JASKINIOWE GÓRY
Tuesday, December 2, 2008 9:11:26 AM
jaskiniowe góry.doc
Krzyś nie wiedział jak długo jechali. Łagodne kołysanie pociągu ukołysało go do snu. Przespał niemal całą drogę. Może to i dobrze. Takie małe nietypowe stworzenie niewątpliwie wzbudziłoby sporą sensację wśród podróżujących smoków.
Dotarli na miejsce. Na tej stacji nie wysiadł żaden inny smok. Żaden tez nie czekał na pociąg. Stacja była pusta i bardzo zaniedbana. Trawa zarastała tory, kwiaty zdziczały, a wszystko robiło wrażenie starego, zapuszczonego i zapomnianego przez wszystkich. Na jednym z pobliskich drzew była przybita tabliczka z nazwa stacji JASKINIOWE GÓRY. Nie było żadnego rozkładu jazdy, żadnych ławek, nic co sugerowałoby, że tu powinien zatrzymywać się pociąg.
- To już zupełnie inny smoczy świat. – powiedział January.
- Nie przypuszczałem, że będzie tu tak pusto i smutno. – dodał Krzysiu.
- Zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał…
- January czy my na pewno dobrze trafiliśmy? Przecież tu nic nie ma.
- Wydaje mi się, że tak. Za Jaskiniowymi Górami jest jeszcze Oślizła Przełęcz a zaraz za nią cel naszej wyprawy czyli Las Kalafiorowego Królestwa.
- A nie mogliśmy pojechać dalej pociągiem? To naprawdę najkrótsza droga?
- Według mapy i Bonifacego tak.
- Hm… Nie podoba mi się ta przełęcz ale to trudno. Chodźmy January – powiedział Krzysiu i zaczął się niecierpliwie wiercić w swojej kieszonce.
- Przepraszam Pana a z kim Pan rozmawia?
January rozejrzał się wokoło i nikogo nie zobaczył. Nauczony jednak doświadczeniem (po przygodzie ze smoczusiami) wiedział, że jeżeli jest głos to musi też być jego właściciel. Spojrzał najpierw w dół i nic nie zobaczył, więc zaczął oglądać pobliskie krzaki i drzewa. Właśnie… drzewa… Jedno miało takie jakieś dziwne liście, trochę jakby łapy…
- Patrz! Hihihihi On nas nie widzi!
- Teraz już nas widzi Pacanie.
- To następnym razem sam się schowaj, jak ci się nie podoba!
- Raczej będzie mi trudno… No chyba, że ktoś odrąbie ci głowę i będzie w końcu spokój.
Przez cały czas tej rozmowy Krzyś i January patrzyli na średniej wielkości smoka siedzącego na gałęzi olbrzymiego dębu. Smok był dość specyficzny… to znaczy miał dwie głowy. Niby Krzyś widział już takie osobniki ale z żadnym nie rozmawiał i żadnego nie poznał.
- Kim pan…, panowie jesteście?
- On jest Zielony, a ja jestem Wojciech – powiedziała pierwsza głowa.
- Jak się nazywasz? Kim jesteś? Z kim gadałeś?
Wyrzucała z siebie druga głowa, którą tamta nazwała Zielonym. Pierwsza głowa wzniosła oczy ku niebu i zaczęła po cichu liczyć.
- Przepraszam, ale co pan robi? – zapytał January.
- Uspokajam się. Inaczej dawno palnąłbym tą głupią głowę. Za grosz dobrego wychowania… - westchnął – Ale do rzeczy. Co tu robisz i kim jesteś? No i z kim rozmawiałeś jeśli wolno spytać? – zapytał Wojciech.
- Nazywam się January i jestem z rodziny smakusiów, a to jest mój przyjaciel Krzyś – powiedział smok i wskazał ręką na kieszeń – On jest chłopcem. Idziemy do Lasu Kalafiorowego Królestwa.
- Jakie to śmieszne w tej kieszeni. Toto gada? Z nim gadałeś? – dopytywał się Zielony.
- Nie gada tylko mówi. – poprawił go Wojciech.
- I nie „Toto” tylko Krzyś – oburzył się chłopczyk.
- Ale ma fajny, cienki głosik, - zachichotała druga głowa.
- Przepraszam, może to niegrzeczne pytanie, ale z jakiej rodziny smoków są panowie?
- Nie panowie. Ja jestem Wojciech – jak już mówiłem – a ta wiecznie rozgadana głowa to Zielony. Jesteśmy z rodziny Smarkusiów, która od bardzo dawna zamieszkuje Jaskiniowe Góry.
- Smarkusiów? – zainteresował się Krzyś – Czy to znaczy, że macie katar?
- Mniej więcej o to chodzi. Smarkusie to smoczy alergicy. My na szczęście pozbawieni jesteśmy tej przypadłości.
- A na co jesteście uczuleni? To znaczy nie wy, ale pozostałe Smarkusie?
- Generalnie na wszystko co jest zielone i rośnie.
- Ja jestem Zielony! – ryknęła z zachwytem druga głowa.
