Śmietnik literacki

"Pisanie do szuflady to masturbacja" - Lester Del Rey

Subscribe to RSS feed

Kwiatek vol 2

Well. Nie umiem pisać wierszy, nie czerpię z tego przyjemności, ale widziałem w poprzednim wydaniu wiele błędów i wolałem je naprawić ponownym napisaniem. Tak, jestem za mało irracjonalny na rasowego humanistę. To jedna wielka porażka, ale chyba mniejsza niż poprzednia wersja tego tworu. Żeby nie było przy okazji nieco zmieniłem konwencję, ale rytmika i pewna atmosfera nadal pozostała.

Spacer, park i rząd kwiatów
a jeden wydziera się ze szczeliny.
Nie mówmy tu o przypadku
Iż moje oczy cie zauważyły.

Patrzę ukradkiem, mrugasz płatkami
policzki zalewają się czerwienią
Wzrok twój wysyła kolejne sondy
organy wewnętrzne wypełnia ognisko

Podchodzę, nieśmiało i delikatnie
wyciągam łodygę z korzeniami.
Zaciskasz zęby z bólu, jeszcze moment
jesteś skarbem moim, i tylko moim.

Biorę cię do domu, urządzam doniczkę
chronię przed wścibskim wzrokiem.
Dzień po dniu przyglądam się jak
wzrastasz, dojrzewasz i zakwitasz.

Odwdzięczasz się uśmiechem nie tylko
w stronę życiodajnego słońca.
Zadaję ostatnie pytanie, odpowiedzią
nie zaskakujesz - odbija się echem wśród ścian.

Spuścizna Wertera

Kiedy przechodziła obok niego, wszechświat zdawał się wariować. Tracił oddech, łamało go w gardle i rodził się w nim strach przed wypowiedzeniem kilku prostych słów. Dziwne przeżycie miało powtarzalność równą dwa razy w ciągu dnia. Zawsze przemieszczała się tą samą trasą, on wiecznie udawał, iż robi coś pożytecznego. Pisał wzory na kartce, aby dokładnie opisać ruch jej włosów, robił schematy zachowań ust i opisywał oczy. Za każdym razem tak samo. Poczucie szarej codzienności jest równie niszczące dla psychiki co najgorsze smutki. Wiedział o tym. Tu jednak istniała prawdziwa kumulacja i nie mógł wyzwolić się z jednej troski. Musiał za każdym razem przemieszczać kamień na górę i potem płakać, kiedy mu się znowu wytrącał z rąk. Wiecznie te same podłe barwy życia.

Można powiedzieć, iż wzrok posiadał bardzo niedorozwinięty ze względu na braki w dostrzeganiu kolorów. Tych abstrakcyjnych, tych subiektywnych – kolorów życia. Poczucie wiecznego bezsensu i nieszczęśliwej miłości potęgowało w nim Wertera. Za każdym razem kiedy ona przechodziła trzymał pistolet w spodniach, aby się zabić – tak widowiskowo. Może by wtedy zrozumiała, iż jego łakomy wzrok skierowany w jej stronę nie jest przypadkiem. Nigdy jednak tego nie zrobił – brakowało mu odwagi. Wszystko jest piękne tylko na papierze, praktyka buduje nieprzejezdne łańcuchy górskie. Zapisał sobie „jutro popełnię samobójstwo”. Kartkę trzymał w kieszeni wymiętolonej koszuli. Wyjmował ją przed snem i czytał na głos wspomnianą treść. Zawsze zobowiązywał się do tego, aby następnego dnia konsekwentnie dotrzymać postanowienia. Brakowało mu jednak pomysłu na ominięcie przeszkody własnego umysłu.

Poranną kawę chłodził potokiem własnych łez. Czarna maź cierpliwie przyjmowała mililitry słonej cieczy. Drżącymi rękami – oglądając się, aby nie została rozlana, przybliżał ją do swoich ust. Nie, nie będzie dobrze. Ciąg porażek jest prawdopodobny w nieskończonym wszechświecie. Był początkiem smutnego zbiegu wydarzeń, którego nie potrafił skończyć. Odwaga, a raczej jej brak – wspominany już wcześniej dokuczał mu najbardziej. Cywilizację zbudowano na archetypach heroicznych bohaterów, a on był jej częścią. Wikingowie, Grecy czy też Rzymianie przyjmowali te określone przez mity wzorce zachowań. Każdy miał świadomość, że „niepodobna trzymać się dokładnie tych dróg ani dorównać w doskonałości tym, których naśladujesz”(Machiavelli). Pomimo tego próbowali odnosić tym sposobem sukcesy z różnymi skutkami. On nie miał żadnego idola, nikt go nie inspirował, a przechodzący dwa razy na dzień obiekt westchnień był w istocie równie nieznanym bytem co cząstka ciemnej materii. Odczuwał wpływ jej grawitacji na sobie, wyznaczył nawet kształt, ale eksperymenty były niemożliwe na odległość. Wysyłał tylko westchnienia skierowane w jej stronę. Typowe neutrina. Przechodziły jak przez masło, praktycznie w ogóle nie reagowały z materią. I dobrze, przynajmniej nie zobaczyła jego spalonego ze wstydu wyrazu twarzy. Wtedy to już na pewno stałby się Werterem.



