Skip navigation

Lost password? | Help

Pamięć zewnętrzna

Sierpień

Nam jedna szarża - do nieba wzwyż
I jeden order - nad grobem krzyż



Where Did You Sleep Last Night?

My girl, my girl, don't lie to me
Tell me where did you sleep last night

In the pines, in the pines
Where the sun don't ever shine
I would shiver the whole night through

My girl, my girl, where will you go
I'm going where the cold wind blows

In the pines, in the pines
Where the sun don't ever shine
I would shiver the whole night through

Her husband, was a hard working man
Just about a mile from here
His head was found in a driving wheel
But his body never was found


- mało sypiam ostatnio, a i to śnią mi się koszmary -

Dziwolągi?

O co chodzi z tym "Piwkiem"? Ano już wyjaśniam:



Piosenki Kazimierza Grześkowiaka podobały mi się od zawsze, choć znałem ich ledwie kilka - "Chłop żywemu nie przepuści", oczywiście "Cysorza", no i południcę, choć tutaj nie pomnę, czy oryginalne wykonanie Silnej Grupy Pod Wezwaniem słuchałem przed, czy już po "Las Maquinas de la Muerte".

"Południca" stała się nieoficjalnym hymnem "Drugiej Ery", śpiewanym zawsze, gdy choć kilkoro z nas przypadkiem albo celowo zbierze się razem o północy. Na spływach erowych "Południca" wyznacza koniec dnia; po wykonaniu tejże pieśni tradycyjnie przychodzi czas na "Młodego Bosmana", następnie zaś przekazywana jest ceremonialnie funkcja sędziego (mężczyzn samych, mężczyzn!). Nasze rytuały są nawet rozpoznawalne; zdaje się, żeśmy skutecznie zarazili "Południcą" jakąś część fandomu. W zeszłym roku śpiewałem ją raz w południe, naprawdę upalne, wracając z przyjaciółmi z Białegostoku z piwnych zakupów na biwak.

Twórczość Kazimierza Staszewskiego cenię równie mocno, choć znam ją oczywiście nieporównanie lepiej. Szkoda tylko, że ostatnio zasadnicza działalność Kazika w ramach Kultu nie powala mnie jakoś na kolana. Wszelkie spin-offy w postaci już to melodii Weilla, już to Waitsa przyjmuję za to z dużym zadowoleniem, w zeszłym zaś roku doszły do tego piosenki Grześkowiaka. "Silnego Kazika Pod Wezwaniem" polecam zatem gorąco i szczerze.

Mam nadzieję, że kilka kawałków z tej płyty trafi do klubowego śpiewnika. Entuzjazmem do utworów Grześkowiaka już zdążyłem natomiast zarazić brata; ostatnio wyśpiewywaliśmy to i owo Pirusowi. A że ciężko nazwać nas wokalistami wybitnymi, pomściliśmy przynajmniej małą rzeźnię, jaką zafundował nam w ramach rowerowej wycieczki Piotr...:-)

A teraz i Grześkowiak:

Takie tam doniesienia

1. Kreska i Dox w Posen; polskie nic z Doxem w 35 min.

2. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli. Heh. Dziwne to dla mnie. Bo nie boli niby - a właściwie nawet przeciwnie.

3. Piwko!

Nie wiem za co nie wiem skąd
lęgną się dziwolągi
...
Piwko kaca nam złagodzi, nie zginie duch w narodzie

Nie chwaląc się, przy ognisku pociągnę tekst cały; na rowerze dołączy się bratu.

4. L. w Pradze?

ja nie chcę, bliżej ona ma być:-(

bliziutko -

- bliżej -

Postęp

Jest 7:55, a ja zdążyłem wziąć prysznic, ubrać się i piję poranną kawę. Małymi krokami, a nawet nauczę się wstawać o siódmej:-)

Do dupy / do niczego*

Powiedzieć, że tydzień był niefajny, to jak nic nie powiedzieć. Był niepozytywny, wadliwy, do reklamacji (ale u kogo?), i ja w ogóle żądam, żeby nie.

Najbardziej nie lubię umawiać się z baranami. Ja podpisałem umowę na gajowego z wąsami, yyy, to znaczy na programowego. Nie było mowy o tym, że mam dodatkowo zajmować się sponsorami, poligrafią oraz rozwiązywaniem sporów. Więcej biegam i przekazuję różne dziwne informacje, które nie wiedzieć czemu trafiają do mnie, niż zajmuję się swoją robotą. Zasadniczo pobieżnie, to takiego kogoś nazywamy koordynatorem. Mamy nawet koordynatora, ale wiecie - on długo był nieczynny, ten koordynator, nawet kartka była, ale jakiś łobuz zdjął.

