Wednesday, 12. December 2007, 08:28:57
...i to był właśnie taki dzień.
Po powrocie z Nordconu zastałem firmę w stanie totalnego rozpiździaju. Podczas mojej nieobecności – dwa dni na konwencie, wcześniej praktycznie od początku tygodnia tylko praca nad jednym projektem – oczywiście pies z kulawą nogą nie zatroszczył się o to, żeby w czymkolwiek mnie zastąpić. Moi Kochani Współpracownicy najpierw ograniczali się do stwierdzenia, że jestem poza kancelarią, w związku z czym moi klienci mają mnie ścigać na komórkę (i trochę oddzwaniałem), a potem informowali wszystkich uprzejmie, że wziąłem dwa dni urlopu. No to odbierałem albo oddzwaniałem (a jakże, najwytrwalsi dzwonili), kiedy byłem jeszcze wystarczająco trzeźwy - albo za mało pijany - mniej więcej do czwartku do południa.
Wróciwszy do kancelarii zastałem więc kupę roboty, ponieważ właściwie wszystkie firmy dla których pracuję postanowiły na mnie poczekać, wychodząc z założenia, że na pewno miło wypocząłem i z wigorem zabiorę się do pracy. Właściwie wcale mnie to nie dziwi. Gdyby zlecili jakieś sprawy Moim itd., najpewniej byłyby gotowe w okolicach Bożego Narodzenia, a potem i tak musiałbym je po nich poprawiać. W efekcie dziś cały dzień biegałem po spotkaniach, na których zreferowano mi szereg spraw do zrobienia. Niestety, po tym całym wyjaśnianiu, czego się ode mnie oczekuje, dzień pracy się skończył. Taki normalny, ośmiogodzinny. Wróciwszy do kancelarii, żeby przynajmniej cokolwiek ruszyć z miejsca, oczywiście nikogo już nie zastałem, ponieważ tylko ja mam zwyczaj przesiadywać do późna i poważnie traktować zlecenia na dziś czy jutro; reszta się nie wysila.
Doczołgawszy się mniej więcej po piętnastu godzinach pracy do domu potknąłem się o modem, milczący zresztą. Mój zacny pracodawca, który obok zatrudnienia udostępnia mi mieszkanie po śmiesznej cenie, zorientował się w końcu, że opłaca mi również internet (porządnego DSL-a), i rozwiązał umowę. Nie żywię do niego wielkiej urazy, mógł mnie jednak o tym uprzedzić; zdążyłbym już poszukać coś innego. Na razie siedzę więc w mieszkaniu bez łączności, i piszę rozmaitości o pierwszej w nocy, do wrzucenia na bloga rano.
Wlazłszy na modem odkopnąłem go nieco (a w ogóle to go oddać chyba należy?) i rozejrzawszy się dokoła z obrzydzeniem, postanowiłem wykorzystać stan wkurwienia i trochę posprzątać. Nie sprzątam, bo mnie nikt nie odwiedza, a nikogo nie zapraszam, bo mam bajzel straszny w chacie; proste? Czynności ogólnożyciowe w rodzaju pozbierania brudnych ciuchów z podłogi, a nawet wrzucenia części z nich do prania, uprzątnięcia walających się kompaktów i odsłonięcia nieco ławy spod papierzysk zużyły nieco mój zapas energii. Zasadniczo możnaby w takim momencie coś zjeść, ale primo: jedzenie po północy jest niezdrowe, a secundo: mam lodówkę zapełnioną niemieckim żarciem. Ryzykowanie zjedzenia extra zarte Heringsfilets in Paprika-Creme, albo Klare Markklößchen Suppe okazało się ponad moje siły. Co to, do cholery, jest tafelfertig zubereitetes Fleischerzeugnis, albo inny Original Hamburger Labskaus? Mniemam, że Erdbeer-Konfitüre jest dżemem truskawkowym, a Langnese Landhonig kalt geschleudert – miodem, bo są w przeźroczystych słoiczkach, ale reszta??? No; butelka Sekta jest butelką Sekta i w Sylwestra się przyda, marcepan brzmi podobnie we wszystkich językach, ale eksperymentowanie z resztą prezentu prosto z północnych Niemiec zostawię na później. Aha, łososia zjadłem w zeszłym tygodniu.
