Tam gdzie żyją smoki....

WŁOCHACZE

WŁOCHACZE


włochacze.doc


Ranek niczym nie różnił się od wieczora. Było tak samo ciemno. Kula znów świeciła jasno, miejsce ogniska było wysprzątane Zielony Wojciech przygotowywał już coś do jedzenia w wielkim garnku, którego wcześniej nie widzieli. Krzysiu przetarł oczka i poczuł wspaniały zapach czekoladowych płatków z mlekiem i masła orzechowego. „Hm… jedzonko…” pomyślał chłopczyk.
- Rozmawiałem z wujkiem Albertem i wiem, że idąc głównym korytarzem powinniśmy natknąć się na krasnoludy w okolicach południowych tarasów – powiedział smok.
- Jak to „rozmawiałeś”? To kiedy był tu ten wujek Albert?
- Hi! Hi! Hi! Nie był! Smocza rura! – wykrzykiwał jak zwykle mało zrozumiale Zielony.
- Smocza rura?
- To taka machina do rozmawiania na odległość. Też ją mamy dzięki Krasnoludom. Przywiozły nam to z krainy zamieszkałej przez gnomy. To takie stworki, które wymyślają różne pożyteczne i mechaniczne rzeczy. Krasnoludy są bardzo pracowite i irytuje ich marnotrawienie czasu. Niestety wcześniej musiały albo obejść całe jaskinie żeby znaleźć wszystkie niedziałające lampy albo znaleźć któregoś smoka, żeby poznać ich położenie. Teraz jak przychodzą to odzywa się rura i my wiemy, że oni są a oni gdzie są nie świecące lampy.
- To się nazywa telefon – powiedział Krzyś z miną znawcy.
- Może i telefon. My na to mówimy „smocza rura”. Sama nazwa już coś mówi a telefon…? No cóż. Mi to nic nie mówi – powiedział Wojciech – Z resztą nieważne. – dodał po chwili uśmiechając się szeroko.
- Smokofon – powiedział Zielony i zachichotał – Smokofon! Smokofon!
- Brzmi ładniej niż „smocza rura” – powiedział szybko January, bo wydawało mu się, że Wojciech znowu zgani Zielonego, a przecież tym razem Zielony wymyślił coś naprawdę fajnego.
- Rzeczywiście brzmi ciekawie. – powiedział po chwili namysłu Wojciech. – Może zmienimy nazwę…
- Jak daleko jest do Południowych Tarasów?
- Powinniśmy tam dojść tuż przed zachodem drugiego słońca.
- No to na co czekamy? Chodźmy! – powiedział Krzyś wskakując do swojej kieszonki.
I poszli. Przez wąskie korytarze, obszerne sale, małe salki i strome schody. Raz było jaśniej, raz ciemniej. Czasem przez szczeliny czy wielkie okna wpadało dzienne światło. Wtedy pomieszczenia wydawały się oblane światłem w kolorach tęczy. Światło załamywało się ma wilgotnych ścianach bawiąc się kolorami.
- Nie chciałbym tu mieszkać ale jest tu rzeczywiście pięknie. – powiedział January kiedy przechodzili przez taka właśnie salę.
- A właściwie to gdzie konkretnie jest wasz dom? – zapytał w pewnym momencie chłopczyk.
- Jak to gdzie? Tutaj. – powiedział Wojciech
- I tam! I tam! I tam! I jeszcze tam! – wołał z przejęciem Zielony wskazując głową niemal wszystkie kierunki.
- Tutaj?
- Tak. Te góry to nasz dom.
- I są całe wasze? Tylko wy tu mieszkacie? No i oczywiście wujek Albert.
- Nie. Mieszka tu wiele smoków.
- My, tata, mama, babcia Matylda, babcia Klotylda, dziadek Teofil, wujek Albert, wujek Edgar….
Zielony dalej wymieniał smoki zamieszkujące Jaskiniowe Góry. Wydawało się, że wcale mu nie przeszkadza fakt, że nikt go nie słucha.
- Siedlisko mamy od strony południowej, trochę poniżej tarasów. I mamy je tylko dlatego żeby mama czy babcie miały przekonanie, że o to muszą dbać. Jak wszystkie kobiety  - dodał.
- Nie tylko smocze – dodał uśmiechając się Krzysiu.
- Ale naszym domem są całe góry. Rzadko kiedy śpimy w domu. Dzięki „smoczej…” to znaczy, dzięki smokofonowi wiemy co się dzieje i kiedy jesteśmy potrzebni.
