Political report cz. 1
Monday, February 8, 2010 11:34:20 PM
Znajomy z gatunku znajomych dość dalszych zadał mi niedawno pytanie frapujące. Sens jego sprowadzał się do prośby o określenie moich sympatii politycznych; na miły Bóg, nie wiem, co odpowiedzieć.
Najłatwiej będzie mi się określić poprzez zaprzeczenia, wykluczenia, anatemy i inwektywy. Jeżeli zostanie jeszcze jakiś program polityczny, z przyjemnością go przedstawię.
Po pierwsze, moje poglądy polityczne nijak nie są inspirowane wiarą – czy to chrześcijańską, czy to jakąkolwiek inną. Parafrazując bodajże Ludwika XV, stwierdzić należy, że chrześcijanin powinien przynajmniej wierzyć w Boga, stąd chrześcijaninem nie jestem. Proste, teologiczne odpowiedzi mnie nie zadowalają. Przez wrodzoną przekorę kibicuję dosyć ortodoksom – znacznie spodobała mi się okładka Frondy sprzed paru lat (aniołek pokazujący takiego wała); poza Kościołem nie ma zbawienia, Bóg przebacza, ale hardkorowy katolik jakby nie za bardzo powinien na to liczyć. Bóg z Wami, jeżeli jest, może Was rozpozna. Z kolei mój potencjalny przyszły teść nie odbiera komórki w jeden z dni tygodnia; kurde, podziwiam.
Zirytowała mnie wobec tego zasłyszana bodaj z tydzień temu dyskusja radiowa, prowadzona ze słuchaczami bodaj przez prezentera Eski Rock, Roxy FM czy czegoś tam podobnego. Konferansjer ów pytał mianowicie, czy słuchacze nie czują się tłamszeni i osaczeni przez Kościół Katolicki, zmuszający osoby pragnące na przykład wziąć ślub kościelny czy też zostać ojcami albo matkami chrzestnymi do odbywania sakramentów przepisanych katechizmem; chodziło głównie o pokutę. Oburzenie prowadzącego nasuwała konieczność, że tak powiem, metaspowiadania się z odbytych spowiedzi poprzez dostarczanie odpowiedniej parafii odpowiednich zaświadczeń.
Słuchacze dzwonili, opowiadając o doznawanych represjach, że raczej nie, względnie raczej tak. Padały również opinie dotyczące krzyży względnie ich braku w klasach szkolnych tudzież innych pomieszczeniach przeznaczonych do pobytu petentów świeckich. Dyskusje wywiązujące się pomiędzy prowadzącym (nie księdzem) a prowadzonymi doprowadziły mnie do pasji szewskiej. Miałem wielką ochotę wziąć i zadzwonić, aby przedstawić swój punkt widzenia.
W kwestii krzyży tudzież wszelkich innych symboli religijnych (gwiazdy Dawida, Półksiężyca, laski z dodatkowymi rękami, koła, krzyża wpisanego w koło, akwarium, wozu drabiniastego itp.) mam gruntownie wyjebane. Nie oznacza to, że ich nie szanuję albo że bronię komukolwiek wieszania ich w ilościach półhurtowych gdziekolwiek. Moich uczuć religijnych nie można urazić, a to dlatego, że ich nie mam. Szacunek dla symboli kultu należy się im podstawowo z tytułu tego, że ktoś otacza je kultem. Żeby nie wyjść na ortodyksyjnego liberała podkreślam, że zewnętrzna realizacja nakazów wiary winna podlegać niejakiej kontroli; eksterminację niewiernych uważam za niedopuszczalną (jako niewierny z punktu widzenia wszelkich możliwych religii mam w tym swój własny interes). Jeżeli ktoś zwyczajnie uważa mnie za niewiernego psa, jego problem. Mnie to wali.
Jednakże narzekania słuchaczy wzmiankowanej audycji, których oburzały na przykład wymogi związane z pobraniem ślubu kościelnego, uważam za znaczną hipokryzję. Jeżeli ktoś nie należy do paczki katolickiej, jego sprawa, nie musi się żenić czy też wychodzić za mąż w ramach tegoż obrządku. Azaliż po co wam to, miałem zakrzyknąć w słuchawkę – jakaż to presja ciąży na Was, by spraszać gości do kościoła, nie daj Boże zimą? Jeżeli Bóg znaczy dla was tyle, co dla Petroniusza albo mnie (fajna figura retoryczna), to podejrzewam, że poddajecie się presji społecznej ze strony babć, wujów, chórów wujów i tak dalej. To ja przepraszam; przed rodziną udajecie, ale ksiądz (pator, rabin, mułła itp.) to Was tłamsi? Bez sensu.
Ów przydługi wstęp najeżony dygresjami miał jeno wyjaśnić, że nie jestem wielbłądem, ani też osiołkiem na którym Maryja wywiozła Jezuska skądśtam dokądśtam, nie pamiętam. Nie kieruję się więc nakazami wiary, takoż w kwestiach politycznych, jednakże nie podzielam przekonania Richarda Dawkinsa (skądinąd bardzo bystrego naukowca), iż wszelkie zinstytucjonalizowane religie winne być zakazane.
W tym miejscu moglibyśmy jeszcze porozważać zakład Pascala, ale jednak nie o tym miałem pisać. Miałem bowiem pisać o polityce, wskazać, dlaczego nie lubię obecnego rządu, z jakiego względu nie ceniłem poprzedniego, dlaczego Aleksander Kwaśniewski powinien zostać powieszony, dlaczego nie przepadam za technokratami, kto mnie wyleczył z gospodarczego liberalizmu, w jaki sposób doszedłem do przekonania, że największym problemem ostatnich 20. lat w Polsce jest społeczne wykluczenie, i tak dalej, ale to jednak innym razem. Dobranoc.
Najłatwiej będzie mi się określić poprzez zaprzeczenia, wykluczenia, anatemy i inwektywy. Jeżeli zostanie jeszcze jakiś program polityczny, z przyjemnością go przedstawię.
Po pierwsze, moje poglądy polityczne nijak nie są inspirowane wiarą – czy to chrześcijańską, czy to jakąkolwiek inną. Parafrazując bodajże Ludwika XV, stwierdzić należy, że chrześcijanin powinien przynajmniej wierzyć w Boga, stąd chrześcijaninem nie jestem. Proste, teologiczne odpowiedzi mnie nie zadowalają. Przez wrodzoną przekorę kibicuję dosyć ortodoksom – znacznie spodobała mi się okładka Frondy sprzed paru lat (aniołek pokazujący takiego wała); poza Kościołem nie ma zbawienia, Bóg przebacza, ale hardkorowy katolik jakby nie za bardzo powinien na to liczyć. Bóg z Wami, jeżeli jest, może Was rozpozna. Z kolei mój potencjalny przyszły teść nie odbiera komórki w jeden z dni tygodnia; kurde, podziwiam.
Zirytowała mnie wobec tego zasłyszana bodaj z tydzień temu dyskusja radiowa, prowadzona ze słuchaczami bodaj przez prezentera Eski Rock, Roxy FM czy czegoś tam podobnego. Konferansjer ów pytał mianowicie, czy słuchacze nie czują się tłamszeni i osaczeni przez Kościół Katolicki, zmuszający osoby pragnące na przykład wziąć ślub kościelny czy też zostać ojcami albo matkami chrzestnymi do odbywania sakramentów przepisanych katechizmem; chodziło głównie o pokutę. Oburzenie prowadzącego nasuwała konieczność, że tak powiem, metaspowiadania się z odbytych spowiedzi poprzez dostarczanie odpowiedniej parafii odpowiednich zaświadczeń.
