Skip navigation.

MidMad's MeaDow

...somewhere over the rainbow...

Dystrykt 9 - Obcy i apartheid

,

NIE POLECAM: "Merlin and the Book of Beasts"

Stephanie Kwolek, The Kevlar Goddess

,

UPDATE: This blog post can be also found here: http://midmad-meadow.blogspot.com/2009/08/stephanie-kwolek-kevlar-goddess.html

Ada Lovelace Day is an international day of blogging to draw attention to women excelling in technology. The idea behind it is very noble, so I'm adding a few words from myself in this subject.
My current post is about Stephanie Kwolek, one of those brilliant women, who - for some mysterious reasons - very often are left out of the spotlight and don't get as much attention as they deserve.


I bet most of you were convinced that it was actually a man who invented kevlar, eh? But no, not this time. Just in case you're from some another planet - Kevlar, the light-weight heavy-duty synthetic fiber (five times stronger than steel!) is used mainly by the military and police (body armor), but it is also favored by sports professionals (eg. bicycle tires, canoes and sailing equipment, among many others), not mentioning the production of cars and aeroplanes, etc. In general, if you're really clever, you can find more than 200 applications for this extraordinary fiber.







One of the less known facts about Stephanie Kwolek is that she came from a polish immigrant family (that's one of the reasons I chose her for this post). She's been always interested in science (encouraged by her father). Her first choice was medical school, but she couldn't afford it (luckily for the world, if I may say so), so she chose chemistry specialization instead. After getting a job at DuPont Labs, she became the head of a research team, whose goal was to create even stronger fibers with better qualities. The basic idea were fibers for clothes (and Stephanie Kwolek has been always interested in fashion and clothing design), but the research program assimilated another field of interest - polymer fibers. Stephanie Kwolek experimented with several methods of creating different kinds of fiber and after some trials - she "gave birth" to our all-time favorite Kevlar.



Her work gave way to inventing other fibers, eg. Spandex (hello, Xmen!) and Nomex (used for electrical isolation). By now, Stephanie Kwolek is a recipient as much as 17 US patents, imagine that! Of course, all of her inventions and brilliant work were suitably noted - she recieved many prestigeous awards, including US National Medal of Technology.

Another very important thing is, that she still is active (being born in 1923!), as a part-time consultant at DuPont and most importantly she still finds time to meet young people (especially young women), encourage them to work in the scientific field and to never give up.

I wonder, can you think of any female scientists of 21st century? Take a moment to think about it and be sure to write a name as a comment below. Me and Ada would appreciate it a lot :wink:


Important links for today:
http://findingada.com/ and http://ada.pint.org.uk/
http://www.youtube.com/watch?v=8dX3Z5CyF3c
http://en.wikipedia.org/wiki/Stephanie_Kwolek
http://www.ideafinder.com/history/inventors/kwolek.htm


PS. And just for the record - Ada Lovelace (the only daughter of Lord Byron, born in 1815) was the first person to write the world’s first computer programmes for the Analytical Engine, a general-purpose machine that Charles Babbage had invented.

Tron Legacy - czy ten ładnie opakowany cukiereczek będzie miał smakowitą zawartość?

No i stało się...

,

Nadeszło nieuniknione. Z cała sympatią do Opery, muszę się z tutejszą blogową pseudofunkcjonalnością pożegnać. Ja rozumiem, że bezpieczeństwo, ze javascript fe, że widgetów boimy się tak samo, jak zbytnich ułatwień dla użytkownika podczas formatowania wpisu i dodawania grafik (ble!). Każdy ma prawo do wyboru - ja jednak przesiadam się na coś bardziej wygodnego i mniej czasochłonnego.

Nie obawiajcie się wszak - blog będzie sobie tu wisiał i od czasu do czasu wrzucę odnośnik do Nowej MidMad's MeaDow.

PS. Tak, wiem, Seji, czekam na okrutne i złowrogie k0mcie. Ale naprawdę nie mogłam inaczej P:

Dlaczego "Wolverine" sobie nie porządził...

,

Ponieważ ślinotok chwilowo;) został zatrzymany, zabieram się za kontynuację dyskursu wewnętrznego na temat jednego z ostatnich tworów X Muzy, która przed zabraniem się do pracy zapewne balowała przez tydzień.

"Wolverine", bo o nim właśnie mowa, jak może zorientować się co bystrzejszy czytelnik tego tekstu, do najlepszych filmów nie należy, ale nie jest taki zupełnie tragiczny, jak tego spodziewałam się po złowieszczych recenzjach oraz opiniach krewnych i znajomych Królika, oraz co bardziej Illuminowanych Person (buzi, Der reD).

Przede wszystkim - jak mówi jeden ze starożytnych koanów chińskich mędrców - punkt widzenia zależy od punktu leżenia. W skrócie, zależy z jakim nastawieniem udajemy się na film. Ameryki nie odkrywam tym stwierdzeniem, ale jest ono szczególnie istotne przy okazji tego partykularnego filmu. Albowiem (nie mylić z "WTEM!"), rzecz ma się następująco...



Jak oglądać "Wolverine'a", żeby film nam się podobał:

  • MIEĆ AMNEZJĘ.
    Należy zupełnie zapomnieć o wszystkim, co wiemy z komiksów (szczególnie z "Wolverine: The Origin"), a także przymknąć oko na wydarzenia z filmów X1-X3 i nie wnikać za bardzo w szczegóły i to, co działo się w tzw. międzyczasie.