I stojąc przed lodówką zacząłem się śmiać.
Czasami śmiech jest ostatnią linią obrony. Przed tym, co nas męczy, co nas boli i drażni. Co przeszkadza Ci cenić innych i widzieć w nich również dobre strony... Więc przeszło mi rozdrażnienie i machnąłem ręką. Jutro (albo właściwie dzisiaj) też będzie sądny dzień. Ale mam nadzieję, że będę się potrafił wieczorem jeszcze uśmiechnąć.
Tuesday, 11. December 2007, 07:16:42
Walt Whitman (1819-1892)
„Oddział kawalerii przechodzący rzekę w bród”
Długa pojedyncza kolumna, przewija się między zielonymi wysepkami,
Wije się jak pełznący wąż, broń jeźdźców połyskuje w słońcu – posłuchaj muzyki tego szczęku,
Spójrz na tę srebrzystą rzekę, na rozbryzgujące ją konie, przystające, aby się napić,
Spójrz na ogorzałych mężczyzn, każda ich grupa, każdy z nich to osobny obraz, ci mniej zdyscyplinowani rozsiedli się wygodnie na siodłach,
Niektórzy wyłaniają się już na przeciwległym brzegu, inni dopiero wstępują w płyciznę – a przez cały czas
Szkarłat i błękit i śnieżna biel
Proporczyków trzepocze jaskrawo na wietrze.
(tłum. Stanisław Barańczak)
Siedzę w pustym mieszkaniu, zapalam kolejnego papierosa i czekam. Trochę na sen, trochę nie wiem na co.
Wolałbym pisać na blogu rzeczy pogodne i mądre. Ni stąd, ni zowąd zaczęli zaglądać tu ludzie, których znam; jeżeli sami coś piszą, także staram się to śledzić. Pisanie w necie jest trochę jak zostawienie odsłoniętych okien. Nie wiesz, kto patrzy, i możesz mieć tylko nadzieję, że za spojrzeniami jest nie tylko ciekawość, ale i sympatia. Może rano wrzucę w sieć to, co teraz piszę, może nie. Ale nie będę spuszczał okiennic tylko dlatego, że w tej chwili jest za nimi nieciekawie.
Mogę czasem spróbować pokazać przez nie jednak coś ładnego, więc dziś niech to będzie Whitman.
Monday, 10. December 2007, 11:00:13
Czy można się jednocześnie pogubić i odnaleźć, zyskać, stracić, zrobić rzeczy właściwe i niewybaczalne naraz?
Straszną mam sieczkę w głowie, a na głowie zresztą też; trzeba będzie znaleźć jakiegoś rannego fryzjera i zgolić irokeza. Makijaż schodzi jednak zdecydowanie łatwiej.
Rozmawiałem z dziewczyną, którą kiedyś kochałem i skrzywdziłem, choć powinniśmy tę rozmowę odbyć wiele lat temu.
Podziękowałem wreszcie za uratowanie mi życia.
Poprosiłem o wybaczenie za najbardziej parszywą zdradę, jaką w życiu udało mi się komuś wyrządzić.
Powiedziałem wielu ważnym dla mnie ludziom, że ich kocham.
Dowiedziałem się też kilku rzeczy o sobie i nie wszystkie były złe.
Co mogę jeszcze zrobić? Nie, nie odbyłem TEJ rozmowy. Nie poszedłem z Nią na spacer brzegiem morza. Nie powiedziałem, że Ją kocham, bo chyba musiałbym od razu też powiedzieć, że straciłem nadzieję na to, że będziemy jeszcze razem.
