Ten kawałek jest po prostu obłędny. Nie lubię "Third", uważam, że druga płyta Portishead jest lepsza, równiejsza, nawet lepiej zagrana, ale "We carry on" wymiata. To, co Utley wyprawia z gitarą, to jest zwyczajnie nie do zniesienia. Gdybym miał wybierać pojedyncze kawałki Potrishead - numer 1.* **
* uwielbiam jeszcze "Airbus Reconstruction", ale to Beth solo. ** a teledysk jest chory, George Grosz wierci się w grobie bardzo zadowolony...
Tak najzupełniej z głupia frant pojechałem sobie na wschód, do miasta na L., uczestniczyć w konwencie na F.
Nie powiem, że nigdy w Lublinie nie byłem. Polcon wspominam co najwyżej średnio, a to z uwagi na przeróżne obsuwy, niekoniecznie z winy organizatorów, poza tym – wracaliśmy wtedy z A. z Irlandii, rano Dablin, wieczorem Lablin. A teraz było zwyczajnie i po prostu sympatycznie.
Poznałem osobiście Monę i Morta, to raz. Niesamowicie przefajnie wrażenie. Gdybym nie był tak nieśmiały, jak jestem, pewnie pogadalibyśmy sobie dłużej i mocniej; to rzecz, która jakoś mi doskwiera, i której jakoś nie do końca rozumiem...
Nie jestem fejmusem; niestety, zebrałem odpowiednie punkty fejmu tak dawno, że jeszcze się tak nie nazywały, ale nie jestem rpgowcem. Klops. le pierwszy raz w życiu miałem followersa – zabawne:-)
Dziadów trochę było. Szkoda, że bez kamizel – lucek winien dostać wpierdol, w końcu jak to, Prezydent bez stroju służbowego? P. Ek miał przez chwilę, Cholewowie nie, Puszek-Okruszek nie, Kosik nie, Ćwiek nie. To na cholerę ten cały lans?
Jak zwykle, zabawna historia mi się zdarzyła, znowu okazało się, że powinienem kogoś znać, a nie znam. Tym niemniej mam świadków na to, że jestem Dobrym Człowiekiem (ta, ale co z tego).
Podróż Ze Wschodu zabiła cały Falkon, który był fajny, choć dupy nie urywał. Spotkaliśmy w pociągu Polaka, kochanka, naukowca, żołnierza, poetę, boksera, poliglotę, jednym słowem – Agenta Tomka. Powiedział nam cześć. Wiedział, że w pokrowcu mamy kałasznikowa. Zna chiński, a nawet mandaryński. Agent. Tomek.
A w ogóle: pozdrowienia dla Mony, Morta, Noreen (siostra, buziaki jak stąd do Lublina:-)), Hani, P. Eka, Miśka, Urka, lucka, Puszona, Szafy, Essego, Sqwy (którego wreszcie poznałem, aczkolwiek bez wiedzy, że to on), Krzysztofa, Gorima1, Kasi, Rafała, Grega (ta czekolada to się robi legendarna...), Macieja z Białegostoku, Mavete'a, Toudiego, Zwierza (stary, jeszcze w tym roku w Wawie-obiecuję:-)), Smoka, Veeny, Ifki, Nurglinga, Cholewów obu i każdego z osobna, Kuby 'braci się nie traci' Ćwieka, Dextera, VooYa z małżonką, Fuyu, Ziemka, Zuzy, Skały, Telefaksa (z bojaźnią wielką), Wojtka, Solarycha, Najkiego, Sławka, Miagiego (Lordzie!), Inkiego (Lordzie!), i w ogóle wszystkich tych, których przez niepamięć zapomniałem wymienić. Mili moi, lista jest niepełna, a i kolejność przypadkowa; cudownie było spotkać was wszystkich.
Specjalne podziękowania dla organizatorów; już wiem, jak się czują ludzie na Pyrkonie:-)
Dzisiaj: praca, niechciej i parę cholernie złych przeczuć.
Powiedzmy, że sobota była sobotą i wróciłem do domu nad ranem, jak Pan Bóg przykazał. Ale niedziela już nie; niedzieli nie było – zamiast odpocząć, wyspać się, poczytać, musiałem popracować. Po takim popołudniu i wieczorze poniedziałek był zwyczajną męczarnią.