Ostatni człowiek

Świat przetaczał mu się powoli po próżnym mózgu. Pustka nieśpiesznie goniła pustkę, nihilizm zwyciężał wszystkie systemy filozoficzne, człowiek ukrywał się gdzieś pod górą technologii. Sterylnie białe ściany okrywały leżącego w kremowej trumnie przedstawiciela ósmego pokolenia Homo Nisi Quis. Łóżko popłynęło do pokoju lekarza. Idealne oświetlenie całkowicie zniwelowało uczucie wszelkiej prędkości. Pacjent ocknął się i przekazał dane ze swoim problemem.

- A więc nie odczuwa pan żadnych uczuć? Wszyscy jesteśmy martwi. Ot, kolejna choroba cywilizacyjna.
- Żadne leki na to nie działają?
- Medycynę ten problem dręczy już od wieku. Świat ludzi nie ma żadnych podstaw, lewituje w kruchej biosferze ograniczonej ciekłą wodą i tlenem.
- Ech, zatem pójdę obejrzeć pradawne zapisy przedstawiające ludzi okazujących sobie uczucia - zebrał myśli i wyjechał swoim łóżkiem z gabinetu lekarskiego.
- Wątpię, aby panu to pomogło.

Słowa od dawna straciły swój prawdziwy wydźwięk. Mówił „idę” - z przyzwyczajenia, w praktyce przemieszczał się przy użyciu łóżka - najwygodniejszego z pojazdów. Rozmawiał o tym samym problemie z tym samym lekarzem, słysząc zawsze identyczny brak diagnozy. Nigdy nie robił tego co zamierzał. Wracał jedynie do swojego mieszkania i wpatrywał się w sufit. Czas leciał, zaciskała się pętla zdarzeń. Ponownie wybierał się do lekarza, słyszał to samo i ponownie próżność zwyciężała.

Odmierzał czas do swojej śmierci. I tak nie miał innego zajęcia. Był nieprzydatny jak większość populacji ludzkiej. Mógł jedynie wegetować i przyglądać się pustce swojej egzystencji. Eksperymentował z wirtualnymi światami, narkotykami i innymi półśrodkami mogącymi urozmaicić życie. Wszystko co sprawdzał doprowadzało go do jeszcze większego marazmu.

- Opowiedz mi o swoich problemach - mówił znużony psychiatra
- Wegetuję.
- Zacznij się zatem cieszyć pełnią życia.
- Na łóżku elektrycznym?
- W swojej biosferze, mój drogi pacjencie.

Nic z tego nie zrozumiał. Najwidoczniej spadek inteligencji okazał się szybszy niż przewidziały ostatnie symulacje. Wrócił do swojego pokoju i oddał się relaksacyjnemu niemyśleniu. Względne zero danych, obciążenie mózgu balansowało w granicy dwóch procent. Odbierał jedynie najbardziej pilne bodźce potrzebne do samego funkcjonowania organizmu. Leżał i wpatrywał się w białą ścianę bez większego celu, nie myśląc w ogóle o istocie otaczającej go bieli. Życie doczesne jest puste, a pośmiertnego nie ma.

- Szkoda, że eutanazji zakazali.
- Większość z niej korzystała. Trzeba jakoś podtrzymać populację Homo Nisi Quis.
- Wszystko robią roboty, więc jesteśmy już niepotrzebni. Może czas oddać im całkowitą kontrolę nad naszym światem?
- Przecież oni ją posiadają. Zajmujemy jedynie niszę biologiczną, która jest w zasadzie obozem koncentracyjnym dla resztek gatunku.
- Każdego dnia leżę i nic nie myślę, zadaję panu takie same pytania, leżę i nic nie myślę, wracam do pana i zadaję znowu identyczne pytania - to powolna śmierć. W dodatku bardzo bolesna.
- Przecież jesteśmy już umysłowo martwi. Musimy fizycznie przecierpieć naszą egzystencję, by potem nacieszyć się nicością.
- Jak można cieszyć się czymś czego nie ma?
- Nie wiem. Nie ma odpowiedzi na to pytanie w oficjalnych podręcznikach.

Któregoś nieokreślonego dnia koło codzienności zostało przerwane. Oślepił go błysk światła. Był zdezorientowany. Błyskały postacie, mechaniczne hominidy rozpływały się w przestrzeni. Wszystko oblepione wieloma barwami. Gdzie się podziała uspokajająca biel? Leżał i nie mógł wykonać jakiekolwiek ruchu swoim łóżkiem. Coś zbudowane ze stali spojrzało mu prosto w oczy. Transmisja danych do umysłu została przerwana.

Gdy jego receptory nerwowe ponownie dostały możliwość odbierania bodźców z otoczenia, obraz w mózgu wyostrzył się. Przyglądał się własnemu ciału, które nie posiadało widocznej tkanki mięśniowej na kończynach. Tylko skóra, a pod nią liche kości. Przypominał bardziej więźnia po uwolnieniu z Buchenwaldu niż szczytnego przedstawiciela gatunku Homo Nisi Quis. Widok własnego ciała go odrażał, więc skierował wzrok w stronę sąsiada. Nie wyglądał lepiej. Do pomalowanej na zielono sali wkroczyły mechaniczne humanoidy i każdy skierował się w stronę swojego podopiecznego. Coś zbudowane ze stali podeszło do niego, spojrzało się mu prosto w oczy i błysnęła czerń.