- No właśnie! A ja jestem uczulony na Ciebie!
- Dlaczego wy nie jesteście uczuleni?
- Jak widzisz jesteśmy trochę inni. To znaczy teoretycznie jest nas dwóch…
- Ja jestem Zielony – przerwała mu druga głowa.
- …ale mózgu starczyło tylko na jedną…
- Ja jestem Zielony! – wesoło wykrzykiwał Zielony.
- …i dlatego Ty jesteś Zielony, a ja jestem Wojciech i jestem na Ciebie, tępa głowo, uczulony – złościła się pierwsza głowa.
- To wy tutaj mieszkacie? – dopytywał się Krzysiu.
- Tak. Mieszkamy dwie góry dalej, ale wszędzie tutaj można znaleźć jakiś przytulny kąt do spania. – odpowiedział Wojciech.
Zielony jakby chwilowo uznał wyższość brata i tylko potakiwał głową i głupkowato się uśmiechał.
- Jeśli chcecie to możemy z wami pójść aż do Oślizłej Przełęczy. Znamy w tych górach każdą szczelinę. Januaremu podobał się pomysł Wojciecha ale wolał się upewnić. Dyskretnie spojrzał na Krzysia, ale ten zajęty był robieniem śmiesznych min do Zielonego. Obaj świetnie się bawili. „No tak. Zabawa.” Szturchnął Krzysia a ten w lot zrozumiał o co chodzi. Zniknął na chwilę we wnętrzu obszernej kieszeni a kiedy znów się pojawił jego buzia promieniała radością. Wszystko w porządku pomyślał January. Kula strachu podczas podróży zmieniła trochę swoje właściwości. Musiała dostosować się do warunków w jakich w trakcie podróży znajdowali się przyjaciele. Gdyby parzyła ilekroć znajdował się ktoś w pobliżu Krzyś wiecznie by wykrzykiwał „Parzy!” czym zwracałby na siebie uwagę. Zmieniła swoje właściwości kiedy byli w smoczym mieście. W obliczu zagrożenia najpierw zmieniała swoją barwę na intensywnie czerwoną a potem parzyła. W zależności od stopnia zagrożenia. Teraz sądząc po minie Krzysia kula była tylko kawałkiem papieru i nie reagowała.
- Jeśli będziecie tak mili i pokażecie nam drogę to będzie nam bardzo miło. – w końcu powiedział January.
I poszli. Jaskiniowe Góry nie były jeszcze widoczne. Zasłaniały je drzewa. Nie wiedzieli więc jakie są. Czy są lesiste, czy kamieniste. Nad sobą mieli tylko mieniące się w słońcu liście. Jedne zielone a inne czerwone, brązowe i żółte.
- Czy już jest jesień? – zapytał Krzyś.
- Czy już jest co? – zapytali równocześnie Wojciech i January.
- Jesień.
- A co to takiego?
- Mama mówi, że jak jest jesień to liście na drzewach zmieniają kolor na brązowy, czerwony albo żółty. Potem te liście opadają żeby drzewa mogły odpocząć by potem znowu wypuścić listki.
- W takim razie nie ma jesieni. – powiedział Wojciech.
- To dlaczego drzewa maja brązowe liście?
- Bo one zawsze maja brązowe liście. Las ma wiele kolorów. Są drzewa wiecznie zielone, albo czerwone, są też takie, których liście mają odcień złoty. Są też takie, które liści nie chcą i zrzucają je gdy tylko te osiągną odpowiednia wielkość. W Karinie smoków nie ma jesieni.
- To nie ma tez zimy? – przestraszył się Krzysiu.
January ponieważ nie wiedział co to jest zima powiedział:
- W krainie smoków raz jest zimno, raz ciepło. Czasem pada deszcz a czasem śnieg. Jest więc pora zimna i pora ciepła. Teraz mamy porę ciepłą.
- I dobrze, że taka mamy. W porze zimnej nie przeszlibyście przez Oślizłą Przełęcz.
- Dlaczego?
- Bo jest zamarznięta. Tworzą się korytarze, które ściągają śmiałków do nor oślizgników, a stamtąd mało kto wychodzi bez szwanku.
Tak rozmawiając doszli do końca kolorowego lasu, który rośnie u stóp Jaskiniowych Gór.
- A oto i Jaskiniowe Góry – powiedział dumnie Wojciech.
- Wyglądają jak wielki kawałek szwajcarskiego sera – powiedział chłopczyk – tylko nie mają żółtego koloru.
January uśmiechnął się – widać smoki znają ten przysmak.
Stali u stóp Gór, które były tak podziurawione wielkimi otworami jaskiń, że aż dziwne było, że się trzymają w pionie a nie rozsypią się zaraz na drobne kawałki. Góry wyglądały jak wielkie prostokątne, betonowe bloki, ściśle przylegające do siebie. Nie było tam ścieżek ani nawet drabiny czy schodów prowadzących na górę. Tylko pionowe gładkie ściany podziurawione otworami jaskiń.
- Gdzie jest ta ścieżka? – zapytał rozglądając się January – Jak mamy się wspiąć?