Za to we wtorek, z racji klubowej imprezy urodzinowej kolegi K., poczułem się jak w środę. Środa przypominała za to sobotę; dziś znienacka wrócił czwartek. A właściwie i nie czwartek, ponieważ te robię sobie wolne, a dziś pracowałem. Jutro za to robię sobie wolne i jadę na Falkon. Więc jakby sobota, druga w tym tygodniu?
Wypadłem z czasu. Nie jestem pewien, kiedy, może pół roku temu, może rok, może dwa lata.
Za wcześnie, za późno; tak czy owak, nie wtedy, kiedy trzeba. Kiedy trzeba było rozsądnie poczekać, ja rzucałem się głową naprzód. O tym, że może trzeba było iść inną drogą, dowiaduję się z goryczą – poniewczasie. Nie wypowiedziałem słów, które kiedyś, w swoim czasie, mogły uratować kilka ważnych rzeczy; kiedy trzeba było rozsądnie się zamknąć, nie skorzystałem z okazji do milczenia. Gdybym zrezygnował z pracy o dwa lata wcześniej, byłbym teraz zupełnie w innym miejscu, widzę jednak, że jakieś plany, które wydawały mi się zupełnie realne, spełzną na niczym. Kiedy trzeba się bawić, chodzę smutny, i wprost przeciwnie. Przestałem czuć się dobrze w otoczeniu swoich rówieśników, a jednak otwarcie mogę i chcę mówić z kimś starszym. Kiedy trzeba było wyjechać, zostałem, a gdy wszystko przemawia za tym, żeby spędzić weekend w domu, wyjeżdżam.
Jest gdzieś w życiu ciąg główny, jak na wykresie Hertzsprunga-Russella, ale mnie w nim nie ma od dawna.
Poszedłem na spacer. Bez konkretnego celu, zawsze mogę skręcić w prawo, kiedy najdzie mnie na to ochota, albo pójść prosto, jeżeli będzie tam coś interesującego. Czasem umawiam się przy tym sam ze sobą, że choćbym szedł trasą przemierzaną od lat po kilka razy na dzień, dzisiaj miejsca te będę oglądał tak, jakbym widział je po raz pierwszy w życiu. Zawsze się sprawdza. Nie zauważałem dotąd na przykład, że ostatnia kamienica przed skrzyżowaniem 28 Czerwca z Hetmańską, od miasta patrząc po prawej stronie, ma balkony z barierkami z przepięknie kutego żelaza, a pod samą krawędzią dachu sztukaterie z jakimiś rodzajowymi scenami.
I tak dalej. Poszedłem sobie prosto na południe, obejrzeć sobie budynki fabryki Cegielskiego. Symbol miasta, poniekąd, w tej chwili na ostatnich nogach; pewnie za kilka lat wyrośnie tam kolejne strzeżone osiedle. Jedną z hal oraz całkiem spory secesyjny dom (dawny budynek dyrekcji) kilkanaście lat temu kupił (wydzierżawił?) Uniwersytet im. Adama Mickiewicza. Omalże napisałem „uniwerek”, lecz byłoby to mylące, ponieważ namnożyło się nam uniwersytetów w Poznaniu co niemiara.
Miałem tam zajęcia, na roku czwartym i piątym. Wydział Prawa twardo obstawał w okopach Św. Trójcy na Świętym Marcinie, skąd na Morasko przenieść się dał. Mawialiśmy złośliwie, że to przez wygodę naszych profesorów, którym nie chciało się zapewne odrywać od swoich dochodowych kancelarii w centrum i tłuc na jakieś północne rubieże. Budynek Collegium Iuridicum zatłoczony był co niemiara już wówczas, asystenci gnieździli się po kilu w ciasnych pokoikach, i tylko na trzecim piętrze uchowała się oaza względnego spokoju. Po lewej stronie od klatki schodowej mieścił się wesoły pokój Katedry Prawa Administracyjnego, lecz korytarz idący dalej na swój prywatny użytek nazywałem korytarzem duchów; zdaje się, żem po pijaku zapewniał też na jakiejś imprezie, że widziałem, jak wiatr tam toczy krzaki, jak na westernach. Wynikało to z tego, że w owych czasach mieli tam gabinety Łączkowski, ówczesny szef PKW, prezes NSA Hauser i nie pamiętam, kto jeszcze, których nigdy nie było w Poznaniu. Profesor Hauser nie darzył tego budynku zdaje się jakąś wielką sympatią, bo seminarium magisterskie (które nader miło wspominam) mieliśmy w sądzie na 3 Maja.