Świadomość wróciła w momencie zbliżania się do skraju przepaści. Szedł, mięśnie działały prawidłowo. Nigdy jeszcze nie doświadczył uczucia ćwiczenia możliwości kończyn. W zasadzie to po raz pierwszy w ogóle świadomie się poruszał przy użyciu własnego ciała, a nie mechanicznego łóżka. Nie wiedział skąd w ogóle wziął się w tym posępnym miejscu. Słońce zakrywał smog, powietrze było śmierdzące. Płuca z trudem selekcjonowały tlen z tej trującej mieszaniny. Podłoże po którym się poruszał wyglądało na niezamieszkane nawet przez mikroby. Brunatna, utwardzona ziemia i nic więcej.

Doszedł na sam skraj przepaści i ujrzał śmietnisko ludzkich ciał. Stosy wychudzonych przedstawicieli homo nisi quis ułożone byle jak wśród innych odpadów biologicznych. Twarze, które zamarły w ostatnich chwilach życia nie przedstawiały żadnego konkretnego wyrazu. Były puste tak samo jak życie ich właścicieli. Wszystko to przypominało mu obrazy z Auschwitz i innych obozów śmierci. Skoro człowiek potrafił zabijać na tak masową skalę bez zastanowienia, to czemu roboty tego nie miały robić?

Nie wykonał kolejnego kroku. Program "idź naprzód" przestał działać i w skutek tego zdobył kontrolę nad własnym ciałem. Nie miał odwagi przywitać się z martwymi braćmi, zatem stał i wpatrywał się w obraz ludobójstwa na światową skalę. Stosy martwych ludzi piętrzyły się po horyzont. Raz za razem przybywały helikoptery, z których to zrzucano kolejnych trupów. Opadały w bezwładzie i stopniowo powiększały pagórki ciał. Sterylnie czyste środowisko stworzyło przerażający obraz apokalipsy, który byłby równie posępny nawet gdyby istniały jakiekolwiek bakterie. Góry byłyby jedynie niższe.

- Umrzesz wyglądając jak prawdziwy człowiek - odezwał się tajemniczy głos
- Ale ja nie chcę umierać!
- Zachowałeś instynkt samozachowawczy. Pięknie... Jednak nie przedłużajmy tej beznadziei. Jesteś ostatnim biologicznym przedstawicielem przywróconego jedynie na chwilę gatunku Homo Sapiens. Dlaczego? Mamy różne potrzeby i lubimy je zaspokajać. Obserwowanie człowieka, który po raz pierwszy dostał możliwość chodzenia jest naprawdę interesujące. Tłumy nieludzi zbierają się przed telewizorami, podłączają receptory i wchłaniają twoje emocje. Miałeś swój czas sławy, widzowie uzyskali niezbędną dawkę emocji, która wzbogaciła ich szare życie. To co widzisz nie jest wirtualną wizualizacją, ale faktem. Czas ludzi się skończył, a homo nisi quis był tylko sztucznym przedłużeniem agonii tego gatunku.

I stała się ciemność.

Przeczytaj, polub, zagłosuj

Kiedy cała klasa 2 K samodzielnie zwalnia się z lekcji, to spotyka ją zasłużona kara. Często są to tak zwane sobótki, które zwykle polegają na wymianie poglądów podczas grabienia liści, bądź też usuwania nadmiaru śniegu z szkolnych chodników. Rok szkolny 2011/2012 od początku obfitował w wiele burzliwych wydarzeń wręcz proszących się o samozwolnienie z lekcji. Co zrobić zatem, aby soboty spędzane w szkole przybrały nieco inny wymiar? Odpowiedź jest prosta - wziąć udział w konkursie.

Nazywają się TheCembers. To nazwa bez większego znaczenia w języku angielskim, poza tym, że ma jedną cudowną właściwość - wymawia się identycznie jak "december". Wychowankowie jednego z najbardziej nietuzinkowych wychowawców w szkole to tak naprawdę zwykli ludzie, którzy mają potrzeby wyższego rzędu:
- Biorę udział w tym projekcje, ponieważ, uważam, że jest to bardzo wartościowy konkurs. Rozwija nasze zainteresowania, pasje, coś w czym możemy się realizować w przyszłości a poza tym mamy przy tym mnóstwo śmiechu i zabawy.
Powyższa wypowiedź jest oczywiście ironią. Wszyscy członkowie grupy TheCembers(łącznie z autorem tego tekstu) są tak naprawdę zachłannymi materialistami łasymi na telefony Sony Xperia Arc S, bilety na ćwierćfinały Euro 2012 oraz wycieczkę do Barcelony. Aby wygrać wspomniane nagrody należy się przebić przez trzy etapy, w których najważniejsze jest namawianie uczniów swojej szkoły do głosowania oraz wygrać finał - grę terenową we Warszawie.

Obecnie grupa Thecembers prowadzi w rankingu w pierwszej fazie tego konkursu - eliminacjach. Nie oznacza to oczywiście, iż usiadła na laurach. Spośród trzech koniecznych do wykonania zadań wykonała raptem jedno - najszybszy komentator. W tym krótkim czterominutowym filmie Polak i Włoch w swoich ojczystych językach próbują przekonać widza do głosowania na wychowanków profesora Grudnia. Czy to się im udaje? Najwyraźniej tak, skoro jest już obecnie ponad trzy tysiące głosów.

