Thursday, 9. July 2009, 23:11:39
Zabawa w książki? Zawsze. Wywołany do tablicy odpowiadam z nadzieją, że tutaj wszystkie odpowiedzi są poprawne.
Jo pyta...1. Gdybyś mógł/mogła zabrać ze sobą na bezludną wyspę tylko jedną książkę, którą byś zabrał/a i dlaczego? (trylogie liczymy jako jedną książkę)Wziąłbym książkę, którą akurat bym czytał. To proste: każda książka, która mnie jakkolwiek poruszyła, jest w mojej głowie, czasem w sercu. Mam je wszystkie ze sobą i w sobie, tak czy inaczej. Straciłem kiedyś w bolesny sposób 90% swoich książek i czasopism, w tym rzeczy nie do odzyskania; odtąd – w sumie już pięć lat - trochę zmieniła mi się perspektywa. Jeśli mam zatem wziąć ze sobą jedną, jedyną – odpowiadam: biorę JESZCZE jedną. Tyle.
2. Czy zdarza ci się "czytać tam" - zabierać jakąś książkę w miejsce, gdzie rozgrywa się akcja i czytać ją wśród opisywanych w niej okoliczności przyrody? Kiedy, gdzie, dlaczego?Nie... Nic mi nie przychodzi do głowy, chyba nie było okazji. Ale jeżeli będę się wybierał do Berlina... Wróć: KIEDY będę się wybierał do Berlina, zabiorę ze sobą albo „Berlin Game”, albo „London Match” Lena Deightona (w oryginale zresztą), ponieważ opisy podzielonego murem miasta są tak sugestywne, że chciałbym tam połazić z nosem w książce (ciekawe, że akcja trylogii obejmuje również Meksyk, „Mexico Set”, i Londyn, a one jakoś mnie w tym kontekście nie podniecają)
3. Miłość dworska czy miłość zmysłowa: czy książka jest dla ciebie przedmiotem traktowanym z najwyższą rewerencją, czy czytasz w wannie, odwracasz ją grzbietem do góry, zapisujesz spostrzeżenia na marginesie? Za wyjątkiem poddawania ich całopaleniu i gaszeniu, z książkami obchodzę się raczej przyzwoicie. Wanny nie mam, a czytanie pod prysznicem jest raczej kłopotliwe; nie podkreślam zdań, co najwyżej zaginam rogi, by łatwiej odnaleźć jakiś cytat. Notatki robię osobno, co najwyżej na ostatnich, wolnych stronach, a i to tylko ołówkiem. Nie wiem właściwie dlaczego, książka to przedmiot w końcu, ważna jest myśl.
A teraz pytania moje:
a) czy potraficie pozostawić książkę bez przeczytania jej do końca?
b) jaka książka najbardziej Wami wstrząsnęła, zmusiła do zastanowienia się nad WŁASNYM życiem?
c) ilustracje w książkach: tak, nie, dlaczego?I zgodnie z regułami proponowanymi przez Joannę, moje odpowiedzi:
ad a)
Mogę. Kiedyś nie umiałem, najgorszego gniota (sorry Wat) musiałem skończyć. Kiedyś przebrnąłem w tenże sposób przez powieść, której autor i tytuł miłosiernie uleciały mi z pamięci; ku mej zgrozie, kolega mój (miłościwie przemilczę jego nazwisko, jeno powiem, że pracuje w wydawnictwie, należy do Drugiej Ery i jest naszym książkowym dilerem) oznajmił, że właściwie to wcale nie była ona (ta książka) taka zła. Potem jakoś uznałem, że życie jest za krótkie, albo książki za długie, czy jakoś tak, i już umiem niekiedy odpuścić. Uwaga: nie liczę tutaj pozycji, do których zabieram się już n-ty raz, i nie mogę się przegryźć, z różnych przyczyn (bo trudne i w oryginale, jak „Jonathan Strange & Mr Norrell”, albo nudne do urzygu, jak „Anarchia, państwo, utopia”), ale zakładam, że kiedyś mi się uda.
Ad b)
„Układ” Elii Kazana. Czytałem po raz pierwszy dawno temu, jeszcze jako nastolatek – i dziwne, że już wtedy mnie poruszyła. To powieść o facecie w wieku lat 40+, który dochodzi do wniosku, że jego dotychczasowe życie było – nie wiem; oszukiwaniem samego siebie, nietrafionym wyborem, jedną wielką pomyłką? „Układ” nie jest jednak stereotypową historyjką o facecie, który przeżywa kryzys wieku średniego, więc sprawia sobie Porsche, nastoletnią kochankę, a w końcu wraca jednak do rodziny i wszyscy żyją długo i szczęśliwie (z innej beczki: film, wyreżyserowany zresztą przez samego Kazana, ni trochę nie umywa się do literackiego pierwowzoru). Zatem: tknęło mnie po raz pierwszy, że może dorosłość wcale nie jest tak oczywista, szczęśliwa i niezmienna. I za każdym razem, gdy myślę o sobie, teraz i tu, wspominam jak memento „Układ”, i ogólnożyciowe rozpieprzenie przestaje być tą najgorszą z możliwych opcją.
Ad c)
Nie. Bo nie. Przepraszam - wiem, że to nie odpowiedź - ale racjonalnie nie potrafię podać uzasadnienia. Ilustracji w książce nie zauważam; literatura musi być grą wyobraźni. Przeróbcie mi książkę na komiks, będzie OK. Zróbcie z niej film. Ale nie pchajcie mi obrazków do książki, tak się nie godzi.
Dobrze, zatem przekazujemy pałeczkę:
LenieLoboi
MonieMam nadzieję, że zabawa spodoba im się tak samo, jak mi.
