The Australian Pink Floyd Show
Tuesday, 4. March 2008, 00:03:12
Są takie covery, za które powinno się dyndać na najbliższym drzewie. Są też takie, za które powinno się wręczać nagrody 'Best Cover Ever'. I do tej drugiej grupy należą występy coverbandu z Australii, który na warsztat wziął utwory znanego, cenionego, uwielbianego, ubóstwianego etc. zespołu Pink Floyd.
Tyle tytułem wstępu. Wstępu, który wziął się stąd, że dnia pierwszego marca roku bieżącego byłem w Spodku razem z tysiącami fanów Pink Floyd. Byliśmy tam wszyscy spodziewając się... cholera. No właśnie - czego? Porażki? Nie, nie wydalibyśmy minimum 130PLN na bilety. Oczekiwaliśmy, że Pink Floyd wróci... I, cholera jasna, oni wrócili. Gdyby Gilmour, Waters, Wright i Mason byli martwi, powiedziałbym że ci australijczycy to dowód na reinkarnację.
Przez dwie godziny cała sala pozwalała ośmiu osobom zespołu i całemu sztabowi techników doprowadzać sie do muzycznej ekstazy. Burza oklasków na stojąco nie wyraziła zachwytu publiczności. No dobra - mojego nie wyraziła na pewno ;-)
Przez ok. dwie godziny (+ ok. 20-minutową przerwą) nie mogłem uwierzyć, że cała rzeczywistość szarego dnia codziennego odpłynęła... I nawet gdy myślałem o tym, że 'hej, zapomniałem o maturze, o dragonie, o tym i o tamtym', to nie chciało wrócić ;-).
Chłopcy (i dziewczęta) dali popis świetnego show połączonych sił instrumentów, świateł, krótkich animacji a nawet nadmuchiwanych kukieł. Wokalowo nie odbiegali prawie w żadnym stopniu od oryginałów, muzycznie zaś pozwalali sobie na pewne mniej-lub-bardziej drobne zmiany, które jednak nie zaburzały 'coverowania' danego utworu.
Wszystkim fanom Pink Floyd serdecznie, kurwa, polecam. ;]
Parę fotek mojej roboty do obejrzenia tutaj - my.opera.com/Misiek-TCBOO/albums/show.dml?id=483764
Tyle tytułem wstępu. Wstępu, który wziął się stąd, że dnia pierwszego marca roku bieżącego byłem w Spodku razem z tysiącami fanów Pink Floyd. Byliśmy tam wszyscy spodziewając się... cholera. No właśnie - czego? Porażki? Nie, nie wydalibyśmy minimum 130PLN na bilety. Oczekiwaliśmy, że Pink Floyd wróci... I, cholera jasna, oni wrócili. Gdyby Gilmour, Waters, Wright i Mason byli martwi, powiedziałbym że ci australijczycy to dowód na reinkarnację.
Przez dwie godziny cała sala pozwalała ośmiu osobom zespołu i całemu sztabowi techników doprowadzać sie do muzycznej ekstazy. Burza oklasków na stojąco nie wyraziła zachwytu publiczności. No dobra - mojego nie wyraziła na pewno ;-)
Przez ok. dwie godziny (+ ok. 20-minutową przerwą) nie mogłem uwierzyć, że cała rzeczywistość szarego dnia codziennego odpłynęła... I nawet gdy myślałem o tym, że 'hej, zapomniałem o maturze, o dragonie, o tym i o tamtym', to nie chciało wrócić ;-).
Chłopcy (i dziewczęta) dali popis świetnego show połączonych sił instrumentów, świateł, krótkich animacji a nawet nadmuchiwanych kukieł. Wokalowo nie odbiegali prawie w żadnym stopniu od oryginałów, muzycznie zaś pozwalali sobie na pewne mniej-lub-bardziej drobne zmiany, które jednak nie zaburzały 'coverowania' danego utworu.
Wszystkim fanom Pink Floyd serdecznie, kurwa, polecam. ;]
Parę fotek mojej roboty do obejrzenia tutaj - my.opera.com/Misiek-TCBOO/albums/show.dml?id=483764








How to use Quote function: