Nasze Podróże

Wszędzie źle, gdzie nas nie było

Subscribe to RSS feed

Nowe foty, nowe foty

Na szybko i krótko: regularnie wrzucam nowe foty z wyjazdu. Jest ich teraz około 100, będzie trochę więcej. Ergo - ich obejrzenie nie zabiera wiele czasu, więc serdecznie zapraszam: zarówno do oglądania, jak i do komentowania smile.
Piotrek

10 dni minęło..., czyli krótkie podsumowanie

No i wróciliśmy. Na notkę w Bangkoku nie było czasu. Ostatnie 30 minut na lotnisku spędziliśmy uganiając się za zwrotem podatkowym i okazjami "alkoholowymi" w postaci dwóch butelek Kahluy za cenę jednej czy czegoś w tym stylu wink.

Dopełniając relację, napiszę tylko na szybko, że przelot był udany - tym razem posiłki zawierały całkiem zjadliwe komponenty, a zamiast pioruńsko słodkiego ciasteczka był znany wszystkim Mars. W telewizorach - "Szklana Pułapka IV", ale nikt z nas nawet nie próbował jej oglądać. Po całym dniu bez hotelu (checkout o 12:00, samolot o 5:00 rano!) byliśmy zbyt zmęczeni żeby jeszcze "napychać się" jakimś filmem.

Samolot wylądował w Kijowie równo o 11:00. Lądując byliśmy przekonani, że nie zdążymy na pociąg, który wg. naszych informacji był koło południa. Niemniej zebraliśmy się rekordowo szybko i już po 30 minutach siedzieliśmy w taksówce. Okazało się, że mieliśmy nosa. O 12:15 wparowaliśmy na dworzec, a szybki wywiad ujawnił, że mamy pociąg o 13:40. Radości nie było końca (zwłaszcza, że nie trzeba było nocować/koczować w Kijowie), a co śmieszniejsze - wykupiliśmy 4 ostatnie miejscówki. Szybko kupiliśmy podstawowe jedzenie i pognaliśmy na peron.

Tam już czekał na nas polski wagonowy u drzwi luksuśnego wagonu InterCity. Dostaliśmy nawet rogala z herbatą (szumnie nazwanego "zestawem śniadaniowym wink). Wszystko fajnie, a jedyną wadą było to, że byliśmy rozstrzeleni po całym wagonie. 18 godzin podróży minęło jak z bicza strzelił - głównie odsypialiśmy jetlaga i nasłuchiwaliśmy, czy mało rozgarnięty pan z sąsiedniego przedziału nie wysiądzie na granicy z powodu zgubienia paszportu (grozili mu, że wyniosą go w slipach). Pan znalazł jednak paszport, a my wylądowaliśmy na Dworcu Centralnym z 5-minutowym opóźnieniem, o 6:50. I tyle wink.

--

Co można powiedzieć o naszym wyjeździe?

Było wspaniale. Już teraz oglądając zdjęcia strasznie tęsknię do Bangkoku czy tych wszystkich urokliwych, laotańskich zakątków. Nie tęsknię jedynie za plażą, bo wciąż na samą myśl o niej dostaję ciarków :>. 10 dni po powrocie każdy z nas jest już praktycznie na najwyższych obrotach - niektórzy dopiero zaczynają studia, inni wracają do pracy. Niemniej jednak akumulatory są naładowane na co najmniej pół roku, a - z tego co mi wiadomo - 75% z nas planuje już powolutku przyszłe wakacje. Nie wiadomo, czy w tym samym składzie (wydaje się to wątpliwe - głównie z racji tego, że teraz już każdy czuje się an tyle samodzielnie, by na własną rękę spełniać własne marzenia), ale na pewno w jakimś egzotycznym miejscu. Pojawiają się nazwy: Kolej Transsyberyjska (całość), Japonia, Nowa Zelandia, Australia, Tajwan, a nawet... Svalbard. Teraz jednak jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek wiążące ustalenia. Ponadto... Cóż - każdy z nas mocno się wykosztował, a są nawet tacy, którym na koncie zostało mniej niż 100 zł wink.

Co by jednak nie mówić, było warto. Podróże - jak wiadomo - kształcą, a z osobistych doświadczeń mogę dodać, że nic innego tak dobrze nie uczy cierpliwości, kontroli nad emocjami i tzw. "common sense" - cech przydatnych każdemu człowiekowi w każdych możliwych warunkach.

Blog oczywiście pozostaje aktywny, choć w mniejszym stopniu. Będziemy tu nadal wrzucać zdjęcia, może będą pojawiać się - sporadycznie - jakieś wpisy. Na pewno jednak odżyje za rok, niezależnie od skłądu ekipy i celu kolejnego wyjazdu. Zainteresowanym radzę zaglądać tu jeszcze przez jakiś czas, średnio raz na miesiąc, na 15-20 minut. Na pewno znajdzie się coś nowego. A potem... znowu wakacje smile.