  • BYĆ KOBIETĄ.
    (Względnie - pomyśleć o zmianie płci). Jeśli widz jest nadobną niewiastą, istnieje o wiele większa szansa na pochlebną opinię (*mrrr*). Są mięśnie, przystojni panowie, przystojni nie-do-końca-ubrani panowie, nieco głębszych elementów, niż jednolita rąbanka... UWAGA! Możemy, drogie panie, nieco ząbkami zgrzytać na sposób przedstawienia kobiet w filmie (nielicznych, zresztą).

*Mrrr*, nic dodać, nic ująć.

  • ZREDUKOWAĆ SWOJE IQ.
    ...najlepiej do poziomu pelargonii +5 lub goryla;) Wtedy nie bierzemy pod uwagę beznadziejnych dziur, nieciągłości i fabularnych bezsensów, które nawtykali scenarzyści, będący najwyraźniej na tej samej tygodniowej balandze co X Muza, w dodatku będący pod wpływem silnych dragów, które wpływają na pamięć. Zdecydowanie ujemnie, rzecz jasna.

  • NIE ZWRACAĆ UWAGI NA EFEKTY SPECJALNE.
    Tajemnicą poliszynela, już od czasu "wycieknięcia" wersji roboczej filmu jest fakt, że CGI ssają w tym filmie na potęgę. Ale przez te 2 godzinki możemy przecież poudawać, że nie pamiętamy zdobyczy ostatnich 20 lat w dziedzinie efektów specjalnych w filmach, jeśli bardzo się napniemy.



A teraz czas na słów kilka weryfikujących moje niestety częściowo zawiedzione nadzieje z TEGO POSTA:

  • Hugh Jackman aka Wolverine, a także nieoczekiwanie Liev Schreiber jako Sabretooth - tutaj się nie zawiodłam. Liczyłam na kawał dobrego aktorstwa (i mięcha!) i nie zawiodłam się co do obu panów. Trzymają poziom i bardzo dobrze wychodzi im granie w tandemie (co zresztą było już widać w "Kate i Leopold", do którego to filmidła słabość posiadam, Jackman jako XIX-wieczny dystyngowany szlachcic, Schreiber jako nieco fajtłapowaty, zakręcony naukowiec z XXIw.). Fizycznie bardzo pozytywnie się obaj prezentują (zgadnijcie, które sceny przypadły mi do gustu najbardziej i dlaczego właśnie ucieczka Logana z tajnego labu). Plus "firmowa" scena Jackmana - niemal wilcze wycie nad ciałem ukochanej - uroczy pewniak (niestety chwyta za niewiescie serce jedynie przez 3 pierwsze filmy, potem powszednieje). Ubolewam jedynie nad tym, że Logan w filmie ma niewiele do powiedzenia (przez co zagranie postaci nie stanowi dużego wyzwania dla aktora kalibru Jackmana), nie ma co liczyć na zbyt błyskotliwe teksty i działania, postać została znacząco uproszczona. Co do Victora, to o dziwo - w porównaniu do X1-X3 - nabrał niespodziewanej głębi, do tego stopnia, że często manipuluje zachowaniami Wolverine'a... Pozostaje pytanie - kto ukradł mózg Sabretootha zaraz przed filmem X1?! Ogólnie, kreacja Sabre z tego filmu podoba mi się o wiele bardziej. Mam tylko jedno zastrzeżenie, gdy widzę twarz Schriebera, mam nieodparte wrażenie, że w odwiedziny przyszedł misiowaty wujaszek, który dla żartów dokleił sobie ząbki i pazurki, nadal jednak chętnie da się przytulić i podrapać za uszkiem. Krwiożerczość: ZERO.







  • WEAPON X - porażka. Liczyłam na więcej Deadpoola - zawiodłam się, poza udanym początkiem filmu zabrakło jego charakteru i ciętych ripost, a absurdalna poczwara-niemowa ze snu dwunastolatka nie zasługuje w ogóle na żaden komentarz. Przynajmniej aktora całkiem znośnie dobrali. Reszta zespołu i ogólnie cała otoczka - migające kartonowe postaci, mające tylko ładnie wyglądać w tle. Być może była to próba umieszczenia "smaczków" dla fanów komiksów, ale... żenująco nieudana. Spuszczam zasłonę milczenia na liczne niezgodności z komiksami i sposób przedstawienia całej historii pracy zespołu, który nagle stał się patriotycznie amerykański.






  • GAMBIT - tu już lepiej, trochę lalusiowaty i kartonowy (liczyłam na silniejszy akcent i większą zawadiackość postaci), ale przynajmniej było go widać w filmie przez nieco dłuższy czas, niż pięć sekund. Szkoda, że został użyty jako prymitywny Deus ex Machina w finale i jako mało sensowny przerywnik w kilku innych momentach. Ponadto - tu jeden z nielicznych plusów dla twórców - efekty specjalne odnośnie jego supermocy są naprawdę niezłe.
    Gambit, jaki jest, każdy widzi.


  • Harry Gregson-Williams - tutaj duży plus. Bardzo dobrze broni się ilustracja muzyczna filmu, pan o malowniczych inicjałach HGW nie zawiódł audiofilów. Muzyka wciąga nieco klasyczniej już od pierwszych taktów "Logan Through Time" (plus miłe dla ucha chóry), kompozytor nie boi się też łapania za przywodzące lekko na myśl chwyty muzyczne, jakie słyszeliśmy w Matrixie w chwilach walki. Nie brak też momentów lirycznych przy okazji pojawienia się postaci Kayli i cięższych, niepokojących, riffów gitarowych. Dobra, różnorodna ścieżka dźwiękowa, do której nieraz na pewno będę wracać. Co ciekawe - brak muzycznych odniesień do muzyki poprzednich filmów oraz znanej melodii przewodniej z filmów animowanych.


