Thursday, 12. November 2009, 23:00:32
Dziwny jest ten tydzień.
Powiedzmy, że sobota była sobotą i wróciłem do domu nad ranem, jak Pan Bóg przykazał. Ale niedziela już nie; niedzieli nie było – zamiast odpocząć, wyspać się, poczytać, musiałem popracować. Po takim popołudniu i wieczorze poniedziałek był zwyczajną męczarnią.
Za to we wtorek, z racji klubowej imprezy urodzinowej kolegi K., poczułem się jak w środę. Środa przypominała za to sobotę; dziś znienacka wrócił czwartek. A właściwie i nie czwartek, ponieważ te robię sobie wolne, a dziś pracowałem. Jutro za to robię sobie wolne i jadę na Falkon. Więc jakby sobota, druga w tym tygodniu?
Wypadłem z czasu. Nie jestem pewien, kiedy, może pół roku temu, może rok, może dwa lata.
Za wcześnie, za późno; tak czy owak, nie wtedy, kiedy trzeba. Kiedy trzeba było rozsądnie poczekać, ja rzucałem się głową naprzód. O tym, że może trzeba było iść inną drogą, dowiaduję się z goryczą – poniewczasie. Nie wypowiedziałem słów, które kiedyś, w swoim czasie, mogły uratować kilka ważnych rzeczy; kiedy trzeba było rozsądnie się zamknąć, nie skorzystałem z okazji do milczenia. Gdybym zrezygnował z pracy o dwa lata wcześniej, byłbym teraz zupełnie w innym miejscu, widzę jednak, że jakieś plany, które wydawały mi się zupełnie realne, spełzną na niczym. Kiedy trzeba się bawić, chodzę smutny, i wprost przeciwnie. Przestałem czuć się dobrze w otoczeniu swoich rówieśników, a jednak otwarcie mogę i chcę mówić z kimś starszym. Kiedy trzeba było wyjechać, zostałem, a gdy wszystko przemawia za tym, żeby spędzić weekend w domu, wyjeżdżam.
Jest gdzieś w życiu ciąg główny, jak na wykresie Hertzsprunga-Russella, ale mnie w nim nie ma od dawna.
Monday, 2. November 2009, 00:01:55
Poszedłem na spacer. Bez konkretnego celu, zawsze mogę skręcić w prawo, kiedy najdzie mnie na to ochota, albo pójść prosto, jeżeli będzie tam coś interesującego. Czasem umawiam się przy tym sam ze sobą, że choćbym szedł trasą przemierzaną od lat po kilka razy na dzień, dzisiaj miejsca te będę oglądał tak, jakbym widział je po raz pierwszy w życiu. Zawsze się sprawdza. Nie zauważałem dotąd na przykład, że ostatnia kamienica przed skrzyżowaniem 28 Czerwca z Hetmańską, od miasta patrząc po prawej stronie, ma balkony z barierkami z przepięknie kutego żelaza, a pod samą krawędzią dachu sztukaterie z jakimiś rodzajowymi scenami.
I tak dalej. Poszedłem sobie prosto na południe, obejrzeć sobie budynki fabryki Cegielskiego. Symbol miasta, poniekąd, w tej chwili na ostatnich nogach; pewnie za kilka lat wyrośnie tam kolejne strzeżone osiedle. Jedną z hal oraz całkiem spory secesyjny dom (dawny budynek dyrekcji) kilkanaście lat temu kupił (wydzierżawił?) Uniwersytet im. Adama Mickiewicza. Omalże napisałem „uniwerek”, lecz byłoby to mylące, ponieważ namnożyło się nam uniwersytetów w Poznaniu co niemiara.
