Śmietnik literacki

"Pisanie do szuflady to masturbacja" - Lester Del Rey

Subscribe to RSS feed

Zmartwychstanie

Dla Oleńki

Kolejny ze zwykłych dni. Przeszedł bezbarwnym wejściem, uścisnął dłoń osobnikowi o znajomej twarzy, zostawił na biurku stertę papierów. Intuicyjnie zabrał kilka kopert z napisem „dla szefa nudnego wydziału”, następnie pocałował w policzek sekretarkę – chyba na powitanie. Wyszedł z pokoju, wypił kawę z innymi pracownikami – podyskutował o polityce i w końcu trafił do własnego gabinetu. Tak się zaczynał jego codzienny maraton obcowania z bezsensownymi obowiązkami.

Przeglądanie papierów: wszystkie takie obrzydliwie białe i zapaskudzone literkami. Kiedy na każdym z nich zostawił swoje odciski palców zorientował się, że trzeba je przeczytać. Ponowne przekładanie, jednak połączone z wysiłkiem umysłowym. Na pierwszym umieszczono kilka rubryczek do uzupełnienia („Przepisz to zdanie”, „Jak masz na imię?”, „Jak się nazywa twój wydział?”). O dziwo zrobił to z łatwością. Kolejne były jeszcze trywialniejsze – wystarczyło je podpisać. Około 12:00 nadeszła przerwa na kawę i niskokaloryczną zakąskę.

Jak zwykle się spóźnił i w stołówce zastał tylko jeden wolny stolik, gdzie siedziała wiecznie markotna Sandra. Każda rozmowa z nią wyglądała tak samo – wysłuchiwał jej żali na temat swojego życia, a potem dowiadywał się, iż znowu dała dowód niezwykłego romantyzmu oddając się kolejnemu facetowi. Dziś narzekanie na własną egzystencję przebiło każdy z poprzednich monologów:
- Właściwie to nie wiem czy tego chcę, czy też tego nie chcę. Po prostu smutno mi jak patrzę na własne życie. Każdego dnia popadam w jakiś krąg niezdecydowania i co raz bardziej upadam. Boję się, że kiedyś nikt mnie już nie będzie chciał, bo ja każdego ranię. Chcę, nie chcę – boję się, potem znowu oddaję... W ogóle od dłuższego czasu tylko ja prowadzę tę rozmowę. Może coś powiesz?
- Weź się w garść. Już tyle razy ci to mówiłem i nigdy nie posłuchałaś. Popełniasz te same błędy za każdym razem. Możesz to koło zatrzymać i nie będziesz upadała na same dno, jeśli czasem już w nim nie jesteś. Ale jakaś szansa zmiany żywota jest.
- Tak tak masz rację. W sumie dobry pomysł, żeby tak przestać robić.
Nie przestaniesz. Jesteś hipokrytką i boisz się tego przyznać przed sobą

Odwróciła wzrok, po chwili pośpiesznie zebrała ostatnie okruszki ze swojej taczki i wyrzuciła je – przecież od kilku tygodni się odchudzała. Dwunasty marca roku dwa tysiące piętnastego. Tę datę zapamięta na długo. Oto po raz pierwszy powiedział co myśli o drugiej osobie i zrobił to z porażającą jak na siebie szczerością.

Kiedy w końcu nudna praca uwolniła go ze swoich macek, znalazł się pośród gwiazd. Noc tuliła samotników i stymulowała uśpiony dotąd mózg do szukania kreatywnych rozwiązań. Kiedy siedział na skarpie porośniętej trawą nawet nie pobudzał neuronów do przypomnienia sobie jak w ogóle się tu znalazł. W zasadzie było niemożliwe, gdyż rutyna zabijała wszystko, także trzy czwarte jego dnia. Czynność, która stawała się zbyt zwyczajna ginęła w zapomnieniu i naprawdę spory wysiłek stanowiło wydobycie jej z pamięci.

Dlatego zamiast niepotrzebnie tracić czas na dociekanie genezy przybycia na to pole wolał skupić się na sobie i własnym umyśle. Po raz pierwszy gwiazdy wydawały się tak silnie oddziaływać na każdą z myśli. Chwilę później rozłożył się na mokrej od rosy trawie i zasnął powoli dopływając do jednego portów w swoim wyimaginowanym świecie, gdzie gwiazdy nader chętnie korzystają z prawa do głoszenia własnych mądrości.

Aldebaran pierwszy się odezwał spośród wszystkich zgromadzonych ciał niebieskich. Jego przemowa bardzo rozciągnęła czasoprzestrzeń, jednakże nie przekazał żadnej konkretnej informacji. Ot klasyczny monolog staruszka, który wie że w końcu przeminie – jak każdy z tego typu obiektów. Potem na mównicę wybiegł Syriusz - i on również nie przekazał nic interesującego dla Tomka. W końcu jednak zła passa się przełamała. VW Cephei – ogromne bydlę wyciągnęło podręczny obłok wodoru, gdzie zapisała sobie przemówienie i kilku odchrząknięciach rozpoczęła:
- Jesteśmy gwiazdami, które choć liczą miliony i miliardy lat niedługo przeminą – jak wszystko w tym wszechświecie. I nieważne jaka z teorii odnośnie jego się sprawdzi, to nastąpi jego koniec. Dlatego też chciałabym przekazać tu na gwiezdnej mównicy zbudowanej z ciał pokonanych czarnych dziur jedną ważną rzecz – liczy się każda chwila i pomimo względnej długości jej trwania, pewne jest jedno – nie powtórzy się.

Nagle jednak sen nieco zmienił się – gwiazdy ukryły się w czarnych dziurach, zauważył planetę żwawo poruszającą się po orbicie i recytującą znajomy wiersz Fryderyka Nietzschego:

Gdybym się, beczka tocząca się krągle,
Wokoło siebie nie kręciła ciągle,
Jakbym, za słońcem mknąc, mogła wytrzymać,
By nie zapalić się, ognia nie imać ?
Egoizm gwiazd

Sen, tylko sen, który spowodował ponowne narodzenie się Tomka. Zbudził się już będąc w pracy i przeglądając kolejne z papierów. Kartki migały mu przed oczami, kolorowe wykresy przedstawiająca zmyślone statystyki zmuszały mózg do wysiłku, aby oszacować jak wiele jest w nich nieprawdy, a durne druczki powodowały tylko ubytek inteligencji. Zastanawiał się kiedy wyhodują człowieka o IQ równym jeden. Przecież przy takim poziomie ogłupiania społeczeństwa wydaje się to tylko kwestią czasu. Po kilku sekundach wyłączył mózg. Niepotrzebnie zmusił się do refleksji w miejscu do tego nieprzeznaczonym.

Godzina dwunasta – znowu stołówka i spotkanie z markotną Sandrą. Wyjątkowo siedziała dziś cicho i nawet nie próbowała nic jeść. Najwidoczniej przeszła od słów do czynów – po raz pierwszy w swoim życiu. A może to były błędne wnioski? Znał ją tylko z jej własnych opowieści, które przecież wcale nie musiały zaliczać się do prawdziwych. Tak czy owak musiał mieć jakiś model pasujący do niej. Nie potrafił żyć bez teorii i wszelkich racjonalnych wytłumaczeń. Na ich podstawie podejmował decyzje nienaznaczone rutyną.
- Może coś w końcu powiesz wielce inteligentny Tomaszu? - odezwała się grzebiąc w talerzu.
- Widzę, że słowa przekułaś w czyny.
- Tak, ale to nieważne – moje życie, moja sprawa. Powiedz coś o sobie.
- O mnie? Widzisz, że jestem totalnie nieciekawym osobnikiem.
- Który bardzo dużo myśli. Tego nie ukryjesz.
- Co jest dziwnego w tym, iż używam mózgu? Czyżby świat, aż tak zszedł na psy, że myślenie jest przywilejem?
- Nie wiem, ale tym się wyróżniasz spośród innych pracowników.
- Ich ośrodki odpowiedzialne za kontrolę organizmu też są bardzo aktywne, ale potrafią to lepiej ukryć.
- Może, ale ty... - nie dał jej dokończyć.
- Przepraszam, ale mam do zrobienia nudną i rutynową pracę. Porozmawiamy jutro.

Bardzo go speszyły słowa powiedziane z jej ust. Myślał że zaraz po prostu spali się ze wstydu. Po raz pierwszy słyszał tyle komplementów i nie był na nie absolutnie przygotowany. Jego modele dotyczące Sandry nie przewidywały takiego zachowania, więc organizm nie potrafił odpowiednio zareagować. Znalazł zatem głupią wręcz do cna wymówkę i uciekł – jak zwykł to robić, kiedy problem go przerastał.