Wednesday, 8. July 2009, 22:52:37
- Ludzie - rzekł smok i zamilkł na chwilę. Powietrze jaskini nasiąkało pogardą jak smoczy oddech jadem. - Widzę, że rozumiesz ludzi. Pomiary, rachunki, teoryjki...
- Gry i gierki - parsknął płomieniem, - Oni tylko myślą, że myślą. Brak im zupełnie całościowego systemu, całościowych wizji. Rozumują za pomocą schematów opartych na powierzchownych analogiach, tożsamych z rzeczywistością mniej więcej tak, jak tożsame są mosty i pajęczyny... Esencją rzeczy jest spójność, lecz oni nie zwracają na to uwagi i wciąż próbują zbudować świat z zębów, które wyrastają z pustki i żują pustkę. (...)
Nie pamiętam dokładnie, o czym śpiewał. W każdym razie robiło to na mnie dziwne wrażenie. Nie czułem już niepokoju i zwątpienia, samotności i smutku. Ich miejsce zajęła wściekłość. Może to sprawiła ich pewność siebie, ich świątobliwa, bydlęca niewiedza, nachalne samozadowolenie, może, co najgorsze, ich n a d z i e j a.
Teraz, kiedy o tym myślę, przypominam sobie słowa Barda, choć może nie wszystkie. Śpiewał, że Bóg był dla Skyllingów łaskawy i zesłał im obfite zbiory. Siedzący wokół tłuści, rozpromienieni ludzie kiwali głowami, pełni uznania dla Boga. Bard śpiewał o szczodrobliwym Bogu, który zesłał im tak mądrego króla. Wszyscy wznieśli puchary, pijąc za Boga i Hrotgara... Tylko oni są wolni, ich bohaterowie dzielni, a dziewice dziewicze. Skończył pieśń, a wszyscy klaskali, wznosili pochwalne okrzyki i napełniali puchary. Czułem, jak nad tą spienioną głupotą unosi się smocza mgła.
To nie był dobry dzień.
Monday, 6. July 2009, 19:23:19
Wstałem ja sobie, proszę Was, przed ósmą, czyli całkiem wcześnie. Do porannej kawy naszykowałem sobie (internetową) lekturę. Postanowiłem mianowicie poszukać sobie w necie relacji wszelakich z Open'era – ot, żeby sprawdzić, co też mnie ominęło ciekawego.
Wszedłem na stronę „Rzeczpospolitej” i zagłębiłem się w lekturze artykułu p. Pauliny Wilk, pod obiecującym tytułem „Król Patton i wirtualny tłum”. Czytam sobie, że festiwal zakończył się, itd., że starsi zdystansowali itp.
Niedługo pada jednak takie oto stwierdzenie:
Na potrzeby Open’era co roku pod Gdynią w Babich Dołach budowane jest miasto namiotów, stoisk i kabin – metafora tymczasowości dobrze oddająca rzeczywistość, w jakiej dorastają młodzi.
Uch, no ładnie, trochę mnie tknęła ta metafora. Idziemy dalej:
To świat konsumentów, świetnie zorganizowany i czytelny, znaczony punktami zaspokajania potrzeb: muzycznych (siedem scen), żywieniowych (stoiska z jedzeniem, ciągi piwnych barów), fizjologicznych (rzędy błękitnych kabin) i odzieżowych (namioty z koszulkami i ozdobami).
W tym miejscu zjechałem kawałek z fotela. Zaparłem się mocniej o boki i czytam:
Młodzi poruszają się po świecie, w którym można mieć wszystko, pod warunkiem że dochowa się procedur i zapłaci. (...) Mamy i nowy festiwalowy gadżet – tzw. alterkart, dla wielu nastolatków pierwsza karta płatnicza, z jakiej skorzystają. Tu przejdą trening przed wejściem w realny świat komercji – z alterkarty można później korzystać w Internecie i sklepach.
Przyznam, że trochę mnie zemdliło.
Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że i ja jestem tym konsumentem. Przecież zaspokajałem swoje potrzeby! Kajam się za wypite trzy browary, ze wstydem przypominam sobie zjedzoną karkówkę z warzywami, zgrozą napawa mnie wspomnienie odwiedzin w rzędzie błękitnych kabin. Nie to jednak najstraszniejsze.. Och, z trudem wydobędę z siebie to wyznanie: tak! Byłem na dwóch koncertach... Udałem się pod jedną z tych jakże tymczasowych scen i załatwiłem potrzebę posłuchania na żywo jednego ze swoich ukochanych zespołów!
Jestem stary i zapewne nie ma dla mnie nadziei. Lecz jak smutna, jak przerażająca jest wizja niewinnych nastolatków, których czyste, niekomercyjne dusze właśnie zostały zatrute jadem z pre-paida. Przecież stąd już tylko droga w dół, od poniżającego założenia rachunku bankowego, przez grę na giełdzie, do zakładania piramid Ponziego, a może i spekulacji na derywatach. Och, widziałem już oczyma wyobraźni, jak skalane Open'erem pokolenie rwie się do żarłocznych zakupów w internecie, a wszystko za pieniądze, i zawsze zgodnie z procedurami.
Nie byłem świadom, nie zdawałem sobie sprawy z innego wymiaru tego piekła, dopiero p. Wilk otworzyła mi oczy, pisząc:
Jedynymi punktami orientacyjnymi są marki – znaki towarowe, handlowe neony. (...) W tym ogromnym, zatłoczonym i anonimowym świecie marka staje się sprzymierzeńcem. Łatwo ją rozpoznać, poczuć się jak u siebie: czerwony daszek to Pizza Hut, zielone parasole – Heineken itd.