  • Hollywood - wybuchy są, niewyjaśnione i spektakularne skoki po wysokich obiektach - jest, brawurowa jazda/latanie na wypasionych maszynach - też jest, dobrze dopracowane wizualnie sceny walk - oczywiście. Hollywoodzkość się jak najbardziej obroniła. Na plus filmowi policzyć też mogę bardzo dobrze zrealizowaną czołówkę z Loganem i Victorem na polach bitew przez wieki. Szkoda wielka, że film jest bardzo nierówny: pierwsza połowa filmu zachęca do dalszego oglądania, a potem nagle jakość spada na przysłowiowy łeb, obrażając co krok inteligencję skołowanego widza.






PODSUMOWANIE, czyli jaki morał płynie z filmu:

  • Piszesz scenariusz - imprezuj i pij ile wlezie! Do dobrego tonu należy też wyjście do toalety w połowie pisania (które uskuteczniasz w trakcie imprezy, wsparty na udzie ponętnej koleżanki, z którą właśnie czegoś się nawąchaliście) - gwarantuję, że zaraz ktoś podejdzie, zarzyga połowę właśnie napisanej sceny, albo dopisze coś swojego zupełnie z sufitu. Potem najlepiej jest oddać tekst producentowi, który leży pod stołem czule obejmując pustą butelkę Laprohaiga. Producent zapewnie się ocknie w któryms momencie i dopisze coś jeszcze, myląc kolejność, treść i zapominając o fabule oraz tematyce filmu. WAŻNE! Jeśli za dużo wiesz o realiach, albo - brońcie bogowie! - czytałeś komiksy, daj do napisania kluczowe sceny filmu swojemu wujaszkowi-domorosłemu poecie, lub cioci chowającej stada kotów i pielęgnującej kapryfolium w ukochanym ogródku. Efekt murowany. Aha, byłabym zapomniała: na kacu wytargaj z gotowego scenariusza losowo kilka kartek.


  • Jesteś producentem filmu i nie masz pieniędzy na CGI? - zatrudnij 6-letniego synka sąsiadki. Chłopczyk przynajmniej będzie miał zajęcie wypełniając pracowicie, z iście dziecinną inwencją narysowane kontury pazurów Wolverine'a kolorowymi kredkami za 10 zł (a jego mama będzie wniebowzięta, mając chwilę spokoju). Jeśli rzeczona sąsiadka potomstwa nie posiada, idź do ZOO i wynajmij od nich szympansa w zamian za obietnicę wsparcia finansowego. Kup szympansowi kredki świecowe za 5 zł. Byle dużo, na wypadek, gdyby był głodny.

  • Walczysz z kimś - bądź efektowny: wskocz na największy w okolicy komin. Najlepiej do tego celu przysłuży się pobliska elektrownia. Chociaż jesteś zmęczony, pamiętaj: warto się wspiąć na najwyższy z kominów, chociażby miało to trwać pół godziny. Mięśnie popracują, zmęczysz się bardziej, będzie łatwiej przeciwnikowi. UWAGA! Koniecznie poczekaj na zachód słońca przed przystąpieniem do nawalanki. To wszystko nie ma zupełnie żadnego sensu, ani uzasadnienia fabularnego, ale przynajmniej będzie bardziej malowniczo.

  • Wierz we wszystko, co mówią Ci Twoi wrogowie. Uwierz, gdy Zły Wojskowy Z Ponurą Miną mówi, że chce jedynie Twego dobra i wysyła Cię na niebezpieczną misję. Żyłeś z kobietą przez 6 lat, uwierz gdy inny facet mówi, że ona Cię zdradziła. Łykniesz też bez problemu, gdy Ci powiedzą, że to Ty zabiłeś JFK. że W końcu i tak jesteś tylko pionkiem w ich ponurych knowaniach. MUHAHA.


  • Dwa Mordercze Słowa: Hopsa-sa i Kosi-Łapci. Musisz się wprawiać w skakaniu i testowaniu swoich "pazurków" z adamantium. Skakanie wychodzi najefektowniej, jeśli wskakujesz na przypadkowo przelatujący w okolicy helikopter. Aaa, boisz się, że gdy wbijesz pazury, one przetną wszystko na wylot, a Ty spadniesz na ziemię? Nie bój się, nic Ci się nie stanie, durny scenarzysta i reżyser nad Tobą czuwają. Pamiętaj tylko, by w zupełnie bezsensownych momentach wysuwać całe pazury i bez powodu demolować domy gościnnych staruszków.


  • Jesteś kobietą? - Bądź Złą Przedszkolanką From Outer Space. Kochaj faceta przez lata, ale go zdradź, w końcu musisz pasować do memu "bo to zła kobieta była". Nawet, jeśli chciałaś ratować swoją rodzinę, i tak jesteś zła. Ale jest na to rada, po prostu noś bardzo obcisłe ciuszki - wszystko zostanie Ci wybaczone. UWAGA! Noś staniki conajmniej o jeden rozmiar za małe, faceci to lubią. Kogo obchodzi, że Twój biust się deformuje i wygląda, jak litera "B"? Ważne, że się "wylewa" w strategicznych miejscach :wink:



Mam złudną niestety nadzieję, że amerykańscy twórcy filmów wezmą przykład z "Wolverine'a" i wyniosą z niego naukę dla siebie - jest to bowiem klasyczna recepta na zepsucie bardzo dobrze zapowiadającego się dzieła srebrnego ekranu. Płacz i zgrzytanie zębów...