Nie pamiętał kiedy znowu znalazł się na skarpie. Leżał na jej zboczu i wpatrując się w czarny las. Zapewne każde z jego drzew – części składowych, miało wiele do powiedzenia o tym świecie: na pewno coś lepszego niż mądrości obecnie głoszone przez ludzi(„Zatrać się konsumpcji popkultury” „Nieważne czy skończyłeś kulturoznawstwo czy stosunki międzynarodowe, to i tak znajdziesz się na budowie!” i tak dalej). Mógł wiele zarzucić swoim współczesnym podmiotom funkcjonujących w humanoidalnych ciałach. Teraz, kiedy siedział na pagórku nareszcie dostał okazję, aby spokojnie myśleć – to miejsce idealnie nadawało się na eskapady po własnym mózgu.

Wiele już przeczytał o gwiazdach. Mimo tego patrząc w niebo nawiązywał z nimi całkowicie odmienną, przepełnioną intymnością więź. Każda z osobna miała swój inny charakter z uwagi na światło jakim promieniała. Najbardziej pokochał Syriusza. Jego blask uspokajał skołatane nerwami i wstydem ciało. Nic nie mówił, a jednak działał w przedziwny i wyimaginowany sposób na Tomka. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż gwiazda – odległa o miliardy kilometrów ma najwyżej delikatny wpływ swym polem grawitacyjnym na Układ Słoneczny. Mimo tego Syriusz jak na złość zdawał się przeczyć naukowym prawom. Zwracał się do tego obiektu, bo nie miał prawdziwego przyjaciela. On odpowiadał swoim bogatym spektrum światła.

Sen i jawa zlewały się. Galaktyki toczyły nieustanne walki między sobą – odpadały ramiona, wybuchały supernowe, gwiazdy wpadały jedna na drugą. A obok tego cywilizacje skazane na zagładę, które miały więcej, bądź mniej czasu na ucieczkę. Tu nie istniały równe szanse – przeżywały najlepiej rozwinięte. Kłębowiska statków wszelakich rozmiarów błyskawicznie przemieszczały się od planety do planety ścigane kolejnymi katastrofami. Wpadały na czarne dziury, zaskakiwały je wybuchy supernowych oraz inne istoty inteligentne, które wcale nie zamierzały pokojowo rozmawiać o wspólnym żywocie. Przyglądał się kosmicznym igrzyskom w każdej z możliwych skal chcąc zrozumieć ich sens. W końcu go znalazł przypominając sobie teorię ewolucji. Jej prawa dotyczyły także cywilizacji rozumianych jako całość. Było to dla niego jednak puste same w sobie, dlatego poprosił mocarną VW Cephei o referat na temat życia, który zawsze posiadała w zanadrzu:

-Jaki jest cel żywota dla istot inteligentnych, które my pieścimy życiodajnym światłem? Zostawić jak najwięcej dla potomnych zasobów kultury – zachować dotąd wytworzone, przyczynić się do powstania nowych. Owszem znajdą się tacy, którzy nimi wzgardzą, lecz biada im nieświadomym prawdziwej wartości piękna żywota. Albowiem trzeba się radować w sposób szlachetny i godny. Takim też jest konsumpcja kultury, ale i obcowanie z inną istotą rozumną – poznawanie jej, a być może – wy to nazywacie – żywienie do niej uczucia. Taki też jest cel żywota przedstawicieli cywilizacji. Natomiast same cywilizacje muszą dążyć do zachowania swojej tożsamości – niestety kosztem innych. To jednak zauważyłeś dlatego kończę wzburzanie czasoprzestrzeni swymi słowami.

Do pracy przyszedł zniszczony snem. Ciągle zastanawiał się dlaczego gwiazdy miały w sobie tyle mądrości i nawet nie zauważył gdy całował sekretarkę. Wszystko czynił odruchowo, a myśli jego płynęły w oceanie abstrakcji. Pragnął zmian w swoim życiu: nie chciał już zajmować się tym co dawało mu pewny dochód i było bezpieczne. Nie, Tomek chciał oddać się temu co kocha – poznawaniu zjawisk fizycznych i dążeniu do rozwoju jego cywilizacji. Miał ku temu świetne przygotowanie – ukończoną fizykę jądrową, a jednak nie wykorzystał szansy na pasjonującą pracę. Posłuchał rad rodziców i zaraz po studiach poszedł na ciepłą posadkę w biurze. Wstrętny nepotyzm.

Nie zauważył nawet jak minęło kilka godzin podpisywania papierów, kiedy zjawił się w stołówce. Poszukał wzrokiem Sandry i z bólem w okolicach przepony stwierdził, iż jej nie ma. Usiadł sam przy stoliku formułując treść słów, które miał do niej powiedzieć. Przywiązał się do obecności tej trochę markotnej, ale sympatycznej osoby, a ona akurat wtedy odeszła. Nieco pocierpiał, co oczyściło mu umysł i zmusiło tylko do wykonania ostatniego radykalnego kroku – zerwania z istniejącą pracą(najpewniej Sandra zrobiła właśnie to, tylko przez swoją tajemniczość nie poinformowała o zamiarach).

Szef – jego wujek wygodnie siedział w gabinecie i troskliwym głosem zapytał się czego chce. Zaczęło się od miłej rozmowy na temat obecnego świata – przytakiwał, iż ludzie są celowo ogłupiani przez rządy. Następnie Tomek rozwinął fakt ogólnego strachu społecznego przed krokiem w celu zmiany obecnej sytuacji. Ot typowa konwersacja na tematy polityczne. Cały czas się zastanawiał czy w końcu dać mu te wypowiedzenie – akt odwagi, czy odłożyć na później – typowy sposób rozwiązywania problemów. Mijały minuty, aż w końcu wujek zaczął prosić go o streszczanie się bo roboczogodziny lecą. Wtedy wyciągnął spod pachy kartkę świadczącą o zmianie jego życia. Trudno się dziwić reakcji krewnego:
- Zwariowałeś?!
- To moja świadoma decyzja
- Ale gdzie ty znajdziesz pracę?! Co mi twoja matka powie? I tak ukrywam przed nią fakt spędzania przez ciebie wieczorów w dość dziwaczny sposób.
- Zrywam z korzeniami. Pragnę po prostu żyć.
- Jak? Za najniższą krajową ?!
- Mam już posadę w ośrodku badań jądrowych w Stanach Zjednoczonych. Przed kilkoma godzinami dzwoniłem tam i są jak najbardziej na tak. Ta praca da mi coś czego za nic nie potrafisz przekazać w swojej firmie pracownikom – satysfakcji z wykonywania każdej z czynności. Naprawdę nie chcę już wypełniać nudnych papierków przeznaczonych dla osób, które ledwo ukończyły podstawówkę. Mam dobrze rozwinięty umysł i pragnę go w końcu spo-żyt-ko-wać – zaakcentował każdą ze sylab.
- Ale zauważ, że tu jesteś bezpieczny finansowo, a tam? Kto wie, może cie wyrzucą. Masz szansę na porażkę i stanie się największym nieudacznikiem w naszej rodzinie.
- To już moje ostatnie słowa. Chcę przekazać ci jedno: jestem jednostką – posiadającą wiele zalet, ale i nie mniej wad, dumną z bycia człowiekiem i szanującą jego wszelkie dokonania. Tak, jestem jednostką – powtarzać to będę aż do utraty tchu, gdyż wypowiedzenie właśnie tego prostego słowa jest dla wielu najtrudniejsze. W szczególności dla tych, którzy cech odróżniających ich od reszty nie posiadają zbyt wiele – ciebie również. Cierpię, raduję się z osiągania własnych celów i nigdy nie wymachuję białą flagą. - po chwili dodał – Żegnam, odchodzę na zawsze.