--

BTW - chciałem bardzo podziękować wszystkim czytającym i komentującym. Zdaję sobie sprawę, że byli to głównie znajomi i bliscy, niemniej wiem, że było także kilka innych zainteresowanych osób. Mam nadzieję, że czerpaliście z lektury bloga tyle samo przyjemności, ile my z pisania go smile. Dzięki!

Piotrek

Angkor rzadzi, czyli Kambodza vol. 2 i Tajlandia again

, , ,

Angkor to jest jednak cos.

Nie - nie warto wstawac na swit w Angkor Wat, zwlaszcza w sezonie deszczowym, ale same swiatynie... Bajka smile. Nam przede wszystkim przypadla do gustu swiatynia znana z ekranizaji gry Tomb Raider (wiecie - to z Angelina Jolie w lateksie :>), ktora zwiedzalismy w strugach deszczu. Robi niesamowite wrazenie, zwlaszcza kiedy czlowiek brodzi po kostki w wodzie. Prawie tak, jakby przeniosl sie w czasie.

No, ale dosc wink.

Po Angkorze praktycznie skonczyla sie "przygodowa" czesc naszego wyjazdu. Bezposrednio stamtad udalismy sie na Ko Phi Phu w Tajlandii. Ta wyspa to taki "rajski zakatek", tyle ze duzo bardziej cywilizowany niz w Kambodzy. No i drozszy - nie ma mowy o domkach za 3$ dziennie wink. Na wyspie spedzilismy trzy dni, poprzedzone zreszta dwoma dniami w stolicy Tajlandii. Wlasnie - Bangkok.

Miasto mnie osobiscie rozwalilo. Kocham klimat gwarnych azjatyskich metropolii i, choc Bangkokowi sporo brakuje do mojego kochanego Hong Kongu, to jednak miasto ma swoja niepowtarzalna dusze. Co prawda kelnerzy potrafia tu niezle macic (Marcin stracil przez to ponad 200 dolcow), a Policja uznaje, ze przysiega na Budde to wystarczajacy dowod w sprawie, ale jednak jest w nim cos takiego, co sprawia... ze czlowiek pozbywa sie w nim wszystkich pozostalych pieniedzy... wink Taka jest prawda - po wczorajszych ogromnych (powaznie - nigdy nie zrobilem wiekszych) zakupach zostalo nam po 2-3 tysiace Batow na lebk (jakies 120-150 zl).

Dobrze, ze nie musimy placic za nocleg. Jeszcze przed wyjazdem z kraju zapobiegliwie zarezerwowalismy (i oplacilismy) 3-dobowy pobyt w Mercure Hotel. Zyjemy wiec "na bogato", a za dwa dni... wracamy do Polski.

Tak jest - wyjazd powoli dobiega konca, ale to nie znaczy, ze blog padnie. Po powrocie planujemy zarzucic go zdjeciami, a takze wpisami konkretniejszymi, dotyczacymi pomniejszych przygod i smiesznych zdarzen. Prawdopodobnie wrzucimy tez cos jeszcze przed samym wyjazdem, z lotniska. Mamy samolot o 3 w nocy i cos do tego czasu musimy ze soba zrobic wink.

Chwilowo wiec - na razie i do nastepnego smile.

Piotrek

Co za nudy, czyli Kambodza vol. 1

,

Marcin wlasnie zajmuje sie relacja z pozostalej czesci Laosu, wiec mi praktycznie zostala tylko Kambodza. Nie osmiele sie jednak nie pozdrowic Michala z Magda, ktorzy - tego jestem pewien - sa nam przeznaczeni i beda prawdopodobnie pierwszymi osobami, jakie spotkamy po wysiadce na Dworcu Centralnym wink.

Anyway, wjazd do Kambodzy byl generalnie smieszny, bo okazalismy sie jedynymi turystami, ktorzy maja zalatwiona wize. Pewien Afroamerykanin byl do tego stopnia nieogarniety, ze przez jego liczne pytania do celnikow dojechalismy do Phnom Penh (stolica) z (chyba) 1,5-godz. opoznieniem.

Nastepny dzien uplynal nam bardzo przyjemnie, na zwiedzaniu stolicy. Lojalnie przyznam, ze spoedziewalem sie, ze Kambodza to ciemna dziura, gdzie Coca-cola dostepna jest wylacznie na stacji benzynowej. To byl blad.

Phnom Penh to miasto - miejscami - ladne i tetniace cywilizacja. Piekne zabytki (o ile mozna je tak nazwac - niektore nie maja wiecej niz 80 lat) przeplataja sie tutaj z ogromnymi marketami i przedstawicielami najwiekszych swiatowych sieci. Po Palacu krolewskim i Srebrnej Pagodzie nastawilismy sie na zwiedzanie targow, co - z mojej strony - zaowocowalo wydaniem kolejnych 50$ na smiesznie tanie ilmy na DVD.