Van Gogh pod burdelem, czyli Artystycznego Ucha Historya Prawdziwa

,

Od wielu lat karmieni jesteśmy wielce udatną - i jakże krwawą - historyjką o tym, jak Van Gogh po kolejnej kłótni ze swoim przyjacielem Gauguinem - w chwili załamania (spowodowanego ujawniającą się chorobą psychiczną) pieczołowicie i z premedytacją ciachnął sobie ucho w domowym zaciszu przed lustrem, po czym wręczył je lokalnej prostytutce, niczym bukiet kwiatów (bo taki akurat miał kaprys).




Szalone? Typowe dla artysty? Znamię człowieka cierpiącego? - Zapewne, poniekąd.
Najnowsze badania historyczne wskazują jednak na to, że ucho Van Gogha rozstało się z właścicielem w zgoła innych i zdecydowanie bardziej pikantnych okolicznościach.

Wyobraźcie sobie taką oto scenkę:


Zimny, grudniowy wieczór Roku Pańskiego 1888. Arles, na południu Francji.
Nabzdryngolony jak sikorka(*) Van Gogh, Vincent, lat 35, pies na croissanty i farbę w kolorze żółtym (bo odpowiednio kwaśna),szczuplutki niegolony koleś z bladymi, zapadłymi policzkami, ubrany w niechlujnie zapięty i zapaćkany farbami płaszcz, zmierza właśnie chwiejnym krokiem do lokalnego zamtuza. Właśnie wdepnął w rozciapcianą kupkę śniegu opodal schodów do tegoż przybytku. Czknął, zmełł w ustach przekleństwo, postawił niepewnie stopę na pierwszym stopniu.

WTEM! Z rzeczonego burdelu wyskakuje wąsiasty facet słusznej postury, silnie woniejący potem, dymem papierosowym i alkoholem. W pośpiechu dopina spodnie i poprawia ponaciągany granatowy sweter nie patrząc przed siebie. To nie kto inny, tylko kumpel od kielicha i współlokator Vincenta - Gauguin, Paul, lat 40., lubiący świeże owoce i półnagie nieletnie kobiety. Obaj wpadają na siebie i zawierają dogłębną znajomość ze wspomnianym wcześniej śniegowym wzgórkiem - oczywiście w pozycji horyzontalnej.

Powoli gramolą się, by przyjąć pozycje bardziej artystom przystające. Paul nie lubi zimy, śniegu i mrozu, więc klnie siarczyście. Wincenty, który od kilku dni ma pijackiego doła, o pardon, doznał dość silnego ataku weltschmerzu, myśli, że został zelżony przez fumfla. Przygląda się Pawełkowi i widząc jego ubranie w nieładzie, dochodzi do jedynego logicznego wniosku:

- Znowu byłeś u MOJEJ Racheli, ty synu sparszywiałej i kulawej maciory! - wykrzykuje Wincuś bełkotliwie.
- Pinkolisz, brachu - tłumaczy się nieporadnie Pawcio - szukałem u niej tylko moich sztalug!
- Są u mnie pod łóżkiem, ty kłamliwa krzyżówko włochatego orangutana tahitańskiego z myszoskoczkiem afrykańskim!

Tu Pawełek nerwowo przełyka ślinę i już ma coś dodać, gdy nagle słychać perlisty śmiech - w drzwiach do przybytku uciech wszelakich ukazuje się powód kłótni - rzeczona Rachele (której wiek litościwie tu przemilczymy), muza artystów (osobliwie tych, co nie szczędzą grosza), z burzą czarnych włosów spadających jej na ramiona, w gorsecie podkreślającym jej niebywale bujne kształty. Na ramiona narzuconą ma tylko lekką podomkę. Uśmiecha się szeroko do obu panów i gestem zaprasza ich do środka.
- Mrrrau... - wymyka się Pawłowi mimo woli na widok wdzięków aktualnej ukochanej kolegi. I, nie bacząc na konsekwencje, przesyła jej całusa.
Wincenta w tym momencie szlag jasny trafia, napręża żylaste mięśnie i wali przyjaciela pięścią pod brodę.
- A masz, zdrajco zapchlony!

Pawełek chwieje się na nogach, w głowie mu szumi... wspiera się na pobliskiej ścianie, gdy nagle jedna z jego rąk natrafia na pewien znajomy, niezwykle chłodny w dotyku przedmiot. Nie trzeba chyba dodawać, że ów przedmiot stał zupełnie przypadkowo oparty o ścianę, a charakteryzował się stosowną długością, dobrze wyważoną rękojeścią i ostrością.

Nie myśląc długo, Paul chwycił za kordelas, a że był zawołanym szermierzem, ciachnął po pijacku, z rozmachem.
Szast, prast! Z przepitej gardzieli Vincenta rozległ się ździebko nieprzystojny kwik(**). Zderzył się z ciszą, jaka nastała po nagle przerwanym chichocie panny R.
Biały śnieg - czerwono rozkwitający krwawy kwiat na śniegu i... pewien kształt leżący nieopodal w zmarzniętym błocie. Wincenty łapie się za głowę w odpowiednim miejscu.

