FIOŁKOWY ZAUŁEK
Tuesday, December 11, 2007 11:08:36 AM
Że to jest pojętne stworzenie to wiedziałam ale że aż tak...
Rozmowa z młodym.
Zalazł mi za skórę i miałam go już serdecznie dość więc doprowadzona do ostateczności mu mówię
- Jesteś niedobry i jak będziesz taki dalej to Cię sprzedam i kupię sobie nowego dzidziusia!
- Nie możesz mnie sprzedać bo dzieci się nie sprzedaje. I nie możesz sobie dzidziusia kupić bo jak chcesz nowego to będziesz sobie musiała go urodzić, wiesz.
Mi w tym momencie szczęka opadła, a moje dziecko dalej.
- A to wcale nie jest takie proste wiesz?
I to jest wychowanie w dobie internetu

PS. Gosiu specjalnie dla Ciebie

fiolkowy zaulek.doc
FIOŁKOWY ZAUŁEK
Kiedy rano weszli do saloniku ten wyglądał znowu jak jadalnia. Tylko, że tym razem kolorystyka była inna. Ciotka też była inna – to znaczy – była w innych kolorach. Dziś dominował kolor niebieski.
- Ślicznie pani wygląda – powiedział January.
- Dziękuje mój drogi – uśmiechnęła się ciotka Marcelina
- Hura! Płatki kukurydziane na miodzie – krzyknął Krzyś i już był przy stole. Nie jest co prawda spokrewniony z Januarym ale apetyt ma iście smakusiowy.
- No to siadajcie a ja wam w tym czasie coś opowiem. – powiedziała ciotka.
I ciotka opowiedziała im o mieście, które leży na północ od Tęczowych Łąk. Mieście, które położone jest na wzgórzach koloru miodu. Mieście w którym żyje wiele smoków bardzo różnych ras. I najważniejsze. O mieście w którym jest stacja kolejowa ze smoczym pociągiem… Takim pociągiem można się szybko dostać tam gdzie się chce być, nie mówiąc już o frajdzie jaką daje sama jazda pociągiem. Ciotka zaznaczyła na mapie położenie miasta, dała wytyczne i powiedziała do kogo się zwrócić kiedy już tam się dostaną. Kiedy już byli spakowani i mieli już wychodzić January zapytał
- Ciociu Marcelino proszę mi powiedzieć jeszcze coś o moim tacie.
- Nie mogę Ci więcej powiedzieć mój drogi. I tak powiedziałam Wam wczoraj o wiele więcej aniżeli mogłam. Nie martw się – dodała po chwili widząc zmartwiona minę Januarego – Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie mój mały smoczku.
Kiedy ciotka Marcelina i mały Kastor żegnali młodych podróżników jakiś postronny obserwator mógłby być świadkiem bardzo śmiesznej sceny. A jakiej? Pamiętacie przecież, że drzwi do domku ciotki były magiczne. Więc kiedy wszyscy wyszli z domku powrócili do swoich naturalnych rozmiarów. Czyli jeśli ktoś obserwował ich z boku to widział wielką niebieską skałę obok której były dwa małe zielone krzaczki – jeden bardziej niebieski – i jeden całkiem malutki niebieski i skaczący kamyczek.
Wyruszyli kiedy pierwsze słońce było jeszcze nisko. Trochę zmienili kierunek swojej wędrówki, by za radą ciotki skorzystać ze smoczego pociągu. Kierowali się zatem na północ. Wieczorem mieli dojść na przedmieścia pierwszego smoczego miasta jakie miał zobaczyć Krzysiu.
I rzeczywiście. Kiedy drugie słońce chyliło się ku zachodowi przyjaciele zobaczyli w oddali wielkie skupisko smoczych siedzib. „W zachodzącym słońcu wygląda jak wielki placek z truskawkami.” – pomyślał January, który po całym dniu wędrowania był już naprawdę głodny.
- Wygląda jak placek – powiedział Krzyś jakby czytał w myślach przyjaciela.
- Truskawkowy – dodał po chwili smok – Zatrzymamy się tutaj na noc a jutro rano pójdziemy do miasta.
I tak też zrobili.
Miasto rzeczywiście mogło przypominać placek. Miastowe smoki nie były zbyt wybredne i stawiały sobie domy malowane w najbardziej pospolitych kolorach czyli beżu, żółci i pomarańczu. Tylko zamożniejsze smoki decydowały się na kolor czerwony, który miał teoretycznie potwierdzać ich statut.
Kiedy rano otwarli oczy okazało się, że teraz miasto wcale nie wygląda jak placek a raczej jak rozlane ciasto na naleśniki. Nie było już takie ciekawe jak w promieniach zachodzących słońc.
