem w drogę. Nawet babcia Matylda zdecydowała się połaskotać Krzysia :smile: Mama Róża trzy razy sprawdziła czy chłopcy na pewno wzięli wszystko co im przygotowała. Wujek Albert mówił ciągle, że chciałby znów znaleźć się w tym lesie wśród śpiewu i ciepła jakie daje to miejsce. Był rozmarzony i jakby nieobecny. Tata Rupert dał im zwój liny i wielkie, grube rękawice. Zielony Wojciech przez cały czas tych pożegnań stał z boku i czekał. Chciał pójść z przyjaciółmi przynajmniej do końca gór a jak mama pozwoli to i do samego mostu. Wujek Albert był co prawda trochę zbzikowany ale tyle się już nasłuchał opowieści o tym lesie, że sam z chęcią by go zobaczył. Nawet jeśli nie wszystko co mówił wujek było prawdą.
- Pójdziemy z wami. Nie będzie nudno przynajmniej przez część drogi – powiedział Zielony Wojciech i poprowadził przyjaciół korytarzami, które wieść ich miały ku wyjściu.

WŁOCHACZE

WŁOCHACZE


włochacze.doc


Ranek niczym nie różnił się od wieczora. Było tak samo ciemno. Kula znów świeciła jasno, miejsce ogniska było wysprzątane Zielony Wojciech przygotowywał już coś do jedzenia w wielkim garnku, którego wcześniej nie widzieli. Krzysiu przetarł oczka i poczuł wspaniały zapach czekoladowych płatków z mlekiem i masła orzechowego. „Hm… jedzonko…” pomyślał chłopczyk.
- Rozmawiałem z wujkiem Albertem i wiem, że idąc głównym korytarzem powinniśmy natknąć się na krasnoludy w okolicach południowych tarasów – powiedział smok.
- Jak to „rozmawiałeś”? To kiedy był tu ten wujek Albert?
- Hi! Hi! Hi! Nie był! Smocza rura! – wykrzykiwał jak zwykle mało zrozumiale Zielony.
- Smocza rura?
- To taka machina do rozmawiania na odległość. Też ją mamy dzięki Krasnoludom. Przywiozły nam to z krainy zamieszkałej przez gnomy. To takie stworki, które wymyślają różne pożyteczne i mechaniczne rzeczy. Krasnoludy są bardzo pracowite i irytuje ich marnotrawienie czasu. Niestety wcześniej musiały albo obejść całe jaskinie żeby znaleźć wszystkie niedziałające lampy albo znaleźć któregoś smoka, żeby poznać ich położenie. Teraz jak przychodzą to odzywa się rura i my wiemy, że oni są a oni gdzie są nie świecące lampy.
- To się nazywa telefon – powiedział Krzyś z miną znawcy.
- Może i telefon. My na to mówimy „smocza rura”. Sama nazwa już coś mówi a telefon…? No cóż. Mi to nic nie mówi – powiedział Wojciech – Z resztą nieważne. – dodał po chwili uśmiechając się szeroko.
- Smokofon – powiedział Zielony i zachichotał – Smokofon! Smokofon!
- Brzmi ładniej niż „smocza rura” – powiedział szybko January, bo wydawało mu się, że Wojciech znowu zgani Zielonego, a przecież tym razem Zielony wymyślił coś naprawdę fajnego.
- Rzeczywiście brzmi ciekawie. – powiedział po chwili namysłu Wojciech. – Może zmienimy nazwę…
- Jak daleko jest do Południowych Tarasów?
- Powinniśmy tam dojść tuż przed zachodem drugiego słońca.
- No to na co czekamy? Chodźmy! – powiedział Krzyś wskakując do swojej kieszonki.
I poszli. Przez wąskie korytarze, obszerne sale, małe salki i strome schody. Raz było jaśniej, raz ciemniej. Czasem przez szczeliny czy wielkie okna wpadało dzienne światło. Wtedy pomieszczenia wydawały się oblane światłem w kolorach tęczy. Światło załamywało się ma wilgotnych ścianach bawiąc się kolorami.
- Nie chciałbym tu mieszkać ale jest tu rzeczywiście pięknie. – powiedział January kiedy przechodzili przez taka właśnie salę.
- A właściwie to gdzie konkretnie jest wasz dom? – zapytał w pewnym momencie chłopczyk.
- Jak to gdzie? Tutaj. – powiedział Wojciech
- I tam! I tam! I tam! I jeszcze tam! – wołał z przejęciem Zielony wskazując głową niemal wszystkie kierunki.
- Tutaj?
- Tak. Te góry to nasz dom.
- I są całe wasze? Tylko wy tu mieszkacie? No i oczywiście wujek Albert.
- Nie. Mieszka tu wiele smoków.
- My, tata, mama, babcia Matylda, babcia Klotylda, dziadek Teofil, wujek Albert, wujek Edgar….
Zielony dalej wymieniał smoki zamieszkujące Jaskiniowe Góry. Wydawało się, że wcale mu nie przeszkadza fakt, że nikt go nie słucha.
- Siedlisko mamy od strony południowej, trochę poniżej tarasów. I mamy je tylko dlatego żeby mama czy babcie miały przekonanie, że o to muszą dbać. Jak wszystkie kobiety  - dodał.
- Nie tylko smocze – dodał uśmiechając się Krzysiu.
- Ale naszym domem są całe góry. Rzadko kiedy śpimy w domu. Dzięki „smoczej…” to znaczy, dzięki smokofonowi wiemy co się dzieje i kiedy jesteśmy potrzebni.
- Pójdziemy dzisiaj do domu? – zapytał Zielony – Na chwilkę chociaż. Do mamy…
- Zobaczymy – powiedział Wojciech.
Tak rozmawiając doszli w końcu do Południowych Tarasów. I tak jak powiedział Wojciech rzeczywiście zaraz miało zajść drugie słońce. Widok był cudowny… Smoki w tym Krzysiu w smoczej kieszeni z wrażenia opadły na kamienną kanapę.
- Niby już to widziałem a za każdym razem ten widok powala mnie na kolana… - powiedział Wojciech a Zielony siedział zapatrzony jak w jakiś cudowny obraz.
Słońce zachodziło za Kalafiorowy Las. Sam las jest niezwykły a oświetlony promieniami drugiego zachodzącego słońca, zatopiony w blasku słońca które już zaszło wyglądał niezwykle. Cały błyszczał i skrzył się kolorami. Nie tylko czerwienią jaką otrzymał od słońca. Promieniał własnym światłem. A wymieszane kolory i ta niezwykła poświata utrzymująca się nad lasem pokazywała wyraźnie, że to nie jest zwykły las i że wszystko co w nim jest, jest magiczne. Ta chwila magii była naprawdę chwilą. Po niej zapadał już zwykły zmierzch. Słońce rozmyło się podłużnie nad lasem a ten stracił swoje prawie magiczne ubarwienie. Teraz wyglądał zwyczajnie. Ale każdy kto kiedykolwiek, choć jeden raz widział to zjawisko wiedział, że pozostanie w nim na zawsze. Pierwszy otrząsnął się Wojciech.
- Mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy – powiedział – Prawda, że piękny?
- Tak – odpowiedzieli chórem.
Siedzieli tak w ciszy, rozpamiętując zachód drugiego słońca, gdy nagle…
- Au! Do diabła! Przeklęta lampa!
- Boś niezdara i tyle.
- Bo ci trzepnę zaraz! Co się tak gapisz. Lec dalej. Nie mam zamiaru tu wieczności spędzić!
- Zamknijcie się i dajcie pracować w spokoju!
- Pracuś się znalazł.
Kłócące się głosy powoli zbliżały się do nich. Nasi przyjaciele tak pochłonięci byli zachodem słońca, że zupełnie zapomnieli dlaczego szli właśnie do Południowych Tarasów.
- Uważaj co ciągniesz baranie jeden!
- To nie pchaj mi tej brody pod ręce.
- Dobry wieczór.
- A to kto u licha!
- To pewnie ten mały, natrętny smok.
- O do licha! Tam jest jakiś gigant!
- No może i jestem duży ale bez przesady. Jak przeciętny smakuś.
Przyjaciele podeszli do pracujących krasnoludów.
- Panowie pozwolą. To jest smok January a ten mały w jego kieszeni to chłopiec Krzyś. – przedstawił ich Zielony Wojciech.
- Znowu będą przeszkadzać… - mruczał pod nosem jeden z brodaczy.
- My byśmy tylko chcieli Panów o coś prosić.
- Panów? No to jak Panów to proście – uśmiechnął się od ucha do ucha ten z niepełnym uzębieniem. Pozostali przerwali pracę i spojrzeli z zaciekawieniem na smoki.
- Chcielibyśmy Panów prosić o dwie garści księżycowego pyłu.
- Księżycowego czego? – spytał jeden z krasnoludów
- No tego czegoś co świeci w lampach.
- A świetliki. A po co wam one?
- Bo one mają leczyć – powiedział z miną znawcy Zielony.
Krasnoludy to jak wiadomo dość chytry ludek. Są dobrzy, przyjaźni, głośni, skorzy do kłótni i popitki no i handlarze z nich przedni. Nie przepuszczą żadnej okazji by się wzbogacić. Tym bardziej gdy w grę wchodzą ich dobra.
- Kogo leczyć? To ma być lekarstwo? – dopytywał się teraz ten, który miał całkiem wyraźnego zeza.
- To składnik leczniczej mikstury dla Księżycowego Wyjca – wyjaśnił January.
- Jakiego Wyjca? – tym razem pytał ten z nosem jak kartofel.
- Księżycowego. To taka roślina – wyjaśnił Krzysiu.
- Wy macie wszystko księżycowe czy jak? I co to za roślina? – wyszczerzył się ten z niepełnym uzębieniem.
- January jest botanikiem – a właściwie będzie jak dorośnie…
- Botanik… a co to znaczy? – dopytywał się ten z nosem jak kartofel.
- Botanik to ktoś kto ma takiego samego fioła na punkcie roślin jak te pedantyczne elfy – powiedział krasnolud, który wyglądał na najstarszego z grupy, choć tego nigdy być pewnym w przypadku krasnoludów nie można. Siwa broda nie musi być wyznacznikiem starszeństwa, w każdym razie ten osobnik wyglądał najbardziej dostojnie z grupy pracujących krasnoludów, tak jakby im przewodniczył. Brodacz nie brał udziału we wcześniejszych sprzeczkach a teraz też tylko przysłuchiwał się rozmowom. W końcu kiedy się odezwał pozostała trójka zamilkła.
- Dostaniesz swój pył czy jak Ty go tam nazywasz – powiedział.
Pozostałe krasnoludy wyglądały na zawiedzione i niezadowolone z takiego obrotu sprawy. Jednak jedno spojrzenie Siwego sprawiło, że tylko pospuszczali głowy i mamrotały coś do siebie pod nosem. Siwy jegomość przysiadł na ławie, wyciągnął z plecaka puszkę z piwem i krakersy i zapytał:
- No to jak młody, kiedy będziesz przysadzał tę swoją miksturę?
January przestraszył się, że jednak natura krasnoludka zwyciężyła i w tym jegomościu i że bez jakiejś wymiany się nie obejdzie.
- Jak zbiorę wszystkie składniki i wrócę do domu.
- Dobra. Ile to potrwa? Bo widzisz, ten jak to określiliście, pył ma określoną żywotność. Dlatego właśnie co jakiś czas przychodzimy napełniać lampy. Skoro czasu nie potrafisz dokładnie określić zrobimy inaczej. Nie dostaniesz od nas pyłu…
- Ale…
- Nikt Cię nie nauczył młodzieńcze, że nie przerywa się kiedy starsi mówią? Może i jesteś duży ale jeszcze niedorosły. Posłuchaj co mam do powiedzenia a potem pytaj. Nie dostaniesz tego pyłu w czystej postaci tylko dostaniesz lampę nim wypełnioną. Tak przechowywany długo zachowuje świeżość. Oprócz składnika będziecie mieli też lampę. Świecenie nie zmniejsza wartości świetlików czy jak wolisz pyłu. Jak dotrzecie na miejsce wystarczy odkręcić denko i wysypać zawartość.
Przez cały czas kiedy Siwy rozmawiał ze smokami a dokładniej z Januarym, pozostałe krasnoludy wróciły do pracy i uzupełniały braki w pozostałych latarniach i lampach.
- Pan mieszka w Lesie Kalafiorowego Królestwa? Czy tam jest naprawdę tak dziwnie? – zapytał Krzysiu.
Krasnoludy były zdziwione obecnością chłopca nie bardziej niż smoków.
- Tak. To znaczy, tak się nazywa moja kraina w waszym – tu uśmiechnął się do chłopca - to znaczy smoczym języku. A czy jest dziwnie? Czy ja wiem? Dla mnie smoczy świat jest dziwny. Smok, który nie gromadzi bogactw albo przynajmniej ich nie pragnie jest co najmniej dziwny. I w moim świecie niespotykany. Ten las jest jak kalafior. Ma wiele drzew i każde z nich stanowi świat innych istot. Jest łącznikiem między światami. Kalafior jest jeden a to znaczy, że my wszyscy mamy wspólne korzenie, że wszyscy jesteśmy ze sobą złączeni. Rozumiecie?
- Ja nie rozumiem – powiedział Krzyś, a January i Zielony Wojciech mieli miny sugerujące, że oni tez tak do końca nie rozumieją o co chodzi Siwemu jegomościowi. Siwy uśmiechnął się.
- To powiem inaczej. Ten las jest jak wielki dom, z olbrzymią ilością drzwi, ukrytych przejść i korytarzy. Każde drzwi, każde przejście prowadzi do innego świata. Teraz rozumiecie?
- Chyba tak. To znaczy, że co innego jest w kuchni a co innego w salonie? – zapytał chłopczyk
- Mniej więcej – odpowiedział z uśmiechem Siwy.