Nie mogłem zasnąć i przewracając się z boku na bok w ćwierćśnie pytałem się, dokąd idę. Pytanie jest dobre; odpowiedzi wciąż brak. Jak ktoś wie, niech mi powie.
Wednesday, 28. November 2007, 22:46:56
Napisałem wreszcie do A.
"Kiedy z serca płyną słowa
Uderzają z wielką mocą
Krążą blisko wśród nas ot tak
Dając chętnym szczere złoto"
Napisałem to co myślę i co czuję. Piszę „wreszcie”, bo od miesiąca nie mogłem się na to zdecydować. Nie, nie zadzwoniłem do niej – nie ufam własnemu głosowi – ale napisać wreszcie napisałem.
"Każdy myśli to co myśli
Myśli sobie moja głowa
Może w końcu mi się uda
Wypowiedzieć proste słowa"
Nie wiem, jak to wyjdzie. Napisałem, że za Nią tęsknię i Ja kocham; nieźle, jak na faceta, który powiedział, że nie widzi szans i trzeba się rozstać, prawda? Tyle, że to prawda w rodzaju „prawda”, bez dodatkowych wzbogaceń. I takąż prawdą jest, że powiedziałem jej to właśnie dlatego, że wciąż ją kocham i chciałem, żeby tak zostało.
"Każdy myśli to co myśli
Myśli sobie moja głowa"
Myślę, że trochę twardo to wszystko wyszło, że napisałem, co ja, Ja, JA myślę, bez zważania, co Ona może po przeczytaniu tego poczuć...
"Może w końcu mi się uda
Wypowiedzieć proste słowa"
Ale chyba dobrze. Czuję się bowiem Mną w stopniu, który uzasadnia twierdzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Ja wie, Kim jest, szacuje czas pozostały do smugi cienia, nie waha się mówić tego co che powiedzieć i ma w zanadrzu wypróbowanych Przyjaciół. Ja zaczyna zarabiać tyle pieniędzy, że przy normalnym beztroskim trybie ich cotygodniowego i comiesięcznego Przepierdalania, że zdziwieniem zauważa, że na koniec miesiąc Coś Tam jeszcze Zostało. Ja przeczytał w trzy wieczory cudem odzyskany „Cryptonomicon” Stephensona i żywi wielki, nieskrywany Podziw dla Randalla Waterhouse, przy czym warto również stwierdzić, że Ja zrozumiał trochę więcej z tej Książki niż kilka lat temu i zamierza tym się podzielić w „Innych Planetach”. Ja wie i czuje, że akurat nie dzieje się w Jego życiu Najlepiej, ale Ja wie, że tak Bywa, w związku z Czym na przykład lubi słuchać Akurat (i cytować na blogu) bez mazania się nad Sobą, choć to Ona taki Zespół Mu kiedyś zaprezentowała.
Ja trochę lepiej również pojmuje słowo „odpowiedzialny”. Wedle potocznego znaczenia - „odpowiedzialny” to taki, co nie robi nic „nieodpowiedzialnego”, co z kolei oznacza „coś takiego, czego by się żałowało”. Ja myśli, że słowo „odpowiedzialny” oznacza, że Ja przyjmuje odpowiedzialność – jak krzyż - właśnie za to, co się zrobiło, w związku z czym Ja myśli sobie, że na przykład jak się umrze od papierosów, na przykład wtedy, gdy spadnie nam na łeb cały kontener wyładowany fajkami, to właśnie dlatego, że na każdej z pięćdziesięciu tysięcy paczek było napisane „palenie szkodzi”, i w ogóle człowiek jest sam sobie winien, że stał pod kontenerem kiedy żurawie portowe puściły. Reasumując – cóż zostało do powiedzenia?
Ja w odpowiedzi na zadane niedawno Mu pytanie, czy znalazł sobie jakąś laskę odpowiedział z przekąsem, że tak, jeszcze niedawno Mu się wydawało, że tak. Co można było innego odpowiedzieć?
