Tymczasem słucha sobie przepięknego kawałka XIII Stoleti:
Kawałek ten kojarzy mi się niezmiernie przyjemnie. Z półtora roku temu wracaliśmy w czwórkę z koncertu Leningrada w Gdyni; jakoś w okolicach pierwszej Prezes ustąpił kierownicy Watsonowi. Budziłem się w wiadomej Skodzie ze trzy razy, a za każdym razem towarzyszyło mi XIII Stoleti. Watson twierdził, że ta muzyka wybitnie nastraja go do prowadzenia, co zdaje się być prawdą, albowiem trasę z Bydgoszczy do Poznania obróciliśmy w mniej niż 2 godziny. Koniec anegdoty.
Znajomy z gatunku znajomych dość dalszych zadał mi niedawno pytanie frapujące. Sens jego sprowadzał się do prośby o określenie moich sympatii politycznych; na miły Bóg, nie wiem, co odpowiedzieć.
Najłatwiej będzie mi się określić poprzez zaprzeczenia, wykluczenia, anatemy i inwektywy. Jeżeli zostanie jeszcze jakiś program polityczny, z przyjemnością go przedstawię.
Po pierwsze, moje poglądy polityczne nijak nie są inspirowane wiarą – czy to chrześcijańską, czy to jakąkolwiek inną. Parafrazując bodajże Ludwika XV, stwierdzić należy, że chrześcijanin powinien przynajmniej wierzyć w Boga, stąd chrześcijaninem nie jestem. Proste, teologiczne odpowiedzi mnie nie zadowalają. Przez wrodzoną przekorę kibicuję dosyć ortodoksom – znacznie spodobała mi się okładka Frondy sprzed paru lat (aniołek pokazujący takiego wała); poza Kościołem nie ma zbawienia, Bóg przebacza, ale hardkorowy katolik jakby nie za bardzo powinien na to liczyć. Bóg z Wami, jeżeli jest, może Was rozpozna. Z kolei mój potencjalny przyszły teść nie odbiera komórki w jeden z dni tygodnia; kurde, podziwiam.
Zirytowała mnie wobec tego zasłyszana bodaj z tydzień temu dyskusja radiowa, prowadzona ze słuchaczami bodaj przez prezentera Eski Rock, Roxy FM czy czegoś tam podobnego. Konferansjer ów pytał mianowicie, czy słuchacze nie czują się tłamszeni i osaczeni przez Kościół Katolicki, zmuszający osoby pragnące na przykład wziąć ślub kościelny czy też zostać ojcami albo matkami chrzestnymi do odbywania sakramentów przepisanych katechizmem; chodziło głównie o pokutę. Oburzenie prowadzącego nasuwała konieczność, że tak powiem, metaspowiadania się z odbytych spowiedzi poprzez dostarczanie odpowiedniej parafii odpowiednich zaświadczeń.
Słuchacze dzwonili, opowiadając o doznawanych represjach, że raczej nie, względnie raczej tak. Padały również opinie dotyczące krzyży względnie ich braku w klasach szkolnych tudzież innych pomieszczeniach przeznaczonych do pobytu petentów świeckich. Dyskusje wywiązujące się pomiędzy prowadzącym (nie księdzem) a prowadzonymi doprowadziły mnie do pasji szewskiej. Miałem wielką ochotę wziąć i zadzwonić, aby przedstawić swój punkt widzenia.
W kwestii krzyży tudzież wszelkich innych symboli religijnych (gwiazdy Dawida, Półksiężyca, laski z dodatkowymi rękami, koła, krzyża wpisanego w koło, akwarium, wozu drabiniastego itp.) mam gruntownie wyjebane. Nie oznacza to, że ich nie szanuję albo że bronię komukolwiek wieszania ich w ilościach półhurtowych gdziekolwiek. Moich uczuć religijnych nie można urazić, a to dlatego, że ich nie mam. Szacunek dla symboli kultu należy się im podstawowo z tytułu tego, że ktoś otacza je kultem. Żeby nie wyjść na ortodyksyjnego liberała podkreślam, że zewnętrzna realizacja nakazów wiary winna podlegać niejakiej kontroli; eksterminację niewiernych uważam za niedopuszczalną (jako niewierny z punktu widzenia wszelkich możliwych religii mam w tym swój własny interes). Jeżeli ktoś zwyczajnie uważa mnie za niewiernego psa, jego problem. Mnie to wali.
