MidMad's MeaDow

...somewhere over the rainbow...

Cóż tam, panie, w kinie?

,

Ano, nic.
A może jednak?


Pewnego razu chciałam pójść do kina. Na coś miłego dla oka i ucha, nie męczącego po pracowitym tygodniu. Postanowiłam więc gruntownie przygotować się do tej wiekopomnej eskapady wink i sprawdzić repertuar krakowskich multipleksów oraz tzw. "kin ambitnych" - ot tak, żeby mieć w czym wybierać. I zaczęło się szukanie...
Efekt? Szukanie trwa już od kilku miesięcy. Ciężko znaleźć coś naprawdę interesującego do obejrzenia w kinie i nie obrażającego przy tym inteligencji widza (czyt.: mojej, wybrednej, w tym partykularnym przypadku). Oczywiście, rzecz tyczy się kina Zza Wielkiej Wody, bo cóż innego hołubią nasze kina?
Tutaj bywa różnie.

Jedni celują w nieśmiertelny Bollywood - co by nie powiedzieć, każdy miłośnik srebrnego ekranu powinien obejrzeć choć jeden film spod znaku tańczącej świętej krowy, by zaznajomić się z fenomenem. Tytułów wymieniać można miliony - ostatnimi czasy indyjskie komedie romantyczne są produkowane taśmowo, do wyboru, do koloru. Jedne ciekawe, inne porażająco nudne i przewidywalne. Wszystkie kolorowe i w doskonałej oprawie wizualnej (ach, ta choreografia i muzyka!). Osobiście uważam, że jednym z bardziej udanych filmów reprezentatywnych dla tego gatunku jest "Lagaan" (2001). Jest i muzyka, i taniec, i ładne plenery, są zmagania sportowe (!), burza uczuć, a także jedyne w swoim rodzaju realia (XIXw. Indie, czasy panowania Imperium Brytyjskiego). Są piękne damy, zgrabne indyjskie dziewczęta, no i ci przystojni tancerze... O czym to ja...? Aha.






Nie zapominajmy też o produkcjach europejskich - filmy kontynentalne są różnorodne, powstaje ich stosunkowo dużo - od problemowych, przez komedie ("Death at a funeral" - świetna, brytyjska, ze zdrowym zastrzykiem czarnego humoru; czy ostatni hit "Mamma Mia" z doborową obsadą, ubóstwiany przez niezliczone rzesze fanów Abby), po horrory ("Låt den rätte komma in" - te najwyraźniej zawsze są w modzie), czy dokumenty ("Encounters at the End of the World" - ostatni film Herzoga). Czasami trafi się coś niezłego ze stajni naszych wschodnich sąsiadów (takich filmów jak "Nocna straż" i "Dzienna straż" chyba przypominać nie muszę), choć i to nieczęsto. Ciekawe, czyżby polski widz bał się rosyjskiego kina? A co z filmami z innych części świata? Nie znajdzie się ich w przeciętnym multipleksie. Liczy się przecież zysk, a ile osób kupi bilet na zawiły dramat psychologiczny produkcji izraelskiej, lub film o życiu biednej wioski afrykańskiej (nawet, jeśli reżyser to najwybitniejszy twórca swego pokolenia na Czarnym Lądzie). Oczywizm, jak mawiali starożytni Egipcjanie. Celowo nie piszę o różnych festiwalach filmowych poświęconych twórczości danego kraju czy regionu - bo na takie pójdzie tylko ktoś zainteresowany tematem.

Co ciekawsze, trafiają się też warte zauważenia filmy europejskie, które w ogóle z niewyjaśnionych przyczyn nie trafiają na ekrany naszych kin (choć można je spokojnie obejrzeć w innych krajach Eurolandu). Względnie, jeśli trafiają - jest to zjawisko sporadyczne, w formie szczątkowej.

Widział ktoś może "Jacquou le croquant" (2007) (przetłumaczony na nasze, w intrygujący sposób, jak to na polską tradycję tłumaczenia tytułów przystało, jako "Męstwo i honor")? Nie? A warto, jeśli się ma te ponad dwie godzinki czasu wolnego i nastrój na obejrzenie pięknie wykonanego filmu kostiumowego ze wspaniałymi zdjęciami. Fabuła może nie posiada dziesięciu warstw, ale jest wystarczająco dobra, by się obronić, mówiąc o rzeczach zwykłych oraz tych naprawdę istotnych - nie tylko z perspektywy francuskiej sprzed kilku wieków. Świetna dbałość o szczegół (plus ładne ukazanie codziennego życia), harmonizująca się z całością muzyka oraz mili dla oka i dobrze dobrani przez reżysera (Laurent Bouttonat) aktorzy - szczególnie lubiany przeze mnie Tchéky Karyo (Paladin z "Wing Commandera" czy Dunois w wspaniałej zbroi z "Joanny D'Arc"). Jedyne, co mam do zarzucenia, to pojawiające się tu i ówdzie dość mocno populistyczne akcenty. No, ale już od czasów "Pół żartem, pół serio" wiadomo, że nikt nie jest doskonały.
Film do dostania gdzieniegdzie, np. w popularnej sieci księgarń, której nazwy przezornie tu nie wymienię, w przystępnej cenie.