Więc tak, tak, po trzykroć tak: to spisek! Każdy, kto był na Open'erze, już zawsze i nieodwołanie ustawi Wirtualną Polskę na start internetu, wszak to przewodnik, drogowskaz i przyjaciel. Sięgając po piwo inne niż Heineken podświadomie poczuje się jak zdrajca, podły zdrajca; palenie innych papierosów niż Marlboro wywoła u niego raka – i dobrze tak, szubrawcowi. Posiano w nas ziarno uzależnienia, ustawiając pozornie przyjazne, oszukańczo pożyteczne i zdradliwie zachęcające stoiska.
Gniew mój prędko zastąpiła rozpacz, czarna rozpacz, i popłakałem się jak bóbr, jak borsuk nawet, gdym czytał następne akapity:
Wszyscy się w tej masie szukają, chcą rozmawiać, ale spotkać się ciężko. Na Open’erze widać, jak technologia jednocześnie zbliża nas i oddala: bezskutecznie wydzwaniamy i wysyłamy wiadomości do znajomych, ale nie przychodzi nam do głowy, by pogadać z tym, kto siedzi obok lub krąży jak my. (...) Muzykę też coraz rzadziej przeżywamy wspólnie. Małe szanse, by rozemocjonowany fan nagle chwycił nas za rękę. Nawet w tłumie pilnujemy granic intymności, tańczymy tak, by nikogo nie potrącić.
Widzę teraz wyraźnie, a wszystko dzięki p. Wilk. Och, dlaczegóż dzwoniłem tylko do A-e, popełniając tym samym tak haniebny grzech zaniechania wobec tego całego tłumu. Jak samotnym i zamkniętym w sobie człowiekiem jestem, myślę teraz z pasją. Wyrzucam sobie, żem się nie rzucił okrywać pocałunkami tej sympatycznej brunetki, która szalała obok na FNM, że nie porwałem w braterskie objęcia tego obnażonego do pasa, wytatuowanego łysego Angola na Pendulum! Mój Boże, a ten koleś, któremu dałem papierosa – zamiast poprzestać na podziękowaniach, należało wdać się w dyskusję, zaprzyjaźnić, zaprosić do domu!
Festiwalowa moda też dużo mówi o tym, jacy dziś jesteśmy: uśrednieni, sformatowani. Podzieleni na kategorie – czytelne również dzięki markom - dobiła mnie p. Wilk.
Krótkie poszukiwania, i TAK! Jestem, jestem definiowalny, sformatowany przez Nike. Ach, kochany haczyk - łkałem - wyhaftowany skromnie na wierzchniej kieszeni plecaka, w której noszę klucze i telefon. Gdyby nie on, nikim byłbym, nieczytelny, bez jasno określonego formatu...
Reasumując: dawno nie czytałem tak napuszonego bełkotu.
Nie chce mi się sprawdzać, z jakich „pozycji” p. Wilk wydaliła z siebie powyższe bałwaństwa. Wszystko zresztą jedno, czy jest alterglobalistką, miłośniczką Ojca Dyrektora czy sierotą po Woodstock. Nie jest istotne, czy Open'er jawi jej się jako siedlisko szatana, odciągające młodzież od wspólnego odmawiania godzinek, czy też uważa, że kiedyś to były festiwale... a teraz nikt już nie uprawia wolnej miłości pod sceną, tylko kupuje koszulki i chleje Heinekena.
Autorka ewidentnie postawiła wszystkie tezy swojego artykułu na długo, zanim noga jej postała w autobusie do Babich Dołów. Piszę: w autobusie, bo nic nie napisała o przepełnionych parkingach – tu z pewnością można się było pokusić o metaforyczne stwierdzenie, może o stalowych pudełkach alienacji, a może o antyekologicznym nastawieniu młodzieży rozbijającej się wydalającymi dwutlenek węgla machinami (a może i napisała, ale redakcja wycięła). Rzecz w tym, że we wszystkich pompatycznych diagnozach autorki tkwi ziarno prawdy, tylko rozdzierają szaty akurat przy okazji Open'era, niestety, trafia kulą w płot.
Każdy z argumentów autorki jest, pardon my French, z dupy wzięty. Pani Wilk nie rozumie, że pojechanie sobie na festiwal jest właśnie zaspokojeniem potrzeby oderwania się od rzeczywistości. Jego tymczasowość jest właśnie zaletą i magnesem, bo mało kto jednak miałby ochotę bytować tak na stałe. Szkoła, praca, rodzina – to stałe wyznaczniki codzienności, z którymi każdy ma ochotę się rozstać, lecz właśnie na chwilę i tymczasowo. Pomieszkać trochę w namiocie, pochodzić na koncerty, nasączać się przy namiocie z piwem.
Szkoda też rozpisywać się nad tym, że kto ma ochotę szukać w tłumie nowych znajomości, ten je bez dwóch zdań znajdzie. Żeby skonstatować fakt, że niektórzy bawią się zgraną paczką, która przyjechała i wyjedzie razem, a niektórzy właśnie odwrotnie, wystarczy się chwilę rozejrzeć, byle uważnie. Autorce najwidoczniej albo się nie chciało, albo uznała, że skoro fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.
Mój Boże, jakim trzeba być kretynem, by załamywać ręce nad faktem, że przyjechawszy na kilka dni w jedno miejsce można coś zjeść, coś wypić, przyodziać się nawet. O wysikaniu się gdzie indziej niż w krzakach nawet nie mówię. Więc te wszystkie stoiska, budki i namioty są potrzebne, dla zwykłej wygody i bezpieczeństwa uczestników. Ciekaw jestem, czy p. Wilk zdarzyło się kiedyś brać udział w organizacji imprezy choćby na trzysta osób; z dużym stopniem prawdopodobieństwa twierdzę, że nie. Inaczej wiedziałaby, że owe złowieszcze procedury są konieczne, żeby utrzymać jaki-taki porządek, o bezpieczeństwie (!) nie wspomnę.