Jednakże narzekania słuchaczy wzmiankowanej audycji, których oburzały na przykład wymogi związane z pobraniem ślubu kościelnego, uważam za znaczną hipokryzję. Jeżeli ktoś nie należy do paczki katolickiej, jego sprawa, nie musi się żenić czy też wychodzić za mąż w ramach tegoż obrządku. Azaliż po co wam to, miałem zakrzyknąć w słuchawkę – jakaż to presja ciąży na Was, by spraszać gości do kościoła, nie daj Boże zimą? Jeżeli Bóg znaczy dla was tyle, co dla Petroniusza albo mnie (fajna figura retoryczna), to podejrzewam, że poddajecie się presji społecznej ze strony babć, wujów, chórów wujów i tak dalej. To ja przepraszam; przed rodziną udajecie, ale ksiądz (pator, rabin, mułła itp.) to Was tłamsi? Bez sensu.
Ów przydługi wstęp najeżony dygresjami miał jeno wyjaśnić, że nie jestem wielbłądem, ani też osiołkiem na którym Maryja wywiozła Jezuska skądśtam dokądśtam, nie pamiętam. Nie kieruję się więc nakazami wiary, takoż w kwestiach politycznych, jednakże nie podzielam przekonania Richarda Dawkinsa (skądinąd bardzo bystrego naukowca), iż wszelkie zinstytucjonalizowane religie winne być zakazane.
W tym miejscu moglibyśmy jeszcze porozważać zakład Pascala, ale jednak nie o tym miałem pisać. Miałem bowiem pisać o polityce, wskazać, dlaczego nie lubię obecnego rządu, z jakiego względu nie ceniłem poprzedniego, dlaczego Aleksander Kwaśniewski powinien zostać powieszony, dlaczego nie przepadam za technokratami, kto mnie wyleczył z gospodarczego liberalizmu, w jaki sposób doszedłem do przekonania, że największym problemem ostatnich 20. lat w Polsce jest społeczne wykluczenie, i tak dalej, ale to jednak innym razem. Dobranoc.
Początek roku 2010 sponsorują literki K jak Koniec, E jak Ery, NNW jak Nory Na Wildzie. Niektórzy z PT Czytelników przypominają sobie być może, żem w realu zapowiadał rozstanie się z Filarecką na rzecz nabycia lokum własnego. W miarę możliwości też na Wildzie.
Życie to surfing jest jednak, w związku z czym wszystko się zgadza, jak w ruskim kawale. Nie swoje, tylko wynajęte, i nie na Wildzie, a na Ratajach, poza tym wszystko gra. Na ewentualne zarzuty, żem nie to obwieszczał, podnieść mogę tylko to, że nie spodziewałem się sam nie rozstania, ale zejścia z pewną prześliczną i przefajną Panią. Więc: rób plany, a Bóg roześmieje Ci się w twarz.
Na Wildzie mieszkałem prawie trzy lata. Dobre, złe, dobre, złe: jak ładnie przetłumaczył Pan Barańczak, w świecie mułów nie ma regułów. Gdy Pan B. Przypomniał sobie (gdzieś w połowie grudnia), że zasadniczo pobieżnie obiecałem mu wyprowadzić się do końca roku, poczułem niejaką ulgę. Nie, żeby na Filareckiej było mi niewygodnie, po prostu była to jedna z ostatnich rzeczy, które mnie z moim byłym szefem łączyły. Koniec wynajmowania od niego mieszkania oznacza dla mnie ostateczne zerwanie jakichś krzywych rozrachunków, długów pieniężnych, długów wdzięczności – i to obustronnie. Odtąd mogę mieć na niego wyjebane.
Inna rzecz, że rozstanie z Filarecką przyszło mi dość łatwo. Nie w sensie logistycznym – pakowanie rzeczy do pudeł, pudełek, pierdolników, kartonów, skrzyneczek, toreb, torebek zajęło mi ze 20 godzin. Zresztą, oto dowód:
Nowe mieszkanie jest mało towarzyskie. Tzn. niezależnie od tego, ze jest jakieś 10 m. kw. mniejsze, to mało w nim miejsca na przestrzeń publiczną, że tak powiem; nie ma kanap, ław ani niczego podobnego. Będą za to poduszki i szisza, co niejako zmieni profil organizowanych przeze mnie imprez.