JASKINIOWE GÓRY

JASKINIOWE GÓRY


jaskiniowe góry.doc


Krzyś nie wiedział jak długo jechali. Łagodne kołysanie pociągu ukołysało go do snu. Przespał niemal całą drogę. Może to i dobrze. Takie małe nietypowe stworzenie niewątpliwie wzbudziłoby sporą sensację wśród podróżujących smoków.
Dotarli na miejsce. Na tej stacji nie wysiadł żaden inny smok. Żaden tez nie czekał na pociąg. Stacja była pusta i bardzo zaniedbana. Trawa zarastała tory, kwiaty zdziczały, a wszystko robiło wrażenie starego, zapuszczonego i zapomnianego przez wszystkich. Na jednym z pobliskich drzew była przybita tabliczka z nazwa stacji JASKINIOWE GÓRY. Nie było żadnego rozkładu jazdy, żadnych ławek, nic co sugerowałoby, że tu powinien zatrzymywać się pociąg.
- To już zupełnie inny smoczy świat. – powiedział January.
- Nie przypuszczałem, że będzie tu tak pusto i smutno. – dodał Krzysiu.
- Zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał…
- January czy my na pewno dobrze trafiliśmy? Przecież tu nic nie ma.
- Wydaje mi się, że tak. Za Jaskiniowymi Górami jest jeszcze Oślizła Przełęcz a zaraz za nią cel naszej wyprawy czyli Las Kalafiorowego Królestwa.
- A nie mogliśmy pojechać dalej pociągiem? To naprawdę najkrótsza droga?
- Według mapy i Bonifacego tak.
- Hm… Nie podoba mi się ta przełęcz ale to trudno. Chodźmy January – powiedział Krzysiu i zaczął się niecierpliwie wiercić w swojej kieszonce.
- Przepraszam Pana a z kim Pan rozmawia?
January rozejrzał się wokoło i nikogo nie zobaczył. Nauczony jednak doświadczeniem (po przygodzie ze smoczusiami) wiedział, że jeżeli jest głos to musi też być jego właściciel. Spojrzał najpierw w dół i nic nie zobaczył, więc zaczął oglądać pobliskie krzaki i drzewa. Właśnie… drzewa… Jedno miało takie jakieś dziwne liście, trochę jakby łapy…
- Patrz! Hihihihi On nas nie widzi! 
- Teraz już nas widzi Pacanie.
- To następnym razem sam się schowaj, jak ci się nie podoba!
- Raczej będzie mi trudno… No chyba, że ktoś odrąbie ci głowę i będzie w końcu spokój.
Przez cały czas tej rozmowy Krzyś i January patrzyli na średniej wielkości smoka siedzącego na gałęzi olbrzymiego dębu. Smok był dość specyficzny… to znaczy miał dwie głowy. Niby Krzyś widział już takie osobniki ale z żadnym nie rozmawiał i żadnego nie poznał.
- Kim pan…, panowie jesteście?
- On jest Zielony, a ja jestem Wojciech – powiedziała pierwsza głowa.
- Jak się nazywasz? Kim jesteś? Z kim gadałeś?
Wyrzucała z siebie druga głowa, którą tamta nazwała Zielonym. Pierwsza głowa wzniosła oczy ku niebu i zaczęła po cichu liczyć.
- Przepraszam, ale co pan robi? – zapytał January.
- Uspokajam się. Inaczej dawno palnąłbym tą głupią głowę. Za grosz dobrego wychowania… - westchnął – Ale do rzeczy. Co tu robisz i kim jesteś? No i z kim rozmawiałeś jeśli wolno spytać? – zapytał Wojciech.
- Nazywam się January i jestem z rodziny smakusiów, a to jest mój przyjaciel Krzyś – powiedział smok i wskazał ręką na kieszeń – On jest chłopcem. Idziemy do Lasu Kalafiorowego Królestwa.
- Jakie to śmieszne w tej kieszeni. Toto gada? Z nim gadałeś? – dopytywał się Zielony.
- Nie gada tylko mówi. – poprawił go Wojciech.
- I nie „Toto” tylko Krzyś – oburzył się chłopczyk.
- Ale ma fajny, cienki głosik, - zachichotała druga głowa.
- Przepraszam, może to niegrzeczne pytanie, ale z jakiej rodziny smoków są panowie?
- Nie panowie. Ja jestem Wojciech – jak już mówiłem – a ta wiecznie rozgadana głowa to Zielony. Jesteśmy z rodziny Smarkusiów, która od bardzo dawna zamieszkuje Jaskiniowe Góry.
- Smarkusiów? – zainteresował się Krzyś – Czy to znaczy, że macie katar?
- Mniej więcej o to chodzi. Smarkusie to smoczy alergicy. My na szczęście pozbawieni jesteśmy tej przypadłości.
- A na co jesteście uczuleni? To znaczy nie wy, ale pozostałe Smarkusie?
- Generalnie na wszystko co jest zielone i rośnie.
- Ja jestem Zielony! – ryknęła z zachwytem druga głowa.
- No właśnie! A ja jestem uczulony na Ciebie!
- Dlaczego wy nie jesteście uczuleni?
- Jak widzisz jesteśmy trochę inni. To znaczy teoretycznie jest nas dwóch…
- Ja jestem Zielony – przerwała mu druga głowa.
- …ale mózgu starczyło tylko na jedną…
- Ja jestem Zielony! – wesoło wykrzykiwał Zielony.
- …i dlatego Ty jesteś Zielony, a ja jestem Wojciech i jestem na Ciebie, tępa głowo, uczulony – złościła się pierwsza głowa.
- To wy tutaj mieszkacie? – dopytywał się Krzysiu.
- Tak. Mieszkamy dwie góry dalej, ale wszędzie tutaj można znaleźć jakiś przytulny kąt do spania. – odpowiedział Wojciech.
Zielony jakby chwilowo uznał wyższość brata i tylko potakiwał głową i głupkowato się uśmiechał.
- Jeśli chcecie to możemy z wami pójść aż do Oślizłej Przełęczy. Znamy w tych górach każdą szczelinę. Januaremu podobał się pomysł Wojciecha ale wolał się upewnić. Dyskretnie spojrzał na Krzysia, ale ten zajęty był robieniem śmiesznych min do Zielonego. Obaj świetnie się bawili. „No tak. Zabawa.” Szturchnął Krzysia a ten w lot zrozumiał o co chodzi. Zniknął na chwilę we wnętrzu obszernej kieszeni a kiedy znów się pojawił jego buzia promieniała radością. Wszystko w porządku pomyślał January. Kula strachu podczas podróży zmieniła trochę swoje właściwości. Musiała dostosować się do warunków w jakich w trakcie podróży znajdowali się przyjaciele. Gdyby parzyła ilekroć znajdował się ktoś w pobliżu Krzyś wiecznie by wykrzykiwał „Parzy!” czym zwracałby na siebie uwagę. Zmieniła swoje właściwości kiedy byli w smoczym mieście. W obliczu zagrożenia najpierw zmieniała swoją barwę na intensywnie czerwoną a potem parzyła. W zależności od stopnia zagrożenia. Teraz sądząc po minie Krzysia kula była tylko kawałkiem papieru i nie reagowała.
- Jeśli będziecie tak mili i pokażecie nam drogę to będzie nam bardzo miło. – w końcu powiedział January.
I poszli. Jaskiniowe Góry nie były jeszcze widoczne. Zasłaniały je drzewa. Nie wiedzieli więc jakie są. Czy są lesiste, czy kamieniste. Nad sobą mieli tylko mieniące się w słońcu liście. Jedne zielone a inne czerwone, brązowe i żółte.
- Czy już jest jesień? – zapytał Krzyś.
- Czy już jest co? – zapytali równocześnie Wojciech i January.
- Jesień.
- A co to takiego?
- Mama mówi, że jak jest jesień to liście na drzewach zmieniają kolor na brązowy, czerwony albo żółty. Potem te liście opadają żeby drzewa mogły odpocząć by potem znowu wypuścić listki.
- W takim razie nie ma jesieni. – powiedział Wojciech.
- To dlaczego drzewa maja brązowe liście?
- Bo one zawsze maja brązowe liście. Las ma wiele kolorów. Są drzewa wiecznie zielone, albo czerwone, są też takie, których liście mają odcień złoty. Są też takie, które liści nie chcą i zrzucają je gdy tylko te osiągną odpowiednia wielkość. W Karinie smoków nie ma jesieni.
- To nie ma tez zimy? – przestraszył się Krzysiu.
January ponieważ nie wiedział co to jest zima powiedział:
- W krainie smoków raz jest zimno, raz ciepło. Czasem pada deszcz a czasem śnieg. Jest więc pora zimna i pora ciepła. Teraz mamy porę ciepłą.
- I dobrze, że taka mamy. W porze zimnej nie przeszlibyście przez Oślizłą Przełęcz.
- Dlaczego?
- Bo jest zamarznięta. Tworzą się korytarze, które ściągają śmiałków do nor oślizgników, a stamtąd mało kto wychodzi bez szwanku.
Tak rozmawiając doszli do końca kolorowego lasu, który rośnie u stóp Jaskiniowych Gór.
- A oto i Jaskiniowe Góry – powiedział dumnie Wojciech.
- Wyglądają jak wielki kawałek szwajcarskiego sera – powiedział chłopczyk – tylko nie mają żółtego koloru.
January uśmiechnął się – widać smoki znają ten przysmak.
Stali u stóp Gór, które były tak podziurawione wielkimi otworami jaskiń, że aż dziwne było, że się trzymają w pionie a nie rozsypią się zaraz na drobne kawałki. Góry wyglądały jak wielkie prostokątne, betonowe bloki, ściśle przylegające do siebie. Nie było tam ścieżek ani nawet drabiny czy schodów prowadzących na górę. Tylko pionowe gładkie ściany podziurawione otworami jaskiń.
- Gdzie jest ta ścieżka? – zapytał rozglądając się January – Jak mamy się wspiąć?
- Urok Jaskiniowych Gór to właśnie jaskinie. – powiedział Wojciech.
- O tak! Jaskinie! – przytaknął ochoczo Zielony.
- Żeby dostać się na drugą stronę trzeba przejść cały labirynt jaskiń. Teoretycznie są pooznaczane szlaki, ale czasami ktoś zamazuje albo zrywa jaskiniowskaz i wtedy jak się nie wie gdzie iść to można łatwo zabłądzić.
- Czy tam jest ciemno? – zapytał Krzyś troszkę przestraszony. Teoretycznie nie bał się ciemności, ale tylko tej którą znał, tej co mieszkała w jego pokoju, ale ta była zupełnie obca.
- Kiedyś było. Drogę oświetlał sobie każdy sam, ale teraz już tak nie jest. Odkąd poznaliśmy takie małe karzełki, takie ludziki trochę podobne do Krzysia, ale włochate to wszystko się zmieniło. One mieszkają pod ziemią, więc muszą sobie jakoś radzić z ciemnością. A wierzcie mi radzą sobie świetnie.
- To Krasnoludy tu są? – zaciekawił się chłopczyk.
- No tu nie, ale w Lesie Kalafiorowego Królestwa tak.
Zielony Wojciech prowadził ich do jednego z wielkich otworów, a Krzyś z otwartą buzią patrzył na coraz bliższe podziurawione góry.
- One wyglądają jakby jakiś olbrzym wziął wiertarkę i powywiercał w klockach mnóstwo dziur.
Zielony Wojciech i January nie wiedzieli co to wiertarka, więc spojrzeli tylko na siebie ze uśmiechem. Zielony chciał chyba zapytać co to ale Wojciech spojrzał na niego groźnie i pytanie nie zostało zadane.
Weszli w zupełnie inny świat. Było tam cicho, wilgotno, ciepło i panował półmrok. Co jakiś czas ze ściany jaskini wystawała smocza łapa trzymająca coś w rodzaju latarni. Łapa nie była żywa tylko z kamienia.
- Co jakiś czas przyjeżdża do nas czterech karzełków… jak Krzyś ich nazwał Krasnoludów i naprawia niesprawne latarnie.
Januarego interesowało co w nich świeci.
- Co to świeci? Przecież nie pali się w nich ogień. To co daje to światło? – zapytał.
- Prawdę mówiąc to nie wiemy dokładnie co to jest. To jakiś kamień czy minerał. Jak wpuści się tam jakiś gaz (oczywiście nie powiedzieli nam jaki) to on powoduje, że to coś świeci. Nazywają to księżycowy pył.
- Księżycowy pył?
- Tak, bo daje takie światło jak księżyc w pełni w bezchmurną noc.
- To wspaniale! A czy macie może odrobinę tego pyłu i moglibyście go nam dać?
- Niestety nie. A po co wam on?
- Widzicie. Celem naszej wędrówki jest zebranie składników na lekarstwo dla Księżycowego Wyjca, który jest jedyną rzeczą a właściwie rośliną jaka została mi po moim tacie. Jednym ze składników tego lekarstwa jest właśnie księżycowy pył. Jest pierwszym składnikiem na liście, więc musimy od niego zacząć. Do tej pory myślałem, że będziemy musieli po niego iść aż do Zapylonej drogi, ale gdybyśmy mogli… To mielibyśmy już jeden składnik i moglibyśmy szukać następnych.
- Niestety nie mamy księżycowego pyłu luzem, tylko w lampach…
- Włochata naprawa!! – zakrzyknął Zielony
- O czym on mówi? – zapytał January
- Włochata naprawa!! – dalej krzyczała druga głowa
- No tak! Jak mogłem zapomnieć! Rzeczywiście teraz jakoś wypada naprawa lamp, więc przy odrobinie szczęścia może napotkamy w jaskiniach na Krasnoludy, a one na pewno mają ten pył luzem! – powiedział uradowany Wojciech.
Szli tak prowadzeni przez Zielonego Wojciecha a Krzyś podziwiał wąskie, niskie korytarze, dalej obszerne sale, wiszące skały, nacieki. Nie szkodzi, że było ciemno. Naprawdę było pięknie. Weszli do wielkiej Sali. Pod sufitem wisiała równie wielka, świecąca kula. W ścianach były wydrążone wnęki a po środku było miejsce na ognisko. Wszystko było przygotowane jakby na nich czekało.
- Tu staniemy na nocleg – powiedział Wojciech.
- Ale jest chyba jeszcze wcześnie. Jeszcze nie jestem zmęczony. – powiedział January
- Na zewnątrz zaszło właśnie drugie słońce. Powinniśmy już stanąć i odpocząć.
Zielony Wojciech podszedł do jednej z wnęk i przyniósł całe naręcze suchych gałązek i zaczął z nich układać stosik na ognisko. A kiedy zjedli kolację, ułożyli się wszyscy we wnękach, które służyły za łóżka i zasnęli. Jasno świecąca kula jakby przygasła w jaskini zapanowała ciemność. Czas już na sen.