No i tak to. Ja mu nawet współczuję, temu koordynatoru, tak normalnie i po ludzku. Ale dupa jest, bo nie potrafił zadbać o sensowne zastępstwo. Komunikacja leży i kwiczy. Kiedy już-już wydawało mi się, że wszystko ogarniemy, ba, ogarniamy nawet, zaczynały się pojawiać kwiatki, tylko takie bardziej pachnące kupą. To się okazało, że muszę znaleźć miejsce na kolejnych pięć punktów programu (znalazłem), ponieważ informacje zaległy gdzieś w nieprzeczytanym mailu G.K. Dowiaduję się również, że gościa jednego znamienitego mogliśmy mieć, jeno G.K. zapomniał mi o tym powiedzieć. Za to teraz molestuje mnie, żebym znalazł miejsce na iluzjonistów czy innych prestidigitatorów. To ja przepraszam.

I tak ze wszystkim; szczególne złogi niekompetencji odkładają się w temacie poszukiwania sponsorów. Okazuje się, że nieprzezwyciężalne problemy kto inny rozwiązuje w trzy minuty; gdy spotykają go o to pretensje, okazuje się, że gdy oferował pomoc, został olany. Wiecie, ciężko o dobrych ludzi do zapierdzielania za friko przy robocie, za którą dostaje się potem zjebki (jak niniejsza). No ale zwariuję zaraz, wiem, że jest ciężko, osiemnaście konwentów mi było ciężko, no ale może czego ja od nich wszystkich chcę. A niech se połowa orgów jedzie na te urlopy na cztery, trzy tygodnie przed imprezą, w sumie co ja im będę żałował, w końcu sierpień jest, więc czemu nie. A że takie repy jak X. się dziwią, no może się nie znają?

Więc łażę zmęczony od poniedziałku, wróć, dalej jeszcze. Rzekłby człowiek, co się martwisz? jak wyjdzie, to powiecie, że to wasza zasługa, jak nie wyjdzie, to zwalicie winę na lokalsów, co się porwali z motyką na słońce. Ale - niestety - nie potrafię. I zapieprzam w takim tempie, na które mnie stać, urywając z dnia pracy po kilka godzin, odrabiając je w nocy, żeby nie zawalić nic w kwestiach zawodowych. W poniedziałek - wróć - we wtorek rano położyłem się o siódmej, żeby chociaż dwie godzinki się zdrzemnąć. Niestety, przyszły tydzień nie zapowiada się lepiej, bo mnożą się wątpliwości wokół jednej umowy, co to ją mamy podpisywać w przyszłym tygodniu, której już kilka bezsennych nocy złożyłem w ofierze. Bleh.

Ale jakoś się pcha. Jestem wymęczony, zmartwiony, zirytowany, ale na ogół ufam, że impreza uda się dobrze, a wszelkie problemy i wyjebki przejdą dla uczestników niezauważone. A organizatorzy dadzą sobie po mordach, wypiją potem piwo i rozejdą się przysięgając sobie w duchu, że już nigdy nie zgodzą się na pracę z takimi baranami, jak reszta orgów tego chujowego konwentu. Aja sobie nawet myślę, że chętnie włączę się, pomogę i popracuję znów w przyszłym roku, żeby dla odmiany MÓC ROBIĆ TYLKO TO, DO CZEGO SIĘ ZOBOWIĄZAŁEM, w warunkach należytego przepływu informacji, mając dużo czasu i doświadczonych ludzi ze sobą. Howgh.

W gorszych chwilach zwątpienie wali z dyńki, a zniechęcenie dobija. Generacja nic; generacja nie. Miewam dość; czuję się, jakbym wiosłował w gównie pod prą, i to bez wioseł. Opuszcza mnie nawet poczucie humoru, nawet tak wisielcze, jak sponsorujące niniejszą notkę.

Nic to; przejdzie. A jutro wyjeżdżam stąd, na półtora chociaż dnia, dać szansę czemuś, co wydaje się być trudne, i dobre, i tak naprawdę dużo ważniejsze, niż nieistotne pierdoły, którymi pozwoliłem sobie Was zająć powyżej. Dobranoc.


*niepotrzebne skreślić

Różnica:

Optymista myśli że świat stoi dla niego otworem.
Pesymista wie którym.

Smuteczki zwykłe

Does anybody here remember Vera Lynn

Remember how she said that
We would meet again
Some sunny day

Vera! Vera!
What has become of you

Does anybody else in here
Feel the way I do?





