Tam gdzie żyją smoki....

CIOTKA MARCELINA

Młody znowu był chory i teraz jest na "rekonwalescencji". Jeżdżę od ...loga do ...loga i sprawdzam co mu tak naprawdę jest. Paskudnie - choć to jak zwykle - idiotyczny listopad i jakbym mogła to wszystko na to zwalę smile. Opowiadałam młodemu bajkę o Januarym i o Krzysiu - już trochę zmienioną bo Krzyś już nie taki mały smile I teraz mam za swoje ;P Młody domaga się ode mnie dalszego ciągu... Będę musiała się w końcu sprężyć ale tym razem na serio smile


ciotka marcelina.doc


CIOTKA MARCELINA

Smoczki mieszkały z ciotką o dość dziwacznym imieniu – Marcelina. Imię było równie dziwaczne jak sama ciotka. January nigdy dotąd nie widział smoczycy, ani smoka, o tak dziwnym wyglądzie. Dlatego w sumie nie powinien był się dziwić reakcji Krzysia, który stał jak posąg w drzwiach domku.
Może w takim układzie, powiem Wam dlaczego obaj przyjaciele byli tak zdziwieni widząc ciotkę Marcelinę.
Otóż. Na pierwszy rzut oka ciotka Marcelina niewiele różniła się od innych smoków z rodziny Smoczusiów. Miała nawet coś co sprawiało, że była na swój sposób podobna do braci... to znaczy... Była niewielkiego wzrostu i była zielona. No i na tym skończyłyby się wszelkie podobieństwa... Ciotka Marcelina miała piękne, długie i lekko skręcające się różowe włosy. Miała różowy makijaż, no i pazury pomalowane również na kolor różowy. Różowy był również fartuch ciotki i wielka kokarda zdobiąca ogon. Co więcej jej skrzydła mieniły się różami... Słowem, gdyby nie ten prześwitujący gdzie niegdzie zielony kolor, ciotka Marcelina cała byłaby różowa smile.
- O cóż to widzą moje piękne oczy? Mamy gości! Jakże się cieszę, że Was widzę moi mali wędrowcy. – od progu wołała smoczyca.
Na wzmiankę o oczach January odruchowo spojrzał czy aby ciotka przez przypadek ich też nie ma różowych. Uff Są zielone smile.
Ktoś mógłby się dziwić, że smoczyca wielkości 5 letniego dziecka mówi do prawie 4-ro metrowego smoka „mój mały wędrowcze”, ale nie jest to wcale dziwne. Dziwić się można by także jak taki wielki smok zmieścił się w takim małym domku? Śpieszę więc wyjaśnić. Drzwi do smoczego domku były magiczne, a tym samym wielkość każdego smoka, który przekraczał próg dostosowana została do wymogów narzuconych przez właściciela. Tym samym January nagle stał się smoczusiowym dziwadłem, czyli smoczusiem ale bez skrzydeł.
- Jesteście głodni prawda? – zapytała ciotka Marcelina, a widząc jak Wiktor patrzy na półmisek z owocami dodała - Siadajcie, napijcie się i skubnijcie trochę owoców a ja w tym czasie coś przygotuję.
To mówiąc wybiegła z pokoju do kuchni. January odwrócił się i zobaczył stojące na stoliku kubki i lemoniadę, a także półmisek z owocami, które były już obrane i rozkrojone na kawałki.
- Dziwne. Jestem pewien, że przed chwilą tego tu nie było. – powiedział January.
Krzyś nie zastanawiał się czy było czy nie było. Ważne że jest w tej chwili. Razem z Wiktorem rzucili się na owoce i chłodną lemoniadę. Byli tak pochłonięci jedzeniem, że nie zwracali uwagi na nic poza półmiskiem.
Tymczasem January oglądał pomieszczenie, w którym się znaleźli. Dom smoczusiów był całkiem inny niż jego własny. Był przestronny, choć z zewnątrz wydawał się taki malutki. Ściany były we wszystkich odcieniach błękitu. Okna były okrągłe i jakby cały czas otwarte na oścież. Nie widać było szyb ani ram. W pomieszczeniu nie było żadnych roślin a jednak pachniało konwalią i dzikim, czarnym bzem. Jedynymi meblami był centralnie ustawiony niziutki stolik i mnóstwo poduch na podłodze, które służyły za siedziska.
January podszedł do okna i podziwiał wspaniały ogród ciotki Marceliny. Kastor miał rację. Ciotka musiała wiedzieć dużo o roślinach, bo w przeciwnym razie nigdy nie udało by się jej wyhodować tylu wspaniałych okazów.