Stacja Koralowe Wzgórza

Może rzeczywiście potrzebowałam zachęty :smile:


stacja koralowe wzgórza.doc


STACJA KORALOWE WZGÓRZA

Bonifacy powiedział naszym małym podróżnikom, że najszybsza droga do Kalafiorowego Królestwa wiedzie przez Jaskiniowe Góry i Oślizgłą Przełęcz za nią. Żeby tam się dostać trzeba skorzystać ze smoczego pociągu. Droga może nie jest długa ale za to bardzo niebezpieczna. Ktoś zapyta dlaczego jazda pociągiem miałaby być niebezpieczna? Więc uściślę – niebezpieczna dla Krzysia. Ludzkie dzieci nie są kimś naturalnym w smoczym kraju. Są smoki, które z chęcią wykorzystałyby chłopca do swoich celów – na przykład do występowania w cyrku jako „dziwne zwierzę z dalekich krajów”. A to raczej nie spodobałoby się Krzysiowi.
Stacją początkową była stacja Koralowe Wzgórza, która znajdowała się na peryferiach smoczego miasta. Smoki nie były zbyt oryginalne pod tym względem. Podobnie jak ludzie nazywali stacje dokładnie tak jak miejsca w pobliżu których się znajdowały.
Bardzo trudno powiedzieć czy dworzec kolejowy był duży czy mały, wszystko zależy od punktu widzenia. Dla Krzysia był ogromny. Był na dworcu kolejowym z rodzicami i widział pociągi ale ten dworzec był zupełnie inny, a pociągi... O tym później. Jedno tylko łączyło dworce z obu znanych Krzysiowi światów – a mianowicie tory kolejowe :smile: Choć te tutaj były chyba trochę szersze. Dworcem była wielka, zielona łąka. Gdziekolwiek byś się nie obrócił stały smoki. Duże, grube, chudzinki, z jedną głową albo z kilkoma. Bazyli mówił, że smoki z kilkoma głowami są bardzo wyjątkowe. Nie powiedział co prawda dokładnie co miał na myśli mówiąc „wyjątkowe”, ale fakt, że nie było ich wiele musiał o czymś świadczyć. Słowem smoków było całe mnóstwo. Krzysiu nigdy nie przypuszczał, że zobaczy tyle różnych smoków naraz w jednym miejscu. I wszystkie one czekały na pociąg. Krzyś nie wiedział czy bardziej cieszą go te wszystkie smoki czy mający nadjechać pociąg.
I oto nadjeżdża. Krzysiu nie widział jeszcze takiego pociągu. Wielka lokomotywa parowa wtoczyła się na łąkę. Była piękna, czarna, lśniąca i olbrzymia... Wielkie koła były pomalowane na czarno a ich metalowe szprychy na biało z czerwonym środkiem. Pośrodku wielkiego i długiego cielska tkwił równie okazały komin, z którego buchały kłęby dymu i pary. Za lokomotywą wjechało chyba ze sto wagonów. Były wielkie, czerwone, z wielkimi oknami, w których nie było szyb, ale były za to firanki. Krzysiu gorączkowo poszukiwał kogoś kto prowadzi to cudo. W końcu, wśród dymu dostrzegł postać wcale nie dużego smoka, umorusanego sadzą z czapka kolejarską na głowie. Smoczy kolejarz uśmiechał się i z radością pykał fajkę. Co chwilę też pokrzykiwał „No dalej smoczych i smoki! Zajmujcie miejsca i w drogę! Nie guzdrać się!”
Krzyś stał jak zaczarowany. Fakt, że smoki giganty i smocze maluszki w sposób równie łatwy mieszczą się w wagonach nie robił na nim już wrażenia. Miał już próbkę takich czarów w domku ciotki Marceliny.
A jak wyglądał pociąg w środku? Cóż Krzysiu jechał już pociągiem w swoim świecie. Był na wycieczce z mama i z tatą ale to nie był taki pociąg, to nie był smoczy pociąg. Nie było w nim wielkich, puchatych foteli, stolików do gry w brydża, szachy czy Scrable. Wagony nie wyglądały jak wielkie salony, czytelnie czy restauracje.
Nie będę tu opisywać wrażeń z podróży smoczym pociągiem bo… niestety główny bohater tej opowieści z nadmiaru wrażeń zasnął i obudził się dopiero na krótko przed stacją docelową czyli tuż przed Jaskiniowymi Górami.










FIOŁKOWY ZAUŁEK

Młody mnie ostatnio rozwalił.
Że to jest pojętne stworzenie to wiedziałam ale że aż tak...
Rozmowa z młodym.
Zalazł mi za skórę i miałam go już serdecznie dość więc doprowadzona do ostateczności mu mówię
- Jesteś niedobry i jak będziesz taki dalej to Cię sprzedam i kupię sobie nowego dzidziusia!
- Nie możesz mnie sprzedać bo dzieci się nie sprzedaje. I nie możesz sobie dzidziusia kupić bo jak chcesz nowego to będziesz sobie musiała go urodzić, wiesz.
Mi w tym momencie szczęka opadła, a moje dziecko dalej.
- A to wcale nie jest takie proste wiesz?