Na razie jednak wygląda to tak:
Zapomniałem trochę, jak to jest mieszkać na osiedlu. Lecz podoba mi się, jako miła odmiana, choćby dlatego, że widok z okna mam taki:
Cóż jeszcze. Jest fajnie, jest wygodnie, nie ma netu, ale mam mobilny z Ery, nie ma telewizji, ale mam telewizor z DVD. Zwyczajnie i prosto: to tylko etap przejściowy. Na jak długo, zależy od dwóch czynników. Dodam, że to czynniki ludzkie, i na tym skończę.
Tyle naliczyłem w domu książek, które kupiłem, dostałem, wygrałem czy też w nabyłem w różnych innych okolicznościach, a których jeszcze nie zdążyłem przeczytać, przynajmniej – przeczytać do końca. Z. pociesza mnie, że to jeszcze wcale nie tak dużo. Ja z kolei myślę sobie, że przeczytać warto co najwyżej jedną trzecią z nich, lecz i tak konkluzja jest mi niemiła: przestałem czytać.
Gdybym podliczył jeszcze filmy, które gdzieś zalegają na płytach, na twardych dyskach, dodał odcinki seriali, które z niewiadomych przyczyn nadal sobie kolekcjonuję, wyszłoby pewnie tyle samo. A komiksy, a e-booki, choćby ograniczyć się tylko do militariów – mój Boże! Przyczyna jest prosta i złożona jednocześnie: mam za mało czasu, a ten, który mam, jakoś przecieka mi między palcami.
Wniosek jest prosty: należy się zorganizować. Działać powoli acz miarowo. Pracować systematycznie. Wykorzystywać czas. Planować.
Phi. Zaraz tam planować. A czy planowałem, że pewna sympatyczna znajomość nagle zmieni się w coś znacznie, znacznie poważniejszego niż sympatia? Rzeczy, życie zwyczajnie DZIEJĄ się, i tak oto spędzam znaczące ilości czasu w pociągach. Nie przewidywałem też, że zaraz, za chwilę będę szukał mieszkania do wynajęcia. Żegnamy Wildę? Bardzo prawdopodobne. No i bynajmniej nie zaplanowałem sobie zapalenia oskrzeli i konsumowania antybiotyków tuż przed świętami i Sylwestrem.
Cóż. Jeżeli chodzi o święta, to ominie mnie najwyżej kieliszek tokaju (albo i nie... czy może mi on aż tak zaszkodzić?). W domu mym rodzinnym alkohol spożywa się rzadko i jeżeli już, to głównie wino; zdecydowanie ułatwia to (i zawęża) dobór prezentów. Po powrocie z Węgier podarowaliśmy rodzicom kilka butelek tokaju, oraz – przełom! - także czerwonego Kekfrankosa. Podobno jeszcze coś zostało.
Same święta tradycyjnie obchodzą mnie mało. Cóż, moja rodzina niekoniecznie lubi się w uczuciach rodzinnych rozpływać; mój stary starannie pokłócił się z całym rodzeństwem (nie dziwię się) a rodzina mojej mamy mieszka przeważnie w oddali. Niekoniecznie aż takiej, żeby nie można się było w święta odwiedzić, lecz starym się zwyczajnie nie chce. Brat mój aktualnie ma dość matki, zatem chętnie przyjedzie późno i wyjedzie wcześnie. Ja zaś stosuję embargo informacyjne, w związku z czym moi rodzice, nie wiedząc kompletnie, co się u mnie dzieje i dlaczego, nie dają mi żadnych dobrych rad. Nie jestem do końca pewien, czy pamiętają, że odszedłem z dawnej pracy, nawet jeżeli im to powiedziałem.
Święta – niekoniecznie. Chciałbym, żeby była już sobota, 16.12.2009, godzina 17.48.
Obiegowa opinia, że jestem nieszczęśliwy, jeżeli nie jestem nieszczęśliwy, jest jak najbardziej niesłuszna, ponieważ jestem szczęśliwy, gdyż jestem szczęśliwy, właśnie tu i teraz.
Tym prostym dowodem obaliłem tezę koleżanek J. i A. (przynajmniej o nich dwóch wiem). Jednakże muszę przyznać, że tkwiło w tym stwierdzeniu ziarnko prawdy: zupełnie nie wiem, co napisać, kiedy jestem szczęśliwy. Być może, gdybym miał więcej czasu na namysł, wena by wróciła. Ale mam mało.