Im bliżej podchodzili tym bardziej jednolite i bezbarwne wydawało im się to miejsce. Mury miejskie, nie wiedzieć czemu, stworzone były z ogromnych nasypów ziemnych. Dobrze że przynajmniej pokryto je trawą dzięki czemu nie wyglądały tak odpychająco. Brama była imponująca. Nawet komuś tak wielkiemu jak January wydała się ogromna. Wielkie metalowe sztaby i kraty pokryte były czerwoną farbą, a wszystkie nity żółtą. Drogi nie były asfaltowane ani nawet brukowane jak w świecie mamy i taty. Wyglądały jakby ktoś najpierw rozrzucił mnóstwo zielonych kamyczków a potem powgniatał je w ziemię. W rzeczywistości nie były to kamyczki ale niewielkie roślinki zwane kamionkami zwykłymi. Choć ich właściwości były dość niezwykłe. Wiązały się z ziemią w tak skuteczny sposób, że nawet gdyby deszcz padał przez tydzień bez przerwy ziemia nie rozmoknie, nie porobią się kałuże i nie będzie błota. Domy wyglądały jak klasyczne smocze jamy. Były to pagórki wielkością dostosowane do otoczenia. Kolory smoczych domostw były niemalże jednakowe, tak jakby projektant nie chciał nikogo wyróżniać. Nie było tu ogrodów. Tylko gdzie niegdzie rosły pojedyncze skupiska roślin. Te też były tak dobrane, żeby nie zajmowały wiele miejsca i nie potrzebowały wiele czasu na pielęgnację. Kwiaty były tylko na głównym placu a i tak wyglądały jak sztuczne.
Prawdę mówiąc Krzyś nie bardzo zwracał na to wszystko uwagę. Dla niego najważniejsze były smoki. Całe mnóstwo smoków. Małe, duże, ze skrzydłami i bez nich, smoki młodzieniaszki i smoki staruszki. Gdzie byś się nie obrócił tam były smoki. O czymś takim mały Krzyś nawet nie marzył.
- January – powiedział Krzyś z uśmiechem, który nie wróżył nic dobrego – Teraz będziesz mi musiał o tych wszystkich smokach opowiedzieć.
- Chyba będę. I zajmie nam to chyba całą drogę do Kalafiorowego Królestwa. Na razie skupmy się jednak na szukaniu Fiołkowego Zaułka Pana Bonifacego.
- Dobrze. – zgodził się Krzyś ale łatwo się domyślić, że nie w smak było mu szukanie jednego smoka skoro wkoło miał ich dziesiątki.
Dopiero późnym popołudniem dotarli do miejsca zwanego Fiołkowym Zaułkiem. To był naprawdę zaułek. Miejsce mało znane i bardzo dobrze ukryte. Miejsce jakiego nie spodziewali się nasi podróżnicy znaleźć w tym nudnym i jednolitym mieście.
Było to bardzo dziwne miejsce. Był to malutki placyk zewsząd otoczony wysokimi smoczymi domostwami. Był ciemny a mimo to sprawiał wrażenie bardzo przytulnego miejsca. Poza malutkim parkiem a może raczej skwerkiem dopiero tutaj znaleźli prawdziwą zieleń. Taką której pozwala się rosnąć jak chce. Dopiero po jakimś czasie zauważyli, że rośliny tworzą coś na kształt dachu i że to właśnie sprawia, że wydaje się on być ciemnym.
- January gdzie są fiołki? – zapytał w pewnym momencie Krzyś.
- Sam ich szukam. – odparł smok z uśmiechem – Może już przekwitły.
Tak rozglądając się zauważyli w głębi tego malutkiego ogródka drzwiczki. Były zielone i okrągłe i dlatego nie zauważyli ich od razu. Podeszli więc do nich i zapukali. I nic. Cisza. Po dłuższej chwili znowu zapukali i znowu nic.
- Chyba niestety niepotrzebnie tu przyszliśmy. Pan Bonifacy mógł przecież gdzieś wyjechać.
- Ale ciocia Marcelina mówiła, że on na pewno będzie.
- I jest moi mali przybysze. Tylko nie wie z kim ma przyjemność.
Malcy obejrzeli się za siebie i zobaczyli dużego popielatego smoka, który wyglądał jak bardzo stary dziadek smok.
- Ja jestem Krzysiu a to mój przyjaciel smok – szybko powiedział chłopczyk uśmiechając się szeroko do wielkiego smoka.
- To że twój towarzysz jest smokiem to już zauważyłem. Jak się jednak nazywa nie wiem.
- Nazywam się January i pochodzę z rodziny smakusiów.
- No to teraz już coś o Was wiem. Ja jestem Bonifacy i jak sądzę to o Was chodziło uroczej Matyldzie.
- Ale skąd…?
- Ha! Ha! - zaśmiał się Bonifacy – Nie ważne skąd i jak. Ważne, że nie można się pomylić. Jesteście parą przyjaciół tak różną od każdej innej napotkanej na smoczej ziemi, że nie można Was z nikim pomylić. Wchodźcie do środka. Taka osobliwa para jak Wy przyciąga wzrok nie tylko smoków Wam przychylnych. Porozmawiamy w środku przy kolacji.












Unregistered user # Tuesday, November 25, 2008 6:31:18 PM