I to jest wychowanie w dobie internetu :smile:

PS. Gosiu specjalnie dla Ciebie :smile:

fiolkowy zaulek.doc



FIOŁKOWY ZAUŁEK

Kiedy rano weszli do saloniku ten wyglądał znowu jak jadalnia. Tylko, że tym razem kolorystyka była inna. Ciotka też była inna – to znaczy – była w innych kolorach. Dziś dominował kolor niebieski.
- Ślicznie pani wygląda – powiedział January.
- Dziękuje mój drogi – uśmiechnęła się ciotka Marcelina
- Hura! Płatki kukurydziane na miodzie – krzyknął Krzyś i już był przy stole. Nie jest co prawda spokrewniony z Januarym ale apetyt ma iście smakusiowy.
- No to siadajcie a ja wam w tym czasie coś opowiem. – powiedziała ciotka.
I ciotka opowiedziała im o mieście, które leży na północ od Tęczowych Łąk. Mieście, które położone jest na wzgórzach koloru miodu. Mieście w którym żyje wiele smoków bardzo różnych ras. I najważniejsze. O mieście w którym jest stacja kolejowa ze smoczym pociągiem… Takim pociągiem można się szybko dostać tam gdzie się chce być, nie mówiąc już o frajdzie jaką daje sama jazda pociągiem. Ciotka zaznaczyła na mapie położenie miasta, dała wytyczne i powiedziała do kogo się zwrócić kiedy już tam się dostaną. Kiedy już byli spakowani i mieli już wychodzić January zapytał
- Ciociu Marcelino proszę mi powiedzieć jeszcze coś o moim tacie.
- Nie mogę Ci więcej powiedzieć mój drogi. I tak powiedziałam Wam wczoraj o wiele więcej aniżeli mogłam. Nie martw się – dodała po chwili widząc zmartwiona minę Januarego – Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie mój mały smoczku.
Kiedy ciotka Marcelina i mały Kastor żegnali młodych podróżników jakiś postronny obserwator mógłby być świadkiem bardzo śmiesznej sceny. A jakiej? Pamiętacie przecież, że drzwi do domku ciotki były magiczne. Więc kiedy wszyscy wyszli z domku powrócili do swoich naturalnych rozmiarów. Czyli jeśli ktoś obserwował ich z boku to widział wielką niebieską skałę obok której były dwa małe zielone krzaczki – jeden bardziej niebieski – i jeden całkiem malutki niebieski i skaczący kamyczek.
Wyruszyli kiedy pierwsze słońce było jeszcze nisko. Trochę zmienili kierunek swojej wędrówki, by za radą ciotki skorzystać ze smoczego pociągu. Kierowali się zatem na północ. Wieczorem mieli dojść na przedmieścia pierwszego smoczego miasta jakie miał zobaczyć Krzysiu.
I rzeczywiście. Kiedy drugie słońce chyliło się ku zachodowi przyjaciele zobaczyli w oddali wielkie skupisko smoczych siedzib. „W zachodzącym słońcu wygląda jak wielki placek z truskawkami.” – pomyślał January, który po całym dniu wędrowania był już naprawdę głodny.
- Wygląda jak placek – powiedział Krzyś jakby czytał w myślach przyjaciela.
- Truskawkowy – dodał po chwili smok – Zatrzymamy się tutaj na noc a jutro rano pójdziemy do miasta.
I tak też zrobili.
Miasto rzeczywiście mogło przypominać placek. Miastowe smoki nie były zbyt wybredne i stawiały sobie domy malowane w najbardziej pospolitych kolorach czyli beżu, żółci i pomarańczu. Tylko zamożniejsze smoki decydowały się na kolor czerwony, który miał teoretycznie potwierdzać ich statut.
Kiedy rano otwarli oczy okazało się, że teraz miasto wcale nie wygląda jak placek a raczej jak rozlane ciasto na naleśniki. Nie było już takie ciekawe jak w promieniach zachodzących słońc.
Im bliżej podchodzili tym bardziej jednolite i bezbarwne wydawało im się to miejsce. Mury miejskie, nie wiedzieć czemu, stworzone były z ogromnych nasypów ziemnych. Dobrze że przynajmniej pokryto je trawą dzięki czemu nie wyglądały tak odpychająco. Brama była imponująca. Nawet komuś tak wielkiemu jak January wydała się ogromna. Wielkie metalowe sztaby i kraty pokryte były czerwoną farbą, a wszystkie nity żółtą. Drogi nie były asfaltowane ani nawet brukowane jak w świecie mamy i taty. Wyglądały jakby ktoś najpierw rozrzucił mnóstwo zielonych kamyczków a potem powgniatał je w ziemię. W rzeczywistości nie były to kamyczki ale niewielkie roślinki zwane kamionkami zwykłymi. Choć ich właściwości były dość niezwykłe. Wiązały się z ziemią w tak skuteczny sposób, że nawet gdyby deszcz padał przez tydzień bez przerwy ziemia nie rozmoknie, nie porobią się kałuże i nie będzie błota. Domy wyglądały jak klasyczne smocze jamy. Były to pagórki wielkością dostosowane do otoczenia. Kolory smoczych domostw były niemalże jednakowe, tak jakby projektant nie chciał nikogo wyróżniać. Nie było tu ogrodów. Tylko gdzie niegdzie rosły pojedyncze skupiska roślin. Te też były tak dobrane, żeby nie zajmowały wiele miejsca i nie potrzebowały wiele czasu na pielęgnację. Kwiaty były tylko na głównym placu a i tak wyglądały jak sztuczne.
Prawdę mówiąc Krzyś nie bardzo zwracał na to wszystko uwagę. Dla niego najważniejsze były smoki. Całe mnóstwo smoków. Małe, duże, ze skrzydłami i bez nich, smoki młodzieniaszki i smoki staruszki. Gdzie byś się nie obrócił tam były smoki. O czymś takim mały Krzyś nawet nie marzył.
- January – powiedział Krzyś z uśmiechem, który nie wróżył nic dobrego – Teraz będziesz mi musiał o tych wszystkich smokach opowiedzieć.
- Chyba będę. I zajmie nam to chyba całą drogę do Kalafiorowego Królestwa. Na razie skupmy się jednak na szukaniu Fiołkowego Zaułka Pana Bonifacego.
- Dobrze. – zgodził się Krzyś ale łatwo się domyślić, że nie w smak było mu szukanie jednego smoka skoro wkoło miał ich dziesiątki.
Dopiero późnym popołudniem dotarli do miejsca zwanego Fiołkowym Zaułkiem. To był naprawdę zaułek. Miejsce mało znane i bardzo dobrze ukryte. Miejsce jakiego nie spodziewali się nasi podróżnicy znaleźć w tym nudnym i jednolitym mieście.
Było to bardzo dziwne miejsce. Był to malutki placyk zewsząd otoczony wysokimi smoczymi domostwami. Był ciemny a mimo to sprawiał wrażenie bardzo przytulnego miejsca. Poza malutkim parkiem a może raczej skwerkiem dopiero tutaj znaleźli prawdziwą zieleń. Taką której pozwala się rosnąć jak chce. Dopiero po jakimś czasie zauważyli, że rośliny tworzą coś na kształt dachu i że to właśnie sprawia, że wydaje się on być ciemnym.
- January gdzie są fiołki? – zapytał w pewnym momencie Krzyś.
- Sam ich szukam. – odparł smok z uśmiechem – Może już przekwitły.
Tak rozglądając się zauważyli w głębi tego malutkiego ogródka drzwiczki. Były zielone i okrągłe i dlatego nie zauważyli ich od razu. Podeszli więc do nich i zapukali. I nic. Cisza. Po dłuższej chwili znowu zapukali i znowu nic.
- Chyba niestety niepotrzebnie tu przyszliśmy. Pan Bonifacy mógł przecież gdzieś wyjechać.
- Ale ciocia Marcelina mówiła, że on na pewno będzie.
- I jest moi mali przybysze. Tylko nie wie z kim ma przyjemność.
Malcy obejrzeli się za siebie i zobaczyli dużego popielatego smoka, który wyglądał jak bardzo stary dziadek smok.
- Ja jestem Krzysiu a to mój przyjaciel smok – szybko powiedział chłopczyk uśmiechając się szeroko do wielkiego smoka.
- To że twój towarzysz jest smokiem to już zauważyłem. Jak się jednak nazywa nie wiem.
- Nazywam się January i pochodzę z rodziny smakusiów.
- No to teraz już coś o Was wiem. Ja jestem Bonifacy i jak sądzę to o Was chodziło uroczej Matyldzie.
- Ale skąd…?
- Ha! Ha! - zaśmiał się Bonifacy – Nie ważne skąd i jak. Ważne, że nie można się pomylić. Jesteście parą przyjaciół tak różną od każdej innej napotkanej na smoczej ziemi, że nie można Was z nikim pomylić. Wchodźcie do środka. Taka osobliwa para jak Wy przyciąga wzrok nie tylko smoków Wam przychylnych. Porozmawiamy w środku przy kolacji.

CIOTKA MARCELINA

Młody znowu był chory i teraz jest na "rekonwalescencji". Jeżdżę od ...loga do ...loga i sprawdzam co mu tak naprawdę jest. Paskudnie - choć to jak zwykle - idiotyczny listopad i jakbym mogła to wszystko na to zwalę :smile:. Opowiadałam młodemu bajkę o Januarym i o Krzysiu - już trochę zmienioną bo Krzyś już nie taki mały :smile: I teraz mam za swoje ;P Młody domaga się ode mnie dalszego ciągu... Będę musiała się w końcu sprężyć ale tym razem na serio :smile:


