SMOCZE ŚNIADANIE
Thursday, December 4, 2008 11:59:45 AM
SMOCZE SNIADANIE.doc
Rano obudziły naszych przyjaciół dziwne dźwięki. Jakby ktoś specjalnie tłukł się w kuchni. Tylko zaraz… przecież tu nie ma kuchni…? To co to za dźwięki. Krasnoludy już poszły. Skończyły pracę i jak najszybciej chciały wrócić do siebie, więc to na pewno nie one. Krzysiu wiercił się w swoim łóżeczku, zakładał poduszkę na głowę ale niewiele to dało. W końcu zerwał się żeby zobaczyć co wydaje te przeraźliwie głośne dźwięki. Jak się można było domyślić obydwa smoki spały smacznie i nie przejmowały się zbytnio tym co się wokół nich dzieje. Krzysiu musiał się nieźle namęczyć żeby wdrapać się na Januarego i zobaczyć co też się dzieje w jaskini. A działo się i to wiele. Jaskinia wyglądała zupełnie inaczej niż wczorajszego wieczora. Słońce już wstało więc cała sala była oświetlona łagodnym światłem poranka. Na środku, wokół tradycyjnego ogniska ustawiony był wielki kamienny stół i coś w rodzaju ław. Przy ogniu krzątały się dwie smoczyce. Jedna starsza, druga młodsza. W kąciku gdzie jeszcze nie do końca dotarło dzienne światło siedział wielki ciemno zielony smok, palił fajkę i drzemał. „To pewnie jest ten wujek Albert” – pomyślał Krzysiu. „Chyba pójdę się przywitać.”
Krzysiu szybko się przebrał. Jak wiecie w trakcie wędrówki Krzysiu nieco się zmienia – to znaczy rośnie Jest coraz starszy i coraz bardziej samodzielny. Założył buciki i pobiegł w kierunku krzątających się smoczyc.
- Dzień dobry Paniom.
- Dzień dobry – odpowiedziała młodsza ale nie rozejrzała się nawet, tak była zajęta swoją pracą.
Starsza tym czasem zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Rzecz jasna nie spojrzała na ziemię tylko szukała kogoś na wysokości swojego wzroku. Kiedy nic nie znalazła spojrzała niżej i ….
- Mysz! Mój Boże Różo zrób coś! To mysz!!! – miotała się stara smoczyca. Tupała strasznie, skakała po całym pomieszczeniu. Dobrze, że Krzyś zdążył się schować pod stół bo niechybnie by go zadeptała. Krzyki obudziły naszych smoczych przyjaciół.
- Babciu to nie mysz!
- Przecież widziałam! To mysz! Jestem uczulona na myszy! Znowu będę cały dzień kichać! Zatka mi się nos i nie będę mogła w nocy spać! Różo znajdź ją i wyrzuć!
- Babciu to nie jest mysz – to chłopiec!
W tym czasie January gorączkowo poszukiwał chłopczyka. Zaglądał pod każdy stołek i ławę. Babcia szalała dalej, co oznaczało, że Krzysiu siedział schowany i nie wychylał się wcale spod swojego bezpiecznego schronienia.
- Mamo nie kichasz. To nie jest mysz. Zielony Wojciech mają rację – to ludzkie dziecko. Jest malutki więc może Ci się zdać myszą ale nią nie jest
Usiądź sobie, zrobię Ci herbatkę z melisą a chłopcy w tym czasie poszukają tego malca. Nieźle musiałaś go przestraszyć.Kiedy babcia Matylda w końcu dała się przekonać i usiadła obok wujka Alberta, Krzysiu zdecydował się w końcu wyjść.
- Nic ci się nie stało Krzysiu? – zapytał zatroskany smok oglądając przyjaciela ze wszystkich możliwych stron.
- Nic. Tylko się przestraszyłem. – odpowiedział chłopczyk.
- To jest Krzysiu babciu. Przyjaciel Januarego. Jak widzisz nie jest myszą

Babcia założyła okulary przez co jej czerwone oczy zrobiły się jeszcze większe i dokładnie przyjrzała się dziecku. Krzyś jeszcze trochę się bał ale starał się tego po sobie nie pokazywać. Był bezpieczny. W końcu January nie pozwoliłby go skrzywdzić.
- No rzeczywiście. Teraz widzę, że to nie mysz. Nigdy nie widziałam takiego stworzenia. Podobny jest do tych włochatych stworzeń, które kręcą się po naszych korytarzach nie wiedzieć po co….
- Gdyby nie te stworzenia chodziłabyś ze świecą po korytarzach mamo.
- hm…. Może i masz rację moje dziecko…
Babcia straciła zainteresowanie Krzysiem. Wujek Albert w ogóle go nie przejawiał – zwyczajnie chrapał jakby w ogóle nie słyszał co się chwilkę wcześniej działo.
- Teraz możemy zająć się śniadaniem
- wesoło powiedziała pani Róża. – Chłopcy nakryjcie do stołu, nie wypada żeby goście jedli bezpośrednio z garnka
. Nie wiem co prawda co jedzą tacy mali ludkowie jak Ty Krzysiu ale mam nadzieję, że nasze potrawy będą Ci smakowały.- Proszę się nie martwić. January wie czego mi jeść nie wolno . A skąd pani wie kim jestem?