- Moje ucho! - ryczy niczym zraniony bóbr. - Dziabnąłeś mnie w ucho, ty wyliniały zaśmiardły knurze! - wykrzykuje z upodobaniem kolejny zoologiczny epitet ciężko ranny (głównie na honorze) artysta.
Wincuś zaczyna żałośnie pochlipywać, klęka nad oddziabanym kawałkiem własnego ciała, zza pazuchy wyciąga zasmarkaną i poplamioną chustkę i pieczołowicie zawija w nią swoje byłe ucho. Chwiejnie wstaje, postępuje krok do przodu - w stronę Racheli, która, blada i struchlała, wciąż obserwuje scenę z otwartymi ustami.

- Dla ciebie, ma królowo rozkoszy, matko wszelakiego natchnienia, ofiarę z ciała własnego składam! - wykrzykuje zapijaczony Van Gogh, obficie brocząc wokół, plamiąc ubranie, buty i śnieg, wyciągając dłoń z niezbyt apetycznie wyglądającym zawiniątkiem w kierunku damy swego serca.

- Co się tu dzieje?! Proszę się rozejść, obywatele! A, to znowu ty, Van Gogh... - dobiega pewien tubalny głos zza pleców głównego bohatera. Na scenie zajścia pojawia się odziany w granatowy mundur przedstawiciel lokalnej policji - Pierre, lat 39, były bokser.

- Sorry, jestem tu tylko przypadkiem, a teraz to w zasadzie... śpieszę się na statek na Tahiti! - wykonuje unik Paul i udaje się w wyżej wymienione miejsce.

No cóż, powiadają, że prawdziwa sztuka obroni się sama...


(*) Sikorka, jak wiadomo, pije tyle, ile waży. (Tak przynajmniej twierdzi Inki, który studiuje pewne aspekty ornitologii organoleptycznie.)
(**) Dźwięk ten był jednak zdecydowanie odpowiedniejszy o bardziej na miejscu, niż kwik pewnego polskiego polityka w pewnym samolocie pewnych znanych linii lotniczych.


***


A wszystko to naprawdę mogło się zdarzyć - jak wskazują badania spuścizny po obu malarzach i raportów policyjnych z roku 1888 wykonane przez historyków Hansa Kaufmanna i Ritę Wildegans i opisane w ich nowej książce "Ucho van Gogha: Paul Gauguin i Pakt Milczenia".

LINKI:

Dlaczego "Wolverine" będzie Rządził (aka *mrrr*)

,

Logan: [is shown his dog tags] I want new ones.
William Stryker: And what do you want them to say?
Logan: Wolverine.




Wprawdzie ślinić się nie przestałam, ale czas coś napisać...

Na początek - dla odświeżenia pamięci - oglądamy TRAILER "WOLVERINE'A". A potem wracamy do lektury:

Dlaczego Wolverine będzie Rządził?




  • Hugh Jackman aka Wolverine - nie dość, że sam aktor dobrany jest do tej roli wyjątkowo trafnie (co widać było doskonale w poprzednich filmach z serii X-men), to jeszcze filmowcy potrafią wykorzystać potencjał charakteru Logana całkiem nieźle. Jest to jedna z najciekawszych postaci Uniwersum Marvela i zdecydowanie zasługuje na odrębny film. Bardzo cieszy też fakt, że scenarzyści nie zapomnieli o kultowym "Wolverine: Origin" i - zgodnie z tym, co pokazują trailery - powinniśmy mieć w filmie do czynienia z wieloma "smaczkami" z przeszłości tej postaci. Marzy mi się Japonia (i Yuriko), ale wirtualne ptaszki nieoficjalnie ćwierkają, że tym ma się jakoby zając nieco szerzej planowany sequel filmu (? - !). Poki co - czekam na ujrzenie XIX-w. siedziby rodu Howlettów włącznie z młodym paniczem Jamesem.






  • WEAPON X - nareszcie będzie okazja zobaczyć tą, pardon my french, badassową ekipę w akcji, trochę więcej Deadpoola (jupi!) i oczywiście Sabretootha (strasznie w poprzednich filmach brakowało tła konfliktu Wolviak vs. Sabre). Cały (?) zespół Weapon X, jego stworzenie - kolejny ukłon w stronę czytelników komiksów. Tego brakowało mimo wszystko w filmowej trylogii X-men - nieco więcej odniesień do "słowa rysowanego".





















  • Gambit - Kogo, jak kogo, ale tego pana brakowało w filmach z tej bajki. Miał się pojawić na kilka sekund w X-men 2, miał mieć kilka minut w "X3: The Last Stand" - niestety sceny z nim brutalnie z filmu wycięto w postprodukcji. Czemu? Tego chyba nawet sam Stan Lee nie wie. W każdym razie osobiście zacieram łakpi w oczekiwaniu na to, jak niezbyt znany w Polsce aktor poradzi sobie z odtworzeniem roli cajuńskiego karciarza. Oby tym razem pojawił się na ekranie na więcej, niż tylko kilka minut...












  • Harry Gregson-Williams - czyli rarytasik (oby!) dla audiofilów. Zazwyczaj muzyka filmowa tego kompozytora przypadała mi do gustu (tak było w przypadku obu dotychczasowych "Narnii", które w sferze dźwiękowej nieźle się obroniły). Wystarczy sobie przypomnieć chociażby "Królestwo niebieskie", albo fakt, że maczał palce w muzyce do "Armegeddonu", czy "Twierdzy" (z Hansem Zimmerem). Ciekawa jestem, jak się to wkomponuje w całokształt - dotychczas w trailerach słychać było jedynie zapożyczone "300" Tylera Batesa (trailer z Comic Conu) i mniej znanego Johna Murphy'ego.