ciotka marcelina.doc


CIOTKA MARCELINA

Smoczki mieszkały z ciotką o dość dziwacznym imieniu – Marcelina. Imię było równie dziwaczne jak sama ciotka. January nigdy dotąd nie widział smoczycy, ani smoka, o tak dziwnym wyglądzie. Dlatego w sumie nie powinien był się dziwić reakcji Krzysia, który stał jak posąg w drzwiach domku.
Może w takim układzie, powiem Wam dlaczego obaj przyjaciele byli tak zdziwieni widząc ciotkę Marcelinę.
Otóż. Na pierwszy rzut oka ciotka Marcelina niewiele różniła się od innych smoków z rodziny Smoczusiów. Miała nawet coś co sprawiało, że była na swój sposób podobna do braci... to znaczy... Była niewielkiego wzrostu i była zielona. No i na tym skończyłyby się wszelkie podobieństwa... Ciotka Marcelina miała piękne, długie i lekko skręcające się różowe włosy. Miała różowy makijaż, no i pazury pomalowane również na kolor różowy. Różowy był również fartuch ciotki i wielka kokarda zdobiąca ogon. Co więcej jej skrzydła mieniły się różami... Słowem, gdyby nie ten prześwitujący gdzie niegdzie zielony kolor, ciotka Marcelina cała byłaby różowa :smile:.
- O cóż to widzą moje piękne oczy? Mamy gości! Jakże się cieszę, że Was widzę moi mali wędrowcy. – od progu wołała smoczyca.
Na wzmiankę o oczach January odruchowo spojrzał czy aby ciotka przez przypadek ich też nie ma różowych. Uff Są zielone :smile:.
Ktoś mógłby się dziwić, że smoczyca wielkości 5 letniego dziecka mówi do prawie 4-ro metrowego smoka „mój mały wędrowcze”, ale nie jest to wcale dziwne. Dziwić się można by także jak taki wielki smok zmieścił się w takim małym domku? Śpieszę więc wyjaśnić. Drzwi do smoczego domku były magiczne, a tym samym wielkość każdego smoka, który przekraczał próg dostosowana została do wymogów narzuconych przez właściciela. Tym samym January nagle stał się smoczusiowym dziwadłem, czyli smoczusiem ale bez skrzydeł.
- Jesteście głodni prawda? – zapytała ciotka Marcelina, a widząc jak Wiktor patrzy na półmisek z owocami dodała - Siadajcie, napijcie się i skubnijcie trochę owoców a ja w tym czasie coś przygotuję.
To mówiąc wybiegła z pokoju do kuchni. January odwrócił się i zobaczył stojące na stoliku kubki i lemoniadę, a także półmisek z owocami, które były już obrane i rozkrojone na kawałki.
- Dziwne. Jestem pewien, że przed chwilą tego tu nie było. – powiedział January.
Krzyś nie zastanawiał się czy było czy nie było. Ważne że jest w tej chwili. Razem z Wiktorem rzucili się na owoce i chłodną lemoniadę. Byli tak pochłonięci jedzeniem, że nie zwracali uwagi na nic poza półmiskiem.
Tymczasem January oglądał pomieszczenie, w którym się znaleźli. Dom smoczusiów był całkiem inny niż jego własny. Był przestronny, choć z zewnątrz wydawał się taki malutki. Ściany były we wszystkich odcieniach błękitu. Okna były okrągłe i jakby cały czas otwarte na oścież. Nie widać było szyb ani ram. W pomieszczeniu nie było żadnych roślin a jednak pachniało konwalią i dzikim, czarnym bzem. Jedynymi meblami był centralnie ustawiony niziutki stolik i mnóstwo poduch na podłodze, które służyły za siedziska.
January podszedł do okna i podziwiał wspaniały ogród ciotki Marceliny. Kastor miał rację. Ciotka musiała wiedzieć dużo o roślinach, bo w przeciwnym razie nigdy nie udało by się jej wyhodować tylu wspaniałych okazów.
- O rany! Pani jest wspaniała! – zakrzyknął nagle Krzyś.
January odwrócił się i oniemiał. Pokój nie był już błękitny ale mienił się wszystkimi odcieniami zieleni. Po środku stał wysoki stół a przy nim odpowiednia liczba krzeseł. Było nawet specjalne krzesło dla Krzysia, ale nie wiedzieć czemu chłopiec nie chciał z niego skorzystać . Stół był zastawiony po brzegi smakołykami, tak jakby ciotka znała ulubione potrawy kazdego z nich. Na środku stołu stał wazon z kwiatami i były to właśnie konwalie i czarny bez. W oknach pojawiły się delikatne jak pajęczyna żółte firanki.
- January choć! Nie stój tak! Siadaj. Są ciastka z masą migdałowo-miodową i brzoskwiniami! Pycha! – wesoło wołał przyjaciela Krzysiu, który siedział już przy stole i objadał się pistacjami i sernikiem.
Ciotka Marcelina stała w drzwiach pokoju i uśmiechała się.
- Pani jest czarownicą prawda? – zapytał w końcu January.
- Czy to tak bardzo Cię zaskoczyło mój mały, że odebrało Ci apetyt? – zapytała ciotka ciągle się uśmiechając – Jestem zieloną czarownicą a to oznacza, że moja magia opiera się na sztuce odnajdowania darów jakie daje nam przyroda. Dom, kolory i cała reszta to jakby to powiedzieć ... moja słabość. Lubię zmiany a mój ogród jest niemalże niezmienny, więc...- ciotka Marcelina uśmiechnęła się tajemniczo - No a teraz kiedy przynajmniej w części zaspokoiłam Twoją ciekawość siadaj do stołu. Zimne kakao nie jest już takie dobre i pożywne jak ciepłe.
January posłusznie usiadł i po chwili zapomniał o smoczej czarownicy i zabrał się do jedzenia. W końcu przecież był smakusiem... Z tego też powodu pochłaniał ogromne ilości wszystkich potraw. Widząc to Kastor powiedział.
- Jak dobrze, że na stole ciotki Marceliny nigdy niczego nie brakuje. Można jeść tak długo aż się pęknie. – powiedział i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Po skończonym posiłku wszystko wróciło do swojej dawnej postaci. Ale tym razem ciotka została z nimi.
- Słucham moi drodzy. Czy chcecie mi zadać jakieś pytania? Jeśli chodzi o rośliny to wiem o nich niemal wszystko. Z tego co Kastor zdążył mi powiedzieć to wyruszyliście na wyprawę po lekarstwo dla jakiejś rośliny. Niestety mój bratanek nie sprecyzował mi jakiej.
- Idziemy do Lasu Kalafiorowego Królestwa po lekarstwo dla Wyjca Księżycowego Januarego. – powiedział niewiele myśląc Krzyś.
- No to sprawa jest rzeczywiście poważna. To niezwykle rzadka roślina. Możesz się czuć wyróżniony January, bo wierz mi nie każdy może taką roślinę posiadać. Księżycowy Wyjec to roślina niezwykle osobliwa i tylko nieliczni mogą się nią zajmować. Z jakiegoś powodu ktoś wybrał Ciebie na opiekuna tej niezwykłej formy roślinnej. Jak już pewnie wiesz nie jest ona nigdzie sklasyfikowana. Dane, które posiadasz mógł Ci przekazać jedynie czarodziej.
Ciotka Marcelina nie zauważyła jak wyraz twarzy Januarego się zmienił. – „Dziadek Hipolit czarodziejem? Nie. To raczej niemożliwe. Choć z drugiej strony to tłumaczyłoby jego zamiłowanie do książek...” – pomyślał January.
- Każdy taki Wyjec jest wyjątkowy. Tym samym każdy jest inny. A ja niestety nigdy nie miałam do czynienia z czymś tak osobliwym... i to niestety powód dla którego niewiele będę mogła Wam pomóc. Może tylko dodać to i owo do Waszej mapy Kalafiorowego Królestwa.
- Skoro jest pani czarownicą to nie mogłaby pani tak zaczarować żebyśmy już byli na miejscu? – zapytał Krzyś.
- Mogłabym – powiedziała ciotka Marcelina z uśmiechem.
- To fajnie. A tak żebyśmy już byli z powrotem ze wszystkim tym co potrzeba?
- Krzysiu, to niegrzeczne tak wypytywać. Pani Marcelina ma na pewno mnóstwo ważniejszych spraw aniżeli nasza wyprawa.
- Przecież jest czarownicą! – oburzył się Krzyś. – Przecież machanie różdżką nie jest męczące.
- HA HA HA – zaśmiała się ciotka Marcelina – Masz rację mój mały. Samo machanie różdżką nie jest męczące. To tylko zaklęcia osłabiają czarodzieja i może wykonać ich tylko pewną ilość w ciągu określonego czasu.
- Czyli przeniesie nas pani do Kalafiorowego Królestwa i z powrotem. – dopytywał się malec.
- Niestety. Jeśli Wasza misja ma się powieść nie mogę Wam w ten sposób pomóc. To Wy musicie sami tam dotrzeć i sami stamtąd wrócić.
- To jak nam pani chce pomóc? Dlaczego chodzenie jest takie istotne?– spochmurniał na chwilkę chłopiec.
- Niezbędnym niepisanym składnikiem leczniczego wywaru jest Wasze poświęcenie. Bez niego wywar nie będzie miał mocy uzdrawiania.
- Chyba się będziemy już zbierać pani Marcelino. Bardzo nam miło u Pani w gościnie ale na nas już czas. – powiedział nieśmiało January.
- Chyba sobie żartujesz młodzieńcze. Na dwie godziny przed zachodem drugiego słońca zachciało mu się wychodzić. Nawet o tym nie myśl! Kilka godzin nie zrobi Wam różnicy tym bardziej, że może to być Wasza ostatnia noc w ciepłych łóżkach.
Ciotka Marcelina choć niewielkich rozmiarów potrafiła wzbudzić respekt... a to znaczy że January – ten w rzeczywistości wielki smok, spuścił tylko oczy i powiedział:
- Dobrze proszę pani. Dziękujemy bardzo.
- A będzie czarowanie? – dopytywał się Krzyś.
- Będzie. Uzupełnię Wasza mapę a potem opowiem Wam o smoczym pociągu.
Wieczorem po kolacji usiedli razem w przytulnym saloniku. Kastor z Krzysiem znaleźli szybko wspólny język i w najlepsze bawili się kolejką w kącie pokoju.
- Skoro jest pani czarownicą to dlaczego nie mieszka pani w Lesie Czarodziejów?
- Nie wszyscy czarodzieje i czarownice zostają i mieszkają w Lesie Czarodziejów. Wielu z nas mieszka między zwykłymi smokami, często żyjąc jak inni nie ujawniając swoich zdolności przez wiele, wiele lat.
- A dlaczego pani zdecydowała się na opuszczenie Lasu? - dopytywał się January.
- Kiedy Kastor był malutki, a Wiktor był jeszcze w jajku jego rodzice zginęli w walce nad Doliną Cieni. To były smutne i mroczne dni ale na całe szczęście są już za nami. Ktoś musiał się nimi zająć. Nie chciałam brać maluchów do szkoły czarodziejów. Nie chciałam wybierać za nich drogi życiowej.
- Co to była za bitwa, ta nad Doliną Cieni? - zapytał nagle Krzyś, który już od jakiegoś czasu nie bawił się tylko siedział z Wiktorem naprzeciw ciotki Matyldy i słuchał.
- Prawie 200 lat temu w Kalafiorowym Królestwie pojawiła się siła, która próbowała narzucić swoją wolę całej smoczej krainie. Przez wiele lat próbowano w różny sposób usunąć zagrożenie jakie nad nami zawisło ale niestety... Zło, które pojawiło się w Kalafiorowym Królestwie zamiast słabnąć tylko rosło w siłę. Na kolejne wyprawy ruszali kolejni smoczy czarodzieje i znikali bez wieści. Sto lat temu nastąpiła generalna mobilizacja smoczych czarodziejów. Wspólnie, a było nas około 300 smoków i smoczyc wyruszyliśmy aby zażegnać zło czające się w Kalafiorowym Królestwie. Mama Kastora zostawiła jego i jajo, i również wyruszyła na bitwę. Tylko, że mama smoczków nie wróciła...
Smoczki siedziały ze spuszczonymi głowami.
- Ale przecież czarodzieje nie mogą mieć młodych. - powiedział January.
- Nie wierz w to mój mały. Większość teraźniejszych czarodziejów to potomkowie wcześniejszych. Owszem, kiedyś przywiązywano wagę do tego zapisu, ale życie rządzi się swoimi prawami :smile:. Twój ojciec January też był czarodziejem. Bardzo potężnym Zielonym Czarodziejem...
- Mój tata? - zapytał January zupełnie zbity z tropu.
- Tak mój drogi. Twój tata. Razem byliśmy nad Doliną Cieni. No ale dość juz tych opowieści. Czas spać. skoro chcecie wcześnie rano wyruszyć powinniście się już położyć. Dobranoc moi mili.