- Urok Jaskiniowych Gór to właśnie jaskinie. – powiedział Wojciech.
- O tak! Jaskinie! – przytaknął ochoczo Zielony.
- Żeby dostać się na drugą stronę trzeba przejść cały labirynt jaskiń. Teoretycznie są pooznaczane szlaki, ale czasami ktoś zamazuje albo zrywa jaskiniowskaz i wtedy jak się nie wie gdzie iść to można łatwo zabłądzić.
- Czy tam jest ciemno? – zapytał Krzyś troszkę przestraszony. Teoretycznie nie bał się ciemności, ale tylko tej którą znał, tej co mieszkała w jego pokoju, ale ta była zupełnie obca.
- Kiedyś było. Drogę oświetlał sobie każdy sam, ale teraz już tak nie jest. Odkąd poznaliśmy takie małe karzełki, takie ludziki trochę podobne do Krzysia, ale włochate to wszystko się zmieniło. One mieszkają pod ziemią, więc muszą sobie jakoś radzić z ciemnością. A wierzcie mi radzą sobie świetnie.
- To Krasnoludy tu są? – zaciekawił się chłopczyk.
- No tu nie, ale w Lesie Kalafiorowego Królestwa tak.
Zielony Wojciech prowadził ich do jednego z wielkich otworów, a Krzyś z otwartą buzią patrzył na coraz bliższe podziurawione góry.
- One wyglądają jakby jakiś olbrzym wziął wiertarkę i powywiercał w klockach mnóstwo dziur.
Zielony Wojciech i January nie wiedzieli co to wiertarka, więc spojrzeli tylko na siebie ze uśmiechem. Zielony chciał chyba zapytać co to ale Wojciech spojrzał na niego groźnie i pytanie nie zostało zadane.
Weszli w zupełnie inny świat. Było tam cicho, wilgotno, ciepło i panował półmrok. Co jakiś czas ze ściany jaskini wystawała smocza łapa trzymająca coś w rodzaju latarni. Łapa nie była żywa tylko z kamienia.
- Co jakiś czas przyjeżdża do nas czterech karzełków… jak Krzyś ich nazwał Krasnoludów i naprawia niesprawne latarnie.
Januarego interesowało co w nich świeci.
- Co to świeci? Przecież nie pali się w nich ogień. To co daje to światło? – zapytał.
- Prawdę mówiąc to nie wiemy dokładnie co to jest. To jakiś kamień czy minerał. Jak wpuści się tam jakiś gaz (oczywiście nie powiedzieli nam jaki) to on powoduje, że to coś świeci. Nazywają to księżycowy pył.
- Księżycowy pył?
- Tak, bo daje takie światło jak księżyc w pełni w bezchmurną noc.
- To wspaniale! A czy macie może odrobinę tego pyłu i moglibyście go nam dać?
- Niestety nie. A po co wam on?
- Widzicie. Celem naszej wędrówki jest zebranie składników na lekarstwo dla Księżycowego Wyjca, który jest jedyną rzeczą a właściwie rośliną jaka została mi po moim tacie. Jednym ze składników tego lekarstwa jest właśnie księżycowy pył. Jest pierwszym składnikiem na liście, więc musimy od niego zacząć. Do tej pory myślałem, że będziemy musieli po niego iść aż do Zapylonej drogi, ale gdybyśmy mogli… To mielibyśmy już jeden składnik i moglibyśmy szukać następnych.
- Niestety nie mamy księżycowego pyłu luzem, tylko w lampach…
- Włochata naprawa!! – zakrzyknął Zielony
- O czym on mówi? – zapytał January
- Włochata naprawa!! – dalej krzyczała druga głowa
- No tak! Jak mogłem zapomnieć! Rzeczywiście teraz jakoś wypada naprawa lamp, więc przy odrobinie szczęścia może napotkamy w jaskiniach na Krasnoludy, a one na pewno mają ten pył luzem! – powiedział uradowany Wojciech.
Szli tak prowadzeni przez Zielonego Wojciecha a Krzyś podziwiał wąskie, niskie korytarze, dalej obszerne sale, wiszące skały, nacieki. Nie szkodzi, że było ciemno. Naprawdę było pięknie. Weszli do wielkiej Sali. Pod sufitem wisiała równie wielka, świecąca kula. W ścianach były wydrążone wnęki a po środku było miejsce na ognisko. Wszystko było przygotowane jakby na nich czekało.
- Tu staniemy na nocleg – powiedział Wojciech.
- Ale jest chyba jeszcze wcześnie. Jeszcze nie jestem zmęczony. – powiedział January
- Na zewnątrz zaszło właśnie drugie słońce. Powinniśmy już stanąć i odpocząć.
Zielony Wojciech podszedł do jednej z wnęk i przyniósł całe naręcze suchych gałązek i zaczął z nich układać stosik na ognisko. A kiedy zjedli kolację, ułożyli się wszyscy we wnękach, które służyły za łóżka i zasnęli. Jasno świecąca kula jakby przygasła w jaskini zapanowała ciemność. Czas już na sen.