Jednakże adiunkci i doktoranci takimi przywilejami się nie cieszyli, tak to musieliśmy jeździć na niektóre zajęcia do Collegium Ceglorum, jak się ten budynek zwało. Marnie wyglądały tam szanse wyciągnięcia naszych ćwiczeniowców na piwo – jedynym lokalem w okolicy był nieodżałowanej pamięci bar „Grzanka”, który wyglądał jak przeniesiony w czasie z lat 70. Nie powiem; chadzałem tam od czasu do czasu skonsumować w towarzystwie przyjaciół albo i sam nawet kaszaneczkę pod piwko (lub 4), na pierwszym Pyrkonie miał tam miejsce absolutnie kultowy wykład Oramusa o stylach picia piwa, a w ogóle było to miejsce przesympatyczne. Nie pamiętam, żebym nie został tam zagadnięty przyjaźnie przez jakiegoś bywalca, którymi na oko byli robotnicy z Cegielskiego właśnie, ale tak przyjaźnie, bez żadnego chamstwa czy agresji. Miejsce to jakoś nie przemawiało jednak do moich kolegów i koleżanek z roku.
„Grzanki” nie ma od kilku lat, murowany parterowy pawilon, w którym się mieściła, został zburzony pod nowy budynek. Szkoda wielka, myślę sobie, że może właśnie dlatego Zakłady Cegielskiego umierają? Sic transit gloria mundi. Już w tej chwili na gruzach HCP wyrasta mnóstwo firm, magazynów, w ceglanym baraku mieści się nawet siłownia „Hulk”. W jednym z budynków ma siedzibę WSPiA im. Księcia Mieszka I; nie wiedziałem, że uczelnia na której prowadziłem zajęcia, ma tak czcigodnego patrona. Co przypomniało mi, że musiałbym od nich jakoś wyciągnąć pieniądze, które są mi winni za rzeczone zajęcia. Heh, następna sprawa do zajęcia się w przyszłym tygodniu.
Szedłem więc 28 Czerwca dalej w stronę Dębca, aż zaciekawiła mnie półokrągła brama w jednej z kamienic, ciągnących się po lewej stronie, jeszcze przed Wspólną. Przegrodzona była bramą, lecz furtka była otwarta. Wszedłem i stanąłem jak wryty.
Zamiast podwórza zobaczyłem inny świat. Wewnątrz stoją domki, mniejsze od kamienicy oddzielającej je od ulicy, bo zaledwie piętrowe. Część szeregowców wygląda, jakby je przenieść z Wielkiej Brytanii albo Anglii, winorośl lub powój pnie się po ceglanych ścianach, od tyłu są malutkie, zadbane ogródki. Są tam wąziutkie, kręte uliczki, którymi ledwie da się przejechać obok zaparkowanych samochodów. W samym centrum zabudowa jest zawinięta w bardzo wydłużoną podkowę, od jednej strony większość domków jest otynkowana na brąz, wpadający w promieniach zachodzącego słońca w przepiękny, rdzawy kolor. Po drugiej, zewnętrznej stronie elewacje są z gołej cegły, pociemniałej na mocny brąz.
Przez dłuższą chwilę obchodziłem ten prostokąt, może ze 150 na 200 metrów, i chłonąłem jego piękno. Nie wiem, kiedy te domki zostały zbudowane ani dla kogo, pewnie na przełomie XIX i XX wieku mieszkali tam jacyś majstrowie z Cegielskiego, albo kanceliści, albo ktokolwiek, kto nie musiał się gnieździć w kamienicy. Żałowałem, że nie mam aparatu, bo jednak opis jest w tym momencie żałośnie ubogi. I już mniejsza, że z dwóch stron ten fyrtel otaczają kamienice, pomalowane na ohydny, bladoseledynowy, szpitalny kolor (komuś, kto do tego dopuścił, należałoby bezzwłocznie wydłubać za karę oczy), z trzeciej okropny, klocowaty blok, a z czwartej rozpadający się betonowy płot z fabryką zaraz za nim.