WIKTOR I KASTOR

Chciałoby się powiedzieć "Wiwat słodkie lenistwo! Wiwat słodki urlopie!". Ale nie jest taki do końca słodki - młody ma zapalenie oskrzeli więc zamiast leżeć do góry brzuchem robię wszystko żeby wyzdrowiał i żeby nasz planowany wyjazd na Węgry doszedł do skutku :smile: OBY!
Niefortunnie zaczęłam młodemu opowiadać bajkę o smoku Januarym i jego małym przyjacielu Krzysiu... teraz co wieczór wymaga dalszych przygód i niestety nie daje się zbyć tym co już raz usłyszał... Będę musiała sie w końcu poważnie zmobilizować i spisać to co mu opowiadam :smile:
Miłego czytania :smile:

wiktor i kastor.doc


WIKTOR I KASTOR

No i ruszyli...
Szli niemal cały dzień w kierunku Kalafiorowego Królestwa. Niepewni tego czym ono jest i jakie przygody ich czekają.
Według mapy, którą dostali od dziadka Las Kalafiorowego Królestwa znajdował się w górnym prawym rogu mapy – January nie mógł po prostu powiedzieć, że idą na północny wschód bo mały Krzyś by go nie zrozumiał.  Na oko mieli ze 14 dni drogi, oczywiście jeśli nic im się po drodze nie przytrafi.
Właśnie wkroczyli na tęczowe łąki zamieszkałe przez smoki z rodziny smoczusiów. Krzysiu bardzo chciał poznać jakiegoś smoka z tej rodziny, ale wiedział, że nie może prosić Januarego o jakiś dodatkowy postój. To przecież nie jest najważniejsze.
-Hmm... Ciekawe jak wygląda taki smoczuś? Widziałeś je kiedyś? – zastanawiał się Krzyś.
-No oczywiście, że widziałem. Smoczusie to najmniejsze smoki ze wszystkich rodzin. Są mniej więcej twojej wielkości. Ponieważ przemieszczanie się zajęło by im dużo czasu, więc maja skrzydła.
-Więc tylko małe smoki maja skrzydła?
-Nie Krzysiu, nie tylko. Jeśli miałbym Ci mówić teraz o wszystkich rodzajach smoków żyjących w Krainie Smoków to zajęłoby nam to sporo czasu. – powiedział January i uśmiechnął się do przyjaciela. – Powiedzmy, że gdy tylko wejdziemy w jakiś region, w którym mieszkają jakieś nowe smoki to Ci o nich wtedy opowiem. Zgoda?
-No dobrze. Ale bardzo chciałbym zobaczyć jakiegoś smoczusia...
Pierwszy dzień podróży minął im spokojnie. Poza kilkoma pszczołami, dwoma czy trzema slimakami wielgachami i chmara motyli nie spotkali nikogo. Wybrali miejsce na nocleg i położyli się spać.
A rano...
-Jak inaczej wygląda ta łąka i te drzewa kiedy świeci pierwsze słońce. – powiedział zdziwiony Krzysiu. Łąka na której spali zmieniła w ciągu nocy kolor. Wieczorem kiedy kładli się spać była szaro – niebieska a teraz złoto – pomarańczowa.
-Teraz jestem pewien, że są to Tęczowe Pola. Wczoraj nie byłem tego do końca pewien. Może więc spotkamy jakiegoś smoczusia Krzysiu. Ubieraj się a ja przygotuję coś do zjedzenia.
January mógłby prowadzić całą wyprawę. Był taki zorganizowany i odpowiedzialny. Krzysia traktował jak młodszego brata. Może czasem irytował Krzysia protekcjonalny ton Januarego ale on w końcu był większy i starszy no i co najważniejsze był smokiem. A tak jak sobie myślał Krzysiu „Smoki maja zawsze rację”. Dlatego nie ociągając się zbytnio Krzysiu zdjął swoje śpioszki, poskładał je i założył swoje niebieskie ogrodniczki, które uszyła mu babcia Brunchilda. Spodnie z ogromną ilością kieszeni. Co ciekawe kiedy Krzysiu się budził w świecie mamy i taty miał takie same ogrodniczki... Powiesił na szyi woreczek z papierową kulą strachu i zabrał się za śniadanie.
-Aj! Parzy!
-Nie przesadzaj – mleko nie jest aż tak gorące. To że jestem smokiem nie znaczy, że jestem gruboskórny. No może nie jestem mistrzem w podgrzewaniu mleka zionąc ogniem ale wydaje mi się że temperatura jest odpowiednia. – zakończył tłumaczenia January.
-Ależ January to nie o mleko chodzi. To kula parzy, a to znaczy, że ktoś jest w pobliżu... Jak myślisz czy może to być smoczuś?
Krzyś bardzo chciał zobaczyć smoczusie a ponieważ trochę to ode mnie zależy więc niech to będzie smoczuś 
-Widziałeś? – nagle zawołał Krzysiu.
-Nie. A co miałem zobaczyć?
-No, tam coś było! Te krzaki się ruszyły.
-Może poruszył je wiatr. Wiem, że bardzo byś chciał zobaczyć smoczusie ale to wcale nie muszą być one.
-Nie. To nie był wiatr! Tam na pewno coś było. – powiedział chłopiec i niewiele myśląc ruszył w kierunku krzaków.
Obszedł je wokoło i nic nie znalazł.
-Może to rzeczywiście był tylko wiatr... – mówił rozżalony Krzysiu.
-Na pewno to był wiatr.
Skończyli śniadanie i zaczęli zbierać się do drogi. January wsadził swoje nocne skarpetki do plecaka i zarzucił go sobie na plecy. Krzyś niewiele miał do roboty. Kula strachu – nadal gorąca – spoczywała na dnie woreczka.
„Ona jest gorąca – więc nadal ktoś tu jest” – pomyślał chłopczyk. – „Tylko gdzie?”
Nagle zawołał
-January! Patrz! Za tamtym krzakiem!
-Widzę Krzysiu!
I pobiegli w kierunku tego co widzieli. Ale kiedy dotarli na miejsce to okazało się, że nikogo już tam nie ma... Pewnie biegaliby tak przez całe przedpołudnie przeszukując kolejne ruszające się krzaki. Pewnie przestaliby ufać kuli strachu, która przecież ciągle gorąca jakby oszukiwała małych podróżników. Na szczęście ruszacze krzakowi w końcu się ujawnili.
-Ej Ty duży! Kim jesteś?
Coś nagle odezwało się tuż za zdezorientowanym Januarym. Ten odwrócił się i niczego przed sobą nie zobaczył.
-Co proszę?
-Smoczusie!!! – wesoło krzyknął Krzyś – January tu są smoczusie!!
Chłopczyk wesoło podskakiwał. Na polance przed nimi stały oto dwa małe, skrzydlate smoki. Pierwszy był zielony z ciemnozielonym grzebieniem a drugi ciemnozielony z czerwonym grzebieniem. Ten drugi był jakby większy więc chyba jest starszy – pomyślał Krzyś.
-A przepraszam – speszył się January i szybko usiadł, żeby zmniejszyć odległość jaka dzieliła go od małych smoków.
Smoczki były wielkości Krzysia. January kiedyś już je widział ale to było dawno temu. Zapomniał już, że są takie malutkie.
-Dzień dobry. – powiedział szybko – Jestem smok January z rodziny Smakusiów. A to mój przyjaciel Krzyś, chłopiec z rodziny swoich rodziców. A Wy jesteście...?
-Ja jestem Wiktor a to mój brat Kastor i jesteśmy z rodziny Smoczusiów. Nigdy nie widzieliśmy takiego wielkiego smoka jak Ty. Dlaczego jesteś taki duży? Czy jesteś stary? Co to jest chłopiec? Co tu robicie? Idziecie gdzieś?
Mały smoczek zasypał ich gradem pytań. January starał się zapamiętać o co go zapytano. Chciał odpowiedzieć na wszystkie pytania. Jest przecież dobrze wychowanym smokiem więc jak ktoś grzecznie pyta to należy mu grzecznie odpowiedzieć.
-Duży jestem ponieważ wszystkie smoki z mojej rodziny są duże. To się chyba wiąże z tym, że dużo jemy . Nie jestem stary mam zaledwie ___ lat – powiedział January -A chłopiec to ludzkie dziecko.
January widząc, że Wiktor otwiera usta żeby zadać kolejne pytanie uprzedził go mówiąc.
-Ludzie to takie inne smoki w innym świecie. Tutaj spaliśmy i jedliśmy śniadanie. A idziemy do Lasu Kalafiorowego Królestwa po lekarstwo dla mojego Wyjca.
-A Wyjec to roślina – dodał Krzyś z miną znawcy.
Wiktor wdrapał się przez ten czas na kolano Januarego i starał się wejść wyżej. Był bardzo ciekawskim smokiem – w przeciwieństwie do swojego brata, który stał nieruchomo jakby go ktoś wmurował w ziemię.
-Dlaczego jesteś niebieski? Czy wszystkie duże smoki są niebieskie? Dlaczego nie masz skrzydeł? – niezmordowanie dopytywał się Wiktor. – Może jesteś za gruby żeby latać? A może Ty zjadłeś swoje skrzydła? – dodał lekko wystraszony.
January domyślił się, że ma do czynienia z bardzo młodym smokiem.
-Nie jestem za gruby, po prostu smoki z mojej rodziny nie latają. Z reszta nie tylko z mojej. I nie zjadłem skrzydeł bo ich zwyczajnie nigdy nie miałem – dodał trochę już poirytowany January.
Krzyś przez cały czas nie odrywał oczu od smoczków. Ten jeden ciągle gadał i był nawet zabawny... no a ten drugi? Hmm tylko patrzył...
-Wiktor czy Twój brat umie mówić? – zapytał lekko zaniepokojony Krzyś. W końcu to musiałoby być przykre gdyby nie umiał.
-Umie, ale raczej rzadko się odzywa – powiedział Wiktor i już miał znowu zacząć pytać gdy nagle odezwał się Kastor.
-Kiedy w końcu mój brat dopuści mnie do głosu to już nie ma o co pytać. Wszystko jest wiadome. Chyba zauważyliście, że on ciągle mówi. To największa gaduła w całej naszej rodzinie.
Odezwanie się Kastora było tak niespodziewane, że pozostała trójka oniemiała. Pierwszy odezwał się nie kto inny tylko Wiktor.
-Skoro jesteście po śniadaniu to może wpadniecie do nas na obiad? - zapytał.
-Chyba nie – powiedział January, starając się nie patrzeć na Krzysia, który całym sobą pokazywał jak bardzo chce iść na ten obiad. – Trochę nam się spieszy...
-Ale przecież i tak będziecie przechodzić niedaleko naszego domu. Idziecie przecież na północny- wschód – zauważył rzeczowo Kastor.
-Ciotka się ucieszy. Jest trochę dziwna ale bardzo lubi gości. No i może oprócz obiadu dowiecie się czegoś o tym jak mu tam... Wyjaczu?
-Wyjcu Wiktorze. To bardzo piękna i ciekawa roślina. – pouczył Wiktora Krzysiu.
-No więc postanowione. Idziemy wszyscy do nas na obiad. Na jakieś pyszne jedzonko!
No i poszli. Choć z drugiej strony można by powiedzieć że poszedł tylko January. Smoczki obsiadły mu ramiona a Krzyś wylądował w swoim woreczku. Gdybyś zobaczył ich z daleka zastanawiałbyś się po co komuś taki wielki strach na wróble...