Skoro jesteśmy przy filmach historycznych, to czas na kolejny dowód, że obraz taki nie musi ociekać patosem, bezbrzeżnym, winkelriedowskim cierpieniem obywateli w imię Wyższej Idei, a - co gorsza - może mieć też ciekawą fabułę i rzetelną ekipę filmową (tu pozdrawiam rodzimych twórców filmowych, patrz punkt 4 poniżej).
"Arn - Tempelriddaren" (2007) - a.k.a. "Arn: The Knight Templar" - polskiego tytułu brak. Opowieść z czasów wypraw krzyżowych o pewnym szwedzkim rycerzu, któremu odmówiono ręku ukochanej, więc wyruszył walczyć z niewiernymi. Zaczyna się uroczo, wręcz ckliwie, ale dalszego ciągu nie powstydziłyby się filmy hollywoodzkie. Nie brak tu walk na miecze oraz scen bitewnych (brawa dla solidnie przygotowanych twórców - wnętrza, stroje i broń aktorów są dopasowane do epoki, ciężko znaleźć jakikolwiek błąd w tej materii). Panie zachwycą się wątkiem romansowym, panowie łaskawym okiem spoglądną na dzielnych rycerzy i ich zmagania. Przy tym filmie takie "kwiatki" jak "Król Artur" (IMO jeden z największych eksperymentalnych niewypałów ostatnich lat, który ratują chyba tylko zdjęcia Idziaka i panowie Clive "Ciacho" Owen oraz Ioan "To poproszę dwa" Gruffudd) muszą schować się do najciemniejszego kąta. Podsumowując - da się zrobić dobry film historyczny. Trzeba tylko chcieć. Jedyna uwaga dla osób wolących polski język - w filmie mówi się po szwedzku i angielsku, w Polsce DVD niedostępny, więc o polskich napisach nie ma co marzyć. Ale jeśli ktoś odwiedzi Niemcy lub Skandynawię - niech ma oczy i uszy szeroko otwarte, DVD kosztuje w przeliczeniu ok. 20-25 Euro.
Aha, krążą słuchy, że będą kolejne części "Arna", ponieważ jest to ekranizacja książek historycznych. Koniecznie zachować czujność!


Niektóre kina lubują się też w produkcjach rodzimych - ale chyba nie trzeba mówić, jaki jest stan polskiej kinematografii. Trzeba? No, dobra, to szybki szkic polskiej radosnej twórczości lat ostatnich:
  1. "Do biletu dorzucamy brzytwę gratis, bo po projekcji będziesz pragnął jedynie się pociąć" (w rolach głównych: "Plac Zbawiciela", "Cześć, Tereska" i cała masa innych tzw. "filmów problemowych"). Pytanie: dla kogo te filmy się robi - z całym szacunkiem dla twórców "filmów problemowych" - chyba nie dla krytyków oraz panów i pań wręczających "krewnym i znajomym królika" nagrody na naszych festiwalach filmowych.
  2. "Zabili go i uciekł" - w roli głównej obowiązkowy Linda (względnie nieco młodsze aktualne bożyszcze srebrnego ekranu, koniecznie o kiepskich umiejętnościach aktorskich, tych ci u nas dostatek) plus obowiązkowe "Co ty, k*wa, wiesz o..." (Tutaj wpisujemy cokolwiek, dla tak zwanej "fabuły" nie ma to przecież żadnego znaczenia. Będę litościwa i nie podam żadnych przykładów, bo mi wstyd.)
  3. "Zróbmy durną komedyjkę dla bezmózgow" - czyli kalka kalki najprymitywniejszej pseudokomedii (ha, ha.) romantycznej z USA (np. "Tylko mnie kochaj" (*), "Lejdis", "Testosteron", boring, boring, boring).
  4. Podniosłe Kino Martyrologiczne - ja rozumiem: patriotyzm, krzewienie wartości, pamięc historii. Wszystko można ładnie podać i oprawić (o tym napiszę w kolejnym odcinku). A co się nam serwuje? Często przejaskrawione i ciężkie w odbiorze (patrz punkt 1) monumentalne, przytłaczające dzieła (vide "Katyń"). Nie czekam na "Monte Cassino", czy "Westerplatte" (jeśli powstanie) ja się tych filmów obawiam.