Miałem tam zajęcia, na roku czwartym i piątym. Wydział Prawa twardo obstawał w okopach Św. Trójcy na Świętym Marcinie, skąd na Morasko przenieść się dał. Mawialiśmy złośliwie, że to przez wygodę naszych profesorów, którym nie chciało się zapewne odrywać od swoich dochodowych kancelarii w centrum i tłuc na jakieś północne rubieże. Budynek Collegium Iuridicum zatłoczony był co niemiara już wówczas, asystenci gnieździli się po kilu w ciasnych pokoikach, i tylko na trzecim piętrze uchowała się oaza względnego spokoju. Po lewej stronie od klatki schodowej mieścił się wesoły pokój Katedry Prawa Administracyjnego, lecz korytarz idący dalej na swój prywatny użytek nazywałem korytarzem duchów; zdaje się, żem po pijaku zapewniał też na jakiejś imprezie, że widziałem, jak wiatr tam toczy krzaki, jak na westernach. Wynikało to z tego, że w owych czasach mieli tam gabinety Łączkowski, ówczesny szef PKW, prezes NSA Hauser i nie pamiętam, kto jeszcze, których nigdy nie było w Poznaniu. Profesor Hauser nie darzył tego budynku zdaje się jakąś wielką sympatią, bo seminarium magisterskie (które nader miło wspominam) mieliśmy w sądzie na 3 Maja.
Jednakże adiunkci i doktoranci takimi przywilejami się nie cieszyli, tak to musieliśmy jeździć na niektóre zajęcia do Collegium Ceglorum, jak się ten budynek zwało. Marnie wyglądały tam szanse wyciągnięcia naszych ćwiczeniowców na piwo – jedynym lokalem w okolicy był nieodżałowanej pamięci bar „Grzanka”, który wyglądał jak przeniesiony w czasie z lat 70. Nie powiem; chadzałem tam od czasu do czasu skonsumować w towarzystwie przyjaciół albo i sam nawet kaszaneczkę pod piwko (lub 4), na pierwszym Pyrkonie miał tam miejsce absolutnie kultowy wykład Oramusa o stylach picia piwa, a w ogóle było to miejsce przesympatyczne. Nie pamiętam, żebym nie został tam zagadnięty przyjaźnie przez jakiegoś bywalca, którymi na oko byli robotnicy z Cegielskiego właśnie, ale tak przyjaźnie, bez żadnego chamstwa czy agresji. Miejsce to jakoś nie przemawiało jednak do moich kolegów i koleżanek z roku.
„Grzanki” nie ma od kilku lat, murowany parterowy pawilon, w którym się mieściła, został zburzony pod nowy budynek. Szkoda wielka, myślę sobie, że może właśnie dlatego Zakłady Cegielskiego umierają? Sic transit gloria mundi. Już w tej chwili na gruzach HCP wyrasta mnóstwo firm, magazynów, w ceglanym baraku mieści się nawet siłownia „Hulk”. W jednym z budynków ma siedzibę WSPiA im. Księcia Mieszka I; nie wiedziałem, że uczelnia na której prowadziłem zajęcia, ma tak czcigodnego patrona. Co przypomniało mi, że musiałbym od nich jakoś wyciągnąć pieniądze, które są mi winni za rzeczone zajęcia. Heh, następna sprawa do zajęcia się w przyszłym tygodniu.
Szedłem więc 28 Czerwca dalej w stronę Dębca, aż zaciekawiła mnie półokrągła brama w jednej z kamienic, ciągnących się po lewej stronie, jeszcze przed Wspólną. Przegrodzona była bramą, lecz furtka była otwarta. Wszedłem i stanąłem jak wryty.
Zamiast podwórza zobaczyłem inny świat. Wewnątrz stoją domki, mniejsze od kamienicy oddzielającej je od ulicy, bo zaledwie piętrowe. Część szeregowców wygląda, jakby je przenieść z Wielkiej Brytanii albo Anglii, winorośl lub powój pnie się po ceglanych ścianach, od tyłu są malutkie, zadbane ogródki. Są tam wąziutkie, kręte uliczki, którymi ledwie da się przejechać obok zaparkowanych samochodów. W samym centrum zabudowa jest zawinięta w bardzo wydłużoną podkowę, od jednej strony większość domków jest otynkowana na brąz, wpadający w promieniach zachodzącego słońca w przepiękny, rdzawy kolor. Po drugiej, zewnętrznej stronie elewacje są z gołej cegły, pociemniałej na mocny brąz.