"I dlatego lubię mówić z Tobą
I dlatego lubię mówić z Tobą"
Ja chce się nadal z Nią zestarzeć, ale co Ja może? Na to przewrotne pytanie należy odpowiedzieć „tyle, ile może” a następnie przemieścić Ja w stronę łóżka, które nb. jest Jej własnością. Dobranoc.
Saturday, 24. November 2007, 00:37:53
Nie. Budzy.
Słucham "Legendy" i wyobrażam sobie "Władcę..." nakręconą przez Budzyńskiego pod "Opowieść zimową".
Frodo powiedział, że pójdzie, chociaż nie zna drogi.
Ale z Bilbem mógł być już szczery, i powiedzieć mu:
"Czy ryby jeszcze drżą w oceanie
Czy wiatr się zrywa, czy bije dzwon
Czy przyjdziesz znów daleko stąd
Czy będę jeszcze Twoim przyjacielem
i gdzie ten świat, za którym się
Nie goni nawet i we śnie
Nie mogę Ci nic powiedzieć
Nie mogę Ci nic powiedzieć
Tyle co nic, tyle co nic
W długą zimową noc"
Thursday, 22. November 2007, 21:52:49
"Każdy ma prawo decydować o swym losie
Ja mówię, każdy ma prawo tutaj żyć tak jak chce
Zdaje mi się że, o tym zapomniałeś
Więc właśnie dla Ciebie te słowa tutaj dedykuję
Ty mówisz sekta, tak ty mówisz blaga
Co to za gadka tutaj sekciarska ragga
Ty mówisz sekta, tak ty mówisz blaga
Co to za gadka tutaj sekciarska ragga
A ja czeka, czekam, tego nie zabroni mi nikt
A ja gadam, gadam, choć ty mówisz, że to kit
A ja czekam, czekam i nie chce cię zmuszać
Niechaj twoim ciałem rządzi własna twoja dusza
Ty mówisz, że ja mieszam tutaj, tutaj pojęcia,
Że dziś idą lepiej teksty o panienkach
A ja nie mam, nie mam do panienek nic
Ale za wiele takich nawijek to dla mnie jest pic
Tak ja czekam, czekam przyjścia Pana
Możesz nazywać go jak chcesz - ja mówię Jah Jah
Aja czekam, czekam przyjścia Pana
Jah Jah Jah!!!
Reggaenerator kocha Jah Jah
Vavamuffin wielbi Pana
Ja wiem nie jestem tutaj teraz wcale sam
Nade mną czuwa najwyższy Pan
Reggaenerator kocha Jah Jah
Vavamuffin wielbi Pana
Ja wiem nie jestem tutaj teraz wcale sam
Nade mną czuwa najwyższy Pan"
Tak akurat przesłuchuję mp3 i zeszło na "Vavamuffin"; i jakoś mi się kawałek ten skojarzył z Białym.
Maciej jest jednym z niewielu znanych mi ludzi, którzy z Nim są na co dzień. Biały nie jest ewangelizatorem; on nie nawraca, on zaprasza, ale w sposób szczególny. Maciej o Bogu mówi jak o swoim dobrym sąsiedzie. Nie raz widziałem, jak ostro potrafi się spierać i bronić swojej wiary, ale ni grosza w nim zacietrzewienia. Maciej jet jednym z dwóch znanych mi przykładów katolicyzmu hardkorowego, a jednocześnie bezpiecznego dla niewierzącego otoczenia (vide: ja)
Drugim jest Krzyś Głuch.
Pamiętam: kiedyś jeszcze w szczęśliwych czasach studenckich zaraz po letniej sesji zabraliśmy się za tworzenie Inncych Planet. Część redakcji zwolniła już swoje studenckie mieszkania na wakacje. Przez kilka dni gnieździliśmy się zatem w 10+ w małym, dwupokojowym mieszkaniu, goszcząc w dodatku najazdy redaktorów i współpracowników osiadłych bardziej w Poznaniu (Jo, pamiętasz to lato? :-))
I takoż wówczas obudziłem się dnia któregoś w okolicach godziny 6, brnąc poprzez martwe ciała najpierw do łazienki, by spuścić nadmiar płynu z układu, a potem do kuchni, by płyn ten uzupełnić, gdy zamiast przewidywanego przeskakiwania przez ciało okutane w śpiwór zastałem Krzysia ubranego zupełnie i ewidentnie szykującego się do wyjścia. Na ma zadaną pół niemo, pół bełkotem kwestię, gdzie go nosi, Krzyś wyjaśnił mi po prostu, że na pierwszą mszę, po czym wyminąwszy mnie zgrabnie zniknął na schodach.