Jaki obraz się więc wyłania z tej naprędce skleconej mozaiki? Ano taki, że dystrybutorzy (a, co za tym idzie, kina wszelakich rozmiarów) wolą postawić na pewniaki, sztampową papkę produkowaną bez końca przez miłych przyjaciół spod łopoczącej Star-Spangled Banner, upajających się szelestem strumienia zielonych papierków płynącego w ich kierunku. Pytanie tylko, jak długo.

A ja tylko chciałam pójść do kina...

(*) - tu ziomalskie "szacun" dla Inkiego za jego pamiętną przeróbkę "TYLKO MNEI RUHAI".

Siedemnaście mgnień... wilkówHenri Cartier - Bresson, ojciec fotoreportażu

Comments

Unregistered user Thursday, November 27, 2008 5:52:39 PM

Lili writes: ej, odczep się, lejdis są fajne :P

Unregistered user Thursday, November 27, 2008 6:00:41 PM

Craven writes: Uaaa dobra wpisa. Przyznam, że od kiedy "wypadłem z obiegu" nie trzymam tak ręki na pulsie. Ze swojej strony wspomnę na co ja czekam (choć planuję porządny wpis na blogu, tj. po przejrzeniu zapowiedzi): 1. Avatar - James Cameron, o tym filmie będzie cała notka 18go grudnia. 2. 2. Walkiria - spodziewam się porządnego kina, mam nadzieję, że nigdzie nie przeszarżują. 3. Watchmen - komiks z pewnością warty uwagi, ale lekko mnie rozczarował, ciekawe jak będzie z filmem. 4. Wolverine - z jednej strony to może być kupa, z drugiej to jednak Wolverine... 5. Star Treka - Nie cierpię ST, ale na pewno z ciekawości zobaczę, jak sobie poradzili. 6. Terminator: Ocalenie - chętnie zobaczę trochę dobrej rozwałki z dobrymi efektami. McG naśladuje Baya? Fine with me... 7. Gran Torino - powrót twardziela. Ufam Clintowi. Inaczej odstrzelił by mi łeb. 8. Transformers 2 - świetnie się bawiłem na jedynce, ale nawet nie wiem czy to w 2009 będzie w kinach.

MidMad Thursday, November 27, 2008 6:04:30 PM

@Lili
Fajne to sa focie na Twoim blogasq wink

Unregistered user Thursday, November 27, 2008 7:46:10 PM

Dr rD writes: Zjebać Testosteron a zachwycać się Bollywoodem czy nienadającymi się do oglądania nocnymi/dziennymi strażakami to ja nie wiem, nie wiem, chyba już wszystko ka za wyjątkiem em, a kino nordyckie skończyło się na kill'em all przy szachach ze śmiercią, dlaczego tylko szaleńcy oglądają dwunastogodzinne japońskie arcydzieła - bo normalny człowiek się porzyga, dłużyzna i pan za to płaci, pani za to płaci, więc szkoda pieniędzy, szkoda czasu; pewien Hiszpan nakręcił dwugodzinny film o flamenco, przez dwie godziny tańczą i nic nie mówią, podobno w zamyśle to wielkie emocje i dramaty wyraża, ale przecież gołym okiem widać że to tupanie i klaskanie jak na treningu młodych fakirów łapiących mole, ludzie z kina wychodzą i zastanawiają się po co takie kretyńskie filmy inni ludzie kręcą, ano po to, że lepszych "nie umiom", tak jak młodzieniec nie potrafiący sklecić fajnego opowiadania siada i pisze badziewny wiersz, i chmurnie spogląda na wieprze, które jego pereł nie kąsają a on wszak taki głęboki i piękny, a tak naprawdę dwa najobrzydliwsze słowa, oksymoron proktologiczny, to "sztuka współczesna" - choć warto, jeśli w ogóle coś warto, el muerte dellarto, to upić się albo obejrzeć Babylon A.D., prawie Blade Runnera XXI wieku, polecam Bosssska i będę zaglądał częściej :)

MidMad Tuesday, January 13, 2009 3:16:31 PM

Słodki jesteś, Oh Illuminated, ale marna ta prowokacja, stać Cię na dużo więcej, wierzaj mi smile

Nie każdy lubi filmy pt. "ratatata" i 50 wybuchów, na świecie istnieją również koneserzy takich kuriozów jak wspomniane wyżej dwunastogodzinne japońskie arcydzieła i mają się wszyscy dobrze, jak to mawiają - każda potwora znajdzie swego amatora.
Z proktologiczną myślą przewodnią jak najbardziej się zgadzam, dorzuce jeszcze, że wszystko już było, w końcu Fukuyama swojego pomysłu nie wziął z powietrza. Mam nadzieję, że jego wycofanie się z szeroko rozumianego "końca historii" oznacza nadciągnięcie niebawem jakichś ożywczych powiewów wiatru również na niezmierzone wody czegoś, co się, pardon my french, nazywa "sztuką współczesną".

Write a comment

New comments have been disabled for this post.

June 2012
M T W T F S S
May 2012July 2012
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30