Słuchacze dzwonili, opowiadając o doznawanych represjach, że raczej nie, względnie raczej tak. Padały również opinie dotyczące krzyży względnie ich braku w klasach szkolnych tudzież innych pomieszczeniach przeznaczonych do pobytu petentów świeckich. Dyskusje wywiązujące się pomiędzy prowadzącym (nie księdzem) a prowadzonymi doprowadziły mnie do pasji szewskiej. Miałem wielką ochotę wziąć i zadzwonić, aby przedstawić swój punkt widzenia.
W kwestii krzyży tudzież wszelkich innych symboli religijnych (gwiazdy Dawida, Półksiężyca, laski z dodatkowymi rękami, koła, krzyża wpisanego w koło, akwarium, wozu drabiniastego itp.) mam gruntownie wyjebane. Nie oznacza to, że ich nie szanuję albo że bronię komukolwiek wieszania ich w ilościach półhurtowych gdziekolwiek. Moich uczuć religijnych nie można urazić, a to dlatego, że ich nie mam. Szacunek dla symboli kultu należy się im podstawowo z tytułu tego, że ktoś otacza je kultem. Żeby nie wyjść na ortodyksyjnego liberała podkreślam, że zewnętrzna realizacja nakazów wiary winna podlegać niejakiej kontroli; eksterminację niewiernych uważam za niedopuszczalną (jako niewierny z punktu widzenia wszelkich możliwych religii mam w tym swój własny interes). Jeżeli ktoś zwyczajnie uważa mnie za niewiernego psa, jego problem. Mnie to wali.
Jednakże narzekania słuchaczy wzmiankowanej audycji, których oburzały na przykład wymogi związane z pobraniem ślubu kościelnego, uważam za znaczną hipokryzję. Jeżeli ktoś nie należy do paczki katolickiej, jego sprawa, nie musi się żenić czy też wychodzić za mąż w ramach tegoż obrządku. Azaliż po co wam to, miałem zakrzyknąć w słuchawkę – jakaż to presja ciąży na Was, by spraszać gości do kościoła, nie daj Boże zimą? Jeżeli Bóg znaczy dla was tyle, co dla Petroniusza albo mnie (fajna figura retoryczna), to podejrzewam, że poddajecie się presji społecznej ze strony babć, wujów, chórów wujów i tak dalej. To ja przepraszam; przed rodziną udajecie, ale ksiądz (pator, rabin, mułła itp.) to Was tłamsi? Bez sensu.
Ów przydługi wstęp najeżony dygresjami miał jeno wyjaśnić, że nie jestem wielbłądem, ani też osiołkiem na którym Maryja wywiozła Jezuska skądśtam dokądśtam, nie pamiętam. Nie kieruję się więc nakazami wiary, takoż w kwestiach politycznych, jednakże nie podzielam przekonania Richarda Dawkinsa (skądinąd bardzo bystrego naukowca), iż wszelkie zinstytucjonalizowane religie winne być zakazane.
W tym miejscu moglibyśmy jeszcze porozważać zakład Pascala, ale jednak nie o tym miałem pisać. Miałem bowiem pisać o polityce, wskazać, dlaczego nie lubię obecnego rządu, z jakiego względu nie ceniłem poprzedniego, dlaczego Aleksander Kwaśniewski powinien zostać powieszony, dlaczego nie przepadam za technokratami, kto mnie wyleczył z gospodarczego liberalizmu, w jaki sposób doszedłem do przekonania, że największym problemem ostatnich 20. lat w Polsce jest społeczne wykluczenie, i tak dalej, ale to jednak innym razem. Dobranoc.













Maciej Sabatlcx0r # Tuesday, February 9, 2010 9:38:00 PM
A poza tym podatki to zdzierstwo a filantropia - kłamstwo. Środki produkcji powinny należeć do produkujących, a nie do korporacyjnej śmietanki. Dobre państwo to takie, co upierdala rękę temu, który na obywatela wolność próbuje się zamachnąć, ale od życia obywatela trzyma się trzy chuje w bok.
;-* -> Ostry
l.
Unregistered user # Wednesday, February 10, 2010 11:45:52 AM