  • Hollywood - no dobrze, to może nie zawsze najlepszy powód - czasami bywa wręcz mieczem obosiecznym. Ale, co by nie powiedzieć, hollywoodzkość filmu gwarantuje pewien popkulturowy poziom efektów specjalnych, popisów kaskaderskich i... spektakularne wybuchy. Żadnych rysowanek, tudzież gumowych czy plastikowych modeli potworów (w tym miejsu brak pozdrowień dla ekipy technicznej filmu "Wiedźmin", brr). Nie wiem jak Wy, ale ja wobec powyższego duchowo nastawiam się na kawałek porządnej filmowej roboty z wartką akcją. Wzdycham do Muzy nr X przy tym o jak najmniejszy możliwy odsetek momentów obrażających inteligencję widza...




Henri Cartier - Bresson, ojciec fotoreportażu

, ,

Nie znoszę aranżowania wydarzeń. Nie znoszę reżyserowania. To okropne... Nie wolno fałszować rzeczywistości. Kocham prawdę i tylko prawdę pokazuję... - Henri Cartier-Bresson



Za kilka miesięcy minie 5 lat od jego śmierci. Żywo zainteresowany malarstwem (które studiował w Cambridge), ale i ruchomym obrazem, filmem. Nazywany jednym z największych fotografów XX wieku (tudzież - przez odważniejszych - fotografem stulecia). Bystry obserwator, ojciec zasady "decydującego momentu" (le moment decisif / the decisive moment) - uchwycenia na celuloidzie kwintesencji wydarzenia, najsilniejszych emocji i wagi momentu. Właśnie pod tytułem "The Decisive Moment" do Luwru trafiła wystawa jego prac - była to pierwsza wystawa fotograficzna tam wystawiona (1958 rok).
Właśnie od jego zdjęć i metod zaczyna się historia współczesnego fotoreportażu - pierwsze zdjęcia zaczął robić swoją kultową już Leicą ze standardową ogniskową 50mm. Uwiecznił wiele istotnych momentów w historii XX wieku - m.in. wyzwolenie Paryża w 1945 r., śmierć Ghandiego, wojnę domową w Chinach w 1949 r. Zjeździł cały świat, znajdując się w centrum wydarzeń - często celowo, kiedy indziej - przypadkiem, a jego czarno-białe zdjęcia trafiły do wszystkich największych czasopism i dzienników.




Wg Cartiera-Bressona w fotografii najistotniejszą kwestią jest kompozycja przestrzenna, podobnie jak w architekturze. Kompozycja jest już zawarta w otoczeniu, fotograf musi ją jedynie wydobyć, poczuć i... nacisnąć spust migawki w owym szczególnym, decydującym momencie. Podkreślał to dodatkowo uważając kwestię techniki za sprawę niemal bez znaczenia - większość zdjęć robił zwykłym aparatem, wyników swej pracy nigdy nie retuszował.




Niezwykła ostrość pewnych elementów walczy z czymś zgoła niewyraźnym - wrażeniem ruchu, czasem. Tego cyklisty już nie dogonimy.

Przedstawiał świat, jakim jest - bez zbędnych upiększeń czy stylizacji, każda osoba, choćby sławnego nazwiska, stawała się na jego zdjęciach sobą, zwykłym człowiekiem idącym przez swe życie dzień po dniu, doświadczającym je jak inni. Czyż to nie odświeżające (choć mające wiele dziesiątek lat) podejście w epoce wszechobecnego plastiku, retuszu i sztucznych photoshopowych ideałów?




Czy to Szalony Gołębiarz? Ależ skąd - to przecież Henri Matisse.




W fotografii zasadniczą rolę odgrywa intuicja. Nie potrzeba wiedzieć, dlaczego właśnie wtedy naciska się spust migawki, ale trzeba to zrobić w takiej chwili, która stanowi o wyniku. A na ten wynik składa się zarówno wydarzenie i rozpoznanie w ułamku sekundy jego znaczenia, jak i równoczesna właściwa organizacja formy wizualnej. Fotografia dla mnie to rytm płaszczyzn, linii i walorów. Fotografia jest nowym rodzajem plastyki, funkcją chwilowych linii. A kompozycja powinna być stałym zajęciem fotografa. W momencie decydującym zaś powinna być intuicyjna.






Perfekcyjne wyczucie chwili - ułamek sekundy przed tym, jak obcas buta dotknie tafli wody...




Nie można nie zwrócić uwagi na nieco przewrotną geometrię i prostą symbolikę przemijania, zmiany pokoleń.




Do obiektu trzeba się podkraść na palcach, nawet w przypadku martwej natury. Trzeba włożyć aksamitne rękawiczki i być czujnym. Bez popychania się i tłoczenia...






"Dessau, Niemcy, 1945. W obozie repatriacyjnym odkryto właśnie informatorkę Gestapo udającą uchodźczynię. Zostaje wydana przez jedną z mieszkanek obozu - jej twarz rozświetla ostre, mocne światło nienawiści."