Że trzeba płacić? No fakt straszny; o wiele lepiej byłoby zaprowadzić pouczającą i rozwijającą społecznie wymianę usług, umiejętności, w ostateczności – dóbr materialnych. Zwracam jednak uwagę, że Open'er trwał zaledwie cztery dni; niestety, w tak krótkim czasie dałoby się zorganizować chyba tylko jeden rodzaj punktów wymiany usług i zaspokajania potrzeb. Bony i karty pre-paid - w istocie - są uciążliwe, pozwalają też organizatorom zawyżyć lekko ceny bez obawy rozpętania zamieszek, ale poprzez konieczność wymiany gotówki wymuszają niejako jaką-taką kontrolę nad jej wydawaniem, po wtóre zaś – i to stwierdzenie padnie po raz trzeci – zwiększają bezpieczeństwo uczestników imprezy. Co do marek zaś -
- powtarzam się: czy p. Wilk organizowała cokolwiek większego niż fajfoklok dla ciotki i jej przyjaciółek? Bez sponsorów zagrałby może Pan Witek z Atlantydy (za drobniaki), Rozkrock (za seks, alkohol i narkotyki, w ostateczności również za drobniaki) i 2Tm2,3 (w celach ewangelizacyjnych). A i to tylko unplugged. No, ja bym może i pojechał, ale jakby nie o taki event chodzi. Sponsorzy są zatem absolutnie konieczni, to oni wykładają ciężkie pieniądze, potrzebne organizatorom na długo przed imprezą. W zamian – cóż – wymagają wyłączności w swoim zakresie działalności. Pewien jednak jestem, że organizatorzy wiedzą, co robią, a mianowicie próbują osiągać zysk. I gdyby tylko od dwóch – trzech – czterech dostawców browarów, wody, papierosów itp. można było uzyskać więcej pieniędzy, niż od jednego, na pewno tak by zrobili. Festiwal jest imprezą wizerunkową – podobno. Ja wiem natomiast, że Heinekena długo nie wezmę do ust, co dopiero ludzie, którzy byli nim pojeni przez cztery dni...
O konsumpcji muzyki natomiast nic nie napiszę, bo z pewnym poziomem głupoty już się nie dyskutuje.
Jeżeli PT Czytelnicy uważają, że się rozpisałem nadmiernie/zbędnie/użyłem za dużo wykrzykników (niepotrzebne skreślić), chętnie przyznaję Państwu rację.
Co do meritum, kogoś tutaj pogięło: albo mnie, albo niejaką p. Paulinę Wilk. Zachęcam do oddawania głosów.
PS.
Na stronach "Rz" widnieje taki oto disclaimer:
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Kontroświadczenie Ostrego: pałujcie się.
PPS.
Przykro mi, że dział kultury "Rz" zamieszcza ostatnio takie brednie - już-już zbierałem się, żeby dać odpór bzdurom nt. polskiej muzyki rockowej od 1990 roku, następnie śmierci (medialnej i normalnej) ikon popkultury. Teraz to. Cholera, i tak uważam "Rzeczpospolitą" za najciekawszy dziennik, publikujący najlepsze teksty (to znaczy, że najrzadziej się wpieniam), ale są, na miły Bóg, pewne granice!
Sunday, 5. July 2009, 22:16:53
Jak sobie pomyślę, że wyjechałem tylko na jakieś 26 godzin, to upewniam się tylko, że z czas oszukuje. Tym razem stary kanciarz wziął moją stronę.
Naturalnie, wszystko ma swoją cenę. Zastanawiam się, kto i kiedy przejechał po mnie walcem? Kto bił mnie pałą po podeszwach stóp? Wszystkie pieniądze, które się przy okazji naturalnie zużyły. Dziesięć godzin w nieocenionym PKP, no i jeszcze półtoragodzinna wegetacja w środku nocy na dworcu w Gdyni. Świt jeszcze nie wstał na peronie, gdy podstawiono nasz pociąg, do którego wbiła się na poły pijana, nieogolona i niezbyt wonna ciżba. Argh.
Ale cena była niewielka, next to nothing. Decydując się gdzieś w piątek wieczorem, że w sobotę rano jadę sobie na północ, wiedziałem, czego chcę przecież.
Że chcę się zobaczyć z L., choćbyśmy mieli dla siebie samych tylko moment. Wystarczyło, żeby dać jej prezent, żeby ucieszyć się, że się jej spodobał. Wystarczyło, żeby chwilę potrzymać się za ręce, przytulić na pożegnanie -
Więc warto było wyjechać, a wiedziałem przecież, że jak już pojadę, czekają mnie inne jeszcze Rzeczy Dobre.
Wiedziałem na przykład, że wybiorę się spacer plażą, tym kawałkiem brzegu, który niby należy do lądu, ale który Zatoka bierze w posiadanie każdą falą. Przysiadłem odpocząć pod orłowskim klifem, gdzie zapraszają na chwilę upadłe drzewa, wygładzone przez sztorm, i jak zwykle uśmiechałem się do wspomnień. Lubię Trójmiasto, bo zawsze spotykało mnie tam coś dobrego, nie tylko pewnej jesieni, i zimy, i wiosny.