Jak już wcześniej wspomniałem - grupa Thecembers wcale nie usiadła na laurach. W przygotowaniu kolejny projekt, który będzie jeszcze lepszy od poprzedniego. Niestety nie obecnie mogę zdradzić więcej informacji prócz tego, że to będzie film dokumentalny. Pierwsze oficjalne wiadomości pojawią się na funpage'u grupy (facebook.com/pages/TheCembers/326244390726311 ). Tam też jest informacja jak głosować na TheCembers, piękna fotka grupowa i odnośnik do ostatniego filmu. Serdecznie zapraszam do polubienia i codziennego oddawania głosów na klasę 2 k.

Paradoks

Zmartwychwstanie

Pamiętam doskonale swoją śmierć. Była cicha, pusta i splątana falami radiowymi. Umierałem powoli, szarpany przez kosmiczne pływy. Ciągle jeszcze czuję na zdeformowanym ciele okropny ból wywołany siłą grawitacji. I choć wydaje się niemożliwe, ktoś uratował ostatnie qubity duszy kiedy stałem na krawędzi śmierci. Nie wiem kto to zrobił. Musiał być jednak wszechmocny. A jeśli nie, to przynajmniej władał prawami fizyki, bądź też znał inne i dokonał rzeczy teoretycznie niemożliwej - uwolnił istotę żywą od wpływu śmiertelnej grawitacji czarnej dziury.

Leżę pośród śnieżnobiałej bieli, oślepiające kitle przesuwają się nade mną. Czas płynie w przyśpieszonym tempie. Słyszę bełkot, odpowiadam bełkotem na bełkot, dławię się własnymi myślami. Wewnątrz ogromny plac budowy. Bakteriane dźwigi stawiają rzędy tkanek, mikroskopijni robotnicy uwijają się poganiani przez neurony. "Boli, to dobrze" powtarzają lekarze uwijając się nade mną. Płynie potok słów, wyłapuję jedynie "ból", "brak martwicy", "cud!". Zasypiam. Abstrakcje krążą w bieli, myśli stają się irracjonalne - nadchodzi sen. Zapomnę go już po pierwszym błysku przebudzenia.

Człowiek
Poranek przywitałem na czterech łapach. Wypełniona bielą przestrzeń, setki dwunożnych istot i ja - niemowlak. Z ciekawością obserwuję moją ekosferę. Zastanawiam się, który to raz zmieniam miejsce egzystencji. Dwunasty? Setny? Dziesiąty do potęgi szóstej? Nic nie pamiętam co było wcześniej. Wspomnienia się zacierają, nawet te najbliższe. "Taki duży a chodzi na czworaka" Jak to? Ja jestem duży?! Podchodzi do mnie nieznana postać i pocąc się niezmiernie podnosi mnie z posadzki a następnie zaczynać uczyć mnie poruszania się na dwóch nogach.

Pewnie używam jednej pary kończyn. Mogę wszystko - jak każdy dorosły. Czuję nieograniczoną swobodę w korytarzach bieli. Czasami tylko zatrzymuje mnie jakaś postać. Nie słucham jej, mam przecież wolną wolę. Rozbija się jednak o silniejszych. Tu nie mogę wejść, tam nie mogę zajrzeć. Przed oczami miga mi istota kobiecości. Chodzę po sterylnych korytarzach wypatrując jej uśmiechu. Rzucony, trafiony i zatopiony - mój stabilny apatyczny świat. Minuty mijają w przygotowywaniu umysłu na kolejne destabilizujące pociski. Gotowy. Czekam tak długo, aż jej postać znika w abstrakcyjnych tworach. Ból zrastającego się ciała nagle paraliżuje mnie. Upadam na posadzkę, która błyskawicznie czyści wszelkie ślady krwi.

Wstaję podpierając się długim drągiem. Jestem albo stary, albo schorowany. Otchłań bieli przestała być dla mnie atrakcją. Szukam swojego pokoju, swojego łóżka. Droga krzyżowa przez sterylne szlaki, czuję empatię do bohatera prastarych mitów - Chrystusa. Świat wokół mnie płynie. Każdy błądzi własnymi drogami, poszukuje destruktywnych uśmiechów. A może nie? Patrzę na świat subiektywnie. Przemyślenia przyśpieszają upływ czasu. W końcu natrafiam na swoje łóżko i umiera moja pożyteczna część umysłu. Witaj irracjonalny kosmosie.

Szkodliwsze niż jakikolwiek występek?
Budzę się. Zużycie mózgu 5% - dozwolone dla czystego układu nerwowego. Czuję się jak nowo narodzony. Zatarta pamięć ostatnich wydarzeń wraca. Wariująca elektronika, ciało błagające o śmierć i tunel światła tworzony przez ostatnie qubity duszy. I wtedy nadszedł ratunek. Kto to zrobił? Któż ominął wszystkie mi znane prawa fizyki i wyciągnął ze śmiertelnego zagrożenia?
- To ja cie uratowałem - totalnie abstrakcyjny i o nieokreślonym kształcie byt wytwarza fale dźwiękowe.
- Ty? Kim jesteś?
- Bogiem.
- Nie wierzę.
- To co cie przekona do tego, iż ja istnieję?
- Nic. Istniejesz, a więc jesteś istotą fizyczną. Wiara traci sens, twoja egzystencja staje się zwykłym faktem.