Przez dłuższą chwilę obchodziłem ten prostokąt, może ze 150 na 200 metrów, i chłonąłem jego piękno. Nie wiem, kiedy te domki zostały zbudowane ani dla kogo, pewnie na przełomie XIX i XX wieku mieszkali tam jacyś majstrowie z Cegielskiego, albo kanceliści, albo ktokolwiek, kto nie musiał się gnieździć w kamienicy. Żałowałem, że nie mam aparatu, bo jednak opis jest w tym momencie żałośnie ubogi. I już mniejsza, że z dwóch stron ten fyrtel otaczają kamienice, pomalowane na ohydny, bladoseledynowy, szpitalny kolor (komuś, kto do tego dopuścił, należałoby bezzwłocznie wydłubać za karę oczy), z trzeciej okropny, klocowaty blok, a z czwartej rozpadający się betonowy płot z fabryką zaraz za nim.
Cieszę się, że potrafię czasem znaleźć takie miejsca.
Wracałem do siebie Rolną, brodząc po kostki w żółtych, klonowych liściach. Światło sodowych latarni czyniło świat cieplejszym, a ja szedłem, z rękami w kieszeniach, zatopiony we własnych myślach, ku ciepłej herbacie z odrobiną żurawinówki.
Jesień, widzicie, wcale nie jest taka zła.
Monday, 26. October 2009, 23:09:35
Obejrzałem sobie na nieocenionym jutubie walkę Pana Adamka z Panem Gołotą.
Nie, żebym jakimś prorokiem był niesamowitym, ale całe toto gadanie, że Pan Adamek ryzykuje bijąc się z Panem Gołotą wydało mi się grubo przesadzone. To, że Endrju porusza się po ringu z gracją worka cementu oraz posiada tylko prawą rękę, jakoś nie powinno być specjalną tajemnicą dla nikogo. Takoż nie bardzo mi się chciało wierzyć w przepowiednie, że Pan Gołota może trafić Pana Adamka na tyle mocno i celnie, że mata uderzy Pana Adamka w twarz.
Tak: to może być rzecz, o której nie wiedzieliście, ale Pan Ostry lubi oglądać sobie boks.
Ale tak od kategorii średniej w górę. W niższych wagach, wiecie, w telewizji wszystko dzieje się za szybko. Tłuka się, tłuką, nie wiadomo właściwie, kto kogo trafił mocniej, aż tu nagle jeden leży i niekoniecznie wstaje; oglądałem sobie kiedyś walkę Manny Pacquiao z Rickiem Hattonem – kolesie po sześćdziesiąt kilo, a jak Pacman sprzedał w drugiej rundzie plombę, to Hitmana trzeba było z ringu zbierać łyżeczką. Manny w ogóle dobry jest – walczył przecież z De La Hoyą i spuścił mu bardzo ładne manto. W bezpośredniej transmisji obejrzałbym sobie Floyda Mayweathera Jr, który walczy w kategorii półśredniej, wygrał na razie wszystkie walki, jest najlepszym bokserem na świecie bez podziału na kategorie wagowe i takie tam.
Boksu amatorskiego nie lubię, bo go nie rozumiem. To znaczy – rozumiem, dlaczego są teraz te guziczki, które mają naciskać sędziowie, jak ich zdaniem ktoś kogoś trafi. Wszystko przez igrzyska olimpijskie w Seulu, i tamtejsze skandale, heh – nie pamiętam już, który z południowokoreańskich bokserów turlał się z płaczem po ringu jakieś pół godziny, zanim go zachęcono do pogodzenia się z przegraną i pójściem do szatni. Sygnał jednak poszedł i sędziowie już wiedzieli co robić – w ten sposób przegrał w finale niejaki Roy Jones jr. Na półwyspie koreańskim drukowanie ma jak widać karierę sięgającą nie tylko Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Nie, żeby w boksie zawodowym nie było podobnych przewałów – do dziś nie rozumiem, dlaczego dziadzio Holyfield przynajmniej nie zremisował z Wałujewem, skoro ani jeden, ani drugi nie zrobili sobie krzywdy, a w przeciągu całej walki Pan Holyfield lepszy był, żwawszy (no, on ma tylko jakieś 45 lat...) i jakoś bardziej mu się chciało walczyć.
Tu wracamy do wagi ciężkiej. Moim zdaniem – odkąd Sir Lennox Lewis skończył karierę, podobno z nudów – nic przesadnie ciekawego się nie dzieje. Są bracia Kliczko, którzy – łup łup – wybijają z głowy marzenia kolejnych przeciwników o poszczególnych tytułach. Jadąc od najnowszych: Arreola, Czagajew, Gomez, Rahman, Peter – łup łup – i dooowiiiidzeeeeniaaa. Pan Wałujew to jest jakieś kuriozum z cyrku rodem; oglądałem parę jego walk, no i faktycznie, jakaś duża nieuwaga jego przeciwnika może spotkać się z (niespiesznym) zderzeniem ze 150 kilo wagi, co niekoniecznie jest fajowe.