Że Open'er będzie fajowy wiedziałem też. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się już, że uda mi się zobaczyć na żywo Faith No More. Usłyszeć na koncercie „Digging The Grave”, i to na ostatni bis – bezcenne, aczkolwiek nie uważam, by koniecznie można już było umierać:-). Rzeczy, które ze swoim głosem wyprawiał Patton, przechodziły ludzkie wyobrażenie; raz śpiewał niczym jaki Tom Jones, by po chwili wydać z siebie przerażający ryk. Co w koncertach cenię – chłopaki nie przeszli obok niego obojętnie, ot tyle, żeby wyjść i zagrać. Widać (i słychać) było, że po pierwsze, bawią się graniem, po drugie - mieli świadomość, że na widowni przeważają ludzie tacy jak ja, którym okazja do posłuchania ich na żywo spadła jak z nieba. Już wybaczam, że nie zagrali ani „Woodpecker from Mars”, ani „War Pigs”; to co było, zachwyciło mnie dostatecznie.
Nie spodziewałem się natomiast, że napicie się z kimś piwa może okazać się aż tak dobrym uczynkiem. Z racji dosyć nagłej decyzji, nie dowiadywałem się, kto z przyjaciół i znajomych wybiera się na festiwal, odpowiednie informacje dotarły do mnie dopiero w autobusie na babie Doły. Zadzwoniłem do A-e, koleżanki z Warszawy – i okazało się, że: (a) właśnie pokłóciła się ze swoim byłym facetem, z którym na nieszczęście pojechała jeszcze na Open'era, (b) bardzo ją w związku z powyższym cieszy, że przynajmniej przez resztę wieczora nie będzie się tułać w półmilionowym tłumie sama.
Nie spodziewałem się również, że w większości punktów zabraknie biletów na sobotę, w związku z czym na FNM dotarliśmy lekko spóźnieni. Że będzie padać, spodziewałem się, ale Patton przegonił burzę. (Wspominałem, że na scenie pociągał żubrówkę prosto z butelki?) Zaskoczył mnie kolejny koncert – bliżej nieznane mi Pendulum dało czadu. Porównania nachodzą mnie różne: a jakby do Franza Ferdinanda dołączyć elektroniczne brzmienia i bit? Jakby do Apollo 440 dodać perkusję i ciężkie gitary? Anyway, dobra, ostra muza na imprezę, chociaż obawiam się, że w wersji studyjnej okaże się toto za bardzo technowe, jak na mój gust.
Że „Pies i klecha” Orbitowskiego & Urbaniuka dalej nie będzie mi się podobał, to było do przewidzenia. Próbuję jakoś zmęczyć tę powieść, ale nijak się nie mogę do niej przekonać. Jednakże kiedyś ją w końcu doczytam; choćby po to, żeby czynić autorom konstruktywne wyrzuty.
No nic; czego się spodziewam w tym tygodniu, nawet nie chce mi się pisać, bo nie będzie to nic przyjemnego. Byle do piątku. Dobranoc.
Monday, 29. June 2009, 22:58:28
Stałem na przystanku i przyglądałem się niebu; znad Rataj szybko nadciągały chmury. Z minuty na minutę robiło się ciemniej. Gdy wychodziłem z tramwaju, lało już.
To nie był deszcz, ulewa nawet, tylko najczystsze oberwanie chmury. Ludzie tłoczyli się pod wiatami, pod daszkami sklepów, ktoś biegł, trzymając nad głową gazetę. Ja śmiałem się na całe gardło. W mgnieniu oka byłem już przemoczony od stóp do głów, nie miałem na sobie skrawka suchego materiału, wiatr ciskał we mnie strugi wody jak spod prysznica. Wystawiałem twarz na jej strumienie, zamknąłem oczy, otworzyłem usta. W domu zrzuciłem plecak, wyciągnąłem z kieszeni pieniądze i telefon, otworzyłem drzwi na taras i wyszedłem - nacieszyć się jeszcze deszczem, burzą, błyskawicami..
Woda spływała mi po twarzy, a ja jej na przekór zapaliłem jeszcze papierosa, starając się choć na moment zasłonić go przed ulewą. Uwielbiam to robić; dym pachnący deszczem.
Przez chwilę nic nie miało znaczenia, nic nie było ważne. Ulewa spłukiwała ze mnie zmęczenie, zwątpienie, małe i większe problemy. Przez chwilę byłem po prostu szczęśliwy.
Szkoda, że nie daje się tego stanu utrzymać.
Powrócił tępy ból pod powiekami, wiem już, że nie będę mógł porządnie zasnąć – wiem też, niestety, dlaczego; niczym dobrym się to nie skończy. I wszechogarniające zwątpienie.
Słucham Maxa Richtera; nowe muzyczne odkrycie. Minimalizm; fortepian, smyczki i elektronika. I stukot maszyny do pisania – w tle. I strzępy tego, co może pisałby, gdyby nie komponował.
„When Thomas brought the news that the house I was born in no longer exists - neither the name, nor the park sloping to the river, nothing - I had a dream of return. Multicoloured. Joyous. I was able to fly. And the trees were even higher than in childhood, because they had been growing during all the years since they had been cut down.”
Thursday, 25. June 2009, 07:43:30
Po przyjściu do pracy uświadomiłem sobie, że czwartek jest dziś, a nie już WCZORAJ, jak mi się wydawało. Siłą rzeczy piątek jest jutro. Gdzieś świadomość moja zgubiła jeden dzień.
Niedobrze.
Ja chcę URLOP już.
Tuesday, 23. June 2009, 19:50:11
Jeszcze raz Sołżenicyn:
„Gdy przez otwór w drzwiach krzyknięto „Pobudka!”, zrobił się ruch w całej celi: podniesiono leżące na poprzek blaty, przesunięto stół po okno. Zaraz też ktoś podszedł do mnie, żeby przeprowadzić interview: nowicjusz czy obozowy bywalec? (...) Podszedł do mnie człowiek niestary jeszcze, grubokościsty (ale bardzo wychudzony), z nosem jastrzębim, lekko zakrzywionym:
- Profesor Timofiejew-Rossowski, prezes towarzystwa naukowo-technicznego 75 celi. Sesje naszego towarzystwa odbywają się codziennie rano po rozdaniu chleba i mają miejsce koło lewego okna. Czy mógłby pan wygłosić dla nas jakiś naukowy referat? I na jaki temat?”