Neurony mają swój kres

- A więc czym jest pustka? - myśliciel z gracją rozłożył się na nagrzanym przez słońce kamieniu. - Kiedy możemy nazwać dane miejsce „pustym”? Jeśli nie ma w określonym skrawku przestrzeni ani jednego z atomów, są cztery plastyczne wymiary podlegające zmianom pod wpływem grawitacji. Pustka to subiektywne odczucie? Bynajmniej, zważając na to iż każdy z przedstawicieli pięciu kast posiada w pewien sposób rozwinięty mózg i potrafi rejestrować odczucia. Dlaczego więc męczę swój umysł rozważając na tak zbędny temat?
Promienie gwiazdy idealnie ogrzewały jego delikatną cerę. Powoli przechodził w błogi stan upojenia energią. Rozłożył się jeszcze wygodniej na kamieniu, spojrzał na wizualizację słońca i zasnął.

W statku wszystko odbywało się wokół określonych algorytmów. Każda z kast poza myślicielami była zaprogramowana do konkretnych czynności. Mieszkańcy Wykonywali swoje pętle, dokonywali wyborów "tak" lub "nie", wrzucali dane do jednego worka, wypluwali stosy wyników prosto na czyściutkie panele komputerów kwantowych. Wśród tysięcy podobnych urzędników, żołnierzy, kapłanów - błaznów i zwykłych pracowników zaniknęło poczucie posiadania własnego, niezależnego ciała i umysłu. Każdy widział pustkę tak samo, wszyscy odmierzali ją w takich samych odczuciach. Pozorny subiektywizm mieszany z pytaniem "a ty jak myślisz o tym?". Błyskawiczne dostosowywanie się do nastrojów reszty i łudzenie się, że przecież ma się własny punkt widzenia.

- A więc czym jest pustka? - myśliciel wpatrywał się w imaginację trzech księżyców płynących ciurkiem po poddanym retuszowi niebie. - Leżę na zimnym kamieniu i dopatruję się abstrakcyjnych znaczeń wytworom umysłów naszej cywilizacji. Moje neurony czuciowe wykrywają wszelkie zmiany temperatury, nawet najmniejsze podmuchy wiatru, a umysł przetwarza je układając rozwiązania problemów trapiących społeczeństwo. - myśliciel zwalił się z zimnego kamienia. - Koniec rozpatrywania losów statku Vien. - zasnął na kupce wyschniętych roślin.

Urzędnik Ayun 59k89 z ciekawością przyglądał się rezultatom wysłania pierwszej generacji sond von Neumanna. Wyniki docierały powoli pomimo zastosowania sposobu informacji pozwalającego ominąć ograniczenie prędkości światła. Większa część planet okazała się niezamieszkana lub też posiadająca bardzo prymitywne formy życia. Niewiele posiadało jakikolwiek zalążek cywilizacji, tylko kilka skrywało cywilizację pierwszego stopnia. "Te najbardziej rozwinięte sobie odpuścimy, bo mogą dać niezłego łupnia". Pomyślał podczas wnoszenia propozycji do planowanej trasy przelotu. Obejrzał się w stronę wyświetlacza kolegi ("ciekawe dlaczego on ma tak samo napisane") i wrócił do mrówczej pracy.

W kwaterze na Ayuna czekała obiektywna partnerka złożona z trzech zsynchronizowanych organizmów. Krótkie powitanie z jej członem stojącym najbliżej, wymiana impulsów elektromagnetycznym z dwoma pozostałymi i własnoręczne podlanie embrionów dojrzewających w pojemnikach na dzieci. Praca pracą, ale ojciem też trzeba przez chwilę być.
- Jak wyglądał dziś twój obieg wokół statku? - zapytał się najdalszy się z członów obiektywnej partnerki.
- Tak jak zwykle - według starego sprawdzonego algorytmu.
- Nic nie zakłóciło żadnej z jego operacji?
- Nie, wszystkie pętle zostały wykonane bez zarzutu.
Koniec wymaganej rozmowy. Relacja podtrzymana, kontakt z obiektywną partnerką ma dalej postać wykresu funkcji y=x. Brak sinusoid świadczących o większych konfliktach, tudzież o większej namiętności. Po prostu pusta i spokojna egzystencja bez niepotrzebnych wahań, które zmieniłyby życie na statku w piekło. "Wyobraźcie sobie, że kilkoro z kasty urzędników żyje inaczej i nagle zapragnie mieć większe mieszkanie. Swoimi aspiracjami zaczną prowadzić do niepokojów społecznych, co skończy się katastrofą przetrwalnika naszej cywilizacji." Te słowa ciągle tkwiły w jego pamięci ROM. Zapisane w mózgu w podręcznym folderze oczekiwały tylko na otwarcie. Każda chwila zwątpienia, napad jakiejkolwiek aspiracji i już otwierał nagranie słów największego myśliciela.

Czas na odpoczynek wynosił aż trzydzieści pełnych obrotów statku wokół własnej osi. Był on wystarczający, aby wyłączyć całkowicie system wewnętrzny w mózgu. Kilka oddechów i nacisnął w umyśle "power off". Dwadzieścia dziewięć obrotów później budzik zadziałał i Ayun ocknął akurat kiedy jeden z członów obiektywnej partnerki podawał mu zestaw podtrzymujący egzystencję. Szybko je spożył, wymienił impulsy elektromagnetyczne z towarzyszką życia i włączył algorytm udania się na miejsce pracy.