Cieszę się, że potrafię czasem znaleźć takie miejsca.
Wracałem do siebie Rolną, brodząc po kostki w żółtych, klonowych liściach. Światło sodowych latarni czyniło świat cieplejszym, a ja szedłem, z rękami w kieszeniach, zatopiony we własnych myślach, ku ciepłej herbacie z odrobiną żurawinówki.
Obejrzałem sobie na nieocenionym jutubie walkę Pana Adamka z Panem Gołotą.
Nie, żebym jakimś prorokiem był niesamowitym, ale całe toto gadanie, że Pan Adamek ryzykuje bijąc się z Panem Gołotą wydało mi się grubo przesadzone. To, że Endrju porusza się po ringu z gracją worka cementu oraz posiada tylko prawą rękę, jakoś nie powinno być specjalną tajemnicą dla nikogo. Takoż nie bardzo mi się chciało wierzyć w przepowiednie, że Pan Gołota może trafić Pana Adamka na tyle mocno i celnie, że mata uderzy Pana Adamka w twarz.
Tak: to może być rzecz, o której nie wiedzieliście, ale Pan Ostry lubi oglądać sobie boks.
Ale tak od kategorii średniej w górę. W niższych wagach, wiecie, w telewizji wszystko dzieje się za szybko. Tłuka się, tłuką, nie wiadomo właściwie, kto kogo trafił mocniej, aż tu nagle jeden leży i niekoniecznie wstaje; oglądałem sobie kiedyś walkę Manny Pacquiao z Rickiem Hattonem – kolesie po sześćdziesiąt kilo, a jak Pacman sprzedał w drugiej rundzie plombę, to Hitmana trzeba było z ringu zbierać łyżeczką. Manny w ogóle dobry jest – walczył przecież z De La Hoyą i spuścił mu bardzo ładne manto. W bezpośredniej transmisji obejrzałbym sobie Floyda Mayweathera Jr, który walczy w kategorii półśredniej, wygrał na razie wszystkie walki, jest najlepszym bokserem na świecie bez podziału na kategorie wagowe i takie tam.
Boksu amatorskiego nie lubię, bo go nie rozumiem. To znaczy – rozumiem, dlaczego są teraz te guziczki, które mają naciskać sędziowie, jak ich zdaniem ktoś kogoś trafi. Wszystko przez igrzyska olimpijskie w Seulu, i tamtejsze skandale, heh – nie pamiętam już, który z południowokoreańskich bokserów turlał się z płaczem po ringu jakieś pół godziny, zanim go zachęcono do pogodzenia się z przegraną i pójściem do szatni. Sygnał jednak poszedł i sędziowie już wiedzieli co robić – w ten sposób przegrał w finale niejaki Roy Jones jr. Na półwyspie koreańskim drukowanie ma jak widać karierę sięgającą nie tylko Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Nie, żeby w boksie zawodowym nie było podobnych przewałów – do dziś nie rozumiem, dlaczego dziadzio Holyfield przynajmniej nie zremisował z Wałujewem, skoro ani jeden, ani drugi nie zrobili sobie krzywdy, a w przeciągu całej walki Pan Holyfield lepszy był, żwawszy (no, on ma tylko jakieś 45 lat...) i jakoś bardziej mu się chciało walczyć.
Tu wracamy do wagi ciężkiej. Moim zdaniem – odkąd Sir Lennox Lewis skończył karierę, podobno z nudów – nic przesadnie ciekawego się nie dzieje. Są bracia Kliczko, którzy – łup łup – wybijają z głowy marzenia kolejnych przeciwników o poszczególnych tytułach. Jadąc od najnowszych: Arreola, Czagajew, Gomez, Rahman, Peter – łup łup – i dooowiiiidzeeeeniaaa. Pan Wałujew to jest jakieś kuriozum z cyrku rodem; oglądałem parę jego walk, no i faktycznie, jakaś duża nieuwaga jego przeciwnika może spotkać się z (niespiesznym) zderzeniem ze 150 kilo wagi, co niekoniecznie jest fajowe.