PAPIEROWA KULA STRACHU

Nie ma chyba nic gorszego niż grypa jelitowa... czuję się jak stary, wyżuty kawałek zużytego papcia... i nie jest to przyjemne uczucie...

papierowa kula strachu.doc


PAPIEROWA KULA STRACHU

Chłopcy spali jak aniołki, bo babcia przezornie dolała im po kilka kropel nalewki z malinorzębin do wieczornego kakao. Tym samym rano wstali rześcy i wypoczęci. Wbiegli do kuchni ciekawi co tez babcia szykuje im na drogę ale w kuchni stało tylko przygotowane dla nich śniadanie... Czyżby babcia zapomniała? A może jednak dziadkowie się rozmyślili? Mając w głowie mnóstwo pytań malcy zasiedli do śniadania – w sumie lepiej jest się zastanawiać z pełnym brzuszkiem. Po śniadaniu pobiegli szukać dziadka.
- Idziemy do biblioteki. Tam na pewno będzie dziadek. – powiedział January takim tonem jakby dziadek nigdy nie opuszczał tego miejsca – i prawdę powiedziawszy nie wiele się mylił.
- Dziadku czy coś się stało?
- Nic mi nie wiadomo o tym by coś się stało lub miało stać. – powiedział dziadek – A o co chodzi mój mały smoczku?
- Babci nie ma w kuchni, nie ma prowiantu, nie ma plecaka i cały dom jest jakiś cichy. Czy my naprawdę idziemy dziś na wyprawę czy tylko to nam się śniło?
- To nie jest sen i naprawdę wyruszacie na wyprawę... dzisiaj... A babcia? No cóż... Cierpliwości drogi chłopcze. Babcia nic nigdy nie robi bez wyraźnej przyczyny więc pewnie tak jest i tym razem.
- Kiedy....
- Młodzieńcze cierpliwość jest cnotą, więc nie bądź porywczy. Czy przygotowałeś wszystkie rzeczy jakie zamierzacie wziąć? Wszystko co może być Wam potrzebne?
- Myślę, że tak dziadku.
- No to mam coś jeszcze dla Was. Coś co może Wam się przydać – powiedział dziadek tonem niezwykle tajemniczym.
Po czym wstał, podszedł do szafy, która wyglądała jakby nikt nigdy jej nie otwierał, chwycił za klamkę i.... jak łatwo się domyśleć nie zdołał jej otworzyć bo była zamknięta na kluczyk.
- No tak... Zapomniałem... kluczyk... gdzie ja go położyłem...
Chłopcy byli bardzo podekscytowani. Cóż ten dziadek chce im dać i dlaczego zwlekał z tym prawie do ostatniej chwili? Czy na pewno będzie w stanie otworzyć masywne drzwi szafy? No i co zrobił z kluczykiem? Takie pytania biegały po głowie naszych przyszłych podróżników. Patrzyli niecierpliwie na dziadka i zastanawiali się czy przez przypadek stary Hipolit nie robi tego specjalnie. Dziadek tym czasem chodził po całej bibliotece i mamrotał pod nosem. W końcu...
- No tak! Że też wcześniej o tym nie pomyślałem!
Powiedział dziadek i skierował się z powrotem w kierunku szafy. Przejechał swoją wielką łapą po górze szafy i ucieszony ściągnął mały srebrny kluczyk.
- Mam.
- Dziadku co dla nas masz. – zapytał January, który coraz bardziej się niecierpliwił.
- Cierpliwość jest cnotą mój młodzieńcze – powtórzył dziadek. – Jeszcze chwilkę musicie poczekać.
Powiedział dziadek i zaczął przerzucać rzeczy z miejsca na miejsce. W szafie roiło się od jakichś starych brulionów, małych i trochę większych pudełek, figurek o przeróżnych kształtach a wszystko to było zakurzone i pokryte srebrzystą nitką pajęczyn. Szafa rzeczywiście nie była bardzo długo otwierana.
„Tak musi wyglądać strych.” – pomyślał Krzyś. „Tylko po co dziadek trzyma na dachu szafy?” – zastanawiał się dalej. Śpieszę wyjaśnić, że tym razem Krzyś myślał o swoim dziadku, który ostatnio mówił, że musi zrobić porządek na strychu bo nazbierało się tam przez te wszystkie lata wiele niepotrzebnych nikomu rupieci.
- Mam! – zakrzyknął dziadek uradowany. – Mam. A już się bałem, że jednak jej nie znajdę.
- Co masz dziadku? – dopytywali się jeden przez drugiego.
- To. – powiedział dziadek i wyciągnął do nich dłoń na której leżała mała piłeczka.
- Ten przedmiot choć tak malutki jest bardzo cenny. Tym bardziej, że nie każdy może się nim posługiwać.
- Co to za piłeczka Panie Hipolicie?
- To Papierowa Kula Strachu. Może jej używać jedynie dziecko, które cieszy się przyjaźnią smoków.
Dziadek zrobił krótką przerwę i zamyślił się jak to miał w sposobie. January i Krzyś patrzyli jak zahipnotyzowani na maleńki przedmiot w dłoni dziadka.
- Jak to działa?
- Po co to jest?
- Ta kulka zrobi się gorąca gdy w waszej okolicy pojawi się ktoś obcy.
- A teraz jest gorąca? – zapytał January.
- Nie mój drogi.
- No tak! Przecież my nie jesteśmy obcy! – zawołał mały smok.
- Nie, January. To nie o to chodzi. Ja nie mogę poczuć zmian zachodzących w kuli bo jestem smokiem. Kula przeznaczona jest ludzkiemu dziecku ale takiemu, które ma wśród smoków przyjaciół. Dziecku takiemu jak Krzyś. Choć masz racje my nie jesteśmy dla siebie obcy i w tym przypadku kula powinna pozostać chłodną. A teraz chłopcze weź ją. – powiedział zwracając się do Krzysia.
- Rzeczywiście jest chłodna. – powiedział Krzysiu.
- Kula ostrzega, że w pobliżu ktoś jest. Nie powie wam czy to wróg czy przyjaciel ale powie, że jest. Im bardziej zrobi się gorąca tym bliżej ten ktoś jest. Poza tym kula ma swoje specjalne właściwości, które wyjawia jedynie swojemu właścicielowi.
- Jakie właściwości dziadku? – dopytywał się January.
- Tego nie wiem. Trzeba by zapytać poprzedniego właściciela kuli. – powiedział dziadek uśmiechając się pod wąsem.
- A kto nim był?
- Dawno temu Twój ojciec – smok Korneliusz – wyruszył do Kalafiorowego Królestwa ze swoja przyjaciółką Kasią. To ona była poprzednim właścicielem kuli. Sekretna właściwość nie może wyjąć poza parę przyjaciół. Dlatego Twój ojciec nie przekazał mi sekretu kuli. Będziecie musieli odkryć go sami.
Dziadek opadł na fotel, zmróżył oczy i gdyby nie miarowe pykanie fajki chłopcy pomyśleliby pewnie, że znowu zasnął.
- Idźcie do kuchni, babcia już powinna być. – powiedział i teraz chyba już rzeczywiście zasnął.
Babcia krzątała się po kuchni i ta nie wyglądała już na pusta. Wszędzie piętrzyły się pakunki zawinięte w różnokolorowe papiery, a babci było wszędzie pełno – tak jak przed smoczymi świętami.
- O jak dobrze, że jesteście. January przynieś Twój plecak – powiedziała babcia nawet się do nich nie odwracając.
- Krzysiu, Ty dostaniesz tylko woreczek na Kulę Strachu bo i tak będziesz podróżował w kieszeni Januarego.
Babcia pomyślała o wszystkim, nie myślcie więc, że taki mały brzdąc jak Krzyś miał w drodze jeść to co January, który był niemal dorosły. Małe smoki a tym bardziej małe dzieci nie jedzą tych samych potraw co dorośli. Fakt, że mały Krzyś jest jak to określa jego mama wszystkożerny ale i tak pewne ograniczenia obowiązują. Babcia Brunchilda zadbała by Krzysiu miał odpowiedni zapas mleka z kóz włochatek, płatki z kukurydzianych pałek, kaszki wszelakie , kakao i rzecz jasna maślankę truskawkową. Niewiadomo skąd pojawiła się ukochana butelka Krzysia. Dlaczego ukochana? Bo największa jaką się mamie udało znaleźć.
Spakowany plecak Januarego wygląda jak góra – pomyślał Krzysiu.
Babcia instruowała swojego wnuczka gdzie co jest, dała mu spis i opis wszystkich pakunków jakie wsadziła do plecaka. Ponieważ Krzyś zawsze budził się w piżamce jaką mu mama zakładała do snu, w świecie smoków miał cały zestaw ubranek. No bo czy ktoś kiedyś widział podróżującego ze smokiem malca w śpiochach zapinanych na pupie? Prawdę powiedziawszy nie wiem co byłoby bardziej dziwne :wink:
Spakowani, szczęśliwi i bardzo podekscytowani przyjaciele stanęli u drzwi Smoczej Góry przygotowani do wymarszu. Jak długie są zawsze pożegnania – dla tych rzecz jasna, którym spieszno w drogę – tego nie muszę mówić. Tym co żegnają mija ten zawsze za szybko...
- Uważajcie na siebie i pilnujcie się nawzajem – powiedziała babcia, po której mądrej twarzy spływały łzy.
- Babciu to nie fair. – powiedział z uśmiechem January – Przecież wiesz jak reaguje jak płaczesz. Nie martwcie się o nas. Będziemy ostrożni i wrócimy najszybciej jak się da.
- Będę go pilnował. Jest taki duży, że raczej nie powinienen go zgubić. – powiedział Krzysiu szczerząc swoje 16 zębów.
Dziadek stał zamyślony. Znów wyglądał jak Smok z Rodu Wielkich. Oczy mu błyszczały i nic, nawet dym fajkowy nie był w stanie zaćmić ich blasku.
- Jestem z Ciebie dumny January. Jesteś dobrym, młodym smokiem. Kieruj się zawsze tym co podpowiada Ci serce. Dumny jestem z Was obu – dorzucił po chwili. – Trzeba mieć wiele odwagi by w tak młodym wieku iść na taka wyprawę – powiedział do Krzysia i pogłaskał swoim wielkim paluchem malutki łepek chłopca.
- Bądźcie rozważni i niech Wielki Trójgłowy Smok ma was w swojej opiece – powiedział dziadek. Potem przytulił raz jeszcze Januarego, pogłaskał Krzysia po czym objął babcię Brunchildę.
Chłopcy jeszcze raz podziękowali parze starych, dobrych i kochających smoków, odwrócili się i ruszyli w swoja pierwszą, wielką wyprawę....