Ten kawałek jest po prostu obłędny. Nie lubię "Third", uważam, że druga płyta Portishead jest lepsza, równiejsza, nawet lepiej zagrana, ale "We carry on" wymiata. To, co Utley wyprawia z gitarą, to jest zwyczajnie nie do zniesienia. Gdybym miał wybierać pojedyncze kawałki Potrishead - numer 1.* **
* uwielbiam jeszcze "Airbus Reconstruction", ale to Beth solo. ** a teledysk jest chory, George Grosz wierci się w grobie bardzo zadowolony...
Tak najzupełniej z głupia frant pojechałem sobie na wschód, do miasta na L., uczestniczyć w konwencie na F.
Nie powiem, że nigdy w Lublinie nie byłem. Polcon wspominam co najwyżej średnio, a to z uwagi na przeróżne obsuwy, niekoniecznie z winy organizatorów, poza tym – wracaliśmy wtedy z A. z Irlandii, rano Dablin, wieczorem Lablin. A teraz było zwyczajnie i po prostu sympatycznie.
Poznałem osobiście Monę i Morta, to raz. Niesamowicie przefajnie wrażenie. Gdybym nie był tak nieśmiały, jak jestem, pewnie pogadalibyśmy sobie dłużej i mocniej; to rzecz, która jakoś mi doskwiera, i której jakoś nie do końca rozumiem...
Nie jestem fejmusem; niestety, zebrałem odpowiednie punkty fejmu tak dawno, że jeszcze się tak nie nazywały, ale nie jestem rpgowcem. Klops. le pierwszy raz w życiu miałem followersa – zabawne:-)
Dziadów trochę było. Szkoda, że bez kamizel – lucek winien dostać wpierdol, w końcu jak to, Prezydent bez stroju służbowego? P. Ek miał przez chwilę, Cholewowie nie, Puszek-Okruszek nie, Kosik nie, Ćwiek nie. To na cholerę ten cały lans?
Jak zwykle, zabawna historia mi się zdarzyła, znowu okazało się, że powinienem kogoś znać, a nie znam. Tym niemniej mam świadków na to, że jestem Dobrym Człowiekiem (ta, ale co z tego).
Podróż Ze Wschodu zabiła cały Falkon, który był fajny, choć dupy nie urywał. Spotkaliśmy w pociągu Polaka, kochanka, naukowca, żołnierza, poetę, boksera, poliglotę, jednym słowem – Agenta Tomka. Powiedział nam cześć. Wiedział, że w pokrowcu mamy kałasznikowa. Zna chiński, a nawet mandaryński. Agent. Tomek.
A w ogóle: pozdrowienia dla Mony, Morta, Noreen (siostra, buziaki jak stąd do Lublina:-)), Hani, P. Eka, Miśka, Urka, lucka, Puszona, Szafy, Essego, Sqwy (którego wreszcie poznałem, aczkolwiek bez wiedzy, że to on), Krzysztofa, Gorima1, Kasi, Rafała, Grega (ta czekolada to się robi legendarna...), Macieja z Białegostoku, Mavete'a, Toudiego, Zwierza (stary, jeszcze w tym roku w Wawie-obiecuję:-)), Smoka, Veeny, Ifki, Nurglinga, Cholewów obu i każdego z osobna, Kuby 'braci się nie traci' Ćwieka, Dextera, VooYa z małżonką, Fuyu, Ziemka, Zuzy, Skały, Telefaksa (z bojaźnią wielką), Wojtka, Solarycha, Najkiego, Sławka, Miagiego (Lordzie!), Inkiego (Lordzie!), i w ogóle wszystkich tych, których przez niepamięć zapomniałem wymienić. Mili moi, lista jest niepełna, a i kolejność przypadkowa; cudownie było spotkać was wszystkich.
Specjalne podziękowania dla organizatorów; już wiem, jak się czują ludzie na Pyrkonie:-)
Dzisiaj: praca, niechciej i parę cholernie złych przeczuć.
Powiedzmy, że sobota była sobotą i wróciłem do domu nad ranem, jak Pan Bóg przykazał. Ale niedziela już nie; niedzieli nie było – zamiast odpocząć, wyspać się, poczytać, musiałem popracować. Po takim popołudniu i wieczorze poniedziałek był zwyczajną męczarnią.
