P(k)KP – Polskie (, k*wa) Koleje Państwowe
Sunday, 2. March 2008, 21:09:13
Mieszkam w Płocku, studiuję w Gdańsku. Jakby nie liczyć, circa 280 km w jedną stronę. Do wyboru mam trzy środki transportu:
- samochód;
- autobus;
- oraz PKP, z którego „usług” mam „przyjemność” korzystać.
Dlaczego PKP? Ponieważ nie mam własnego samochodu ani prawa jazdy, pierwszy sposób transportu wyklucza się samoistnie. Drugi zaś... Cóż, niestety Polski Ekspress i inni tego typu przewoźnicy NIE posiadają autobusów dostosowanych do przewozu osób, hmm, słusznego wzrostu A jazda z podkurczonymi nogami przez 6-7 godzin? Nie.
Zostaje mi zatem PKP. Ale i tu nie jest prosto, jako, że w moim kochanym mieście nie stają praktycznie żadne pociągi (mimo, że mamy dworzec PKP-PKS). Stąd moja podróż z PKP rozpoczyna się dopiero po godzinnej jeździe samochodem do Włocławka, gdzie wsiadam w pośpiech do Gdańska. W drugą stronę podobnie.
Nie przeczę, jestem burżujem -- jeżdżę pierwszą klasą (mało ludzi, 6 miejsc w przedziale). A raczej powinienem napisać „pierwszą”, bo to co jest mi serwowane pod tą nazwą nijak ma się do jej semantyki.
Ale po kolei.
Korzystać z usług kolei zacząłem około 2 lata temu. Wtedy cena biletu (w jedną stronę) wynosiła 46,85 zł, a czas przejazdu 3h 30 minut. Od dzisiaj płacę 50,85 zł przy czasie przejazdu (na tej samej trasie!) 4h 30 minut. W regulaminie stoi, że płaci się za kilometraż. Ja jednak dochodzę do wniosku, że płacę również za czas pobytu w wagonie (bo na pewno nie za jakieś dodatkowe udogodnienia).
Ja się uprzejmie pytam, o co tu kurwa chodzi?? Już pomijam fakt, że trasę Paryż - Marsylia (~776 km) pokonuje się w 3 godziny, ale on jedzie dłużej niż samochód. Pośpiech! Przy takiej krzywej spadkowej, od nowego semestru zacznę jeździć autobusami...
W kwestii czasu przejazdu PKP ujawnia nam kolejne odstępstwo od logiki. Mianowicie: pociągi intercity na tej samej trasie jadą dłużej od pośpiesznych, które z kolei jadą dłużej od osobowych. Jeśli chcecie, sprawdźcie sobie na rozklad.pkp.pl (choć zaznaczam, że nie jest to zawsze regułą). Ja na ten przykład, gdybym wybrał trasę z 2 przesiadkami, jechałbym do Gdańska 20 minut krócej, niż bezpośrednim „pośpiesznym”.
Od zeszłego roku w skład taboru nie wchodzi już wagon barowy, zatem siedzisz przez 4 godziny (a niektórzy dłużej -- pociągi z Katowic do Gdyni też nie mają Warsu) o suchym pysku.
Siedzenia projektował chyba jakiś sadysta-ortopeda. Czasem po prostu nie idzie się nawet zdrzemnąć w trakcie jazdy, ba nie idzie wygodnie usiąść.
Przeczytałem (jakiś czas temu) na stronie PKP o nowych taborach, obejrzałem zaprezentowane zdjęcia i mało nie spadłem z krzesła. Jeżdżę od 2 lat i nowym wagonem (już nawet nie składem!) jechałem, ja wiem? Raz, dwa.
Nie grzeją. Nie chodzi o to że mało grzeją. Nie grzeją wcale. I nie mówimy o letnich przejażdżkach ani o rzadkich przypadkach. Mówimy tu o cholernie częstych „awariach”. Na dobitkę brak ogrzewania jest właśnie najczęściej w klasie 1. W ogóle ciekawym jest, że najczęściej najstarszym wagonem (choć nie zawsze) jest właśnie jedynka. Kilka razy jechałem dwójką, która miała wyższy standard. A to ponad 20 złotych różnicy.
Ja się pytam: czy to jest normalne?
P.S.: Notka powstała z racji ostatniej podwyżki za bilety. :-)