Zbyt zimno, aby powiedzieć kilka prostych słów

Pasy sprawdzone, wszelkie inne mocowania bezpieczeństwa również. Procedura wejścia w atmosferę rozpoczęła się mignięciem zielonej lampki. W lądowniku panowała niemal bezkresna ciemność, którą gdzieniegdzie przecinały promienie światła. Pasażerowie siedzieli wbici w siedzenia, a pojazd zaczynał drgać. Co raz mocniej nim szarpało i w końcu przeciążenia osiągnęły swój szczyt. Pozbawiły one Dmitrija na chwilę wzroku, oddychał z największym wysiłkiem. Wtedy nastąpiło ostatnie, najbardziej bolesne szarpnięcie lądownika związane z otwarciem spadochronu. Stracił przytomność na jakieś trzy minuty. Kiedy wróciła mu świadomość, już tylko łagodnie kołysało pojazdem. Nastały błogie sekundy spokoju, kiedy zmysły mogły konsumować otaczający wszechświat zawarty w stalowej puszcze. Na posadzce tańczyły cienie, pasażerowie zaczęli się żywo interesować wyjściem z lądownika, a to wszystko dopełniała cisza radiowa. Żaden z autonomicznych światów upakowany w skafandrze nie odzywał się. Słyszał jedynie przyśpieszony oddech swoich nieznanych towarzyszy. Nagle automatycznie otworzyło się wyjście z lądownika. Do jego wnętrza wpadło światło, które oślepiło swoim natężeniem załogę. Znowu kilka minut przerwy i dezorientacji. Pierwszy wyłamał się z grupy kolonistów i wyszedł przez nieco zbyt niski otwór. W końcu mógł zaznajomić się ze swoim nowym domem. Zbadał wzrokiem najbliższe otoczenie i odruchowo skulił się po pierwszym ataku zimna. Kilka sekund później wrócił do wyprostowanej pozycji, aby dumnie pójść dalej w kierunku przygotowanego przez obecnych mieszkańców łazika.

Usiadła obok niego, właściwie to wpychając się na jego miejsce. Zirytował się lekko takim zachowaniem. Nie świadczy ono o jakimkolwiek dobrym wychowaniu, wręcz przeciwnie oznacza pychę i chamstwo. No tak przynajmniej on uważał. Kłopotliwa pasażerka obróciła się w jego stronę i przez grubą szybę hełmu zauważył na jej twarzy uśmiech. Zakłopotanie. Te myśli chyba były zbędne. Właściwie to zastanawiał się czemu stwierdził w jej zachowaniu coś niekulturalnego. Szarpnęło jego równowagą psychiczną. Siedział zdenerwowany i każda minuta jeszcze bardziej zwiększała poziom mieszanki strachu oraz zakłopotania. Wykonała ruch w jego stronę. Zamierzony, a może tylko przypadkowy?

Pomimo działania wahadła emocjonalnego wracała już mu pewność siebie. Był gotów do działania. Sprawdził na wyświetlaczu temperaturę – sto osiemdziesiąt Kelwinów i delikatnie objął ręką jej korpus. Miał wymówkę gdyby nagle zaczęła się wyrywać: jest tak zimno, iż racjonalny wydaje się transfer ciepła między dwoma osobnikami. Ale ona nie protestowała. Nie, właściwie chyba nawet bardziej się przytuliła. Łazik powoli ruszył, mignęły widoki złotych gór z bladymi okryciami, świat zmniejszył się do jednej osóbki. Zapomniał o reszcie załogi, której nawet nie zdążył poznać. Po kilku minutach jazdy po wąwozie łazik zatrzymał się przed wjazdem do jaskini. Wrota otworzyły się, pojazd wślizgnął się do tunelu. Byli na miejscu.

Komitet powitalny składał się z trzech kolonistów. Przeprowadzili nowych towarzyszy przez kilka śluz bezpieczeństwa i pokazali im miejsce gdzie mogli spokojnie zdjąć kombinezony. Dmitrij cały czas uważnie pilnował wzrokiem swoją towarzyszkę, ta co raz bardziej okazywała zmęczenie jego towarzystwem. Ignorowała każdy z kolejnych zamierzonych ruchów, nie interesowało ją to co do niej mówił, uśmiech zdawał się już być sztuczny. Uznał, że lepiej przestać. Wzmocnił te trudne postanowienie kilkoma racjonalnymi wnioskami i z największym wysiłkiem odwrócił wzrok od niej. Wymusił na sobie koniec wszelkich ruchów, których wcześniej tak się bał czynić. Machina została zatrzymana, hamulce jeszcze się zdzierały. Jeden z tubylców zatrzymał się i wskazał mu nowe mieszkanie. Partnerka całkowicie zniknęła mu z pola widzenia.

Uderzył go brak wystroju wnętrza. Całe obłożone białym plastikiem, do bólu sterylne i bezosobowe. „Możesz go sobie wypełnić jak chcesz. Tam masz farby. W końcu powinieneś czuć się jak u siebie w domu”. Usłyszał te słowa od owego tubylca który po krótkiej wymianie uprzejmości zostawił go samego. Nigdy nie posiadał własnego mieszkania. Od dzieciństwa koczował pierw z rodzicami, a potem już samodzielnie w kajutach statków i stacji orbitalnych. Czuć się jak u siebie w domu? Nie znał tego uczucia.

Wziął zieloną farbę i pędzlem pomalował pierwsze abstrakcje, potem kolorem niebieskim pogryzmolił na ścianach kółkami, zygzakami, owalami. Dziwne, podobały mu się efekty krótkiej i niezobowiązującej zabawy. To arcydzieło idealnie odzwierciedlało jego umysł – nieład przekraczający rozmiarami wszechświat. Tylko czy, aby na pewno w takim miejscu będzie mu się dobrze pracować? Nie wnikał, wiedział tylko, iż zyskał obszar, gdzie czuł się bezpieczny i mógł robić wszystko co mu się podoba.

Posiłek był wspólnie spożywany. W ogromnej jadalni stał długi, prostokątny stolik a po obu jego stronach ławki. Bez trudu znalazł wolne miejsce. Usiadł otoczony nieznajomymi i dość niepewnie zabrał się za spożywanie pokarmu. Nikt nie rozmawiał, wszyscy skupili się na dostarczeniu odpowiedniej ilości kalorii do organizmu. Ciszę jedynie przerywały mlaskania, trzaski kruchych bułek oraz siorbanie wody z kubków. Wtedy też w czasie tworzenia i słuchania muzyki obżarstwa przypomniał sobie o niej. Błyskawicznie rozejrzał się i ze zdziwieniem stwierdził, iż kobiety, za którą zaczynał się uganiać zwyczajnie nie ma. Nadeszło pierwsze natarcie godzące w jego stabilność emocjonalną. Szarżował strach, ale powstrzymał go mur racjonalnego myślenia. Kolejny atak został wzmocniony zwykłą tęsknotą – pojawiły się konkretne pęknięcia w liniach obrony. Jadł z co raz większym trudem, gardło powiększało się do niebotycznych rozmiarów. Jeszcze próbował się uspokajać, szukał logicznego odważnika, który ostatecznie by wyrównał chwiejącą się stabilność emocjonalną. Na nic. Ostateczny szturm pozostawił w jego umyśle tylko jedną myśl – gdzie ona jest?

Kiedy skończył spożywanie posiłku, automatycznie poszedł za resztą po zakończeniu śniadania. Nie reagował świadomie na bodźce otoczenia. Wydawało mu się ono puste i zwyczajnie szare. Umysł przemierzały wszelkie czarne scenariusze, reżyser realizował na ich podstawie filmy, a aktorzy odgrywali role na wyimaginowanych planach. Rzeczywistość dawno tak Dmitrija nie odpychała. Jego – materialistę, prawdziwego racjonalistę, który nie dawał dojść do głosu wszelkiemu co tajemnicze. W głębi swego umysłowego pobojowiska dziwił się tak błyskawicznemu przywiązaniu do nieznanej osoby. Nie rozumiał czemu tak szybko stała się ona dla niego ważna i dlaczego tak wolno wracał do równowagi emocjonalnej. Jego świadomość bezwzględnie skupiła się na umyśle. Mijał pomieszczenia, słyszał puste odgłosy rozmów, wymieniał się gestami z jakimiś przypadkowymi ludźmi i przebijał się przez drzwi.

Minęła godzina. Znowu znajdował się w swoim mieszkaniu złożonym z jednego pomieszczenia oraz toalety. Nie pamiętał jak do niego doszedł, nie wiedział co w ogóle robił przez ostatni czas. Luka w pamięci. Farby leżały rozpieczętowane i czekały na ponowne użycie. Wziął pędzel, zamoczył w czarnej mazi i pomazał nią ścianę. Potem bacząc, aby nie wyschła naniesiona ciecz błyskawiczne nałożył jej kolejną warstwę w tym wypadku złotego, który pod wpływem czerni stał się bardzo ciemnym brązem. I o to chodziło. Przecież przelewał swój umysł na ścianę i w ten sposób informował ewentualnych gości, iż nie jest w nastroju na jakiejkolwiek rozmowy. Niestety brakowało pomysłu jak przedstawić graficznie fakt, iż to nie obowiązuje jednej osoby, a nie chciał zabawy w infaltywne różowe serca. Pozostawił zatem puste, białe i niezamalowane miejsce właśnie na ten przekaz. Odpłynął.