Za to we wtorek, z racji klubowej imprezy urodzinowej kolegi K., poczułem się jak w środę. Środa przypominała za to sobotę; dziś znienacka wrócił czwartek. A właściwie i nie czwartek, ponieważ te robię sobie wolne, a dziś pracowałem. Jutro za to robię sobie wolne i jadę na Falkon. Więc jakby sobota, druga w tym tygodniu?
Wypadłem z czasu. Nie jestem pewien, kiedy, może pół roku temu, może rok, może dwa lata.
Za wcześnie, za późno; tak czy owak, nie wtedy, kiedy trzeba. Kiedy trzeba było rozsądnie poczekać, ja rzucałem się głową naprzód. O tym, że może trzeba było iść inną drogą, dowiaduję się z goryczą – poniewczasie. Nie wypowiedziałem słów, które kiedyś, w swoim czasie, mogły uratować kilka ważnych rzeczy; kiedy trzeba było rozsądnie się zamknąć, nie skorzystałem z okazji do milczenia. Gdybym zrezygnował z pracy o dwa lata wcześniej, byłbym teraz zupełnie w innym miejscu, widzę jednak, że jakieś plany, które wydawały mi się zupełnie realne, spełzną na niczym. Kiedy trzeba się bawić, chodzę smutny, i wprost przeciwnie. Przestałem czuć się dobrze w otoczeniu swoich rówieśników, a jednak otwarcie mogę i chcę mówić z kimś starszym. Kiedy trzeba było wyjechać, zostałem, a gdy wszystko przemawia za tym, żeby spędzić weekend w domu, wyjeżdżam.
Jest gdzieś w życiu ciąg główny, jak na wykresie Hertzsprunga-Russella, ale mnie w nim nie ma od dawna.
Poszedłem na spacer. Bez konkretnego celu, zawsze mogę skręcić w prawo, kiedy najdzie mnie na to ochota, albo pójść prosto, jeżeli będzie tam coś interesującego. Czasem umawiam się przy tym sam ze sobą, że choćbym szedł trasą przemierzaną od lat po kilka razy na dzień, dzisiaj miejsca te będę oglądał tak, jakbym widział je po raz pierwszy w życiu. Zawsze się sprawdza. Nie zauważałem dotąd na przykład, że ostatnia kamienica przed skrzyżowaniem 28 Czerwca z Hetmańską, od miasta patrząc po prawej stronie, ma balkony z barierkami z przepięknie kutego żelaza, a pod samą krawędzią dachu sztukaterie z jakimiś rodzajowymi scenami.
I tak dalej. Poszedłem sobie prosto na południe, obejrzeć sobie budynki fabryki Cegielskiego. Symbol miasta, poniekąd, w tej chwili na ostatnich nogach; pewnie za kilka lat wyrośnie tam kolejne strzeżone osiedle. Jedną z hal oraz całkiem spory secesyjny dom (dawny budynek dyrekcji) kilkanaście lat temu kupił (wydzierżawił?) Uniwersytet im. Adama Mickiewicza. Omalże napisałem „uniwerek”, lecz byłoby to mylące, ponieważ namnożyło się nam uniwersytetów w Poznaniu co niemiara.
Miałem tam zajęcia, na roku czwartym i piątym. Wydział Prawa twardo obstawał w okopach Św. Trójcy na Świętym Marcinie, skąd na Morasko przenieść się dał. Mawialiśmy złośliwie, że to przez wygodę naszych profesorów, którym nie chciało się zapewne odrywać od swoich dochodowych kancelarii w centrum i tłuc na jakieś północne rubieże. Budynek Collegium Iuridicum zatłoczony był co niemiara już wówczas, asystenci gnieździli się po kilu w ciasnych pokoikach, i tylko na trzecim piętrze uchowała się oaza względnego spokoju. Po lewej stronie od klatki schodowej mieścił się wesoły pokój Katedry Prawa Administracyjnego, lecz korytarz idący dalej na swój prywatny użytek nazywałem korytarzem duchów; zdaje się, żem po pijaku zapewniał też na jakiejś imprezie, że widziałem, jak wiatr tam toczy krzaki, jak na westernach. Wynikało to z tego, że w owych czasach mieli tam gabinety Łączkowski, ówczesny szef PKW, prezes NSA Hauser i nie pamiętam, kto jeszcze, których nigdy nie było w Poznaniu. Profesor Hauser nie darzył tego budynku zdaje się jakąś wielką sympatią, bo seminarium magisterskie (które nader miło wspominam) mieliśmy w sądzie na 3 Maja.