- O rany! Pani jest wspaniała! – zakrzyknął nagle Krzyś.
January odwrócił się i oniemiał. Pokój nie był już błękitny ale mienił się wszystkimi odcieniami zieleni. Po środku stał wysoki stół a przy nim odpowiednia liczba krzeseł. Było nawet specjalne krzesło dla Krzysia, ale nie wiedzieć czemu chłopiec nie chciał z niego skorzystać . Stół był zastawiony po brzegi smakołykami, tak jakby ciotka znała ulubione potrawy kazdego z nich. Na środku stołu stał wazon z kwiatami i były to właśnie konwalie i czarny bez. W oknach pojawiły się delikatne jak pajęczyna żółte firanki.
- January choć! Nie stój tak! Siadaj. Są ciastka z masą migdałowo-miodową i brzoskwiniami! Pycha! – wesoło wołał przyjaciela Krzysiu, który siedział już przy stole i objadał się pistacjami i sernikiem.
Ciotka Marcelina stała w drzwiach pokoju i uśmiechała się.
- Pani jest czarownicą prawda? – zapytał w końcu January.
- Czy to tak bardzo Cię zaskoczyło mój mały, że odebrało Ci apetyt? – zapytała ciotka ciągle się uśmiechając – Jestem zieloną czarownicą a to oznacza, że moja magia opiera się na sztuce odnajdowania darów jakie daje nam przyroda. Dom, kolory i cała reszta to jakby to powiedzieć ... moja słabość. Lubię zmiany a mój ogród jest niemalże niezmienny, więc...- ciotka Marcelina uśmiechnęła się tajemniczo - No a teraz kiedy przynajmniej w części zaspokoiłam Twoją ciekawość siadaj do stołu. Zimne kakao nie jest już takie dobre i pożywne jak ciepłe.
January posłusznie usiadł i po chwili zapomniał o smoczej czarownicy i zabrał się do jedzenia. W końcu przecież był smakusiem... Z tego też powodu pochłaniał ogromne ilości wszystkich potraw. Widząc to Kastor powiedział.
- Jak dobrze, że na stole ciotki Marceliny nigdy niczego nie brakuje. Można jeść tak długo aż się pęknie. – powiedział i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Po skończonym posiłku wszystko wróciło do swojej dawnej postaci. Ale tym razem ciotka została z nimi.
- Słucham moi drodzy. Czy chcecie mi zadać jakieś pytania? Jeśli chodzi o rośliny to wiem o nich niemal wszystko. Z tego co Kastor zdążył mi powiedzieć to wyruszyliście na wyprawę po lekarstwo dla jakiejś rośliny. Niestety mój bratanek nie sprecyzował mi jakiej.
- Idziemy do Lasu Kalafiorowego Królestwa po lekarstwo dla Wyjca Księżycowego Januarego. – powiedział niewiele myśląc Krzyś.
- No to sprawa jest rzeczywiście poważna. To niezwykle rzadka roślina. Możesz się czuć wyróżniony January, bo wierz mi nie każdy może taką roślinę posiadać. Księżycowy Wyjec to roślina niezwykle osobliwa i tylko nieliczni mogą się nią zajmować. Z jakiegoś powodu ktoś wybrał Ciebie na opiekuna tej niezwykłej formy roślinnej. Jak już pewnie wiesz nie jest ona nigdzie sklasyfikowana. Dane, które posiadasz mógł Ci przekazać jedynie czarodziej.
Ciotka Marcelina nie zauważyła jak wyraz twarzy Januarego się zmienił. – „Dziadek Hipolit czarodziejem? Nie. To raczej niemożliwe. Choć z drugiej strony to tłumaczyłoby jego zamiłowanie do książek...” – pomyślał January.
- Każdy taki Wyjec jest wyjątkowy. Tym samym każdy jest inny. A ja niestety nigdy nie miałam do czynienia z czymś tak osobliwym... i to niestety powód dla którego niewiele będę mogła Wam pomóc. Może tylko dodać to i owo do Waszej mapy Kalafiorowego Królestwa.
- Skoro jest pani czarownicą to nie mogłaby pani tak zaczarować żebyśmy już byli na miejscu? – zapytał Krzyś.
- Mogłabym – powiedziała ciotka Marcelina z uśmiechem.
- To fajnie. A tak żebyśmy już byli z powrotem ze wszystkim tym co potrzeba?
- Krzysiu, to niegrzeczne tak wypytywać. Pani Marcelina ma na pewno mnóstwo ważniejszych spraw aniżeli nasza wyprawa.
- Przecież jest czarownicą! – oburzył się Krzyś. – Przecież machanie różdżką nie jest męczące.