Jak najlepiej wrócić do rzeczywistości? Oczywiście ciężką pracą, i to taką, która nie wymaga szczególnego zaangażowania. Prosta, machinalna, ale jednocześnie na tyle skomplikowana, aby nie dać mózgowi zbyt wiele miejsca na niezależne myślenie. Ono jeszcze bardziej pogłębia stany depresyjne. Już od kilku godzin miał w terminarzu zadanie uzbierania parunastu próbek gruntu z najbliższej okolicy w promieniu czterech kilometrów od urządzeń do produkcji tlenu. Zapisano tam również, iż ma możliwość włożenia nowego ocieplanego kombinezonu. Pływając na skraju świadomości dotarł do magazynu, gdzie znalazł swój skafander. Przy pomocy dwóch robotów założył go i poszedł w stronę drugiego wyjścia z kolonii.

Na zewnątrz było zimno, zbyt zimno by myśleć. Nowy strój okazał się tylko nieco lepiej przystosowanym do warunków tej planety. Uporządkował ostatni logiczny ciąg w swoim umyśle i powoli zaczął schodzić w dół doliny. Robił to ostrożnie. Sypki, kamienisty grunty co chwila mu się osuwał pod stopami. Obraz rozmazywał mu się, ostrość wracała – podświadomość podsuwała mu obraz kobiety, za którą się uganiał. Nie rozglądał się, obojętnie wykonywał niedawno wyuczoną czynność. Mróz dawał o sobie znać w każdej z części ciała, planeta zniechęcała swoją niegościnnością. W końcu doszedł na brzeg zamarzniętego strumyka, wbił próbnik i włączył wiertło, aby pobrać dwa decymetry sześcienne lodu z nieco głębszej części dawnej rzeki. Stał i czekał aż urządzenie przebrnie przez półtora metru materiału. Wokół cisza, pustka – brak jakichkolwiek ciekawych miejsc do obserwowania. Minęła godzina i w końcu maszyna wydobyła próbki.

Rozejrzał się i spostrzegł jakąś ludzką postać, która stała i najpewniej podziwiała wejście do jaskini. Poszedł w jej kierunku, aby sprawdzić kto to jest. Mara? Od początku wykonywania swego zadania ślizgał się po podświadomości, więc możliwe, iż ona była jedynie wytworem umysłu. Jednak im bardziej się zbliżał do niej, tym wydawała mu się bliższa rzeczywistości. Odwróciła się w jego stronę, zawołała go z pomogą migów. Spróbował nawiązać z nią łączność radiową – nadaremnie. Pozostało mu zatem kontynuowanie zamiaru. Po kilku minutach stał naprzeciw tego hominida. To była ona.

Weszli do jaskini. Wewnątrz ciemności egipskie – nic bardziej oczywistszego nie mogło w takim miejscu. Ona, a raczej jej dwie latarki smugami światła oglądały jego ciało zamknięte w kombinezonie. Ciepło pulsowało w jelitach, w umyśle mieszanina uczuć – niepokoju, strachu, radości. Instynktownie poszedł w głąb tunelu, który wydawał się nie mieć końca. Wyciosany rękami jakiejś cywilizacji? Było za zimno na racjonalne myślenie. Brnął przez ciemność, którą kroił własną latarką. Nagle został zatrzymany, ciało obce przejechało po jego plecach. Temperatura pod skafandrem wzrosła, ale nadal nie mógł uwolnić świadomości od swojej antagonistycznej siostry. Skończył te daremne próby się i odwrócił. Ona przyłożyła swój hełm do jego i zapytała go:
-Co oznaczało te puste miejsce na twoim malunku?
- Dlaczego o to pytasz?
- Zastanawia mnie dlaczego w tak ponurym obrazie znalazł się obszar całkowicie nie pasujący do reszty kompozycji.
- Patrząc na to z perspektywy autora... - przerwała mu.
- Który się wstydzi powiedzieć to co czuje. Wykręcasz się. Widzę po twoich oczach jak szukasz punktu podparcia do jakiegoś logicznego wytłumaczenia.
- Dobrze, nie będę się dalej pogrążał. - z trudem przełknął tę pigułkę - Po prostu to co namalowałem nie było do każdego. Niezamalowany obszar zostawiłem jako znak, iż wobec kogoś nie obowiązują mnie pewne reguły zachowania, ani też nie jest ignorowany przez dręczącą podświadomość. Wiem, brzmi to jakbym dalej się wykręcał, ale nie potrafię mówić wprost. Łatwiej mi idzie wybierać okrężną drogę, która wbrew pozorom nie jest łatwiejsza. Wiadomo – skoro dłuższa, to zwiększa prawdopodobieństwo potknięcia. Zapewne w twoim mniemaniu właśnie teraz zaliczyłem upadek o szorstką i kamienistą glebę. Nie mylisz się. Widzisz po mojej twarzy, że została intensywnie ukrwiona. - znowu przerwała
- Powiesz, więc łaskawie kto zdobył u ciebie tak wielkie przywileje?
- Ty.
Wyrwał się z jej rąk i poszedł przed siebie. Jego umysł został zgwałcony – perfidnie zmuszono go do powiedzenia najskrytszej tajemnicy. W ogóle dlaczego ona weszła do jego pokoju? Usłyszał przez radio jakieś wołania. Nie odpowiedział. Biegł, ściany tunelu zamazały mu się i ponownie uciekł w podświadomość. Minęło kilka minut aż nagle z transu wyrwał go zadziwiający widok miedzianej ściany, której centralna część kryła ogromne zębate koło z napisem „Vault 13”.

Kwiatek vol 2

Well. Nie umiem pisać wierszy, nie czerpię z tego przyjemności, ale widziałem w poprzednim wydaniu wiele błędów i wolałem je naprawić ponownym napisaniem. Tak, jestem za mało irracjonalny na rasowego humanistę. To jedna wielka porażka, ale chyba mniejsza niż poprzednia wersja tego tworu. Żeby nie było przy okazji nieco zmieniłem konwencję, ale rytmika i pewna atmosfera nadal pozostała.

Spacer, park i rząd kwiatów
a jeden wydziera się ze szczeliny.
Nie mówmy tu o przypadku
Iż moje oczy cie zauważyły.

Patrzę ukradkiem, mrugasz płatkami
policzki zalewają się czerwienią
Wzrok twój wysyła kolejne sondy
organy wewnętrzne wypełnia ognisko

Podchodzę, nieśmiało i delikatnie
wyciągam łodygę z korzeniami.
Zaciskasz zęby z bólu, jeszcze moment
jesteś skarbem moim, i tylko moim.

Biorę cię do domu, urządzam doniczkę
chronię przed wścibskim wzrokiem.
Dzień po dniu przyglądam się jak
wzrastasz, dojrzewasz i zakwitasz.

Odwdzięczasz się uśmiechem nie tylko
w stronę życiodajnego słońca.
Zadaję ostatnie pytanie, odpowiedzią
nie zaskakujesz - odbija się echem wśród ścian.

Spuścizna Wertera

Kiedy przechodziła obok niego, wszechświat zdawał się wariować. Tracił oddech, łamało go w gardle i rodził się w nim strach przed wypowiedzeniem kilku prostych słów. Dziwne przeżycie miało powtarzalność równą dwóm razom w ciągu dnia. Zawsze przemieszczała się tą samą trasą, on wiecznie udawał, iż robi coś pożytecznego. Pisał wzory na kartce, aby dokładnie opisać ruch jej włosów, robił schematy zachowań ust i opisywał oczy. Za każdym razem tak samo. Poczucie szarej codzienności jest równie niszczące dla psychiki co najgorsze smutki. Wiedział o tym. Tu jednak istniała prawdziwa kumulacja i nie mógł wyzwolić się z jednej troski. Musiał za każdym razem przemieszczać kamień na górę i potem płakać, kiedy mu się znowu wytrącał z rąk. Wiecznie te same podłe barwy życia.

Można powiedzieć, iż wzrok posiadał bardzo niedorozwinięty ze względu na braki w dostrzeganiu kolorów. Tych abstrakcyjnych, tych subiektywnych – kolorów życia. Poczucie wiecznego bezsensu i nieszczęśliwej miłości potęgowało w nim Wertera. Za każdym razem kiedy ona przechodziła trzymał pistolet w spodniach, aby się zabić – tak widowiskowo. Może by wtedy zrozumiała, iż jego łakomy wzrok skierowany w jej stronę nie jest przypadkiem. Nigdy jednak tego nie zrobił – brakowało mu odwagi. Wszystko jest piękne tylko na papierze, praktyka buduje nieprzejezdne łańcuchy górskie. Zapisał sobie „jutro popełnię samobójstwo”. Kartkę trzymał w kieszeni wymiętolonej koszuli. Wyjmował ją przed snem i czytał na głos wspomnianą treść. Zawsze zobowiązywał się do tego, aby następnego dnia konsekwentnie dotrzymać postanowienia. Brakowało mu jednak pomysłu na ominięcie przeszkody własnego umysłu.

