Tam gdzie żyją smoki....

WIKTOR I KASTOR

Chciałoby się powiedzieć "Wiwat słodkie lenistwo! Wiwat słodki urlopie!". Ale nie jest taki do końca słodki - młody ma zapalenie oskrzeli więc zamiast leżeć do góry brzuchem robię wszystko żeby wyzdrowiał i żeby nasz planowany wyjazd na Węgry doszedł do skutku smile OBY!
Niefortunnie zaczęłam młodemu opowiadać bajkę o smoku Januarym i jego małym przyjacielu Krzysiu... teraz co wieczór wymaga dalszych przygód i niestety nie daje się zbyć tym co już raz usłyszał... Będę musiała sie w końcu poważnie zmobilizować i spisać to co mu opowiadam smile
Miłego czytania smile

wiktor i kastor.doc


WIKTOR I KASTOR

No i ruszyli...
Szli niemal cały dzień w kierunku Kalafiorowego Królestwa. Niepewni tego czym ono jest i jakie przygody ich czekają.
Według mapy, którą dostali od dziadka Las Kalafiorowego Królestwa znajdował się w górnym prawym rogu mapy – January nie mógł po prostu powiedzieć, że idą na północny wschód bo mały Krzyś by go nie zrozumiał.  Na oko mieli ze 14 dni drogi, oczywiście jeśli nic im się po drodze nie przytrafi.
Właśnie wkroczyli na tęczowe łąki zamieszkałe przez smoki z rodziny smoczusiów. Krzysiu bardzo chciał poznać jakiegoś smoka z tej rodziny, ale wiedział, że nie może prosić Januarego o jakiś dodatkowy postój. To przecież nie jest najważniejsze.
-Hmm... Ciekawe jak wygląda taki smoczuś? Widziałeś je kiedyś? – zastanawiał się Krzyś.
-No oczywiście, że widziałem. Smoczusie to najmniejsze smoki ze wszystkich rodzin. Są mniej więcej twojej wielkości. Ponieważ przemieszczanie się zajęło by im dużo czasu, więc maja skrzydła.
-Więc tylko małe smoki maja skrzydła?
-Nie Krzysiu, nie tylko. Jeśli miałbym Ci mówić teraz o wszystkich rodzajach smoków żyjących w Krainie Smoków to zajęłoby nam to sporo czasu. – powiedział January i uśmiechnął się do przyjaciela. – Powiedzmy, że gdy tylko wejdziemy w jakiś region, w którym mieszkają jakieś nowe smoki to Ci o nich wtedy opowiem. Zgoda?
-No dobrze. Ale bardzo chciałbym zobaczyć jakiegoś smoczusia...
Pierwszy dzień podróży minął im spokojnie. Poza kilkoma pszczołami, dwoma czy trzema slimakami wielgachami i chmara motyli nie spotkali nikogo. Wybrali miejsce na nocleg i położyli się spać.
A rano...
-Jak inaczej wygląda ta łąka i te drzewa kiedy świeci pierwsze słońce. – powiedział zdziwiony Krzysiu. Łąka na której spali zmieniła w ciągu nocy kolor. Wieczorem kiedy kładli się spać była szaro – niebieska a teraz złoto – pomarańczowa.
-Teraz jestem pewien, że są to Tęczowe Pola. Wczoraj nie byłem tego do końca pewien. Może więc spotkamy jakiegoś smoczusia Krzysiu. Ubieraj się a ja przygotuję coś do zjedzenia.
January mógłby prowadzić całą wyprawę. Był taki zorganizowany i odpowiedzialny. Krzysia traktował jak młodszego brata. Może czasem irytował Krzysia protekcjonalny ton Januarego ale on w końcu był większy i starszy no i co najważniejsze był smokiem. A tak jak sobie myślał Krzysiu „Smoki maja zawsze rację”. Dlatego nie ociągając się zbytnio Krzysiu zdjął swoje śpioszki, poskładał je i założył swoje niebieskie ogrodniczki, które uszyła mu babcia Brunchilda. Spodnie z ogromną ilością kieszeni. Co ciekawe kiedy Krzysiu się budził w świecie mamy i taty miał takie same ogrodniczki... Powiesił na szyi woreczek z papierową kulą strachu i zabrał się za śniadanie.