Kiedy pierwszy raz czytałem „Archipelag GUŁag”, zamknąłem książkę, a łzy popłynęły mi z oczu. Śmiałem się i płakałem, nie bardzo potrafiąc nazwać to uczucie, które towarzyszy mi przy tej książce do dziś. To tylko jedna z historyjek, jakie przytacza Sołżenicyn (tutaj akurat jego własne, osobiste wspomnienia z obozowo-więziennej tułaczki, moskiewskie więzienie Butyrki, 1946 rok), a które pozwalają wierzyć, że z człowieka jednak potrafi wyjść CZŁOWIEK, istota rozumna, chociażby usilnie próbowano przerobić go w zwykłe BYDLĘ.
Mechanizm tego przerabiania opisywało wielu, dość przeczytać sobie „Czarną księgę komunizmu”, „Opowiadania kołymskie” Warłama Szałamowa, z okresu późniejszego „I powraca wiatr” Władimira Bukowskiego, że tak rzucę na szybko kilkoma tytułami, które wryły mi się w pamięć. Czytam sobie w tej chwili po kawałeczku historię ZSRR Davida Marplesa, i ciekawe jest to spojrzenie z zachodu na ruskiego niedźwiedzia. Niedawno odświeżyłem sobie troszkę Wiktora Suworowa, i jakoś ta Rosja krąży mi po głowie.
A jeszcze kilka doniesień z paru ostatnich dni. Rosyjska telewizja, a jakże, państwowa, zdemaskowała polskie plany napaści na Związek Radziecki, jakie minister Beck knuł z Niemcami i Japonią. Oto efekty działania prezydenckiej komisji do walki z fałszowaniem historii na szkodę Rosji; pięknie.
W samobójczym zamachu ciężko ranny został „prezydent” Inguszetii Junus-Bek Juwkurow. Piszę „prezydent” w cudzysłowie, ponieważ należałoby raczej napisać „namiestnik Kremla”; wyczytałem przy okazji ciekawe informacje na temat „demokracji” na rosyjskiej prowincji – otóż w ostatnich „wyborach” prawie 100% uprawnionych do głosowania poparło partię Putina (a później prawie 50% Inguszów podpisało oświadczenie, że w ogóle nie poszło na wybory), natomiast przywódca opozycji został „przypadkowo” zastrzelony w milicyjnym radiowozie. No tak.
Sąd arbitrażowy w Omsku (?) zasądził od norweskiej firmy telekomunikacyjnej „Telenor” 1,73 mld dolarów odszkodowania na rzecz zarejestrowanej na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych bliżej nieznanej (także – co do osób właścicieli) spółki, posiadającej 0,002% akcji VimpelComu - drugiego co do wielkości operatora telefonii komórkowej w Rosji. W związku z powyższym, komornik zajął należące do Norwegów... około 30% akcji rosyjskiej spółki. „Ta sprawa ma kluczowe znaczenie dla stosunków Norwegii z Rosją - podkreśla rząd w Oslo, który ma 54 proc. akcji Telenoru. Jednak interwencje premiera i szefa dyplomacji Norwegii nic nie dały. Premier Rosji Władimir Putin stwierdził, że chodzi o konflikt prywatnych firm.” I wszystko jasne.
Zresztą: czym się tu ekscytować, przecież mowa tu o kraju, w którym osobnicy niemili władzy mogą zginąć pod własnym domem (Anna Politkowska, Moskwa, 2006), mogą też zostać zamordowani za granicą (Aleksander Litwinienko, Londyn, też 2006), w którym każdemu „wyrokiem” „sądu” można odebrać majątek i wtrącić do łagru (Chodorkowski, Liebiediew, sprawa Jukosu, 2003). Gdzie służby specjalne podkładają ładunki wybuchowe i mordują własnych obywateli, by dać casus belli przeciw zbuntowanej prowincji (wybuchy w Moskwie i Wołgodońsku, ponad 300 ofiar, 1999). Gdzie na porządku dziennym są gwałty na ludności cywilnej, rozboje, porwania dla okupu dokonywane przez armię i siły bezpieczeństwa (Czeczenia, od 1994 do dziś, a zresztą cały północny Kaukaz). Gdzie poborowych tej samej armii ich właśni dowódcy sprzedają miejscowym bandytom dla okupu (! - ta sama Czeczenia).
Dość tych przykładów – ale to tylko nagłówki, pierwsze strony gazet. Czy nie można zatem zasadnie przypuszczać, że wszystko, co dzieje się na prowincji, gdzie nie docierają zachodni korespondencji ani internet, odbywa się bez ogródek, jawnie i jeszcze bardziej bezwzględnie? Może i chciałbym jechać do Rosji, kraju, który dał światu Dostojewskiego, Bułhakowa, Kandinskiego, Czajkowskiego, Tarkowskiego, Sołżenicyna, Strugackich i tylu innych – ale czy chcę jechać do Rosji Putina?