Dlatego właśnie nienawidzę określenia "katolstwo". Gdy mi ktoś wyjeżdża z generalizowaniem, jak to źle katolicyzm oddziałuje na emaptię, tolerancję i w ogóle, przywołuję tę dwójkę. Bardzo to łatwe, po prawdzie: mojemu adwersarzowi nadstawiliby drugi policzek, a ja, niewierzący katolik, mam ochotę lać po mordzie.
Czego nikt nie pojmuje. Boże, Ciebie naprawdę nie ma... skoro zakład Pascala jest taki niezrozumiały, a Ty widzisz i nie grzmisz...
Polecam Kołakowskiego: "Chrześcijaństwo niewierzących" w tomie "A jeśli Boga nie ma?"
Thursday, 22. November 2007, 00:15:24
Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz.
Wszystko trwa, sam dobrze wiesz,
Że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być
codziennym zdumieniem...
Monday, 19. November 2007, 20:19:48
Siedział długo na brzeżku szafki, zagrzebany do połowy w jakichś ubraniach, i patrzył na mnie z wyrzutem, gdy wchodziłem do sypialni. Potem nawet nie wystawiał zza nich nosa. Dziś po prostu leżał sobie na boku przyglądając się szklanym wzrokiem ścianie.
Pewnie zły jest trochę na mnie. A może po prostu mu się nudzi. To nie ja go zabierałem w zagraniczne wojaże, robiłem mu zdjęcia i w ogóle dostarczałem rozrywek... Teraz zaś po prostu zostawiłem go samego. Zapomniałem o nim. Czy tak się godzi?
Maurycku, a może pogramy w Wiedźmina? Nie, nie kupiłem jeszcze Call Of Duty 4. Może byśmy obejrzeli jakiś film? Nie no, wiem, że nie mam nic nowego, ale może coś wesołego, co obaj znamy? Nie, nie ma jeszcze następnej serii Battlestara. Ale co byś chciał? Dextera? Heroesów? Daj znak łapką, to poproszę kogoś, to mi zgra. Nie, nie wiem, czy Pani wróci.
Czy ktoś zna sposób na pocieszenie małych, szarych, pluszowych zwierzątek?
Tuesday, 13. November 2007, 07:54:32
W poprzednim poście przemknął bez zaznaczenia cytat z śp. Stanisława Lema, co niniejszym uroczyście edytuję i poprawiam.
To z najlepszego opowiadania o Pirxie. Sam Lem bodaj nie przepadał w ostatnich latach za Pirxem, uważając opowieści o nim za błahą - błahą dla Lema, w kontekście jego wyobrażeń o własnej twórczości.
Jednak ostatnie (nie licząc epilogu w "Fiasku") opowiadanie o Pirxie jest po prostu i dobre - w literackim sensie - i mądre, i ważne dla mnie teraz. Jeszcze o nim napiszę.
Monday, 12. November 2007, 21:52:29
Z okazji pewnego przypadającego niedługo jubileuszu musiałem przejrzeć kilka swoich tekstów, jakie w swoim czasie napisałem o fantastyce do pism mniej lub bardziej poważnych. Okazało się zresztą, że większości z nich z tych lub innych względów nie posiadam, stąd pomoc redaktorów okazała się bardzo przydatna.