-Aj! Parzy!
-Nie przesadzaj – mleko nie jest aż tak gorące. To że jestem smokiem nie znaczy, że jestem gruboskórny. No może nie jestem mistrzem w podgrzewaniu mleka zionąc ogniem ale wydaje mi się że temperatura jest odpowiednia. – zakończył tłumaczenia January.
-Ależ January to nie o mleko chodzi. To kula parzy, a to znaczy, że ktoś jest w pobliżu... Jak myślisz czy może to być smoczuś?
Krzyś bardzo chciał zobaczyć smoczusie a ponieważ trochę to ode mnie zależy więc niech to będzie smoczuś 
-Widziałeś? – nagle zawołał Krzysiu.
-Nie. A co miałem zobaczyć?
-No, tam coś było! Te krzaki się ruszyły.
-Może poruszył je wiatr. Wiem, że bardzo byś chciał zobaczyć smoczusie ale to wcale nie muszą być one.
-Nie. To nie był wiatr! Tam na pewno coś było. – powiedział chłopiec i niewiele myśląc ruszył w kierunku krzaków.
Obszedł je wokoło i nic nie znalazł.
-Może to rzeczywiście był tylko wiatr... – mówił rozżalony Krzysiu.
-Na pewno to był wiatr.
Skończyli śniadanie i zaczęli zbierać się do drogi. January wsadził swoje nocne skarpetki do plecaka i zarzucił go sobie na plecy. Krzyś niewiele miał do roboty. Kula strachu – nadal gorąca – spoczywała na dnie woreczka.
„Ona jest gorąca – więc nadal ktoś tu jest” – pomyślał chłopczyk. – „Tylko gdzie?”
Nagle zawołał
-January! Patrz! Za tamtym krzakiem!
-Widzę Krzysiu!
I pobiegli w kierunku tego co widzieli. Ale kiedy dotarli na miejsce to okazało się, że nikogo już tam nie ma... Pewnie biegaliby tak przez całe przedpołudnie przeszukując kolejne ruszające się krzaki. Pewnie przestaliby ufać kuli strachu, która przecież ciągle gorąca jakby oszukiwała małych podróżników. Na szczęście ruszacze krzakowi w końcu się ujawnili.
-Ej Ty duży! Kim jesteś?
Coś nagle odezwało się tuż za zdezorientowanym Januarym. Ten odwrócił się i niczego przed sobą nie zobaczył.
-Co proszę?
-Smoczusie!!! – wesoło krzyknął Krzyś – January tu są smoczusie!!
Chłopczyk wesoło podskakiwał. Na polance przed nimi stały oto dwa małe, skrzydlate smoki. Pierwszy był zielony z ciemnozielonym grzebieniem a drugi ciemnozielony z czerwonym grzebieniem. Ten drugi był jakby większy więc chyba jest starszy – pomyślał Krzyś.
-A przepraszam – speszył się January i szybko usiadł, żeby zmniejszyć odległość jaka dzieliła go od małych smoków.
Smoczki były wielkości Krzysia. January kiedyś już je widział ale to było dawno temu. Zapomniał już, że są takie malutkie.
-Dzień dobry. – powiedział szybko – Jestem smok January z rodziny Smakusiów. A to mój przyjaciel Krzyś, chłopiec z rodziny swoich rodziców. A Wy jesteście...?
-Ja jestem Wiktor a to mój brat Kastor i jesteśmy z rodziny Smoczusiów. Nigdy nie widzieliśmy takiego wielkiego smoka jak Ty. Dlaczego jesteś taki duży? Czy jesteś stary? Co to jest chłopiec? Co tu robicie? Idziecie gdzieś?
Mały smoczek zasypał ich gradem pytań. January starał się zapamiętać o co go zapytano. Chciał odpowiedzieć na wszystkie pytania. Jest przecież dobrze wychowanym smokiem więc jak ktoś grzecznie pyta to należy mu grzecznie odpowiedzieć.