- Pójdziemy dzisiaj do domu? – zapytał Zielony – Na chwilkę chociaż. Do mamy…
- Zobaczymy – powiedział Wojciech.
Tak rozmawiając doszli w końcu do Południowych Tarasów. I tak jak powiedział Wojciech rzeczywiście zaraz miało zajść drugie słońce. Widok był cudowny… Smoki w tym Krzysiu w smoczej kieszeni z wrażenia opadły na kamienną kanapę.
- Niby już to widziałem a za każdym razem ten widok powala mnie na kolana… - powiedział Wojciech a Zielony siedział zapatrzony jak w jakiś cudowny obraz.
Słońce zachodziło za Kalafiorowy Las. Sam las jest niezwykły a oświetlony promieniami drugiego zachodzącego słońca, zatopiony w blasku słońca które już zaszło wyglądał niezwykle. Cały błyszczał i skrzył się kolorami. Nie tylko czerwienią jaką otrzymał od słońca. Promieniał własnym światłem. A wymieszane kolory i ta niezwykła poświata utrzymująca się nad lasem pokazywała wyraźnie, że to nie jest zwykły las i że wszystko co w nim jest, jest magiczne. Ta chwila magii była naprawdę chwilą. Po niej zapadał już zwykły zmierzch. Słońce rozmyło się podłużnie nad lasem a ten stracił swoje prawie magiczne ubarwienie. Teraz wyglądał zwyczajnie. Ale każdy kto kiedykolwiek, choć jeden raz widział to zjawisko wiedział, że pozostanie w nim na zawsze. Pierwszy otrząsnął się Wojciech.
- Mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy – powiedział – Prawda, że piękny?
- Tak – odpowiedzieli chórem.
Siedzieli tak w ciszy, rozpamiętując zachód drugiego słońca, gdy nagle…
- Au! Do diabła! Przeklęta lampa!
- Boś niezdara i tyle.
- Bo ci trzepnę zaraz! Co się tak gapisz. Lec dalej. Nie mam zamiaru tu wieczności spędzić!
- Zamknijcie się i dajcie pracować w spokoju!
- Pracuś się znalazł.
Kłócące się głosy powoli zbliżały się do nich. Nasi przyjaciele tak pochłonięci byli zachodem słońca, że zupełnie zapomnieli dlaczego szli właśnie do Południowych Tarasów.
- Uważaj co ciągniesz baranie jeden!
- To nie pchaj mi tej brody pod ręce.
- Dobry wieczór.
- A to kto u licha!
- To pewnie ten mały, natrętny smok.
- O do licha! Tam jest jakiś gigant!
- No może i jestem duży ale bez przesady. Jak przeciętny smakuś.
Przyjaciele podeszli do pracujących krasnoludów.
- Panowie pozwolą. To jest smok January a ten mały w jego kieszeni to chłopiec Krzyś. – przedstawił ich Zielony Wojciech.
- Znowu będą przeszkadzać… - mruczał pod nosem jeden z brodaczy.
- My byśmy tylko chcieli Panów o coś prosić.
- Panów? No to jak Panów to proście – uśmiechnął się od ucha do ucha ten z niepełnym uzębieniem. Pozostali przerwali pracę i spojrzeli z zaciekawieniem na smoki.
- Chcielibyśmy Panów prosić o dwie garści księżycowego pyłu.
- Księżycowego czego? – spytał jeden z krasnoludów
- No tego czegoś co świeci w lampach.
- A świetliki. A po co wam one?
- Bo one mają leczyć – powiedział z miną znawcy Zielony.
Krasnoludy to jak wiadomo dość chytry ludek. Są dobrzy, przyjaźni, głośni, skorzy do kłótni i popitki no i handlarze z nich przedni. Nie przepuszczą żadnej okazji by się wzbogacić. Tym bardziej gdy w grę wchodzą ich dobra.
- Kogo leczyć? To ma być lekarstwo? – dopytywał się teraz ten, który miał całkiem wyraźnego zeza.
- To składnik leczniczej mikstury dla Księżycowego Wyjca – wyjaśnił January.
- Jakiego Wyjca? – tym razem pytał ten z nosem jak kartofel.
- Księżycowego. To taka roślina – wyjaśnił Krzysiu.
- Wy macie wszystko księżycowe czy jak? I co to za roślina? – wyszczerzył się ten z niepełnym uzębieniem.