Co mogę powiedzieć dziś? Wnioski recenzji chyba się zgadzają, o większości tych książek dziś powiedziałbym to samo, choć niekoniecznie tak samo – jednak z czasem pisałem coraz lepiej i dziś niektóre sformułowania wydają mi się niezręczne. Kiedyś czytałem więcej i wymądrzanie się na tematy literackie przychodziło mi łatwo, teraz chyba nie poważyłbym się na pisanie przekrojowych esejów.
Wzmiankowana rocznicy towarzyszą rozmaite wspominki. Z siłą młota spadła na mnie świadomość, o jak dawnych czasach rozmawiamy. Za chwilę zaczną przypadać kolejne dziesięcioletnie rocznice mojej znajomości z wieloma ludźmi, których przyjaźń towarzyszy mi do dziś. Coraz częściej mam problemy z umiejscowieniem zdarzeń i dat; czy chodzi o rok 1999, czy może 2002, czy w danym miejscu byliśmy wcześniej niż w innym, a może kolejność była jednak odwrotna? Czy X-a poznałem wcześniej niż Y-ka, a może pierwszy raz spotkaliśmy się w jednym miejscu i czasie? I czy to w ogóle jeszcze istotne?
Chyba nie. Powinienem raczej siebie zapytać, co mnie wówczas interesowało, kogo kochałem, co myślałem o świecie, innych i o sobie. Czy byłem szczęśliwy, i w ogóle: kim byłem. Lecz niestety: tutaj zawierzyć pamięci najtrudniej.
Przeszłość jest ogrodem o rozwidlających się ścieżkach. Nie wierzę w jedną przeszłość, skamieniałą i zastygłą, bo ona się przecież zmienia każdego dnia. Patrzę w przeszłość i każdego dnia pamiętam ją trochę inaczej. To, co było ważne wtedy i jeszcze kilka lat później, blednie i traci znaczenie, z kolei małe sprawy sprzed lat nagle potrafią pokazać swoje drugie dno. Miejsce, z którego spoglądasz wstecz, wyznacza Ci widok, a najbardziej tyczy się to nas samych.
"Młodzieńczy wiek ustanawia jako regułę gry — nie, jako jej fundament — niezmienność własną: byłem dziecinny, niedorosły, ale już jestem prawdziwym sobą i taki zostanę. Ten nonsens jest przecież podstawą egzystencji. W odkryciu bezzasadności tego ustalenia zrazu tkwi więcej zdziwienia niż lęku."
Każdy dzień jest stop-klatką, która nas określa wobec przeszłości i przyszłości, choć przecież zmieniamy się i ja dzisiejszy nie jestem sobą wczorajszym. Nie wiem, kim będę jutro, ale kim byłem wczoraj – pewności nie ma. Dlatego piszę, piszę te słowa dopóki mam ochotę to robić.
Tymczasem sięgam po zeszyt, w którym prowadziłem sobie zapiski kilka lat temu. Otwieram go ostrożnie, bo po prawdzie trzyma się już na słowo honoru. Próbuję się przy tym nie pobrudzić, gdyż – biedaczek – jest jak i ja ocaleńcem z pożaru i nosi jeszcze gdzieniegdzie ślad sadzy.. Papier wcale nie pali się tak łatwo, jakby się zdawało; większość moich książek umarła nie od ognia, lecz od wody.
Spojrzyjmy. Daty: 12, 13, 14 marca... Który to mógł być rok? 1997, 1998? Byłem na trzecim roku, sądząc po notatkach. Czytałem Walta Whitmana i rozpisałem się na kilka stron o „Adwokacie Diabła”, robiłem jakieś podejścia do K. oraz – o! jaka miła niespodzianka! - znalazłem notkę o pierwszym spotkaniu Ery na którym byłem... czyli: jednak 1998 (25 marca). Aż sam się tu zacytuję: „Nie wiadomo, jak to się dalej potoczy, ale zapowiada się fajny klubik”.
No i patrzcie Państwo. Rzeczywiście:)
« Prev 1 ... 18 19 20 21 22 23 24 Next »
Showing posts 221 -
230 of 234.