Wracając zatem do Pana Adamka. Bił on Pana Gołotę jak chciał, kiedy chciał i gdzie chciał. Może w trzeciej rundzie, Pan Gołota trafił ze dwa-trzy razy w miarę czysto; szkopuł w tym, że Pan Adamek posiada organizm odporny, zdaje się, na tego typu nieprzyjemności. Wystarczy przypomnieć:
a) bęcki, jakie w czwartej rundzie zbierał w walce o tytuł z Panem Cunninghamem – w zasadzie już Pan Adamek witał się z tzw. deskami, przyjął bowiem tak z 10 czyściutkich sierpów i podbródkowych prosto na szczękę. A jednak zamroczon okrutnie zdołał się odgryźć; mina Pana Cunninghama wstającego z kolan – bezcenna
b) bęcki, jakie – znów nomen omen w czwartej rundzie – zapuszczał Panu Adamkowi Pan Banks w obronie tytułu. Po dwóch sierpach Pan Adamek zachwiał się znacznie, po czym zaczął wykonywać ruchy rękami sugerujące zamiar wzbicia się w powietrze i odlecenia z ringu. A jakiś czas później sam odesłał Pana Banksa pierwszym samolotem do domu.
O ile sobie przejrzałem amerykańskie serwisy poświęcone wadze ciężkiej – hype'a na Pana Adamka nie ma. Communis opinio twierdzi, że zbicie Pana Gołoty żadnym wyczynem nie jest, na panów Kliczków (czy też Kłyczków, jak oznajmia dbająca o prawidłową transkrypcję Ciocia Wiki) to Pan Adamek argumentów nie ma, a typowani PP. Haye i Czagajew są i szybsi, i naturalnie mocniejsi od Pana Adamka.
Ciężko (nomen omen znów:-)) cokolwiek mądrego powiedzieć. Z wagi cruiser do mistrzostwa w wadze ciężkiej – w ostatnich 20 latach, jedno nazwisko. Podpowiedź: niejaki Mike Tyson odgryzł mu ucho:-)
Do Pana Holyfielda Panu Adamkowi daleko, jednakże wcale nie jest skazany na pożarcie. Tzn. - jest skazany na pożarcie z Kliczko Brothers – ta sama wschodnia szkoła boksowania lewym prostym, który wybija przeciwnikowi z głowy marzenia o zwycięstwie. Tzn.: w przypadku Pana Adamka wybija, bo świetność techniczna Pana Adamka na tle jakiegoś badziewie w heavycruiser wątpliwości nie podlega. W przypadku Panów Kliczko – cóż: zabija. Żaden z nich nie musi właściwie uderzać prawą, bo jak powiada doświadczenie, waląc po dwadzieścia razy w rundzie lewym, doprowadzają do przeciwnika do poddania. Dziesiąta runda, a Pan Kliczko W or V komplementuje przeciwnika. Długo wytrzymał. Właściwie - jedyna walka ciekawa w tej chwili, to Kliczko vs Kliczko. I prawy na prawy. I remis po obustronnym knock-downie... Ale jak ogólnie wiadomo, bracia nie podniosą na siebie ręki.
Cóż; Pan Adamek rusza się żwawo, cios przyjmie, a i sam walnąć potrafi. To samo można powiedzieć o wszystkich bokserach w wadze ciężkiej ostatnio. Każdy deklarował, że Panów Braci w ten sposób pokona, a potem... jak wyszło tak wyszło. Tym niemniej warto przytoczyć tu Pana Jonesa Jr., który sprał niemiłosiernie Pana Ruiza – no, z 10 lat temu to było, albo i lepiej – mając około 90 kilogramów. Ale nie nyło nokautu, tylko Pan Jones sobie skakał wokół Pana Ruiza, i jak chciał to mu przywalił. Jak nie chciał, to wchodził w półdystans. Z rękami poniżej pasa. I trafić się nie dał. No ale walka była wybrana konkretnie pod przeciwnika, bo z Panem Lwem to Pan Jones szans by nie miał.