Co będzie to będzie, prawda?

Muszę napisać CV.

Nie mam żadnego gotowego; jakoś nie było potrzeby. Gdybym się zgodził przesunąć rozstanie z JB&P jeszcze o miesiąc, świętowalibyśmy dziesięciolecie. Ale nie.

Dowiedziałem się dziś, że ktoś moją rzuconą dość luźno uwagę wziął zupełnie serio. I że praca, nie ukrywajmy, zajebiście odpowiadająca moim oczekiwaniom i pragnieniom, nie jest mrzonką.

Słowo, którego nie oczekiwałem, którego się nie spodziewałem, którego nie miałem prawa wymagać, zostało rzucone; może nawet padło na dobry grunt.

Więc napiszę, co trzeba, a może wywrócę w ten sposób swoje dotychczasowe życie. Najfajniejsze jest to, że na wyciągnięcie ręki czeka nowe. Widzę je, znam je, nie podejmę się oceniać, czyż ono lepsze, czy gorsze od tego, z którym staram się dogadywać tu i teraz. Ale: ono jest. Na wyciągnięcie ręki. Kręci mi się w głowie, gdy sobie pomyślę, jak jest blisko.

Ci, którzy i tak są częścią mojego życia starego, a którzy złapią mnie mocno, gdybym rzucił się głową naprzód w nowe, proszeni są w tej chwili o jedno słowo - będziecie przy mnie?


PS. Słucham cały czas ostatniej płyty Lao Che - i słuchaj, Noe, chciałbym na słówko - mój ptysiu miętowy -

(zatem)

Płyń, chłopaku, płyń -


No title

Uch. Zmęczony jestem. Od paru dni jakoś tak praca, Polcon, praca, Polcon - weekendu nie wyłączając. Nie za bardzo zauważyłem, że był - wypocząć nie udało się za diabła; za to była okazja poczytać w pociągu. Męczę "Psa i klechę", książka niedobra, ale już niewiele do końca. No, niedobra: może poza tym fragmentem:

Założył ręce za głowę.

– Zmierzam do tego, że mam dobre życie. Ciche, spokojne. Lepsze niż niejednego faceta z żoną i dziećmi – kontynuował. Strzepnął popiół, niezdarnie, poza obręb popielniczki. Namoczył szmatkę i przetarł stół. Mówił dalej. – A czemu na przykład nie dzieje się na odwrót, czemu nie patrzy się na dziecioroba z żoną i stanowiskiem jak na ostatniego osła, czemu jemu się nie współczuje, nie organizuje grup interwencyjnych, żeby wyrwać nieszczęśnika z rodzinnych kajdan. Taki to się nacierpi. Trójka bachorów to trzy lata nieprzespane. Żona truje dupę, nawet dziwek nie można ściągnąć na dom, a jak się ściągnie, to gryzie sumienie. Jeszcze pracować musi, to dopiero nieszczęście – piorunował, a Gil nie mógł stwierdzić, żartuje czy mówi serio. – Wstaje o świcie, płaszczy się przed szefem, pilnuje, by koledzy nie podesrali, a jak na własny rachunek robi, w branży prywatnej, to jeszcze gorzej, coś się pokiełbasi i wszystko stracone. Stres. I jeszcze śpi z tą samą babą, co mu się starzeje. Na ile sposobów można loda robić?
Napił się herbaty, właściwie to ją pochłonął dwoma haustami.

– Więc bardzo bym chciał, żeby wszyscy dobrzy ludzie nachodzili rodziny wielodzietne, rodziny partyjne i ratowali kogo mogli. Ty, Jędruś, też możesz, aż może dożyjemy dnia, kiedy matki będą chwalić synów o tak – uderzył w ton podniosły. – „Mój Kazio to porządny chłopak, prawdziwy skarb”. „Pije?”. „I to jak, pani kochana, do tego nie pracuje, odkąd wyszedł z wojska”. „Naprawdę? A u Kowalskich zmartwienie, Marian ostatnio na pół etatu poszedł”. „Jak Kowalska wychowywała, tak ma. U nas w domu zawsze był alkohol. A Kazio jest słodki. Dałam mu ostatnio na panienki, to obiecał, że od przyszłego roku spróbuje zostać narkomanem”.


Cholera, może tak wpadnie ktoś mnie uratować? Wykręci ręce w tył, oderwie od komputera, w żyłę wbije zbawczą kroplówkę z żołądkową?

Eeee... chyba nie...:-)

Idę pobawić się facebookiem, dobranoc.



December 2009
M T W T F S S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31