Pozniejszy spacer po miescie to m.in przepyszny deser w Swensen's i milo spedzona reszta dnia. Oczywiscie nic co dobre nie trwa wiecznie, wiec kolejny ranek ponownie oznaczal wczesna pobudke i podroz autobusem. Zaczynal sie moj koszmar wink.

Kolejne kilka dni postanowilismy spedzic na tzw. Rabbit Island - na wybrzezu. Ku uciesze grupowej braci, jest to obszar mocno wyprany z turystow i cywilizacji. Dla nich oznacza to wspanaily odpoczynek, dla mnie - kilka dni nudy z ksiazka w reku.

Jednakowoz - po dojechaniu na miejscu okazalo sie: a) ze jestem w stanie przezyc nawet trzy dni w miejscu, gdzie nie ma normalnego sklepu, a kazda potrawa kosztuje minimum 3$; b) nie dosc, ze a), to jeszcze jestem w stanie nie oszalec; oraz: c) wieczory w tak nieturystycznym miejscu to prawdziwy chill-out pelna geba, zwlaszcza przy talezu wybornych krewetek i winku za 6$. Ogolnie na wysepce spedzilismy 3 pelnie dni, obeszlismy ja dookola, znalezlismy horde ladnych muszli i przeczytalismy niemal wszystko, co mielismy do przeczytania. Od dzis w autobusie mecze "Zoske i Parasol", czego zupelnie nie przewidzialem wink.

Po wysepce wsiedlismy w autobus i wyprawilismy sie do Siem Reap - miasta lezacego w bezposredniej okolicy przeslawnego Angoru (ktory jest ogromna duma kraju - do tego stopnia, ze jego imieniem nazywaja wszystko, lacznie z calkiem niezlym piwem). Dojechalismy tu dzis, jakas godzine temu. Ja i Dorota walczymy z rejestracjami na egzaminy; Marcin z blogiem, a Ola z prysznicem. W zasadzie fajnie jest, ale jutro pobudka o 4:30, zeby zobaczyc najfajniejszy wschod slonca po tej stronie globu wink.

Nastepne wiesci juz pewnie z Tajlandii, wiec do przeczytania smile. Sprawdzcie zdjecia - doszlo kilka naprawde fajnych wink.

Piotrek

Laos vol. 3

Kolejne trzy dni sa trudne do opisania.. To historia na dluzsze posiedzenie. To czas szalenstw na motorkach, nieoczekiwanych spotkan (wielkie pozdro dla Magdy i Michala smile ), wspolnych piw, wiejskich dyskotek, rozmow do nocy, niesamowitych wodospadow, plantacji kawy i dziesiatek butelek coca coli dziennie. wink To tez czas troche bardziej autentycznych przezyc. Laotanskich bezdrozy. Malych wiosek. szukania hosteli po ciemku i pierwszego tego lata zimna!!!

Po trzech dniach nadszedl czas oddac motorki. Wiec jeszcze pozegnalna wspolna kolacja z Michalem i Magda, nocna ulewa i kapiel w strumieniach deszczu. A rano dalej na poludnie. Po 3 godzinach ladujemy w Si Phan Don, krainie 4 tysiecy wysp na Mekongu. To chyba najspokojniejsze miejsce w jakim kiedykolwiek bylem. Czas tu praktycznie nie plynie, wiec co nam pozostaje jak nie tylko dopasowac sie. wink Siedzimy cale dnie na tarasie, na brzegu plynacego leniwie Mekongu i saczymy drinki. Gramy, gadamy, usmiechamy sie do obslugi hostelu. wink Btw, to chyba jakis narodowy sport w Laosie, kto wiecej razy usmiechnie sie do turysty. wink To tez czas zwiedzania wysepek, rozczarowanego przewodnika, ktory uslyszal od nas ze nie wejdziemy z nim do zadnego wodospadu (nie wiedzial co prawda, ze widzielismy juz najlepsze w Laosie), i twardych targow przy wymianie dolarow na kipy w jedynym na wyspie banku. cos w stylu:
-"What's the rate when exchanging dollars to kips?"
-"8450"
-"Ok, give us 8500 per dollar"
-"No!!!" I cisza.. wink

Po dwoch dniach znow przyszla kolej na podroz. Pol godziny do granicy z Kambodza. Potem granica. Drewniana budka ledwo trzymajaca sie kupy, zardzewialy szlaban a do tego jak wisienka na torcie granicznik wystrojony jakby za chwile mial tedy przejezdzac krol Kambodzy. wink A do tego wszystkiego kosmiczny sklad naszego busika, narzekajacy Amerykanin, ktory spedzil noc na granicy czekajac az zapelni sie do konca busik, dwoch Koreanczykow w lakierkach!!! i pewien "Afroamerykanin" nie potrafiacy wypelnic deklaracji wjazdowej. wink

A dalej kraj Khmerow. I pola ryzowe, i palmy po horyzont.

Marcin
June 2012
M T W T F S S
May 2012July 2012
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30