- HA HA HA – zaśmiała się ciotka Marcelina – Masz rację mój mały. Samo machanie różdżką nie jest męczące. To tylko zaklęcia osłabiają czarodzieja i może wykonać ich tylko pewną ilość w ciągu określonego czasu.
- Czyli przeniesie nas pani do Kalafiorowego Królestwa i z powrotem. – dopytywał się malec.
- Niestety. Jeśli Wasza misja ma się powieść nie mogę Wam w ten sposób pomóc. To Wy musicie sami tam dotrzeć i sami stamtąd wrócić.
- To jak nam pani chce pomóc? Dlaczego chodzenie jest takie istotne?– spochmurniał na chwilkę chłopiec.
- Niezbędnym niepisanym składnikiem leczniczego wywaru jest Wasze poświęcenie. Bez niego wywar nie będzie miał mocy uzdrawiania.
- Chyba się będziemy już zbierać pani Marcelino. Bardzo nam miło u Pani w gościnie ale na nas już czas. – powiedział nieśmiało January.
- Chyba sobie żartujesz młodzieńcze. Na dwie godziny przed zachodem drugiego słońca zachciało mu się wychodzić. Nawet o tym nie myśl! Kilka godzin nie zrobi Wam różnicy tym bardziej, że może to być Wasza ostatnia noc w ciepłych łóżkach.
Ciotka Marcelina choć niewielkich rozmiarów potrafiła wzbudzić respekt... a to znaczy że January – ten w rzeczywistości wielki smok, spuścił tylko oczy i powiedział:
- Dobrze proszę pani. Dziękujemy bardzo.
- A będzie czarowanie? – dopytywał się Krzyś.
- Będzie. Uzupełnię Wasza mapę a potem opowiem Wam o smoczym pociągu.
Wieczorem po kolacji usiedli razem w przytulnym saloniku. Kastor z Krzysiem znaleźli szybko wspólny język i w najlepsze bawili się kolejką w kącie pokoju.
- Skoro jest pani czarownicą to dlaczego nie mieszka pani w Lesie Czarodziejów?
- Nie wszyscy czarodzieje i czarownice zostają i mieszkają w Lesie Czarodziejów. Wielu z nas mieszka między zwykłymi smokami, często żyjąc jak inni nie ujawniając swoich zdolności przez wiele, wiele lat.
- A dlaczego pani zdecydowała się na opuszczenie Lasu? - dopytywał się January.
- Kiedy Kastor był malutki, a Wiktor był jeszcze w jajku jego rodzice zginęli w walce nad Doliną Cieni. To były smutne i mroczne dni ale na całe szczęście są już za nami. Ktoś musiał się nimi zająć. Nie chciałam brać maluchów do szkoły czarodziejów. Nie chciałam wybierać za nich drogi życiowej.
- Co to była za bitwa, ta nad Doliną Cieni? - zapytał nagle Krzyś, który już od jakiegoś czasu nie bawił się tylko siedział z Wiktorem naprzeciw ciotki Matyldy i słuchał.
- Prawie 200 lat temu w Kalafiorowym Królestwie pojawiła się siła, która próbowała narzucić swoją wolę całej smoczej krainie. Przez wiele lat próbowano w różny sposób usunąć zagrożenie jakie nad nami zawisło ale niestety... Zło, które pojawiło się w Kalafiorowym Królestwie zamiast słabnąć tylko rosło w siłę. Na kolejne wyprawy ruszali kolejni smoczy czarodzieje i znikali bez wieści. Sto lat temu nastąpiła generalna mobilizacja smoczych czarodziejów. Wspólnie, a było nas około 300 smoków i smoczyc wyruszyliśmy aby zażegnać zło czające się w Kalafiorowym Królestwie. Mama Kastora zostawiła jego i jajo, i również wyruszyła na bitwę. Tylko, że mama smoczków nie wróciła...
Smoczki siedziały ze spuszczonymi głowami.
- Ale przecież czarodzieje nie mogą mieć młodych. - powiedział January.
- Nie wierz w to mój mały. Większość teraźniejszych czarodziejów to potomkowie wcześniejszych. Owszem, kiedyś przywiązywano wagę do tego zapisu, ale życie rządzi się swoimi prawami smile. Twój ojciec January też był czarodziejem. Bardzo potężnym Zielonym Czarodziejem...
- Mój tata? - zapytał January zupełnie zbity z tropu.
- Tak mój drogi. Twój tata. Razem byliśmy nad Doliną Cieni. No ale dość juz tych opowieści. Czas spać. skoro chcecie wcześnie rano wyruszyć powinniście się już położyć. Dobranoc moi mili.

WIKTOR I KASTORFIOŁKOWY ZAUŁEK

Write a comment

New comments have been disabled for this post.