A. opowiadała mi swoje wrażenia z Moskwy – bardzo złe... Już mniejsza o estetykę; ciekawy jest sposób poruszania się się po mieście cudzoziemca – zwłaszcza zamożnego cudzoziemca bez ochroniarzy. Paszport mieć przy sobie trzeba, bo bez niego zamknąć można każdego, wszędzie i za nic, ot, tyle, żeby musiał się wykupić (a że go okradną albo i zgwałcą w areszcie – było, bydlaku, siedzieć u siebie? - nie takie rzeczy). Z kolei nosić dokumenty przy sobie, to tez ryzyko - zniknie w kieszeni milicjanta, a łapówki tanie nie są. Zatem: należy nosić KSEROKOPIĘ paszportu, żeby jakoś się wylegitymować, a dokumenty – bezpiecznie w hotelowym sejfie.
I to ma być cywilizowany kraj? Nie mówię o jakiejś tam demokracji (Sznurow: „Wy-bory wy-bo-ry, kandidaty pidary”), w całej swojej historii Rosja zaznała jej przez kilka miesięcy w 1917 roku. Ale wracam do „Archipelagu GUŁag”, czytam dalej i myślę, że bycie Polakiem ma swoje wady, urodzić się Żydem oznacza gdzieniegdzie przerąbane, ale być Rosjaninem to chyba w ogóle do dupy – i wówczas, i teraz.
Sunday, 21. June 2009, 21:38:28
"Gdybyż to było takie proste, że są gdzieś te czarne charaktery w czarnych zamiarach wykonujące swoją czarną robotę i że trzeba tylko umieć je rozpoznać i zniszczyć! Ale linia podziału między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka. A kto gotów jest odciąć kawałek własnego serca?"
To z "Archipelagu GUŁag" Sołżenicyna, jednej z najpiękniejszych i najmądrzejszych książek, jaką czytałem w życiu.
Friday, 19. June 2009, 03:12:02
19 i pół godziny w pracy. Nieźle, co?
Kryzys przyszedł o 18, więc walnąłem się na godzinkę spać. Dlaczego by nie?
A potem jakoś poszło, zacząłem dłubać sobie w tym raporcie, co go miałem w tym tygodniu skończyć, i jakoś powolutku, na spokojnie, się sprawozdanie samo pisało i pisało. Pół godziny zeszło, kiedy po ósmej Darek przywiózł mi klamkę (potrzebna jest na sobotę - jadę do Warszawy w końcu). Łyknąłem Tigera i przegryzałem się przez temat podatku rolnego; wiecie, że w samym środku Poznania są gospodarstwa rolne, oczywiście w rozumieniu właściwej ustawy? Ja nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, żeśmy dali dupy przy pisaniu umowy rachunku powierniczego typu Escrow, trza będzie prędziutko przygotować aneks.
Po hektarach przeliczeniowych i kwintalach żyta przyszła kolej na analizę zobowiązań i należności bilansowych, acz niepodatkowych - tutaj sam bym nie wpadł na faktyczne niepłacenie odsetek podmiotom powiązanym, to Kacper podpowiedział mi temat (ale te weksle? WTF?). Nadto trzeba było rozpoznać sprawę zaległości na rzecz ZUS w kontekście przepisów przejściowych do zeszłorocznej nowelizacji Ordynacji podatkowej; nie powiem, temat mnie wciągnął mocno. W okolicach pierwszej przyszła pora na drugiego Tigera i ocenę wpływu ewentualnych błędów popełnionych przez Miasto Poznań przy przetargu na sprzedaż nieruchomości na rękojmię wiary publicznej ksiąg wieczystych.
Jeszcze tylko szybka analiza uchwał Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia spółki komandytowo-akcyjnej i już prawie byłem w domu. Lecz niestety: na kwestii ewentualnego przejęcia zobowiązań do nieodpłatnego przekazania miastu nakładów na inwestycje drogowe się zaciąłem. W umowie poprzedniego właściciela - są. Czy obowiązują następnego - nie wiem, cholera, w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego nic na ten temat nie ma, ustawa o drogach publicznych nakłada na inwestora obowiązek poniesienia kosztów, ale nie mówi o ich oddaniu na rzecz gminy, z kolei przepisy planistyczne i ustawa o gospodarce nieruchomościami jednak przewidują wywłaszczenie za odszkodowaniem.
Więc głupio-mądry byłem i jestem, ale w końcu kwestia dotyczy zaledwie jednej z dwunastu działek; przynajmniej co do wybudowania kładki nad ulicą mam pewność - obowiązek inwestora. No to jeszcze drzewa; inwentaryzacji niby nie ma, chociaż w sumie nie wiadomo, czy to lepiej czy gorzej. Czy była nielegalna wycinka, to się jutro (dzisiaj?) sprawdzi i obfotografuje, bo obwody drzew do legalnego wycięcia wynikają z rozporządzenia do ustawy, ale jak ja poznam, czy wycięto topole, które można rąbać i rżnąć pod warunkiem nowych nasadzeń drzew lepszej konduity, czy może wycięto jednak klony, buki a nie daj Boże dęby? Co ja jestem, dendrolog jakiś czy prawnik? Z rozpędu napisałem wniosek o wydanie stosownych zaświadczeń do Wydziału Ochrony Środowiska, po czym skonstatowałem ze zdumieniem, że właściwie to sprawozdanie z due dilligence nieruchomości mam gotowe.
Była czwarta dwadzieścia.
Zanim nazwiecie mnie idiotą -
Po pierwsze, lubię swój zawód, ale przeważnie wtedy, gdy wymaga ode mnie intelektualnego wysiłku. Pierwszy raz pisałem sprawozdanie z solidnego audytu nieruchomości i powiem Wam, że cholernie dużo się przy tym nauczyłem. To nie idiotyczne trzepanie pozwów na formularzu. To nie asekurancka opinia; nie cierpię prawników, którzy obudowują każde zdanie tysiącem zastrzeżeń, a konieczność zajęcia jednoznacznego stanowiska powoduje u nich napad panicznej biegunki i przemożną chęć udania się do domu. To mój trzeci deal > 50 MPLN. Luz. Nie boję się odpowiedzialności i dlatego nie pójdę pracować do banku.