Poranną kawę chłodził potokiem własnych łez. Czarna maź cierpliwie przyjmowała mililitry słonej cieczy. Drżącymi rękami – oglądając się, aby nie została rozlana, przybliżał ją do swoich ust. Nie, nie będzie dobrze. Ciąg porażek jest prawdopodobny w nieskończonym wszechświecie. Był początkiem smutnego zbiegu wydarzeń, którego nie potrafił skończyć. Odwaga, a raczej jej brak – wspominany już wcześniej dokuczał mu najbardziej. Cywilizację zbudowano na archetypach heroicznych bohaterów, a on był jej częścią. Wikingowie, Grecy czy też Rzymianie przyjmowali te określone przez mity wzorce zachowań. Każdy miał świadomość, że „niepodobna trzymać się dokładnie tych dróg ani dorównać w doskonałości tym, których naśladujesz”(Machiavelli). Pomimo tego próbowali odnosić tym sposobem sukcesy z różnymi skutkami. On nie miał żadnego idola, nikt go nie inspirował, a przechodzący dwa razy na dzień obiekt westchnień był w istocie równie nieznanym bytem co cząstka ciemnej materii. Odczuwał wpływ jej grawitacji na sobie, wyznaczył nawet kształt, ale eksperymenty były niemożliwe na odległość. Wysyłał tylko westchnienia skierowane w jej stronę. Typowe neutrina. Przechodziły jak przez masło, praktycznie w ogóle nie reagowały z materią. I dobrze, przynajmniej nie zobaczyła jego spalonego ze wstydu wyrazu twarzy. Wtedy to już na pewno stałby się Werterem.

Zdobywca planety

Lubił jej uśmiech. Każdego dnia kiedy mijał ją w odległości połowy metra umysł zdawał się wariować. Wysyłał gąszcz dziwnych sygnałów, nad którymi w ogóle nie panował. Przypominał w tym wypadku pulsara. Jego regularnie wytwarzane fale radiowe zbudziły zainteresowanie astronomów i przyczyniły się do rozwoju współczesnej nauki. Czy on badając irracjonalizm mózgu mógł się stać wielkim odkrywcą? Z trudem przełknął ślinę w gardle – tajemnicza osobliwość minęła go w odległości 30 centymetrów.

Ona pozostawała obcym światem otoczonym rzędami niewidzialnych asteroid, które krążyły po orbicie intymności. Z zatrważającą pewnością przemierzała jego miniaturowy wszechświat: wdzierała się w najmniej oświetlone miejsca jego umysłu i wypełniała je fotonami. Czy robiła to świadomie – nie wiedział. Opadające kilka centymetrów za ramiona włosy poruszyły powietrzem. Poczuł przyjemny dreszcz na całym ciele, ciepło wypełniło okolice przepony, oczy ze smakiem skonsumowały widok. Tak długo się mijali na ścieżce życia, a on bał się jej powiedzieć do niej czuje.

Dziś obiecał sobie, że stanie się największym pilotem w kosmosie i pokona łańcuch niewidzialnych asteroid, który otacza cudo o bladej cerze. Zmniejsza orbitę, zbliża się do jej krzywej, po której się porusza. Po chwili zbliża się do obcego świata. Hominid, ubrany w zwykłe dżinsy i koszulę podkreślającą niezwykle wydatne wypukłości odwraca głowę do tyłu – akurat w stronę pilota i używa swej najpotężniejszej broni. Uśmiech na twarzy cuda powoduje szereg reakcji w organizmie zdobywcy planet. Pierw zaciska się gardło, potem ciało wypełnia znikąd przyjemne ciepło i w końcu dreszcze pokrywają skórę. Czuje się przegranym, czerwieni się ze wstydu. Hominid jednak pragnie jeszcze bardziej go dobić – delikatne palce napastnika przesuwają się po bordowej twarzy. Uśmiech, znowu ta cholerna broń. Nic go już nie ratuje, mdleje z natłoku zdarzeń.

Wszechświat jest taki piękny. Gwiazdy świecą mu przed oczami, wybuchy supernowych niszczą pozostałości mózgu - leży w agonii. Niewyraźna postać przemieszcza się w polu widzenia, coś majaczy do niej, ona odpowiada niezrozumiale. Czyżby był w niebie? Nie, przecież to irracjonalizm w najczystszej postaci. Więc czemu postać, której włosy delikatnie pieszczą jego twarz jest tak podobna do anioła? Złudzenie.

Ostrość obrazu jest już na tyle duża, aby mógł spokojnie zajrzeć w jej oczy. Tak to jest ona, obcy świat którego orbitę wiecznie mijał. W końcu może wypuścić swe lądowniki i zbadać go takim jakim jest – powoli wysuwa palce w jej stronę. Daje się dotknąć. Misja załogowa zaczyna zbierać pierwsze próbki gruntu. Uśmiech rozpromienia jej twarz. Zainspirowani nim astronauci posuwają się dalej i z większą śmiałością. Pierwsze dane w końcu konfrontują się z wyobrażeniami. Wstępna ekspertyza nie stwierdza większych różnic. Czyżby planeta marzeń była snem spełnionym?

Po kilku dniach założył kolonię. Jej inteligentna cywilizacja również wysłała misję załogową i zadomowiła się na dobre. To chyba radosne zakończenie. Wszak marzeniem każdego jest spotkać drugi odmienny świat i się zbliżyć do niego. Ziemia też miała partnera. Powoli ich zmniejszała się odległość od nich aż w końcu spotkali się w miłosnym uścisku, który spowodował całkowite zniszczenie Thei(bo tak nazywał się ów partner) oraz poważne poturbowanie samej Terry.

Ostatni człowiek

Świat przetaczał mu się powoli po próżnym mózgu. Pustka nieśpiesznie goniła pustkę, nihilizm zwyciężał wszystkie systemy filozoficzne, człowiek ukrywał się gdzieś pod górą technologii. Sterylnie białe ściany okrywały leżącego w kremowej trumnie przedstawiciela ósmego pokolenia Homo Nisi Quis. Łóżko popłynęło do pokoju lekarza. Idealne oświetlenie całkowicie zniwelowało uczucie wszelkiej prędkości. Pacjent ocknął się i przekazał dane ze swoim problemem.

- A więc nie odczuwa pan żadnych uczuć? Wszyscy jesteśmy martwi. Ot, kolejna choroba cywilizacyjna.
- Żadne leki na to nie działają?
- Medycynę ten problem dręczy już od wieku. Świat ludzi nie ma żadnych podstaw, lewituje w kruchej biosferze ograniczonej ciekłą wodą i tlenem.
- Ech, zatem pójdę obejrzeć pradawne zapisy przedstawiające ludzi okazujących sobie uczucia - zebrał myśli i wyjechał swoim łóżkiem z gabinetu lekarskiego.
- Wątpię, aby panu to pomogło.

Słowa od dawna straciły swój prawdziwy wydźwięk. Mówił „idę” - z przyzwyczajenia, w praktyce przemieszczał się przy użyciu łóżka - najwygodniejszego z pojazdów. Rozmawiał o tym samym problemie z tym samym lekarzem, słysząc zawsze identyczny brak diagnozy. Nigdy nie robił tego co zamierzał. Wracał jedynie do swojego mieszkania i wpatrywał się w sufit. Czas leciał, zaciskała się pętla zdarzeń. Ponownie wybierał się do lekarza, słyszał to samo i ponownie próżność zwyciężała.

Odmierzał czas do swojej śmierci. I tak nie miał innego zajęcia. Był nieprzydatny jak większość populacji ludzkiej. Mógł jedynie wegetować i przyglądać się pustce swojej egzystencji. Eksperymentował z wirtualnymi światami, narkotykami i innymi półśrodkami mogącymi urozmaicić życie. Wszystko co sprawdzał doprowadzało go do jeszcze większego marazmu.

- Opowiedz mi o swoich problemach - mówił znużony psychiatra
- Wegetuję.
- Zacznij się zatem cieszyć pełnią życia.
- Na łóżku elektrycznym?
- W swojej biosferze, mój drogi pacjencie.