- January jest botanikiem – a właściwie będzie jak dorośnie…
- Botanik… a co to znaczy? – dopytywał się ten z nosem jak kartofel.
- Botanik to ktoś kto ma takiego samego fioła na punkcie roślin jak te pedantyczne elfy – powiedział krasnolud, który wyglądał na najstarszego z grupy, choć tego nigdy być pewnym w przypadku krasnoludów nie można. Siwa broda nie musi być wyznacznikiem starszeństwa, w każdym razie ten osobnik wyglądał najbardziej dostojnie z grupy pracujących krasnoludów, tak jakby im przewodniczył. Brodacz nie brał udziału we wcześniejszych sprzeczkach a teraz też tylko przysłuchiwał się rozmowom. W końcu kiedy się odezwał pozostała trójka zamilkła.
- Dostaniesz swój pył czy jak Ty go tam nazywasz – powiedział.
Pozostałe krasnoludy wyglądały na zawiedzione i niezadowolone z takiego obrotu sprawy. Jednak jedno spojrzenie Siwego sprawiło, że tylko pospuszczali głowy i mamrotały coś do siebie pod nosem. Siwy jegomość przysiadł na ławie, wyciągnął z plecaka puszkę z piwem i krakersy i zapytał:
- No to jak młody, kiedy będziesz przysadzał tę swoją miksturę?
January przestraszył się, że jednak natura krasnoludka zwyciężyła i w tym jegomościu i że bez jakiejś wymiany się nie obejdzie.
- Jak zbiorę wszystkie składniki i wrócę do domu.
- Dobra. Ile to potrwa? Bo widzisz, ten jak to określiliście, pył ma określoną żywotność. Dlatego właśnie co jakiś czas przychodzimy napełniać lampy. Skoro czasu nie potrafisz dokładnie określić zrobimy inaczej. Nie dostaniesz od nas pyłu…
- Ale…
- Nikt Cię nie nauczył młodzieńcze, że nie przerywa się kiedy starsi mówią? Może i jesteś duży ale jeszcze niedorosły. Posłuchaj co mam do powiedzenia a potem pytaj. Nie dostaniesz tego pyłu w czystej postaci tylko dostaniesz lampę nim wypełnioną. Tak przechowywany długo zachowuje świeżość. Oprócz składnika będziecie mieli też lampę. Świecenie nie zmniejsza wartości świetlików czy jak wolisz pyłu. Jak dotrzecie na miejsce wystarczy odkręcić denko i wysypać zawartość.
Przez cały czas kiedy Siwy rozmawiał ze smokami a dokładniej z Januarym, pozostałe krasnoludy wróciły do pracy i uzupełniały braki w pozostałych latarniach i lampach.
- Pan mieszka w Lesie Kalafiorowego Królestwa? Czy tam jest naprawdę tak dziwnie? – zapytał Krzysiu.
Krasnoludy były zdziwione obecnością chłopca nie bardziej niż smoków.
- Tak. To znaczy, tak się nazywa moja kraina w waszym – tu uśmiechnął się do chłopca - to znaczy smoczym języku. A czy jest dziwnie? Czy ja wiem? Dla mnie smoczy świat jest dziwny. Smok, który nie gromadzi bogactw albo przynajmniej ich nie pragnie jest co najmniej dziwny. I w moim świecie niespotykany. Ten las jest jak kalafior. Ma wiele drzew i każde z nich stanowi świat innych istot. Jest łącznikiem między światami. Kalafior jest jeden a to znaczy, że my wszyscy mamy wspólne korzenie, że wszyscy jesteśmy ze sobą złączeni. Rozumiecie?
- Ja nie rozumiem – powiedział Krzyś, a January i Zielony Wojciech mieli miny sugerujące, że oni tez tak do końca nie rozumieją o co chodzi Siwemu jegomościowi. Siwy uśmiechnął się.
- To powiem inaczej. Ten las jest jak wielki dom, z olbrzymią ilością drzwi, ukrytych przejść i korytarzy. Każde drzwi, każde przejście prowadzi do innego świata. Teraz rozumiecie?
- Chyba tak. To znaczy, że co innego jest w kuchni a co innego w salonie? – zapytał chłopczyk
- Mniej więcej – odpowiedział z uśmiechem Siwy.

JASKINIOWE GÓRYSMOCZE ŚNIADANIE

Write a comment

New comments have been disabled for this post.