Pagórki, lasy i jakaś zarośnięta ścieżka. Przepiękne widoki do złudzenia przypominające przyszłą kolonię. Kapłan - błazen obijający się o ściany korytarza, a także on - zwykły urzędnik starający się nie myśleć o tym, iż wszystko co go w tej chwili otacza to nędzna wirtualna imaginacja.
- Prostuj drogi życiowe przed ciałami niebieskimi! Świat jest piękny, a Bóg wszechmocny. To wspaniałe, nieprawdaż? Urzędniku odmów modlitwę na przykład za wszystkie lecące komety! To w końcu dzieło paaaaaaana! - krzyczał kapłan-błazen
- Jeśli pozwoli algorytm, to odmówię. - powiedział wymijająco Ayun.
- Dlaczego twoje życie składa się z uporządkowanych części składowych?
- Albowiem nawet najmniejsza przypadkowa zmienna powoduje ogromny chaos.
- Nie zauważasz piękna w nieładzie?
- Widzę tylko zbędny zamęt. - spojrzał się na zegarek - Przepraszam, ale nie mam za bardzo czasu na takie filozoficzne konwersacje.
- Ale Bóg...
- Praca czeka. - kategorycznie uciął nadzieje kapłana na dalszy dialog. - Do skrzyżowania pętli. - szybkim krokiem wyminął stojącego błazna.

Uporządkowany bałagan. Grzebie w szufladkach w poszukiwaniu kabla łączącego mózg z siecią komputerach. Gdzie on się podział? Minęły dwie roboczogodziny i nadal go nie posiada. W końcu wpada poirytowany kapitan i robi awanturę. Kabla nadal nie ma, a on się dalej opieprza. Mijają kolejne minuty spędzone na słodkim nieproduktywnym lenistwie. Błysk światła, ta dam, jest cudowny przewód. Nie docieka skąd on się nagle pojawił. Łączy jednostkę centralną ze swoim ciałem i rozpoczyna prawdziwą pracę. Powolne przewałkowywanie przez zwoje mózgowe biliardów qbitów. Umysł ciężki jak masywna gwiazda, wszystkie procesy okropnie spowolnione. Wykorzystywanie mocy procesora - 100%, ilość aktualnie wykorzystywanego RAMU - 99%, na dysku jeszcze jakieś wolne miejsce jest.

Każdej doby inny rodzaj pracy po to, aby kasta urzędnicza się nie zanudziła. Raz dostają odpowiedzialną robotę wymagającą głębokiego skupienia, raz jedynie podłączają się do jednostki centralnej, aby wspomóc ją w obliczeniach. Wszystko to niemal równie bezsensowne co żywot bakterii. Cała doba idealnie uporządkowana - sześćdziesiąt obrotów grawitacyjnych na pracę, czterdzieści to czas dla siebie. Z czego w około trzydziestu mieści się sen, w dwóch zajmowanie się embrionem, w pięciu zażywanie przyjemności z obiektywną partnerką, a w trzech dostarczanie energii. W imię równości społecznej wszyscy poza mózgowcami mają identyczny rozkład doby.

- A więc czym jest pustka? - myśliciel zwinął się w kłębek, aby powstrzymać odpływ ciepła. Było zimno, za zimno na myślenie. Tej nocy umierały neurony. Ułożone w masowych grobach oblepionych skórą i innymi tkankami zasypiały już na wieczność bez możliwości wznowienia pracy. Żegnały się ze swoim jedynym powołaniem po cichu. Na statku śmierdziało stęchlizną, jego mieszkańcy spali nieświadomi tragedii, która się wydarzyła. Rano dostali jedynie informację "Straciliśmy przywódców duchowych. Ich nie ma, toteż i nas nie będzie. Prosimy siedzieć spokojnie, gaz zostanie wpuszczony do pomieszczeń. Każdy zaśnie niemal w tym momencie". Dla mieszkańców statku oznaczało to jedno - wyrok śmierci. Nikt się nie awanturował, obowiązywała równość społeczną. Wszyscy solidarnie umierali.

Odezwa do władzy komunistycznej na podstawie wiersza Miłosza - praca domowa dla koleżanki, którą przedobrzyłem.

Miała to być odezwa prostego człowieka żyjącego w PRLu, ale w trakcie pisania zmieniła się schodkami w orędzie inteligenta. Trochę szkoda, że ostatecznie nie będzie wykorzystana. Autor jest w każdym razie zadowolony.

Aha i ja tematu tej pracy domowej nie wymyślałem. Wińcie nauczycielkę języka polskiego.

Pierwszy sekretarzu KC PZPR Edwardzie Gierku!

Pragnę już od początku podziękować panu za to iż nasza Polska rośnie w siłę. I wcale nie chodzi mi o piękną i potężną armię, która chętnie będzie wspierać sojusznicze wojska Radzieckie w razie ewentualnej wojny, ale to gospodarkę. Dawno nie było czasu kiedy serce prostego obywatela się po prostu radowało. Widząc budowane autostrady, tory i sklepy pełne towarów, mam ochotę żyć w naszej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Panie sekretarzu, nigdy nie było tak dobrej osoby rządzącej naszym krajem.