Azali to Salvador Dali?
(Rzymski Amfiteart, Walencja, 1933)




Podczas znacznego spadku wartości banknotów, Kuomintang wydało decyzję o rozdaniu po 40 gram złota każdej osobie. Tysiące stały w kolejkach podczas tej gorączki złota, zachowywano tylko pozory porządku. Dziesięć osób stratowano na śmierć.
(Szanghaj, Chiny, 1948-49)




Zwykli ludzie, codzienne wydarzenia. Nawet sprzedawca owoców może zaznać odrobiny spokoju w "szemranej" dzielnicy Barcelony - Barrio Chino (1932).




Z okazji 39. urodzin maharadży Barody biednym rozdawano cukrowe kule.
(Gudżarat, 1948)




Niedziela nad brzegiem przeki Marny (Francja, 1938)




Dzień z życia trzech kobiet.(Alicante, Hiszpania, 1932)




Kompozycja aż prosi się o namalowanie obrazu.




Mur Berliński w 1963 roku. Wręcz książkowa, malarska perspektywa.


Linki
H. Cartier-Bresson @Magnum Photos
AfterImage Gallery
Virtual Art Museum

Cóż tam, panie, w kinie?

,

Ano, nic.
A może jednak?


Pewnego razu chciałam pójść do kina. Na coś miłego dla oka i ucha, nie męczącego po pracowitym tygodniu. Postanowiłam więc gruntownie przygotować się do tej wiekopomnej eskapady :wink: i sprawdzić repertuar krakowskich multipleksów oraz tzw. "kin ambitnych" - ot tak, żeby mieć w czym wybierać. I zaczęło się szukanie...
Efekt? Szukanie trwa już od kilku miesięcy. Ciężko znaleźć coś naprawdę interesującego do obejrzenia w kinie i nie obrażającego przy tym inteligencji widza (czyt.: mojej, wybrednej, w tym partykularnym przypadku). Oczywiście, rzecz tyczy się kina Zza Wielkiej Wody, bo cóż innego hołubią nasze kina?
Tutaj bywa różnie.

Jedni celują w nieśmiertelny Bollywood - co by nie powiedzieć, każdy miłośnik srebrnego ekranu powinien obejrzeć choć jeden film spod znaku tańczącej świętej krowy, by zaznajomić się z fenomenem. Tytułów wymieniać można miliony - ostatnimi czasy indyjskie komedie romantyczne są produkowane taśmowo, do wyboru, do koloru. Jedne ciekawe, inne porażająco nudne i przewidywalne. Wszystkie kolorowe i w doskonałej oprawie wizualnej (ach, ta choreografia i muzyka!). Osobiście uważam, że jednym z bardziej udanych filmów reprezentatywnych dla tego gatunku jest "Lagaan" (2001). Jest i muzyka, i taniec, i ładne plenery, są zmagania sportowe (!), burza uczuć, a także jedyne w swoim rodzaju realia (XIXw. Indie, czasy panowania Imperium Brytyjskiego). Są piękne damy, zgrabne indyjskie dziewczęta, no i ci przystojni tancerze... O czym to ja...? Aha.






Nie zapominajmy też o produkcjach europejskich - filmy kontynentalne są różnorodne, powstaje ich stosunkowo dużo - od problemowych, przez komedie ("Death at a funeral" - świetna, brytyjska, ze zdrowym zastrzykiem czarnego humoru; czy ostatni hit "Mamma Mia" z doborową obsadą, ubóstwiany przez niezliczone rzesze fanów Abby), po horrory ("Låt den rätte komma in" - te najwyraźniej zawsze są w modzie), czy dokumenty ("Encounters at the End of the World" - ostatni film Herzoga). Czasami trafi się coś niezłego ze stajni naszych wschodnich sąsiadów (takich filmów jak "Nocna straż" i "Dzienna straż" chyba przypominać nie muszę), choć i to nieczęsto. Ciekawe, czyżby polski widz bał się rosyjskiego kina? A co z filmami z innych części świata? Nie znajdzie się ich w przeciętnym multipleksie. Liczy się przecież zysk, a ile osób kupi bilet na zawiły dramat psychologiczny produkcji izraelskiej, lub film o życiu biednej wioski afrykańskiej (nawet, jeśli reżyser to najwybitniejszy twórca swego pokolenia na Czarnym Lądzie). Oczywizm, jak mawiali starożytni Egipcjanie. Celowo nie piszę o różnych festiwalach filmowych poświęconych twórczości danego kraju czy regionu - bo na takie pójdzie tylko ktoś zainteresowany tematem.

Co ciekawsze, trafiają się też warte zauważenia filmy europejskie, które w ogóle z niewyjaśnionych przyczyn nie trafiają na ekrany naszych kin (choć można je spokojnie obejrzeć w innych krajach Eurolandu). Względnie, jeśli trafiają - jest to zjawisko sporadyczne, w formie szczątkowej.

Widział ktoś może "Jacquou le croquant" (2007) (przetłumaczony na nasze, w intrygujący sposób, jak to na polską tradycję tłumaczenia tytułów przystało, jako "Męstwo i honor")? Nie? A warto, jeśli się ma te ponad dwie godzinki czasu wolnego i nastrój na obejrzenie pięknie wykonanego filmu kostiumowego ze wspaniałymi zdjęciami. Fabuła może nie posiada dziesięciu warstw, ale jest wystarczająco dobra, by się obronić, mówiąc o rzeczach zwykłych oraz tych naprawdę istotnych - nie tylko z perspektywy francuskiej sprzed kilku wieków. Świetna dbałość o szczegół (plus ładne ukazanie codziennego życia), harmonizująca się z całością muzyka oraz mili dla oka i dobrze dobrani przez reżysera (Laurent Bouttonat) aktorzy - szczególnie lubiany przeze mnie Tchéky Karyo (Paladin z "Wing Commandera" czy Dunois w wspaniałej zbroi z "Joanny D'Arc"). Jedyne, co mam do zarzucenia, to pojawiające się tu i ówdzie dość mocno populistyczne akcenty. No, ale już od czasów "Pół żartem, pół serio" wiadomo, że nikt nie jest doskonały.
Film do dostania gdzieniegdzie, np. w popularnej sieci księgarń, której nazwy przezornie tu nie wymienię, w przystępnej cenie.