Wracając zatem do Pana Adamka. Bił on Pana Gołotę jak chciał, kiedy chciał i gdzie chciał. Może w trzeciej rundzie, Pan Gołota trafił ze dwa-trzy razy w miarę czysto; szkopuł w tym, że Pan Adamek posiada organizm odporny, zdaje się, na tego typu nieprzyjemności. Wystarczy przypomnieć: a) bęcki, jakie w czwartej rundzie zbierał w walce o tytuł z Panem Cunninghamem – w zasadzie już Pan Adamek witał się z tzw. deskami, przyjął bowiem tak z 10 czyściutkich sierpów i podbródkowych prosto na szczękę. A jednak zamroczon okrutnie zdołał się odgryźć; mina Pana Cunninghama wstającego z kolan – bezcenna b) bęcki, jakie – znów nomen omen w czwartej rundzie – zapuszczał Panu Adamkowi Pan Banks w obronie tytułu. Po dwóch sierpach Pan Adamek zachwiał się znacznie, po czym zaczął wykonywać ruchy rękami sugerujące zamiar wzbicia się w powietrze i odlecenia z ringu. A jakiś czas później sam odesłał Pana Banksa pierwszym samolotem do domu.
O ile sobie przejrzałem amerykańskie serwisy poświęcone wadze ciężkiej – hype'a na Pana Adamka nie ma. Communis opinio twierdzi, że zbicie Pana Gołoty żadnym wyczynem nie jest, na panów Kliczków (czy też Kłyczków, jak oznajmia dbająca o prawidłową transkrypcję Ciocia Wiki) to Pan Adamek argumentów nie ma, a typowani PP. Haye i Czagajew są i szybsi, i naturalnie mocniejsi od Pana Adamka.
Ciężko (nomen omen znów:-)) cokolwiek mądrego powiedzieć. Z wagi cruiser do mistrzostwa w wadze ciężkiej – w ostatnich 20 latach, jedno nazwisko. Podpowiedź: niejaki Mike Tyson odgryzł mu ucho:-)
Do Pana Holyfielda Panu Adamkowi daleko, jednakże wcale nie jest skazany na pożarcie. Tzn. - jest skazany na pożarcie z Kliczko Brothers – ta sama wschodnia szkoła boksowania lewym prostym, który wybija przeciwnikowi z głowy marzenia o zwycięstwie. Tzn.: w przypadku Pana Adamka wybija, bo świetność techniczna Pana Adamka na tle jakiegoś badziewie w heavycruiser wątpliwości nie podlega. W przypadku Panów Kliczko – cóż: zabija. Żaden z nich nie musi właściwie uderzać prawą, bo jak powiada doświadczenie, waląc po dwadzieścia razy w rundzie lewym, doprowadzają do przeciwnika do poddania. Dziesiąta runda, a Pan Kliczko W or V komplementuje przeciwnika. Długo wytrzymał. Właściwie - jedyna walka ciekawa w tej chwili, to Kliczko vs Kliczko. I prawy na prawy. I remis po obustronnym knock-downie... Ale jak ogólnie wiadomo, bracia nie podniosą na siebie ręki.
Cóż; Pan Adamek rusza się żwawo, cios przyjmie, a i sam walnąć potrafi. To samo można powiedzieć o wszystkich bokserach w wadze ciężkiej ostatnio. Każdy deklarował, że Panów Braci w ten sposób pokona, a potem... jak wyszło tak wyszło. Tym niemniej warto przytoczyć tu Pana Jonesa Jr., który sprał niemiłosiernie Pana Ruiza – no, z 10 lat temu to było, albo i lepiej – mając około 90 kilogramów. Ale nie nyło nokautu, tylko Pan Jones sobie skakał wokół Pana Ruiza, i jak chciał to mu przywalił. Jak nie chciał, to wchodził w półdystans. Z rękami poniżej pasa. I trafić się nie dał. No ale walka była wybrana konkretnie pod przeciwnika, bo z Panem Lwem to Pan Jones szans by nie miał.
Panu Adamkowi życzę jak najlepiej, najlepiej pokonania Pana Tua (co pokaże, czy Pan Adamek spierdala w ringu dostatecznie szybko, żeby uniknąć ciosu, którym Pan Tua poluje na wieloryby, czy na co tam na Samoa można polować). Pana Gołoty żałuję, że nie skończył tzw. kariery okazale bijąc nienajgorszego Pana Mollo, a sam sobie życzę oglądać niedługo Pana Haye odsyłającego Pana Wałujewa ku pisaniu wierszy. Podobno pomimo ogólnie troglodyckiego wyglądu wychodzi mu to nieźle.