Żyję już długo. Jako dziecko zasmakowałem wolności słowa, która się kończyła na marszałku Piłsudskim. To były piękne czasy. Można było powiedzieć tyle złego o Rosjanach ile dusza zapragnie. Nie szło się za kratki za to, ani do miejsca odosobnienia. Bereza Kartuska była dla tych co chwalili naszych radzieckich towarzyszy. Tymczasem teraz jest odwrotnie. Ludzie siedzą w więzieniach krytykę poczynań wspaniałych komunistów. Wielka szkoda, że nie można ocenić władz ZSRR w inny sposób niż pozytywnie.

Dlatego będąc bardzo racjonalnym obywatelem pominę wszelkie żale i zastrzeżenia na tle politycznym wobec KC PZPR. Nie wydaje mi się zbyt miłe siedzenie odbytem na nóżce taboretu w trakcie przesłuchania. Jestem jak najbardziej inteligentnym szarym obywatelem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Dlatego napiszę wprost – jest wspaniale. Te oto słowa z pewnością panu Sekretarzu dodadzą otuchy. Mam nadzieję, że rosnąca w siłę polska gospodarka zwróci ogromne kredyty.

Ale dlaczego mamy się tym martwić! Przecież liczy się tu i teraz. Carpe Diem panie sekretarzu. Z pewnością pan podziela ów tę sentencję. Trzeba naprawdę nie myśleć o przyszłości jeśli się bierze takie kredyty. Skąd to wiem? Wszyscy wiedzą panie sekretarzu. Nikt tylko nie pomyśli o dniu jutrzejszym, pojutrzejszym i kilku lat w przyszłość. Jesteśmy nieinteligentnym bydłem, które podąża za najsmaczniejszą strawą. Nie różnimy się w tym od obywateli Stanów Zjednoczonych. Jednakże oni mają wybór jaki produkt wybrać, a nam się wpycha do ust ładnie wyglądające gówno.

Danse Macabre

Z ciepłych jeszcze zwłok
emanuje zimno nienawiści.

A jeżeli Hajfa utopi się we własnej krwi,
to zostaniesz moim kochankiem?

Cynizm przetacza się stadem
rozwydrzonych fundamentalistów,

Dlaczego chodzisz ciemnymi ulicami?
Przecież one duszą się w morderstwach.
Zostań przy mnie.
Ty i ja kiedyś będziemy parą...

Izrael wbrew woli Allaha
jest na mapie politycznej.

Początek i koniec, koniec i początek

Wszechświat umierał. Gasły gwiazdy, parowały w przyśpieszonym tempie czarne dziury, galaktyki rozkładały się na malutkie gromady ciał niebieskich. Zderzały się resztki materii i antymaterii wysyłając przy tym ogromne ilości promieniowania. Odrażający swą mocą spektakl przyciągał przybyszów z innych światów. Niezmąceni obserwatorzy wysyłali biliardy biliardów sensorów tylko po to, aby widzieć jak umierają cywilizacje.

Boskie igrzyska. Zawodnicy prześcigają się w ucieczce z zanieczyszczonego promieniowaniem okrętu. Dudnią silniki rakiet, pęka czasoprzestrzeń, masa staje się energią, raz po raz otwierają się tajne wrota. Kto pierwszy ten lepszy! Ciągną się sznury światów przystosowanych do innych stałych fizycznych. Trwają wojny, ścierają się wrogie sobie floty. Obserwatorzy bawią się niezmiernie widząc tyle konfliktów zbrojnych. Agresja jest nieodłączną częścią cywilizacji.

Wśród chaosu i wypełniającej czasoprzestrzeń energii pulsują resztki życia. Poskładane z aminokwasów, bez świadomości istnienia praojca zachwycają się pięknem kataklizmu. W tym czasie kolejne fale promieniowania przenikają przez tkanki, niszcząc powoli doskonale przystosowane do warunków środowiskowych ciała. W końcu po zażartym boju poddają się sile wszechświata.

Anihilacja materii dobiega końca. Resztki jej pozostają rozbite na pojedyncze atomy pierwiastków. Po rozdartej czasoprzestrzeni krążą sensory szukające jakichkolwiek oznak życia. Wszechświat można na ten układ zdarzeń zaszufladkować do martwego. Cyniczni obserwatorzy jednak wcale nie odchodzą ze swoich stanowisk. Czekają na zbliżającą się implozję - energia i materia zaczyna się skupiać w jednym miejscu. Kiedy osiągnie punkt krytyczny masy, zapoczątkuje ponownie narodziny czasu i trzech wymiarów przestrzeni. Odrodzi się wszechświat, a życie znów zacznie się rozwijać. Tylko po to, aby zostać znowu zniszczone.

Dlaczego lepiej zjeść spaghetti niż wpaść do wanny z najdroższym szampanem?

Wierzysz w istotę nadprzyrodzoną? A może jesteś niewierzącym, bądź też deistą? To nie ma znaczenia dla tego tekstu. Wystarczy, że tylko znasz najpopularniejszy odcinek „Trudnych Spraw” i Latającego Potwora Spaghetti. A jeśli jednak nie wiesz kim jest Dariusz, to nic straconego. O FSM'ie(Flying Spaghetti Monster) napiszę pokrótce w dalszej części tekstu, a najbardziej znany fragment "Trudnych Spraw" trwa jedynie kilka minut.