- Zielony jest słodkim smoczkiem. Wiem zawsze o wszystkim, nawet wtedy kiedy Wojciech milczy jak grób. Wczoraj kiedy położyliście się już spać rozmawiał ze mną przez smoczą rurę…
- Smokofon – przerwał jej Krzysiu – tak ją nazwał właśnie Zielony.
- Bardzo ładnie – uśmiechnęła się smocza mama – I prosił, żebyśmy przyszli. Powiedział mi kim jesteście i co zamierzacie robić. Stąd nasza obecność i dlatego właśnie robię coś dobrego na śniadanie. No i mam dla was zapas na dalszą drogę
Smoczyca dalej krzątała się przy garnku wesoło podśpiewując i podskakując co jakiś czas. Sprawiało jej to chyba olbrzymią radość. Zielony Wojciech ustawił wielkie miski i równie wielkie łyżki na stole i usiadł grzecznie na ławie przy stole. Zielony wyglądał na bardzo szczęśliwego. W końcu była tu jego mama.
- A gdzie jest wasz tata? – zapytał Krzysiu. - W domu zawsze jemy posiłki razem.
- Rupert poszedł sprawdzić czy ścieżka wzdłuż przełęczy jest bezpieczna – przynajmniej na długości naszych gór. Powinien się zjawić zanim wyruszycie. – powiedziała smoczyca. – No siadajcie już bo wszystko wystygnie.
Krzyś cały czas zastanawiał się co też pani Róża gotuje.
Pachniało pięknie i bardzo znajomo ale ze smokami to nigdy nic
nie wiadomo. Dopiero kiedy mama Zielonego Wojciecha napełniła talerze…
- Zupa ogórkowa! – zakrzyknął chłopczyk
- Tak kochanie. Mam nadzieję, że lubisz. My ją uwielbiamy.
- Wiem. Mama mi czytała taka piękną bajkę o smokach i one najbardziej na świecie lubiły zupę ogórkową – smoczą zupę. Moja babcia też robi pyszną - pochwalił się Krzysiu.
- Smacznego moi mili.
Powiedziała i wszyscy zasiedli do jedzenia. Może to dziwne, że n śniadanie jedli akurat zupę ale skoro jest ich przysmakiem to w sumie czemu się dziwić. Po skończonym śniadaniu nasi przyjaciele zaczęli zbierać się powoli do drogi. Smocza mama zaopatrzyła ich w świeży prowiant dostosowany tak do brzuszka smoka jak i chłopca. Wujek Albert, który niespodziewanie się ożywił opowiadał im o moście nad oślizłą przełęczą. I o tym jaki las po drugiej stronie jest dziwny. Co ciekawe opowieści o tym lesie były różne i każdy kto do tej pory im coś o nim mówił, mówił o nim inaczej. Tym razem las nie był mroczny tylko pełen małych, ciekawskich i kolorowych duszków. Grał pełną gamą kolorów i dźwięków. Przyjemnie się tego słuchało i las nie wydawał się już taki straszny. Niedługo potem przyszedł tata smoków. Był to postawny również zielony smok. Spokojny i opanowany.
- Dzień dobry młodzieńcy. To wy wybieracie się za przełęcz?
- Tak proszę pana.
- No dobrze. Ścieżka jest bezpieczna. Jest sucho i nigdzie nie ma żadnych osuwisk. Do mostu powinniście dojść kiedy słońca oba będą wysoko, więc powinniście zdążyć znaleźć jakieś bezpieczne schronienie przed nocą. Starajcie się nie nocować na otwartej przestrzeni, na łąkach i leśnych planach. Pamiętajcie, że ten las żyje. To nie jest zwykły las.
- Dziękujemy Panu.
Chłopcy zostali wyściskani przed wyruszeniem w drogę. Nawet babcia Matylda zdecydowała się połaskotać Krzysia
Mama Róża trzy razy sprawdziła czy chłopcy na pewno wzięli wszystko co im przygotowała. Wujek Albert mówił ciągle, że chciałby znów znaleźć się w tym lesie wśród śpiewu i ciepła jakie daje to miejsce. Był rozmarzony i jakby nieobecny. Tata Rupert dał im zwój liny i wielkie, grube rękawice. Zielony Wojciech przez cały czas tych pożegnań stał z boku i czekał. Chciał pójść z przyjaciółmi przynajmniej do końca gór a jak mama pozwoli to i do samego mostu. Wujek Albert był co prawda trochę zbzikowany ale tyle się już nasłuchał opowieści o tym lesie, że sam z chęcią by go zobaczył. Nawet jeśli nie wszystko co mówił wujek było prawdą.- Pójdziemy z wami. Nie będzie nudno przynajmniej przez część drogi – powiedział Zielony Wojciech i poprowadził przyjaciół korytarzami, które wieść ich miały ku wyjściu.