Panu Adamkowi życzę jak najlepiej, najlepiej pokonania Pana Tua (co pokaże, czy Pan Adamek spierdala w ringu dostatecznie szybko, żeby uniknąć ciosu, którym Pan Tua poluje na wieloryby, czy na co tam na Samoa można polować). Pana Gołoty żałuję, że nie skończył tzw. kariery okazale bijąc nienajgorszego Pana Mollo, a sam sobie życzę oglądać niedługo Pana Haye odsyłającego Pana Wałujewa ku pisaniu wierszy. Podobno pomimo ogólnie troglodyckiego wyglądu wychodzi mu to nieźle.
Sunday, 25. October 2009, 03:42:40
Czy jest fajnie, czy nie - nie wiem.
Tradycyjnie jestem z deczka rozjebany. Tym razem mam doskonały kawałek, żeby powiedzieć wam, że u mnie wszystko w porządku, że jest świetnie - i jednocześnie nie.
Green Day ze starej płyty:
Another turning point, a fork stuck in the road
Time grabs you by the wrist, directs you where to go
So make the best of this test, and don't ask why
It's not a question, but a lesson learned in time
It's something unpredictable, but in the end it's right.
I hope you had the time of your life.
So take the photographs, and still frames in your mind
Hang it on a shelf in good health and good time
Tattoos of memories and dead skin on trial
For what it's worth it was worth all the while
It's something unpredictable, but in the end it's right.
I hope you had the time of your life.
It's something unpredictable, but in the end it's right.
I hope you had the time of your life.
It's something unpredictable, but in the end it's right.
I hope you had the time of your life.
Wiecie, też mam taką nadzieję.
Może nawet się spełni?
Monday, 19. October 2009, 23:46:06
Dobrego humoru starczyło mi na chwilę, ot żeby poczytać i posłuchać tego lub owego.
Ale dzień był fatalny, a następny nie zapowiada się lepiej.
'Jeszcze noc się wokół tli... a już wiem że dzień jest zły'
W środę mam urodziny, których doprawdy nie mam specjalnej ochoty świętować.
Monday, 19. October 2009, 21:03:06
Obłęd - znam niemiecki o tyle o ile, ale potrafię się domyśleć sporo.
Zachęcam do wczytania się, i choćby domyślania.
Und der Haifisch, der hat Zähne
Und die trägt er im Gesicht
Und Macheath, der hat ein Messer
Doch das Messer sieht man nicht
Ach, es sind des Haifischs Flossen
Rot, wenn dieser Blut vergiesst!
Mackie Messer trägt'nen Handschuh
Drauf man keine Untat liest
An der Themse grünem Wasser
Fallen plötzlich Leute um
Es ist weder Pest noch Cholera
Doch es heisst: Mackie geht um
An'nem schönen blauen Sonntag
Liegt ein toter Mann am Strand
Und ein Mensch geht um die Ecke
Den man Mackie Messer nennt
Und schmul Meier bleibt verschwunden
Und so mancher reiche Mann
Und sein Geld hat Mackie Messer
Dem man nichts beweisen kann
Und Jenny Towler ward gefunden
Mit'nem Messer in der Brust
Und am Kai geht Mackie Messer
Der von allem nichts gewusst
So wo ist Alfons gleich, der Fuhrherr?
Kommt das je ans Sonnenlicht?
Wer es immer wissen könnte
Mackie Messer weiss es nicht
Und die minderjährige Witwe
Deren Namen jeder weiss
Wachte auf und war geschändet
Mackie welches war dein Preis?
Und die Fische, sie verschwinden
Doch zum Kummer des Gerichts
Man zitiert am End den Haifisch
Doch der Haifisch weiss von nichts
Und er kann sich nicht erinnern
Und man kann nicht an ihn ran
Denn ein Haifisch ist kein Haifisch
Wenn man's nicht beweisen kann
Lecz czy rekin jest rekinem
gdy dowodów jasnych brak.
Ach.
Sunday, 18. October 2009, 22:55:01
Cholera, więcej siedziałem przed komputerem pracując, niż wypoczywałem.
