Co za nudy, czyli Kambodza vol. 1
Monday, September 8, 2008 1:38:33 PM
Marcin wlasnie zajmuje sie relacja z pozostalej czesci Laosu, wiec mi praktycznie zostala tylko Kambodza. Nie osmiele sie jednak nie pozdrowic Michala z Magda, ktorzy - tego jestem pewien - sa nam przeznaczeni i beda prawdopodobnie pierwszymi osobami, jakie spotkamy po wysiadce na Dworcu Centralnym
.
Anyway, wjazd do Kambodzy byl generalnie smieszny, bo okazalismy sie jedynymi turystami, ktorzy maja zalatwiona wize. Pewien Afroamerykanin byl do tego stopnia nieogarniety, ze przez jego liczne pytania do celnikow dojechalismy do Phnom Penh (stolica) z (chyba) 1,5-godz. opoznieniem.
Nastepny dzien uplynal nam bardzo przyjemnie, na zwiedzaniu stolicy. Lojalnie przyznam, ze spoedziewalem sie, ze Kambodza to ciemna dziura, gdzie Coca-cola dostepna jest wylacznie na stacji benzynowej. To byl blad.
Phnom Penh to miasto - miejscami - ladne i tetniace cywilizacja. Piekne zabytki (o ile mozna je tak nazwac - niektore nie maja wiecej niz 80 lat) przeplataja sie tutaj z ogromnymi marketami i przedstawicielami najwiekszych swiatowych sieci. Po Palacu krolewskim i Srebrnej Pagodzie nastawilismy sie na zwiedzanie targow, co - z mojej strony - zaowocowalo wydaniem kolejnych 50$ na smiesznie tanie ilmy na DVD.
Pozniejszy spacer po miescie to m.in przepyszny deser w Swensen's i milo spedzona reszta dnia. Oczywiscie nic co dobre nie trwa wiecznie, wiec kolejny ranek ponownie oznaczal wczesna pobudke i podroz autobusem. Zaczynal sie moj koszmar
.
Kolejne kilka dni postanowilismy spedzic na tzw. Rabbit Island - na wybrzezu. Ku uciesze grupowej braci, jest to obszar mocno wyprany z turystow i cywilizacji. Dla nich oznacza to wspanaily odpoczynek, dla mnie - kilka dni nudy z ksiazka w reku.
Jednakowoz - po dojechaniu na miejscu okazalo sie: a) ze jestem w stanie przezyc nawet trzy dni w miejscu, gdzie nie ma normalnego sklepu, a kazda potrawa kosztuje minimum 3$; b) nie dosc, ze a), to jeszcze jestem w stanie nie oszalec; oraz: c) wieczory w tak nieturystycznym miejscu to prawdziwy chill-out pelna geba, zwlaszcza przy talezu wybornych krewetek i winku za 6$. Ogolnie na wysepce spedzilismy 3 pelnie dni, obeszlismy ja dookola, znalezlismy horde ladnych muszli i przeczytalismy niemal wszystko, co mielismy do przeczytania. Od dzis w autobusie mecze "Zoske i Parasol", czego zupelnie nie przewidzialem
.
Po wysepce wsiedlismy w autobus i wyprawilismy sie do Siem Reap - miasta lezacego w bezposredniej okolicy przeslawnego Angoru (ktory jest ogromna duma kraju - do tego stopnia, ze jego imieniem nazywaja wszystko, lacznie z calkiem niezlym piwem). Dojechalismy tu dzis, jakas godzine temu. Ja i Dorota walczymy z rejestracjami na egzaminy; Marcin z blogiem, a Ola z prysznicem. W zasadzie fajnie jest, ale jutro pobudka o 4:30, zeby zobaczyc najfajniejszy wschod slonca po tej stronie globu
.
Nastepne wiesci juz pewnie z Tajlandii, wiec do przeczytania
. Sprawdzcie zdjecia - doszlo kilka naprawde fajnych
.
Piotrek
.Anyway, wjazd do Kambodzy byl generalnie smieszny, bo okazalismy sie jedynymi turystami, ktorzy maja zalatwiona wize. Pewien Afroamerykanin byl do tego stopnia nieogarniety, ze przez jego liczne pytania do celnikow dojechalismy do Phnom Penh (stolica) z (chyba) 1,5-godz. opoznieniem.
Nastepny dzien uplynal nam bardzo przyjemnie, na zwiedzaniu stolicy. Lojalnie przyznam, ze spoedziewalem sie, ze Kambodza to ciemna dziura, gdzie Coca-cola dostepna jest wylacznie na stacji benzynowej. To byl blad.
Phnom Penh to miasto - miejscami - ladne i tetniace cywilizacja. Piekne zabytki (o ile mozna je tak nazwac - niektore nie maja wiecej niz 80 lat) przeplataja sie tutaj z ogromnymi marketami i przedstawicielami najwiekszych swiatowych sieci. Po Palacu krolewskim i Srebrnej Pagodzie nastawilismy sie na zwiedzanie targow, co - z mojej strony - zaowocowalo wydaniem kolejnych 50$ na smiesznie tanie ilmy na DVD.
Pozniejszy spacer po miescie to m.in przepyszny deser w Swensen's i milo spedzona reszta dnia. Oczywiscie nic co dobre nie trwa wiecznie, wiec kolejny ranek ponownie oznaczal wczesna pobudke i podroz autobusem. Zaczynal sie moj koszmar
.Kolejne kilka dni postanowilismy spedzic na tzw. Rabbit Island - na wybrzezu. Ku uciesze grupowej braci, jest to obszar mocno wyprany z turystow i cywilizacji. Dla nich oznacza to wspanaily odpoczynek, dla mnie - kilka dni nudy z ksiazka w reku.
Jednakowoz - po dojechaniu na miejscu okazalo sie: a) ze jestem w stanie przezyc nawet trzy dni w miejscu, gdzie nie ma normalnego sklepu, a kazda potrawa kosztuje minimum 3$; b) nie dosc, ze a), to jeszcze jestem w stanie nie oszalec; oraz: c) wieczory w tak nieturystycznym miejscu to prawdziwy chill-out pelna geba, zwlaszcza przy talezu wybornych krewetek i winku za 6$. Ogolnie na wysepce spedzilismy 3 pelnie dni, obeszlismy ja dookola, znalezlismy horde ladnych muszli i przeczytalismy niemal wszystko, co mielismy do przeczytania. Od dzis w autobusie mecze "Zoske i Parasol", czego zupelnie nie przewidzialem
.Po wysepce wsiedlismy w autobus i wyprawilismy sie do Siem Reap - miasta lezacego w bezposredniej okolicy przeslawnego Angoru (ktory jest ogromna duma kraju - do tego stopnia, ze jego imieniem nazywaja wszystko, lacznie z calkiem niezlym piwem). Dojechalismy tu dzis, jakas godzine temu. Ja i Dorota walczymy z rejestracjami na egzaminy; Marcin z blogiem, a Ola z prysznicem. W zasadzie fajnie jest, ale jutro pobudka o 4:30, zeby zobaczyc najfajniejszy wschod slonca po tej stronie globu
.Nastepne wiesci juz pewnie z Tajlandii, wiec do przeczytania
. Sprawdzcie zdjecia - doszlo kilka naprawde fajnych
.Piotrek







OurJourneys # Monday, September 8, 2008 1:49:32 PM
Marcin
Unregistered user # Tuesday, September 9, 2008 4:55:09 PM
Unregistered user # Monday, September 15, 2008 12:38:41 PM