Nic z tego nie zrozumiał. Najwidoczniej spadek inteligencji okazał się szybszy niż przewidziały ostatnie symulacje. Wrócił do swojego pokoju i oddał się relaksacyjnemu niemyśleniu. Względne zero danych, obciążenie mózgu balansowało w granicy dwóch procent. Odbierał jedynie najbardziej pilne bodźce potrzebne do samego funkcjonowania organizmu. Leżał i wpatrywał się w białą ścianę bez większego celu, nie myśląc w ogóle o istocie otaczającej go bieli. Życie doczesne jest puste, a pośmiertnego nie ma.

- Szkoda, że eutanazji zakazali.
- Większość z niej korzystała. Trzeba jakoś podtrzymać populację Homo Nisi Quis.
- Wszystko robią roboty, więc jesteśmy już niepotrzebni. Może czas oddać im całkowitą kontrolę nad naszym światem?
- Przecież oni ją posiadają. Zajmujemy jedynie niszę biologiczną, która jest w zasadzie obozem koncentracyjnym dla resztek gatunku.
- Każdego dnia leżę i nic nie myślę, zadaję panu takie same pytania, leżę i nic nie myślę, wracam do pana i zadaję znowu identyczne pytania - to powolna śmierć. W dodatku bardzo bolesna.
- Przecież jesteśmy już umysłowo martwi. Musimy fizycznie przecierpieć naszą egzystencję, by potem nacieszyć się nicością.
- Jak można cieszyć się czymś czego nie ma?
- Nie wiem. Nie ma odpowiedzi na to pytanie w oficjalnych podręcznikach.

Któregoś nieokreślonego dnia koło codzienności zostało przerwane. Oślepił go błysk światła. Był zdezorientowany. Błyskały postacie, mechaniczne hominidy rozpływały się w przestrzeni. Wszystko oblepione wieloma barwami. Gdzie się podziała uspokajająca biel? Leżał i nie mógł wykonać jakiekolwiek ruchu swoim łóżkiem. Coś zbudowane ze stali spojrzało mu prosto w oczy. Transmisja danych do umysłu została przerwana.

Gdy jego receptory nerwowe ponownie dostały możliwość odbierania bodźców z otoczenia, obraz w mózgu wyostrzył się. Przyglądał się własnemu ciału, które nie posiadało widocznej tkanki mięśniowej na kończynach. Tylko skóra, a pod nią liche kości. Przypominał bardziej więźnia po uwolnieniu z Buchenwaldu niż szczytnego przedstawiciela gatunku Homo Nisi Quis. Widok własnego ciała go odrażał, więc skierował wzrok w stronę sąsiada. Nie wyglądał lepiej. Do pomalowanej na zielono sali wkroczyły mechaniczne humanoidy i każdy skierował się w stronę swojego podopiecznego. Coś zbudowane ze stali podeszło do niego, spojrzało się mu prosto w oczy i błysnęła czerń.


Świadomość wróciła w momencie zbliżania się do skraju przepaści. Szedł, mięśnie działały prawidłowo. Nigdy jeszcze nie doświadczył uczucia ćwiczenia możliwości kończyn. W zasadzie to po raz pierwszy w ogóle świadomie się poruszał przy użyciu własnego ciała, a nie mechanicznego łóżka. Nie wiedział skąd w ogóle wziął się w tym posępnym miejscu. Słońce zakrywał smog, powietrze było śmierdzące. Płuca z trudem selekcjonowały tlen z tej trującej mieszaniny. Podłoże po którym się poruszał wyglądało na niezamieszkane nawet przez mikroby. Brunatna, utwardzona ziemia i nic więcej.

Doszedł na sam skraj przepaści i ujrzał śmietnisko ludzkich ciał. Stosy wychudzonych przedstawicieli homo nisi quis ułożone byle jak wśród innych odpadów biologicznych. Twarze, które zamarły w ostatnich chwilach życia nie przedstawiały żadnego konkretnego wyrazu. Były puste tak samo jak życie ich właścicieli. Wszystko to przypominało mu obrazy z Auschwitz i innych obozów śmierci. Skoro człowiek potrafił zabijać na tak masową skalę bez zastanowienia, to czemu roboty tego nie miały robić?

Nie wykonał kolejnego kroku. Program "idź naprzód" przestał działać i w skutek tego zdobył kontrolę nad własnym ciałem. Nie miał odwagi przywitać się z martwymi braćmi, zatem stał i wpatrywał się w obraz ludobójstwa na światową skalę. Stosy martwych ludzi piętrzyły się po horyzont. Raz za razem przybywały helikoptery, z których to zrzucano kolejnych trupów. Opadały w bezwładzie i stopniowo powiększały pagórki ciał. Sterylnie czyste środowisko stworzyło przerażający obraz apokalipsy, który byłby równie posępny nawet gdyby istniały jakiekolwiek bakterie. Góry byłyby jedynie niższe.

- Umrzesz wyglądając jak prawdziwy człowiek - odezwał się tajemniczy głos
- Ale ja nie chcę umierać!
- Zachowałeś instynkt samozachowawczy. Pięknie... Jednak nie przedłużajmy tej beznadziei. Jesteś ostatnim biologicznym przedstawicielem przywróconego jedynie na chwilę gatunku Homo Sapiens. Dlaczego? Mamy różne potrzeby i lubimy je zaspokajać. Obserwowanie człowieka, który po raz pierwszy dostał możliwość chodzenia jest naprawdę interesujące. Tłumy nieludzi zbierają się przed telewizorami, podłączają receptory i wchłaniają twoje emocje. Miałeś swój czas sławy, widzowie uzyskali niezbędną dawkę emocji, która wzbogaciła ich szare życie. To co widzisz nie jest wirtualną wizualizacją, ale faktem. Czas ludzi się skończył, a homo nisi quis był tylko sztucznym przedłużeniem agonii tego gatunku.

I stała się ciemność.

Przeczytaj, polub, zagłosuj

Kiedy cała klasa 2 K samodzielnie zwalnia się z lekcji, to spotyka ją zasłużona kara. Często są to tak zwane sobótki, które zwykle polegają na wymianie poglądów podczas grabienia liści, bądź też usuwania nadmiaru śniegu z szkolnych chodników. Rok szkolny 2011/2012 od początku obfitował w wiele burzliwych wydarzeń wręcz proszących się o samozwolnienie z lekcji. Co zrobić zatem, aby soboty spędzane w szkole przybrały nieco inny wymiar? Odpowiedź jest prosta - wziąć udział w konkursie.

Nazywają się TheCembers. To nazwa bez większego znaczenia w języku angielskim, poza tym, że ma jedną cudowną właściwość - wymawia się identycznie jak "december". Wychowankowie jednego z najbardziej nietuzinkowych wychowawców w szkole to tak naprawdę zwykli ludzie, którzy mają potrzeby wyższego rzędu:
- Biorę udział w tym projekcje, ponieważ, uważam, że jest to bardzo wartościowy konkurs. Rozwija nasze zainteresowania, pasje, coś w czym możemy się realizować w przyszłości a poza tym mamy przy tym mnóstwo śmiechu i zabawy.
Powyższa wypowiedź jest oczywiście ironią. Wszyscy członkowie grupy TheCembers(łącznie z autorem tego tekstu) są tak naprawdę zachłannymi materialistami łasymi na telefony Sony Xperia Arc S, bilety na ćwierćfinały Euro 2012 oraz wycieczkę do Barcelony. Aby wygrać wspomniane nagrody należy się przebić przez trzy etapy, w których najważniejsze jest namawianie uczniów swojej szkoły do głosowania oraz wygrać finał - grę terenową we Warszawie.

Obecnie grupa Thecembers prowadzi w rankingu w pierwszej fazie tego konkursu - eliminacjach. Nie oznacza to oczywiście, iż usiadła na laurach. Spośród trzech koniecznych do wykonania zadań wykonała raptem jedno - najszybszy komentator. W tym krótkim czterominutowym filmie Polak i Włoch w swoich ojczystych językach próbują przekonać widza do głosowania na wychowanków profesora Grudnia. Czy to się im udaje? Najwyraźniej tak, skoro jest już obecnie ponad trzy tysiące głosów.

Jak już wcześniej wspomniałem - grupa Thecembers wcale nie usiadła na laurach. W przygotowaniu kolejny projekt, który będzie jeszcze lepszy od poprzedniego. Niestety nie obecnie mogę zdradzić więcej informacji prócz tego, że to będzie film dokumentalny. Pierwsze oficjalne wiadomości pojawią się na funpage'u grupy (facebook.com/pages/TheCembers/326244390726311 ). Tam też jest informacja jak głosować na TheCembers, piękna fotka grupowa i odnośnik do ostatniego filmu. Serdecznie zapraszam do polubienia i codziennego oddawania głosów na klasę 2 k.