Hipolit i Brunchilda jeszcze długo stali w drzwiach Smoczej Góry patrząc jak postaci ich ukochanych pociech robią się coraz mniejsze i mniejsze... To znaczy postać Januarego bo Krzyś już dawno przestał być widoczny. Kiedy pierwsze słońce stało w zenicie zupełnie zniknęli im z oczu.
- Teraz już nie będziemy mieli wpływu na to co się będzie z nimi działo – smutno powiedział dziadek – i w razie potrzeby nie będziemy mogli im pomóc.
- Nie do końca masz rację kochany – powiedziała babcia uśmiechając się tajemniczo.

Wyprawa

To fakt niezbity i niezaprzeczalny :smile: że zaniedbałam swoje postanowienie :frown: Może uda mi sie poprawić a może to znów słomiany zapał. Pożyjemy - zobaczymy.
Trochę pozmieniało mi sie w moim życiu - jeśli mam być szczera to na korzyść. Wyprostowało się parę spraw, o kilku niemal zapomniałam a jeszcze inne dopiero wychylają się gdzieś zza zakrętu :smile: Czasem zastanawiam się czy taka pełna stabilizacja jest całkiem normalna i tak naprawdę pożądana... tzn. praca,dom,rodzina i tak w kółko i myślę sobie, że gdyby nie korba mojego ślubnego na punkcie rowerów (którą zaraża - nie wiem czy na szczęście czy nie :smile:) i moja korba "fotograficzna" to życie byłoby nudne i wiele straciło. Kiedy widzę jak Kuba się cieszy bo właśnie nabył drogą kupna nową część do swojego pięknego bika to tak jakbym widziała Krzysia kiedy dostanie nowy pociąg albo w najbliższym czasie wymarzoną hulajnogę :smile: Zastanawiam się czy ja też mam tak roześmiane oczka kiedy zaspokajam swoje ochotki zdjęciowe...?

Oddaję w Wasze ręce i pod osąd kolejny rozdział smoczych opowieści :smile:

wyprawa.doc


WYPRAWA

January szybko doszedł do siebie, spał tylko dwa dni a Krzyś... no cóż Krzysiu spał cały tydzień. Dla wyjaśnienia syrop a właściwie nalewka z malinorzębin to niezwykle skuteczny środek na bezsenność, nie mówiąc o tym, że jest wysokoprocentowym alkoholem i że wystarczy jedna duża łyzka by dorosły dużych rozmiarów smok spokojnie przespał całą noc. January pomylił malinorzębiny z malinojarzębinami która jest zwykłym owocem, a kompot z ich jest rzeczywiście bajecznie pyszny. Nasi mali bohaterowie wypili całą butelkę więc nic dziwnego, że spali potem jak aniołki.
Kiedy w końcu wszyscy znaleźli się w kuchni na wspólnym śniadaniu babcia powiedziała:
-Mam nadzieję, że czegoś Was nauczyła ta przygoda – powiedziała babcia uśmiechając się ciepło.
-No tak babciu. Teraz będziemy dokładnie czytac etykietki na słoikach a w razie czego to zapytamy Ciebie.
-Ja jeszcze nie umiem czytać ale to chyba nie ma znaczenia bo smocze słoiki i tak są dla mnie zbyt wielkie i ciężkie – wyszczerzył zęby w uśmiechu Krzysiu.
Babcia tylko się uśmiechała.
-Babciu a czy rozmawiałaś z dziadkiem? – zapytał nieśmiało January.
-Myślałam, że zapomnieliście już i nigdy nie zapytacie.
-Jakbyśmy mogli babciu. Przecież to ma być bardzo ważna wyprawa.
-Wyprawa ratunkowa – dodał poważnie Krzysiu.
-No wiem kochani i mam dla Was wiadomość. Po śniadaniu pójdziecie do biblioteki do dziadka a on już coś dla Was ma – powiedziała babcia i uśmiechnęła się tajemniczo.
-Dziękujemy babciu!!! Jesteś najwspanialszą babcią na świecie!!!
-No już dobrze chłopcy. Zabierać mi się tu zaraz do jedzenia, bo póki talerze nie będą puste nigdzie Was nie puszczę.
Chłopcy pochłonęli śniadanie w ekspresowym tempie i popędzili do biblioteki. Dziadek jak zwykle siedział w swoim wielkim, pluszowym fotelu i ćmił fajkę. W pokoju pod sufitem tańczył dym fajkowy. Jak zwykle Hipolit nie zauważył wejścia chłopców, bo zwyczajnie drzemał...
-Dziadku... – powiedział cichutko January – ale dziadek pochrapywał tylko. Jego wielkie okulary zsunęły mu się na czubek nosa i sprawiały wrażenie jakby lada moment miały zlecieć.
-Dziadku – trochę śmielej powiedział mały smoczek, ale dalej nie odniosło to spodziewanego efektu.
Krzyś niby to niechcący oparł się o jedną z niestabilnie ustawionych książek, na półce na której January go postawił. No i ... spadła robiąc trochę huku i dziadek się ocknął.
-A... to Wy. Wchodźcie bo mam coś Wam do powiedzenia. – powiedział dziadek poprawiając okulary i wygodniej się sadowiąc w fotelu – January podejdź do biurka i weź z niego rulon opatrzony czerwoną wstęgą. Dobrze... Rozłóż go na stole. Tak... Jak widzicie jest to mapa naszej krainy. Ale nie jest to taka zupełnie zwyczajna mapa. Dzięki niej nigdy się nie zgubicie w krainie smoków, bo ona pokaże Wam gdzie się dokładnie znajdujecie.
-Dziadku czyżbyś zmienił zdanie co do naszej wyprawy??? – z niedowierzaniem zapytał January.
-Widzisz... Twoja babcia potrafi przekonać do wszystkiego. Co gorsza – przekonać do tego stopnia, że jej pomysły biorę za swoje... No nic. Na biurku są jeszcze dwa inne rulony – zielony i niebieski. Przynieś mi je wnusiu. Dziękuję.
Dziadek rozwinął zielony rulon i powiedział.
-To jest mapa Lasu Kalafiorowego Królestwa. Jest bardzo orientacyjna, bo aktualizacje jej są raczej rzadkie. Ostatnie poprawki wprowadził tu Twój ojciec January ale było to bardzo dawno temu... Zanim wyruszycie musicie wiedzieć dlaczego ten Las jest taki szczególny. Dzieje się tak dlatego, że jest to miejsce w którym ścierają się wszystkie nieludzkie światy. Będziecie tam mogli spotkać wszystkie formy życia, twory dobre i złe, niebezpieczne i przyjazne. Na mapie macie zaznaczone miejsca, których powinniście się absolutnie wystrzegać. Mam nadzieję drogi młodzieńcze, że wystarczająco pilnie czytałeś książki, które podsuwaliśmy Ci razem z babcią... – dziadek zamyślił się. Ta tyrada chyba go zmęczyła. January jeszcze nigdy nie słyszał żeby dziadek powiedział tyle słów na raz.
-Co ja to mówiłem... Aha! Niebieski rulon zawiera spis składników, które musicie zebrać. Pamiętajcie, że bardzo ważna jest kolejność! Każdemu ze składników nadałem symbol i umieściłem na mapie z zielonego rulonu... – dziadek zaciągnął się tytoniem z fajki, popykał przez chwilę po czym powiedział – Mam nadzieję, że Ci się uda mój mały smoczku. Masz przyjaciela, który z Tobą pójdzie więc będzie Wam raźniej. Pamiętajcie, że siła i moc przyjaźni jest wielka. Trzeba tylko w nią wierzyć. – dokończył dziadek takim tonem jakby chciał, żeby mali podróżnicy na pewno to zapamiętali – A teraz idźcie do babci – powiedział stary Hipolit i ... zasnął.
Chłopcy pozbierali dziadkowe rulony i ruszyli do kuchni.
-Babciu! Babuniu kochana!! Jak to zrobiłaś, że przekonałaś dziadka?? – dopytywali się przekrzykując się wzajemnie chłopcy.
-Mam swoje sposoby – wesoło odparła babcia – no i jak?
-Dostaliśmy od dziadka mapy i rulon ze spisem składników, no i skierowanie na rozmowę z Tobą. – powiedział Krzysiu.
-To kiedy wyruszymy babciu??? – niecierpliwił się January.
-Siadajcie najpierw do stołu. – powiedziała babcia Brunchilda i postawiła przed nimi ciasto z owocami i po szklance soku jarzębinowego (ma podobne działanie jak herbata).
-Po pierwsze January, dlaczego chcesz iść na te wyprawę?
-Babciu czyżbyś się rozmyśliła? – przestraszył się Krzyś.
-Nie moi drodzy nie rozmyśliłam się. To bardzo ważne January – Czy wiesz dlaczego i po co idziecie?
-No wiem. Idę po lekarstwo dla mojego wyjca, bo nie chcę i nie mogę pozwolić na to żeby usechł.
-Dobrze. A dlaczego Ty Krzysiu chcesz pójść na tę niebezpieczna wyprawę?
-Bo ten kwiatek jest bardzo ładny, a właściwie był – dodał po chwili smutno. – Jak był zdrowy to pięknie śpiewał i latały koło niego takie ładne motylki... No a poza tym January jest moim przyjacielem a przyjaciele musza trzymać się razem. Muszą sobie pomagać. No i będzie wielka przygoda! Poznam dużo smoków. Będziemy w królestwie dziwnych stworzeń i w ogóle. – wyrzucał z siebie Krzyś.
-W jakim królestwie? Z resztą nie ważne. To jest wyczerpująca odpowiedź mój mały. – powiedziała uśmiechając się babcia.
-Przez najbliższe dni postaram się wam przekazać całą swoją wiedzę na temat składników, które przyjdzie Wam zebrać. Przejrzyjcie ponownie dziadkowe mapy i poszukajcie wiadomości o miejscach Wam nieznanych albo słabo znanych. Poza tym przejrzyjcie księgi z roślinami i istotami niebezpiecznymi. January nie krzyw się. Przecież nie puszczę Cię nie mając pewności, że wszystko jest w porządku. – uśmiechała się babcia – Te kilka dni to nie wieczność a może dowiecie się czegoś co potem ułatwi Wam zadanie.
Chłopcom nie w smak była ta kilkudniowa zwłoka ale cóż... z babcią się nie dyskutuje. Jak coś postanowi to tak musi być. Cóż mieli zrobić – potulnie zabrali się do nauki.
Słuchali pilnie nauk babcinych. January robił notatki, a Krzyś obejrzał chyba wszystkie Książki jakie dziadek miał w swoich zbiorach. Na całe szczęście były bogato ilustrowane i Krzyś uczył się dobrych i złych obrazków.
Kiedy babcia w końcu stwierdziła, że są już gotowi powiedziała:
- Chyba już starczy tej nauki. Nic więcej Wam nie powiem takiego o czym już byście nie wiedzieli. Wiecie wszystko o roślinach które macie zebrać i wiecie tyle o świecie z Lasu Kalafiorowego Królestwa ile wiemy my z dziadkiem. Niczego więcej Was nie nauczymy. Teraz musicie się porządnie wyspać i w drogę.
December 2009
S M T W T F S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31