-Duży jestem ponieważ wszystkie smoki z mojej rodziny są duże. To się chyba wiąże z tym, że dużo jemy . Nie jestem stary mam zaledwie ___ lat – powiedział January -A chłopiec to ludzkie dziecko.
January widząc, że Wiktor otwiera usta żeby zadać kolejne pytanie uprzedził go mówiąc.
-Ludzie to takie inne smoki w innym świecie. Tutaj spaliśmy i jedliśmy śniadanie. A idziemy do Lasu Kalafiorowego Królestwa po lekarstwo dla mojego Wyjca.
-A Wyjec to roślina – dodał Krzyś z miną znawcy.
Wiktor wdrapał się przez ten czas na kolano Januarego i starał się wejść wyżej. Był bardzo ciekawskim smokiem – w przeciwieństwie do swojego brata, który stał nieruchomo jakby go ktoś wmurował w ziemię.
-Dlaczego jesteś niebieski? Czy wszystkie duże smoki są niebieskie? Dlaczego nie masz skrzydeł? – niezmordowanie dopytywał się Wiktor. – Może jesteś za gruby żeby latać? A może Ty zjadłeś swoje skrzydła? – dodał lekko wystraszony.
January domyślił się, że ma do czynienia z bardzo młodym smokiem.
-Nie jestem za gruby, po prostu smoki z mojej rodziny nie latają. Z reszta nie tylko z mojej. I nie zjadłem skrzydeł bo ich zwyczajnie nigdy nie miałem – dodał trochę już poirytowany January.
Krzyś przez cały czas nie odrywał oczu od smoczków. Ten jeden ciągle gadał i był nawet zabawny... no a ten drugi? Hmm tylko patrzył...
-Wiktor czy Twój brat umie mówić? – zapytał lekko zaniepokojony Krzyś. W końcu to musiałoby być przykre gdyby nie umiał.
-Umie, ale raczej rzadko się odzywa – powiedział Wiktor i już miał znowu zacząć pytać gdy nagle odezwał się Kastor.
-Kiedy w końcu mój brat dopuści mnie do głosu to już nie ma o co pytać. Wszystko jest wiadome. Chyba zauważyliście, że on ciągle mówi. To największa gaduła w całej naszej rodzinie.
Odezwanie się Kastora było tak niespodziewane, że pozostała trójka oniemiała. Pierwszy odezwał się nie kto inny tylko Wiktor.
-Skoro jesteście po śniadaniu to może wpadniecie do nas na obiad? - zapytał.
-Chyba nie – powiedział January, starając się nie patrzeć na Krzysia, który całym sobą pokazywał jak bardzo chce iść na ten obiad. – Trochę nam się spieszy...
-Ale przecież i tak będziecie przechodzić niedaleko naszego domu. Idziecie przecież na północny- wschód – zauważył rzeczowo Kastor.
-Ciotka się ucieszy. Jest trochę dziwna ale bardzo lubi gości. No i może oprócz obiadu dowiecie się czegoś o tym jak mu tam... Wyjaczu?
-Wyjcu Wiktorze. To bardzo piękna i ciekawa roślina. – pouczył Wiktora Krzysiu.
-No więc postanowione. Idziemy wszyscy do nas na obiad. Na jakieś pyszne jedzonko!
No i poszli. Choć z drugiej strony można by powiedzieć że poszedł tylko January. Smoczki obsiadły mu ramiona a Krzyś wylądował w swoim woreczku. Gdybyś zobaczył ich z daleka zastanawiałbyś się po co komuś taki wielki strach na wróble...

PAPIEROWA KULA STRACHUCIOTKA MARCELINA

Comments

Unregistered user Wednesday, December 5, 2007 3:15:05 PM

Gosia Lachucik writes: Super Kasiu :), SUPER !!!!!

Write a comment

New comments have been disabled for this post.