Saturday, 4. July 2009, 18:57:36
Czorsztyn, lipiec, 2009, fun
...
Jak to na urlopie - dzień mija szybko i dosyć intensywnie, z tym, że powietrze jakieś inne, łatwiej się oddycha, można się naraz sztachnąć większą ilość o2
Wieczorem szybki wjazd na google maps, przewodnik i wycieczka zaplanowana. Najpierw śniadanie w knajpie, a zaraz po nim wypad nad Jezioro Czorsztyńskie, Zamek Czorsztyński (a raczej jego ruiny) i Zamek w Niedzicy.
W międzyczasie atrakcje... Jest sobota, budzę się rano, ale nie mam ochoty wstać i o dziwo bezproblemowo kładę się po jeszcze trochę snu (zwalam na te doskonałe, górskie powietrze
). Niestety dzień wita nas ulewą. Plany są i nie mamy zamiarów ich zmieniać, pogoda w górach może być różna na przestrzeni kilku kilometrów. W Szczawnicy leje. Szykujemy wałówkę dla małego i jedziemy na śniadanie. Dalej w deszczu, choć nie ma ulewy.
Śniadanie w knajpie, szybkie zakupy (spodenki - nie dałem rady wcześniej, plecak - no tak, drobnostka w górach
, skleroza nie boli). Następny przystanek Czorsztyn. Miał być Krościenko nad Dunajcem, ale mieszkańcy Szczawnicy stwierdzili, że nic tam ciekawego nie ma, może prócz targu w poniedziałki
Przejechaliśmy przez centrum i w sumie postanowiliśmy się nie zatrzymywać
Podjechaliśmy do Czorsztyna, jak zwykle mieliśmy farta z parkowaniem. Na miejscu przywitał nas koleś, który zaproponował nam to co zaplanowaliśmy wcześniej czyli przepłynięcie przez Jezioro do Niedzicy, by zwiedzić zamek. Miły chłopak, wygadany
Fajnie organizuje sobie ludzi, pomijając konkurencję (są statki, ale i gondolki, którymi płynęliśmy).
Samo zejście hordą (my, dziecio i pies) dało nam do myślenia (stromo jak cholera, ścieżka zdrowia). Dotarliśmy na brzeg, gdzie cumują statki i gondole, szybko wskoczyliśmy na łódkę i w rejs. Widoki niesamowite. Zresztą spójrzcie na zdjęcia. Zamek w Niedzicy dostarczył nam wiele przyjemnych chwil, spotkaliśmy fajną ekipę i razem z nią chodziliśmy po zamku wraz z przewodnikiem. Zamku, w którym przetrzymywano Janosika. Pełen szok. Piesek został z nowo poznanymi chłopakami obsługującymi stoisko z "łoscypkami"
Chłopcy zarobili dychę, ale o dziwo dali nam sera za równowartość kasy. Co za mili ludzie w tych górach ! Wracamy gondolami do Czorsztyna i zahaczamy o zaprzyjaźnioną panią, która sprzedawała super poduchy z naturalnych materiałów. Nie mogłem odmówić sobie pamiątki, zwłaszcza, że u nas takie rzeczy kosztują majątek. Powrót z dołu na ruiny zamku to była prawdziwa katorga dla takich mieszczuchów jak my.
Dostaliśmy trochę po dupie, zwłaszcza, że grzało na jakieś 30 i więcej stopni, a i małego trzeba było nosić... Do ruin weszliśmy za darmo, jakoś tak przypadkiem
W sumie po całym dniu chodzenia już powoli miałem dosyć, ale okazało się, że było warto. Gdybyśmy ominęli te ruiny - bardzo bym żałował. Okazało się bowiem, że z ruin są najlepsze widoki w okolicy. Nic tylko stać i patrzeć. Obłęd. Cała wycieczka trwała kilka godzin, trochę się wypociliśmy, straciliśmy jedną butelkę z mlekiem (w strumyku, z którego pies pił wodę, długa historia), opaliliśmy się i nie pozostało nic jak tylko podskoczyć do jadłodajni, którą znaleźliśmy dzień wcześniej. Pod Siekierkami, bo tak się nazywa knajpka, zaoferowała dobre jedzenie w obfitych porcjach za normalne pieniądze (czyli ok 26 zł za dwa posiłki z wodą). W porównaniu do wczorajszego wypadu - 51 zł za dwa posiłki i zupę, na które czekaliśmy ok 20 min. - wypada o niebo lepiej.
Nie narzekali byśmy, gdyby nie wpadka z moim posiłkiem. Magda dostała znośnego pstrąga z frytkami, ja przecudną zupę czosnkową z serem i grzankami (musiałem pochwalić kucharza) jako przystawkę przed ukochanym daniem głównym, który kosztuję gdziekolwiek się znajdę - placek ziemniaczany po miejscowemu.
Cena nie była ważna po pstrągu i mojej cudnej zupie, ale jedzenie okazało się cholernie nierówne - główne danie, które miało być wyznacznikiem jakości knajpy (restauracji) zawiodło. Dostałem trzy krążki mrożone, takie jakie kupuje się w markecie, usmażone w głębokim tłuszczu po frytkach (!!!), które odbijały mi się do końca dnia.
Nie uratuje tego żadne mięso i sos (którego było mało). To był ostatni nasz wypad do tej knajpy. Chyba, że przed wyjazdem wpadnę na samą zupę
Na szczęście dziś Placek po Hajducku uratował honor Szczawnicy
Po posiłku powrót, prysznic, spanie. I planowanie jutrzejszego wypadu. Ahoj!