Po drugie, potrzebuję pieniędzy, jak każdy, a sprawne i szybkie zrobienie tego, co miałem zrobić, przekłada się na trzy - cztery miesiące wygodnego życia bez konieczności ruszenia palcem. Albo samochód w nienajgorszym stanie. Kto nie pracuje ten nie je.
Po trzecie, jasne - mogłem sobie rozłożyć pracę na kilka wieczorów w tygodniu (potrzebuję do takich spraw spokoju), ale mi się nie chciało. Tzn. chciało mi się, ale innych rzeczy. Spać. Poczytać o historii Związku Radzieckiego w poniedziałek. Porozmawiać przez kwadrans z L. we wtorek (no dobra, według innych źródeł to była godzina dwadzieścia, ale telefony kłamią). Pójść wczoraj na Erę; takie tam. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.
Po czwarte - mogę wysłać w cholerę gotowy dokument jutro w południe. Chcę mieć weekend wolny, tylko dla siebie, i to tak od piętnastej. Napić się jutro (dzisiaj?) wódki z dawno nie widzianym kolegą. Pojechać w sobotę (jutro?) na imprezę do Warszawy. W niedzielę przyglądać się, jak schnie farba;-)
Słucham Linkin Park. Fajna ta ostatnia płyta ("Minutes To Midnight"), w porównaniu z poprzednimi jakby lajtowa, ale muzycznie chyba bardziej urozmaicona.
(I bleed it out digging deeper
Just to throw it away
Just to throw it away
Just to throw it away!)
Idę zatem chwilę się przespać, ale jak mi Bóg miły - jeśli ktoś z PT. Czytelników tego bloga obudzi mnie telefonem albo nawet sms-em przed dziesiątą, zablokuję mu dostęp;)
Dobranoc, a niektórym może i dzień dobry.
Monday, 15. June 2009, 22:44:25
Dziwne, ale doliny pospływowej nie mam w ogóle, nic a nic, ani tyci. A było fajnie przecież.
Paliwo na piątkowy powrót do Poznania: 240 zł. Bilet kolejowy do Słupska w sobotę: 27 zł. Taksówka na biwak: 100 zł. Wrócić na jeszcze jeden dzień spływu: bezcenne. Niektórych rzeczy nie da się kupić za pieniądze; nie min moich przyjaciół, kiedy wróciłem (zdaje się, że mych zapewnień nie traktowano poważnie), i na pewno nie słonecznej pogody w niedzielę.
Nie było mnie równo 24 godziny, z których:
- jedenaście i pół spędziłem w podróży
- pięć i pół na uczelni
- cztery godziny spałem.
Gdzieś po drodze musiałem zmarnować całe trzy...
Zresztą: spodziewałem się, że zastanę zziębniętą ekipę kulącą się przy ognisku, suszącą mokre ciuchy i podającą sobie z rąk do rąk butelkę wódki. Tymczasem znalazłem ich w knajpie. Z kominkiem. Grających w bilard i integrujących się z lokalsami. W sobotę w ogóle nie płynęli; z jednej strony winienem być zadowolony (nie ominął mnie w ten sposób jeden etap), ale jednak wygląda mi to na znaczący upadek obyczajów. Nabijaliśmy się z konkurencyjnego spływu, którym wożono bagaże, a kucharz czekał na biwaku z ciepłym posiłkiem, ale płynąc na pusto jednak nas wyprzedzili.
Inna rzecz, że rzeka dawała w kość. Piątkowe pływanie daje się porównać chyba tylko ze Słupią (która płynie zresztą paręnaście kilometrów na zachód od Łupawy). Rwący nurt, w rzece głazy, w poprzek zwalone drzewa. Na żadnym spływie nie zaliczyliśmy tylu wywrotek; z ośmiu załóg ani razu nie wywaliły się tylko dwie.
Gdybym płynął z Prezesem albo na ten przykład z Watem, byłoby OK. Nie żebym narzekał na towarzystwo, ale sympatyczna skądinąd koleżanka Anety i Maciusia niestety wiosłować przesadnie nie umiała. „Naszą” wywrotkę zaliczyliśmy na jazie podczas rozpaczliwej próby ratowania nawigacyjnego błędu. Dopiero w niedzielę zmęczony stałym kontrowaniem poprosiłem ją, żeby nie próbowała nas wprowadzać w zakręt jak tylko go zobaczy, a w ogóle, to wiosło trzyma się w równej odległości od obu końców:-)
Ciekawe, co pomyślał sobie Brendan, i czy bardzo klął Kasię i Rashida za namówienie go na przyjazd do Polski i spływanie z nami. Dzielnie zapewniał, że wszystko jest OK, a w ogóle to w Dublinie nie miałby szans na hipotermię dwa razy w ciągu czterech dni...
A poza tym - było dokładnie tak, jak powinno.
Pogawędki przy ognisku. Radosne i fałszywe wycie repertuaru znanego i lubianego (przez nas), oczywiście nocą, bo wtedy głos niesie się najlepiej. Dziesięć osób w namiocie-trójce, dwie butelki przeciwbieżnie puszczone w ruch po okręgu. Dzielenie się wszystkim, czym można. Nocne i dzienne dyskusje, wspinanie się na mosty kolejowe i wybieranie wody z kajaka puszką po piwie. Prezes udający budzik o ósmej rano.
Kto nie był, nie zrozumie. Ale można przecież z nami popłynąć:-)
1 2 3 4 5 ... 19 Next »
Showing posts 1 -
10 of 190.