Tradycyjnie jestem z deczka rozjebany. Tym razem mam doskonały kawałek, żeby powiedzieć wam, że u mnie wszystko w porządku, że jest świetnie - i jednocześnie nie.
Green Day ze starej płyty:
Another turning point, a fork stuck in the road Time grabs you by the wrist, directs you where to go So make the best of this test, and don't ask why It's not a question, but a lesson learned in time
It's something unpredictable, but in the end it's right. I hope you had the time of your life.
So take the photographs, and still frames in your mind Hang it on a shelf in good health and good time Tattoos of memories and dead skin on trial For what it's worth it was worth all the while
It's something unpredictable, but in the end it's right. I hope you had the time of your life.
It's something unpredictable, but in the end it's right. I hope you had the time of your life.
It's something unpredictable, but in the end it's right. I hope you had the time of your life.
Wiecie, też mam taką nadzieję. Może nawet się spełni?
Cholera, więcej siedziałem przed komputerem pracując, niż wypoczywałem.
Nie, żeby się kilka mniej lub bardziej miłych zdarzeń nie zadziało; ot, na przykład, mam nowego kota w ogródku. Czarny z krawacikiem pojawia się od czasu do czasu, lecz jest dosyć płochliwy. Ten jest bury. Odsłoniłem roletę i otworzyłem drzwi na taras, a tam on. Siedzi i przygląda mi się uważnie. Nie ucieka.
Ja siedzę sobie w ciepełku, ten się kuli pod krzaczkiem. Patrzę na niego, on na mnie. "A co mi tam" pomyślałem i zacząłem rozważać, co też posiadam jadalnego dla kota. Mleka nie mam. Kociej karmy również. Stanęło na kawałku fileta z indyka, po który też udałem się do kuchni. Oczywiście, kiedy wróciłem, sierściucha już nie było. Wzruszyłem zatem ramionami, zamknąłem drzwi, opuściłem roletę, po zastanowieniu zostawiłem jednak talerzyk na zewnątrz. COŚ zjadło wędlinę w ciągu następnych piętnastu minut.
A na zdrowie, pomyślałem sobie, po czym naszła mnie refleksja: muszę być naprawdę zmęczony. Przecież ja nawet nie lubię kotów!
Czy ktoś z PT Czytelników wie, jak jest po kociemu PRIVATE PROPERTY. NO TRESPASSING?
Jeżeli jednak kotek liczy na mą dalszą karygodną pobłażliwość wobec sług szatana, to się myli. Przeglądałem trochę ofert. Jest raczej dobrze; znalazłem trzy - cztery mieszkania, które są teoretycznie w moim zasięgu finansowym, a jednocześnie wyglądają zachęcająco. Urzekło mnie zwłaszcza poddasze na Sikorskiego; 112 metrów, 4 pokoje, w tym ogromniasty salon, dwie (!?) łazienki. W zasadzie dwa mieszkania, które ktoś sobie połączył. Skosy, belki, gdzieniegdzie goły mur - bardzo mi się podoba, a jednak gdzieś musi być haczyk, skoro mimo ceny metra niższej o 1 kPLN od przeciętnej nikt się na nie nie skusił. Inna rzecz, że ceny ofertowe są jednak z kosmosu. Żądanie nadal 5,5k za metr zupełnie przeciętnego lokalu wydaje mi się mocno przesadzone, zwłaszcza, gdy oferta wisi sobie na sieci od maja.
Inna rzecz, że mi te pomysły może wybić z głowy bank, chociaż licząc podług różnych dostępnych na sieci kalkulatorów kredytowo jestem całkiem zdolny. Zapowiada się w tygodniu tour po urzędach - zbieranie zaświadczeń, podbijanie PIT-ów i tak dalej; zapowiada się na drogę przez mękę. Ale trudno. Pożegnalne oblewanie nory jeszcze w tym roku. W sumie - dlaczego nie połączyć go z przemarszem ludycznym przez Wildę na nowe, wykwintne salony? :-)
No i jeszcze Lech (tradycyjnie) wygrał z Wisłą.
Natomiast na pytanie ajtwwżp odpowiadam tradycyjnie: PBrw, tso.