Nie, żeby się kilka mniej lub bardziej miłych zdarzeń nie zadziało; ot, na przykład, mam nowego kota w ogródku. Czarny z krawacikiem pojawia się od czasu do czasu, lecz jest dosyć płochliwy. Ten jest bury. Odsłoniłem roletę i otworzyłem drzwi na taras, a tam on. Siedzi i przygląda mi się uważnie. Nie ucieka.
Ja siedzę sobie w ciepełku, ten się kuli pod krzaczkiem. Patrzę na niego, on na mnie. "A co mi tam" pomyślałem i zacząłem rozważać, co też posiadam jadalnego dla kota. Mleka nie mam. Kociej karmy również. Stanęło na kawałku fileta z indyka, po który też udałem się do kuchni. Oczywiście, kiedy wróciłem, sierściucha już nie było. Wzruszyłem zatem ramionami, zamknąłem drzwi, opuściłem roletę, po zastanowieniu zostawiłem jednak talerzyk na zewnątrz. COŚ zjadło wędlinę w ciągu następnych piętnastu minut.
A na zdrowie, pomyślałem sobie, po czym naszła mnie refleksja: muszę być naprawdę zmęczony. Przecież ja nawet nie lubię kotów!
Czy ktoś z PT Czytelników wie, jak jest po kociemu PRIVATE PROPERTY. NO TRESPASSING?
Jeżeli jednak kotek liczy na mą dalszą karygodną pobłażliwość wobec sług szatana, to się myli. Przeglądałem trochę ofert. Jest raczej dobrze; znalazłem trzy - cztery mieszkania, które są teoretycznie w moim zasięgu finansowym, a jednocześnie wyglądają zachęcająco. Urzekło mnie zwłaszcza poddasze na Sikorskiego; 112 metrów, 4 pokoje, w tym ogromniasty salon, dwie (!?) łazienki. W zasadzie dwa mieszkania, które ktoś sobie połączył. Skosy, belki, gdzieniegdzie goły mur - bardzo mi się podoba, a jednak gdzieś musi być haczyk, skoro mimo ceny metra niższej o 1 kPLN od przeciętnej nikt się na nie nie skusił. Inna rzecz, że ceny ofertowe są jednak z kosmosu. Żądanie nadal 5,5k za metr zupełnie przeciętnego lokalu wydaje mi się mocno przesadzone, zwłaszcza, gdy oferta wisi sobie na sieci od maja.
Inna rzecz, że mi te pomysły może wybić z głowy bank, chociaż licząc podług różnych dostępnych na sieci kalkulatorów kredytowo jestem całkiem zdolny. Zapowiada się w tygodniu tour po urzędach - zbieranie zaświadczeń, podbijanie PIT-ów i tak dalej; zapowiada się na drogę przez mękę. Ale trudno. Pożegnalne oblewanie nory jeszcze w tym roku. W sumie - dlaczego nie połączyć go z przemarszem ludycznym przez Wildę na nowe, wykwintne salony? :-)
No i jeszcze Lech (tradycyjnie) wygrał z Wisłą.
Natomiast na pytanie ajtwwżp odpowiadam tradycyjnie: PBrw, tso.
Monday, 12. October 2009, 00:00:29
Odwiedziny miasta stołecznego Warszawy udały się nader sympatycznie, tak prywatnie, jak i zawodowo.
Siedziałem tym razem u kolegi G. Przyjechałem do niego w czwartek wieczorem, a w mieszkaniu udało nam się spotkać dziś na śniadaniu, co nie oznacza, że w tak zwanym międzyczasie nie udało nam się wypić morza wódki w różnych towarzyskich układach. Dobrze go było zobaczyć w stanie lepszym, niż poprzednio, lepszym lepszym, niż poprzedniopoprzednio i tak dalej. Ale i G. ucieszył się z mojej wizyty; widać było, że zwyczajnie potrzebuje czasem pogadać.
Uświadomiłem sobie w czwartek wieczorem w Px, widząc swoich warszawskich przyjaciół, że zwyczajnie się za nimi stęskniłem. Byłem tam ostatnim razem w połowie lipca, więc upłynęło już trochę czasu. Lecz doszło do mnie też coś innego - jestem tam gościem. Mile widzianym i żegnanym serdecznie, ale gościem. Wygląda na to, że zawodowe sprawy w Poznaniu jestem w stanie poukładać dobrze. Perspektywa spółki z kolegą M. wygląda sensownie, klienci są, zlecenia przychodzą, a po miesiącu pracy na własny rachunek widzę już, że trudno mi będzie z tego zrezygnować.