Jednakże adiunkci i doktoranci takimi przywilejami się nie cieszyli, tak to musieliśmy jeździć na niektóre zajęcia do Collegium Ceglorum, jak się ten budynek zwało. Marnie wyglądały tam szanse wyciągnięcia naszych ćwiczeniowców na piwo – jedynym lokalem w okolicy był nieodżałowanej pamięci bar „Grzanka”, który wyglądał jak przeniesiony w czasie z lat 70. Nie powiem; chadzałem tam od czasu do czasu skonsumować w towarzystwie przyjaciół albo i sam nawet kaszaneczkę pod piwko (lub 4), na pierwszym Pyrkonie miał tam miejsce absolutnie kultowy wykład Oramusa o stylach picia piwa, a w ogóle było to miejsce przesympatyczne. Nie pamiętam, żebym nie został tam zagadnięty przyjaźnie przez jakiegoś bywalca, którymi na oko byli robotnicy z Cegielskiego właśnie, ale tak przyjaźnie, bez żadnego chamstwa czy agresji. Miejsce to jakoś nie przemawiało jednak do moich kolegów i koleżanek z roku.
„Grzanki” nie ma od kilku lat, murowany parterowy pawilon, w którym się mieściła, został zburzony pod nowy budynek. Szkoda wielka, myślę sobie, że może właśnie dlatego Zakłady Cegielskiego umierają? Sic transit gloria mundi. Już w tej chwili na gruzach HCP wyrasta mnóstwo firm, magazynów, w ceglanym baraku mieści się nawet siłownia „Hulk”. W jednym z budynków ma siedzibę WSPiA im. Księcia Mieszka I; nie wiedziałem, że uczelnia na której prowadziłem zajęcia, ma tak czcigodnego patrona. Co przypomniało mi, że musiałbym od nich jakoś wyciągnąć pieniądze, które są mi winni za rzeczone zajęcia. Heh, następna sprawa do zajęcia się w przyszłym tygodniu.
Szedłem więc 28 Czerwca dalej w stronę Dębca, aż zaciekawiła mnie półokrągła brama w jednej z kamienic, ciągnących się po lewej stronie, jeszcze przed Wspólną. Przegrodzona była bramą, lecz furtka była otwarta. Wszedłem i stanąłem jak wryty.
Zamiast podwórza zobaczyłem inny świat. Wewnątrz stoją domki, mniejsze od kamienicy oddzielającej je od ulicy, bo zaledwie piętrowe. Część szeregowców wygląda, jakby je przenieść z Wielkiej Brytanii albo Anglii, winorośl lub powój pnie się po ceglanych ścianach, od tyłu są malutkie, zadbane ogródki. Są tam wąziutkie, kręte uliczki, którymi ledwie da się przejechać obok zaparkowanych samochodów. W samym centrum zabudowa jest zawinięta w bardzo wydłużoną podkowę, od jednej strony większość domków jest otynkowana na brąz, wpadający w promieniach zachodzącego słońca w przepiękny, rdzawy kolor. Po drugiej, zewnętrznej stronie elewacje są z gołej cegły, pociemniałej na mocny brąz.
Przez dłuższą chwilę obchodziłem ten prostokąt, może ze 150 na 200 metrów, i chłonąłem jego piękno. Nie wiem, kiedy te domki zostały zbudowane ani dla kogo, pewnie na przełomie XIX i XX wieku mieszkali tam jacyś majstrowie z Cegielskiego, albo kanceliści, albo ktokolwiek, kto nie musiał się gnieździć w kamienicy. Żałowałem, że nie mam aparatu, bo jednak opis jest w tym momencie żałośnie ubogi. I już mniejsza, że z dwóch stron ten fyrtel otaczają kamienice, pomalowane na ohydny, bladoseledynowy, szpitalny kolor (komuś, kto do tego dopuścił, należałoby bezzwłocznie wydłubać za karę oczy), z trzeciej okropny, klocowaty blok, a z czwartej rozpadający się betonowy płot z fabryką zaraz za nim.
Cieszę się, że potrafię czasem znaleźć takie miejsca.
Wracałem do siebie Rolną, brodząc po kostki w żółtych, klonowych liściach. Światło sodowych latarni czyniło świat cieplejszym, a ja szedłem, z rękami w kieszeniach, zatopiony we własnych myślach, ku ciepłej herbacie z odrobiną żurawinówki.