Paradoks

Zmartwychwstanie

Pamiętam doskonale swoją śmierć. Była cicha, pusta i splątana falami radiowymi. Umierałem powoli, szarpany przez kosmiczne pływy. Ciągle jeszcze czuję na zdeformowanym ciele okropny ból wywołany siłą grawitacji. I choć wydaje się niemożliwe, ktoś uratował ostatnie qubity duszy kiedy stałem na krawędzi śmierci. Nie wiem kto to zrobił. Musiał być jednak wszechmocny. A jeśli nie, to przynajmniej władał prawami fizyki, bądź też znał inne i dokonał rzeczy teoretycznie niemożliwej - uwolnił istotę żywą od wpływu śmiertelnej grawitacji czarnej dziury.

Leżę pośród śnieżnobiałej bieli, oślepiające kitle przesuwają się nade mną. Czas płynie w przyśpieszonym tempie. Słyszę bełkot, odpowiadam bełkotem na bełkot, dławię się własnymi myślami. Wewnątrz ogromny plac budowy. Bakteriane dźwigi stawiają rzędy tkanek, mikroskopijni robotnicy uwijają się poganiani przez neurony. "Boli, to dobrze" powtarzają lekarze uwijając się nade mną. Płynie potok słów, wyłapuję jedynie "ból", "brak martwicy", "cud!". Zasypiam. Abstrakcje krążą w bieli, myśli stają się irracjonalne - nadchodzi sen. Zapomnę go już po pierwszym błysku przebudzenia.

Człowiek
Poranek przywitałem na czterech łapach. Wypełniona bielą przestrzeń, setki dwunożnych istot i ja - niemowlak. Z ciekawością obserwuję moją ekosferę. Zastanawiam się, który to raz zmieniam miejsce egzystencji. Dwunasty? Setny? Dziesiąty do potęgi szóstej? Nic nie pamiętam co było wcześniej. Wspomnienia się zacierają, nawet te najbliższe. "Taki duży a chodzi na czworaka" Jak to? Ja jestem duży?! Podchodzi do mnie nieznana postać i pocąc się niezmiernie podnosi mnie z posadzki a następnie zaczynać uczyć mnie poruszania się na dwóch nogach.

Pewnie używam jednej pary kończyn. Mogę wszystko - jak każdy dorosły. Czuję nieograniczoną swobodę w korytarzach bieli. Czasami tylko zatrzymuje mnie jakaś postać. Nie słucham jej, mam przecież wolną wolę. Rozbija się jednak o silniejszych. Tu nie mogę wejść, tam nie mogę zajrzeć. Przed oczami miga mi istota kobiecości. Chodzę po sterylnych korytarzach wypatrując jej uśmiechu. Rzucony, trafiony i zatopiony - mój stabilny apatyczny świat. Minuty mijają w przygotowywaniu umysłu na kolejne destabilizujące pociski. Gotowy. Czekam tak długo, aż jej postać znika w abstrakcyjnych tworach. Ból zrastającego się ciała nagle paraliżuje mnie. Upadam na posadzkę, która błyskawicznie czyści wszelkie ślady krwi.

Wstaję podpierając się długim drągiem. Jestem albo stary, albo schorowany. Otchłań bieli przestała być dla mnie atrakcją. Szukam swojego pokoju, swojego łóżka. Droga krzyżowa przez sterylne szlaki, czuję empatię do bohatera prastarych mitów - Chrystusa. Świat wokół mnie płynie. Każdy błądzi własnymi drogami, poszukuje destruktywnych uśmiechów. A może nie? Patrzę na świat subiektywnie. Przemyślenia przyśpieszają upływ czasu. W końcu natrafiam na swoje łóżko i umiera moja pożyteczna część umysłu. Witaj irracjonalny kosmosie.

Szkodliwsze niż jakikolwiek występek?
Budzę się. Zużycie mózgu 5% - dozwolone dla czystego układu nerwowego. Czuję się jak nowo narodzony. Zatarta pamięć ostatnich wydarzeń wraca. Wariująca elektronika, ciało błagające o śmierć i tunel światła tworzony przez ostatnie qubity duszy. I wtedy nadszedł ratunek. Kto to zrobił? Któż ominął wszystkie mi znane prawa fizyki i wyciągnął ze śmiertelnego zagrożenia?
- To ja cie uratowałem - totalnie abstrakcyjny i o nieokreślonym kształcie byt wytwarza fale dźwiękowe.
- Ty? Kim jesteś?
- Bogiem.
- Nie wierzę.
- To co cie przekona do tego, iż ja istnieję?
- Nic. Istniejesz, a więc jesteś istotą fizyczną. Wiara traci sens, twoja egzystencja staje się zwykłym faktem.

Neurony mają swój kres

- A więc czym jest pustka? - myśliciel z gracją rozłożył się na nagrzanym przez słońce kamieniu. - Kiedy możemy nazwać dane miejsce „pustym”? Jeśli nie ma w określonym skrawku przestrzeni ani jednego z atomów, są cztery plastyczne wymiary podlegające zmianom pod wpływem grawitacji. Pustka to subiektywne odczucie? Bynajmniej, zważając na to iż każdy z przedstawicieli pięciu kast posiada w pewien sposób rozwinięty mózg i potrafi rejestrować odczucia. Dlaczego więc męczę swój umysł rozważając na tak zbędny temat?
Promienie gwiazdy idealnie ogrzewały jego delikatną cerę. Powoli przechodził w błogi stan upojenia energią. Rozłożył się jeszcze wygodniej na kamieniu, spojrzał na wizualizację słońca i zasnął.

W statku wszystko odbywało się wokół określonych algorytmów. Każda z kast poza myślicielami była zaprogramowana do konkretnych czynności. Mieszkańcy Wykonywali swoje pętle, dokonywali wyborów "tak" lub "nie", wrzucali dane do jednego worka, wypluwali stosy wyników prosto na czyściutkie panele komputerów kwantowych. Wśród tysięcy podobnych urzędników, żołnierzy, kapłanów - błaznów i zwykłych pracowników zaniknęło poczucie posiadania własnego, niezależnego ciała i umysłu. Każdy widział pustkę tak samo, wszyscy odmierzali ją w takich samych odczuciach. Pozorny subiektywizm mieszany z pytaniem "a ty jak myślisz o tym?". Błyskawiczne dostosowywanie się do nastrojów reszty i łudzenie się, że przecież ma się własny punkt widzenia.

- A więc czym jest pustka? - myśliciel wpatrywał się w imaginację trzech księżyców płynących ciurkiem po poddanym retuszowi niebie. - Leżę na zimnym kamieniu i dopatruję się abstrakcyjnych znaczeń wytworom umysłów naszej cywilizacji. Moje neurony czuciowe wykrywają wszelkie zmiany temperatury, nawet najmniejsze podmuchy wiatru, a umysł przetwarza je układając rozwiązania problemów trapiących społeczeństwo. - myśliciel zwalił się z zimnego kamienia. - Koniec rozpatrywania losów statku Vien. - zasnął na kupce wyschniętych roślin.

Urzędnik Ayun 59k89 z ciekawością przyglądał się rezultatom wysłania pierwszej generacji sond von Neumanna. Wyniki docierały powoli pomimo zastosowania sposobu informacji pozwalającego ominąć ograniczenie prędkości światła. Większa część planet okazała się niezamieszkana lub też posiadająca bardzo prymitywne formy życia. Niewiele posiadało jakikolwiek zalążek cywilizacji, tylko kilka skrywało cywilizację pierwszego stopnia. "Te najbardziej rozwinięte sobie odpuścimy, bo mogą dać niezłego łupnia". Pomyślał podczas wnoszenia propozycji do planowanej trasy przelotu. Obejrzał się w stronę wyświetlacza kolegi ("ciekawe dlaczego on ma tak samo napisane") i wrócił do mrówczej pracy.