Zaczynam przeglądać sobie oferty mieszkań.
Thursday, 8. October 2009, 00:56:45
To zwyczajna rzecz chyba jest.
Żeby dwoje ludzi mogło się dogadać, a może nawet związać ze sobą swoje życie, trzeba niejakiej zgodności w fazie, że tak sobie to określę.
Jeśli spotkasz kogoś za wcześnie, cóż – słyszysz, że wszystko dzieje się za szybko. Ze tak nie można, ponieważ ta druga osoba jeszcze nie jest w stanie zaangażować się w ten sposób, o którym Ty byś marzył(a).
Możesz też przespać tę jedną, jedyną okazję. Później, cóż, okazuje się za późno. I
on(a) przestała być tą osobą, która Ci się podobała tak mocno kiedyś, lecz - wtedy nie zdecydowałeś się podejść, zbliżyć - i Ty sam(a) też objawiasz się być kimś innym.
Ni w jednym, ni w drugim przypadku nie ma cienia winy po żadnej ze stron.
A jednak smutno, trochę.
Thursday, 8. October 2009, 00:40:34
"Biorąc pod uwagę decyzję Prezesa Rady Ministrów odwołującą mnie z funkcji Szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, pragnę podkreślić, że służba dla Państwa Polskiego zawsze była i jest dla mnie wartością najwyższą.
Wyrażam głębokie ubolewanie i zaniepokojenie, że skuteczne działania CBA nie znalazły akceptacji Prezesa Rady Ministrów i są rzeczywistym powodem mojego odwołania.
Przez dwa lata mojej współpracy z Donaldem Tuskiem zawsze traktowałem go jako Premiera mojego Państwa. Dzisiaj przekonuję się, że jest On jedynie liderem partii politycznej.
Dziękuję wszystkim Funkcjonariuszom Centralnego Biura Antykorupcyjnego działającym z pełnym zaangażowaniem, odwagą i profesjonalizmem za służbę dla Polski. Bycie Waszym Szefem było dla mnie zaszczytem.
Mimo wszystko Prawda zwycięży.
Mariusz Kamiński"
Niestety, nerwy mi puściły. Będę rzygał, będę bluzgał, kto wyznaje tezę, że kto nie za PO ten za PiS, niech spierdala.
Słuchałem dziś orędzia premiera. Przepraszam, ale ten pokaz hipokryzji i zwykłego, czystego skurwysyństwa zwyczajnie doprowadził mnie do szału.
Przez całą treść przewijał się jeden motyw: zaufanie. Musimy ocalić zaufanie do polityki PO, powiada premier, w związku z czym KAŻDY, kogo osobista uczciwość i bezstronność nie jest poza podejrzeniem, musi z tego rządu odejść, gdyż w nieodległych latach 'w walce politycznej' mogą zwyciężyć ci, którym Polska 'nie ufa' i którzy wywołują 'atmosferę zagrożenia' dla 'zwykłego Polaka'.
Jedno proste pytanie, Panie Premierze. Jakie zaufanie mamy pokładać w Panu, skoro drastyczne kadrowe decyzje zapadają dziś, siódmego października, 54 (pięćdziesiąt cztery) dni od zawiadomienia o całej sprawie, złożonego przez szefa CBA?
Kamiński położy głowę, to chyba pewne. Myślę, że zdawał sobie z tego sprawę, kiedy we wrześniu - wobec dwuznacznej postawy premiera, a jednocześnie pojawienia się oznak, że zainteresowani sprawą koleżkowie wiedzą już, że są pod lupą - zdecydował się poinformować o sprawie Prezydenta oraz prezydia Sejmu i Senatu. Wiedział już, że po zmianie prokuratora prowadzącego sprawę przeciw niemu nie ma szans, żeby uniknąć zarzutów.
Pytanie pomocnicze: prokurator z Rzeszowa prowadzący sprawę przeciw MK zostaje odwoałany. Na jego miejsce Prokurator Generalny powołuje innego prokuratora, który po miesiącu ma gotowe postanowienie o postawieniu zarzutów. Tymczasem PO żąda oddzielenia funkcji Prokuratora Generalnego og funkcji Ministra Sprawiedliwości, ponieważ w ten sposób 'prokuratura ma być niepodległa politycznym naciskom'. Śmiać się czy płakać?