Skoro jesteśmy przy filmach historycznych, to czas na kolejny dowód, że obraz taki nie musi ociekać patosem, bezbrzeżnym, winkelriedowskim cierpieniem obywateli w imię Wyższej Idei, a - co gorsza - może mieć też ciekawą fabułę i rzetelną ekipę filmową (tu pozdrawiam rodzimych twórców filmowych, patrz punkt 4 poniżej).
"Arn - Tempelriddaren" (2007) - a.k.a. "Arn: The Knight Templar" - polskiego tytułu brak. Opowieść z czasów wypraw krzyżowych o pewnym szwedzkim rycerzu, któremu odmówiono ręku ukochanej, więc wyruszył walczyć z niewiernymi. Zaczyna się uroczo, wręcz ckliwie, ale dalszego ciągu nie powstydziłyby się filmy hollywoodzkie. Nie brak tu walk na miecze oraz scen bitewnych (brawa dla solidnie przygotowanych twórców - wnętrza, stroje i broń aktorów są dopasowane do epoki, ciężko znaleźć jakikolwiek błąd w tej materii). Panie zachwycą się wątkiem romansowym, panowie łaskawym okiem spoglądną na dzielnych rycerzy i ich zmagania. Przy tym filmie takie "kwiatki" jak "Król Artur" (IMO jeden z największych eksperymentalnych niewypałów ostatnich lat, który ratują chyba tylko zdjęcia Idziaka i panowie Clive "Ciacho" Owen oraz Ioan "To poproszę dwa" Gruffudd) muszą schować się do najciemniejszego kąta. Podsumowując - da się zrobić dobry film historyczny. Trzeba tylko chcieć. Jedyna uwaga dla osób wolących polski język - w filmie mówi się po szwedzku i angielsku, w Polsce DVD niedostępny, więc o polskich napisach nie ma co marzyć. Ale jeśli ktoś odwiedzi Niemcy lub Skandynawię - niech ma oczy i uszy szeroko otwarte, DVD kosztuje w przeliczeniu ok. 20-25 Euro.
Aha, krążą słuchy, że będą kolejne części "Arna", ponieważ jest to ekranizacja książek historycznych. Koniecznie zachować czujność!


Niektóre kina lubują się też w produkcjach rodzimych - ale chyba nie trzeba mówić, jaki jest stan polskiej kinematografii. Trzeba? No, dobra, to szybki szkic polskiej radosnej twórczości lat ostatnich:
  1. "Do biletu dorzucamy brzytwę gratis, bo po projekcji będziesz pragnął jedynie się pociąć" (w rolach głównych: "Plac Zbawiciela", "Cześć, Tereska" i cała masa innych tzw. "filmów problemowych"). Pytanie: dla kogo te filmy się robi - z całym szacunkiem dla twórców "filmów problemowych" - chyba nie dla krytyków oraz panów i pań wręczających "krewnym i znajomym królika" nagrody na naszych festiwalach filmowych.
  2. "Zabili go i uciekł" - w roli głównej obowiązkowy Linda (względnie nieco młodsze aktualne bożyszcze srebrnego ekranu, koniecznie o kiepskich umiejętnościach aktorskich, tych ci u nas dostatek) plus obowiązkowe "Co ty, k*wa, wiesz o..." (Tutaj wpisujemy cokolwiek, dla tak zwanej "fabuły" nie ma to przecież żadnego znaczenia. Będę litościwa i nie podam żadnych przykładów, bo mi wstyd.)
  3. "Zróbmy durną komedyjkę dla bezmózgow" - czyli kalka kalki najprymitywniejszej pseudokomedii (ha, ha.) romantycznej z USA (np. "Tylko mnie kochaj" (*), "Lejdis", "Testosteron", boring, boring, boring).
  4. Podniosłe Kino Martyrologiczne - ja rozumiem: patriotyzm, krzewienie wartości, pamięc historii. Wszystko można ładnie podać i oprawić (o tym napiszę w kolejnym odcinku). A co się nam serwuje? Często przejaskrawione i ciężkie w odbiorze (patrz punkt 1) monumentalne, przytłaczające dzieła (vide "Katyń"). Nie czekam na "Monte Cassino", czy "Westerplatte" (jeśli powstanie) ja się tych filmów obawiam.


Jaki obraz się więc wyłania z tej naprędce skleconej mozaiki? Ano taki, że dystrybutorzy (a, co za tym idzie, kina wszelakich rozmiarów) wolą postawić na pewniaki, sztampową papkę produkowaną bez końca przez miłych przyjaciół spod łopoczącej Star-Spangled Banner, upajających się szelestem strumienia zielonych papierków płynącego w ich kierunku. Pytanie tylko, jak długo.

A ja tylko chciałam pójść do kina...

(*) - tu ziomalskie "szacun" dla Inkiego za jego pamiętną przeróbkę "TYLKO MNEI RUHAI".
December 2009
M T W T F S S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31