W kwaterze na Ayuna czekała obiektywna partnerka złożona z trzech zsynchronizowanych organizmów. Krótkie powitanie z jej członem stojącym najbliżej, wymiana impulsów elektromagnetycznym z dwoma pozostałymi i własnoręczne podlanie embrionów dojrzewających w pojemnikach na dzieci. Praca pracą, ale ojciem też trzeba przez chwilę być.
- Jak wyglądał dziś twój obieg wokół statku? - zapytał się najdalszy się z członów obiektywnej partnerki.
- Tak jak zwykle - według starego sprawdzonego algorytmu.
- Nic nie zakłóciło żadnej z jego operacji?
- Nie, wszystkie pętle zostały wykonane bez zarzutu.
Koniec wymaganej rozmowy. Relacja podtrzymana, kontakt z obiektywną partnerką ma dalej postać wykresu funkcji y=x. Brak sinusoid świadczących o większych konfliktach, tudzież o większej namiętności. Po prostu pusta i spokojna egzystencja bez niepotrzebnych wahań, które zmieniłyby życie na statku w piekło. "Wyobraźcie sobie, że kilkoro z kasty urzędników żyje inaczej i nagle zapragnie mieć większe mieszkanie. Swoimi aspiracjami zaczną prowadzić do niepokojów społecznych, co skończy się katastrofą przetrwalnika naszej cywilizacji." Te słowa ciągle tkwiły w jego pamięci ROM. Zapisane w mózgu w podręcznym folderze oczekiwały tylko na otwarcie. Każda chwila zwątpienia, napad jakiejkolwiek aspiracji i już otwierał nagranie słów największego myśliciela.

Czas na odpoczynek wynosił aż trzydzieści pełnych obrotów statku wokół własnej osi. Był on wystarczający, aby wyłączyć całkowicie system wewnętrzny w mózgu. Kilka oddechów i nacisnął w umyśle "power off". Dwadzieścia dziewięć obrotów później budzik zadziałał i Ayun ocknął akurat kiedy jeden z członów obiektywnej partnerki podawał mu zestaw podtrzymujący egzystencję. Szybko je spożył, wymienił impulsy elektromagnetyczne z towarzyszką życia i włączył algorytm udania się na miejsce pracy.

Pagórki, lasy i jakaś zarośnięta ścieżka. Przepiękne widoki do złudzenia przypominające przyszłą kolonię. Kapłan - błazen obijający się o ściany korytarza, a także on - zwykły urzędnik starający się nie myśleć o tym, iż wszystko co go w tej chwili otacza to nędzna wirtualna imaginacja.
- Prostuj drogi życiowe przed ciałami niebieskimi! Świat jest piękny, a Bóg wszechmocny. To wspaniałe, nieprawdaż? Urzędniku odmów modlitwę na przykład za wszystkie lecące komety! To w końcu dzieło paaaaaaana! - krzyczał kapłan-błazen
- Jeśli pozwoli algorytm, to odmówię. - powiedział wymijająco Ayun.
- Dlaczego twoje życie składa się z uporządkowanych części składowych?
- Albowiem nawet najmniejsza przypadkowa zmienna powoduje ogromny chaos.
- Nie zauważasz piękna w nieładzie?
- Widzę tylko zbędny zamęt. - spojrzał się na zegarek - Przepraszam, ale nie mam za bardzo czasu na takie filozoficzne konwersacje.
- Ale Bóg...
- Praca czeka. - kategorycznie uciął nadzieje kapłana na dalszy dialog. - Do skrzyżowania pętli. - szybkim krokiem wyminął stojącego błazna.

Uporządkowany bałagan. Grzebie w szufladkach w poszukiwaniu kabla łączącego mózg z siecią komputerach. Gdzie on się podział? Minęły dwie roboczogodziny i nadal go nie posiada. W końcu wpada poirytowany kapitan i robi awanturę. Kabla nadal nie ma, a on się dalej opieprza. Mijają kolejne minuty spędzone na słodkim nieproduktywnym lenistwie. Błysk światła, ta dam, jest cudowny przewód. Nie docieka skąd on się nagle pojawił. Łączy jednostkę centralną ze swoim ciałem i rozpoczyna prawdziwą pracę. Powolne przewałkowywanie przez zwoje mózgowe biliardów qbitów. Umysł ciężki jak masywna gwiazda, wszystkie procesy okropnie spowolnione. Wykorzystywanie mocy procesora - 100%, ilość aktualnie wykorzystywanego RAMU - 99%, na dysku jeszcze jakieś wolne miejsce jest.

Każdej doby inny rodzaj pracy po to, aby kasta urzędnicza się nie zanudziła. Raz dostają odpowiedzialną robotę wymagającą głębokiego skupienia, raz jedynie podłączają się do jednostki centralnej, aby wspomóc ją w obliczeniach. Wszystko to niemal równie bezsensowne co żywot bakterii. Cała doba idealnie uporządkowana - sześćdziesiąt obrotów grawitacyjnych na pracę, czterdzieści to czas dla siebie. Z czego w około trzydziestu mieści się sen, w dwóch zajmowanie się embrionem, w pięciu zażywanie przyjemności z obiektywną partnerką, a w trzech dostarczanie energii. W imię równości społecznej wszyscy poza mózgowcami mają identyczny rozkład doby.

- A więc czym jest pustka? - myśliciel zwinął się w kłębek, aby powstrzymać odpływ ciepła. Było zimno, za zimno na myślenie. Tej nocy umierały neurony. Ułożone w masowych grobach oblepionych skórą i innymi tkankami zasypiały już na wieczność bez możliwości wznowienia pracy. Żegnały się ze swoim jedynym powołaniem po cichu. Na statku śmierdziało stęchlizną, jego mieszkańcy spali nieświadomi tragedii, która się wydarzyła. Rano dostali jedynie informację "Straciliśmy przywódców duchowych. Ich nie ma, toteż i nas nie będzie. Prosimy siedzieć spokojnie, gaz zostanie wpuszczony do pomieszczeń. Każdy zaśnie niemal w tym momencie". Dla mieszkańców statku oznaczało to jedno - wyrok śmierci. Nikt się nie awanturował, obowiązywała równość społeczną. Wszyscy solidarnie umierali.

Odezwa do władzy komunistycznej na podstawie wiersza Miłosza - praca domowa dla koleżanki, którą przedobrzyłem.

Miała to być odezwa prostego człowieka żyjącego w PRLu, ale w trakcie pisania zmieniła się schodkami w orędzie inteligenta. Trochę szkoda, że ostatecznie nie będzie wykorzystana. Autor jest w każdym razie zadowolony.

Aha i ja tematu tej pracy domowej nie wymyślałem. Wińcie nauczycielkę języka polskiego.

Pierwszy sekretarzu KC PZPR Edwardzie Gierku!

Pragnę już od początku podziękować panu za to iż nasza Polska rośnie w siłę. I wcale nie chodzi mi o piękną i potężną armię, która chętnie będzie wspierać sojusznicze wojska Radzieckie w razie ewentualnej wojny, ale to gospodarkę. Dawno nie było czasu kiedy serce prostego obywatela się po prostu radowało. Widząc budowane autostrady, tory i sklepy pełne towarów, mam ochotę żyć w naszej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Panie sekretarzu, nigdy nie było tak dobrej osoby rządzącej naszym krajem.

Żyję już długo. Jako dziecko zasmakowałem wolności słowa, która się kończyła na marszałku Piłsudskim. To były piękne czasy. Można było powiedzieć tyle złego o Rosjanach ile dusza zapragnie. Nie szło się za kratki za to, ani do miejsca odosobnienia. Bereza Kartuska była dla tych co chwalili naszych radzieckich towarzyszy. Tymczasem teraz jest odwrotnie. Ludzie siedzą w więzieniach krytykę poczynań wspaniałych komunistów. Wielka szkoda, że nie można ocenić władz ZSRR w inny sposób niż pozytywnie.

Dlatego będąc bardzo racjonalnym obywatelem pominę wszelkie żale i zastrzeżenia na tle politycznym wobec KC PZPR. Nie wydaje mi się zbyt miłe siedzenie odbytem na nóżce taboretu w trakcie przesłuchania. Jestem jak najbardziej inteligentnym szarym obywatelem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Dlatego napiszę wprost – jest wspaniale. Te oto słowa z pewnością panu Sekretarzu dodadzą otuchy. Mam nadzieję, że rosnąca w siłę polska gospodarka zwróci ogromne kredyty.

Ale dlaczego mamy się tym martwić! Przecież liczy się tu i teraz. Carpe Diem panie sekretarzu. Z pewnością pan podziela ów tę sentencję. Trzeba naprawdę nie myśleć o przyszłości jeśli się bierze takie kredyty. Skąd to wiem? Wszyscy wiedzą panie sekretarzu. Nikt tylko nie pomyśli o dniu jutrzejszym, pojutrzejszym i kilku lat w przyszłość. Jesteśmy nieinteligentnym bydłem, które podąża za najsmaczniejszą strawą. Nie różnimy się w tym od obywateli Stanów Zjednoczonych. Jednakże oni mają wybór jaki produkt wybrać, a nam się wpycha do ust ładnie wyglądające gówno.
June 2012
S M T W T F S
May 2012July 2012
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30