Ja pierdolę, po trzykroć wolę słuchać faceta, choćby nie wiem jak egzaltowanego, który nie wahał się śledzić i ujawnić obrzydliwe zachowania kolesi zajmujących eksponowane stanowiska W KURWA NIBY "SWOIM" RZĄDZIE (Kornatowski, Kaczmarek itp. drobni Marriotowi donosiciele) albo demaskować kurewstwo posłów pewnych tego, że zaraz obejmą lukratywne stanowiska i skręcą lody właściwe dla nowo objętych funkcji (Sawicka, ta płaczliwo-kłamliwa suka). Jakim, kurwa, cudem, można nazwać prowokacją polityczną wykrycie faktu, że jakieś drobne gnojki sterują procesem ustawodawczym za pomocą przewodniczącego klubu parlamentarnego dominującej partii i dwóch ministrów urzędującego, kurwa, rządu??? Co to, do chuja, kolejna prowokacja opisywanego przez 'Gazetę Wyborczą' agenta Tomasza?
Nie, to zwyczajne znajomości sponsorujących PO skazanych prawomocnym wyrokiem łapowników. Z cmentarza, bo na stacji benzynowej już zbyt niebezpiecznie.
Nawet nie chce mi się wywlekać wszystkich szczegółów afery, no bo przecież każdy z PT Czytelników niedługo zapozna się z obowiązującą wykładnią, iż ta kupa gówna została osobiście usypana przez prezesa PiS, a pan premier jest zwykłą, niewinną i nieświadomą ofiarą tego brutalnego politycznego ataku; jak tam stryjenka woli. Wina zaś za całą aferę spada na szefa CBA.
A ja - zwyczajnie - rzygam ze wstydu na myśl, że głosowałem na tę bandę zakłamanych skurwysynów.
Pierdolę ten rząd, pierdolę tchórzliwego premiera, zawładniętego myślą o prezydenckim fotelu, podporządkowującemu w tym celu zwykłą ludzka przyzwoitość gównianym sondażom. Nie chcę być dalej rządzony przez kutasów, tłumaczących się szemranym biznesmenkom, że 'na 90% załatwione'. Zwyczajnie i po ludzku - nie widzę, kurwa, różnicy POmiędzy zarządzaniem tym folwarkiem przez 'Pierwszego', 'głównego płatnika' czy innych ustosunkowanych skurwieli. Che mi się rzygać. Chce mi się stąd spierdalać. Marzę o wieszaniu na latarniach na Krakowskim Przedmieściu zdrajców i tchórzy, jak pisze Rymkiewicz.
Bantustan, pierdolony bantustan, oto, gdzie żyjemy, rządzeni na przemian przez oszustów, nieudaczników i znowu oszustów.
PS. Dwaj zastępcy Kamińskiego poprosili uprzejmie Prokuraturę, by łaskawie i dla nich przygotowała zarzuty.
"W związku z przedstawieniem Szefowi Centralnego Biura Antykorupcyjnego - Panu Mariuszowi Kamińskiemu - zarzutów nadużycia uprawnień oraz kierowania niezgodnymi z prawem działaniami operacyjnymi CBA oświadczamy, że gotowi jesteśmy ponieść solidarnie odpowiedzialność za działania funkcjonariuszy CBA w związku z tzw. aferą gruntową. Podejmowane czynności odbywały się bowiem także za naszą wiedzą, zgodą i pod naszym kierownictwem.
W związku z powyższym zwracamy się do Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie o postawienie nam zarzutów.
Zastępca Szefa CBA Ernest Bejda
Zastępca Szefa CBA Maciej Wąsik"
I chuj. Po odwołaniu Kamińskiego z CBA nie zostanie kamień na kamieniu. I posłowie odetchną, i ich koledzy, i w ogóle będzie się żyło weselej i normalniej. Im i ich kolegom - na pewno.
PS.2 Panie Mariuszu - Pan uważa na hamulce w służbowej Lancii, tak? (Walerian Pańko by coś na temat bazy technicznej BOR powiedział, no ale niestety nie żyje)
1 2 3 4 5 ... 23 Next »
Showing posts 1 -
10 of 230.