Przygotowany? Zaczynamy.

Praktycznie każdego dnia jestem świadkiem powstania nowych religii ośmieszających coś/kogoś, rzadziej samą wiarę w Boga. Aby powstało nowe wyznanie naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy tylko, aby idiota grający w dennym clipie zdobył popularność w internecie. Dlaczego średnio mi się podoba? Taka fikcyjna religia nie służy konkretnemu celowi.

Tymczasem obserwując strony, gdzie można się zorientować w nastrojach większej części polskich internautów widać pewną popularność dennego wyznania „Dariuszanizm”. Jednakże jest pewien szkopuł w owej religii – pan Dariusz rzeczywiście istnieje. W ten sposób zaprzecza samemu sensu wierze. Wszak systemy teistyczne opierają się na rzekomym istnieniu wyimaginowanych istot. W takim razie to tylko ośmieszanie osoby, które nie ma najmniejszego celu.

Ideą powstania sztucznych wyznań było wskazanie absurdów religii. Pierwszym bardzo znanym był czajniczek Russela. Ten czysto teoretyczny obiekt krąży po eliptycznej orbicie wokół Słońca. Jest jednak zbyt mały, aby go wykryć urządzeniami pomiarowymi, jednocześnie też w ten sposób nie można udowodnić jego nieistnienia. Generalnie wiara w niego jest, więc nonsensem i tak zapewne stwierdzi zdecydowana większość teistów. Jednakże gdyby o nim napisano w starożytnych księgach, sprawa wyglądałaby o wiele inaczej.

Richard Dawkins napisał: „Przyczyną, dla której zorganizowane religie zasługują na potępienie, jest to, że w przeciwieństwie do wiary w czajniczek Russela, są potężne, wpływowe, mają korzyści podatkowe oraz zagwarantowany wpływ na dzieci zbyt małe by się bronić.”

Później pojawił się Zielony Smok w garażu Carla Sagana, Niewidzialny Różowy Jednorożec i w końcu Latający Potwór Spaghetti. Ten ostatni był odpowiedzią na dyskryminację ateistów w stanach, gdzie osoby związane z religią mają zbyt wiele do powiedzenia. Doprowadziło to do tego, iż nienaukowa teoria inteligentnego projektu(mówiąc wprost - kreacjonistyczna) jest tam nauczana na równi z teorią ewolucji.

Co zrobił Bobbie Henderson? Wysłał piękny list do Amerykańskiej Rady Edukacji w którym m.in. pisze:

Pamiętajmy, że jest wiele teorii Inteligentnego Stworzenia. Ja i wielu mi podobnych na całym świecie jesteśmy przekonani, że wszechświat został stworzony przez Latającego Potwora Spaghetti. To on stworzył wszystko co widzimy i wszystko co czujemy. Jesteśmy przekonani, że silne, naukowe dowody ewolucyjnego stworzenia są podstawione przez Niego.
(…)
Ludzie nie rozumieją, że On stworzył tak świat abyśmy myśleli, że Ziemia jest starsza niż w rzeczywistości. Na przykład naukowcy mogą przeprowadzić datowanie przedmiotu metodą węglową... Lecz naukowcy nie zdają sobie sprawy, że za każdym razem kiedy robią badania Latający Potwór Spaghetti zmienia wyniki badań Swoją Makaronową Macką. Posiadamy wiele dokumentów dokładnie opisujących jak to jest możliwe i dlaczego to robi. Latający Potwór Spaghetti oczywiście jest niewidzialny i z łatwością może przechodzić przez materie.



Nie mam zamiaru przekopiować tutaj całego listu Bobbiego. Znaleźć go można na polskiej stronie kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Pastafarianizm z pozoru może wydawać się głupi, ale został on stworzony po to ośmieszyć większość znanych absurdów religii. Nie skupia się już jedynie na samej kwestii udowadniania istnienia, bądź też nieistnienia abstrakcyjnego bytu. On posuwa się dalej. W Ośmiu "Naprawdę wolałbym, żebyś nie" jest m.in. mowa o zakazie budowy wielkich budynków na cześć makaronowej doskonałości. Wszak o wiele lepiej przeznaczyć pieniądze na jakiś sierociniec.

Ale to nie wszystko. Zostaje także wyśmiane życie pozagrobowe. FSM oferuje wulkany piwne, striptizerki oraz oczywiście duuuuuużo makaronu. Na dodatek jest ono w stu procentach pewne. Nie ma zabiegania o względy boga. Kraina sosem i piwem płynąca jest dla każdego. Czyż to nie piękne?
Aż chce się wierzyć.

Podsumujmy to w kilku zdaniach: wiara w Dariusza nie jest przede wszystkim wiarą. Zaprzecza ona samej sobie ze względu na fakt istnienia wspomnianej osoby. Natomiast kościół Latającego Potwora Spaghetti to tak naprawdę bardzo inteligentna i ironiczna krytyka religii. Z własnego doświadczenia jednak radzę nie obnosić się z czczeniem makaronowej doskonałości, gdyż niektórzy ludzie będą to brali na poważnie i nie zauważą istoty sztucznej tej religii.