Czas walki z zywiolami i lokalnym transportem czyli Laos vol. 2
Wednesday, August 27, 2008 11:42:01 AM
Jak pisal Piotrek Luang Prabang to najbardziej urokliwe miasto w calym Laosie. Ulice pelne starych kolonialnych domow poprzeplatanych swiatyniami i straganami pelnymi tkanic czy tez butelek ze slynna whisky z kobra. Samo miasto jest jednak nie za wielkie wiec po dwudniowym zwiedzaniu decydujemy sie na pewne urozmaicenie.
O 8 rano wsiadamy na pickupa, ladujemy ogromny wietnamski ponton na dach i ruszamy w 2,5 godzinna droge w okoliczne gory, skad przez 5 godzin mamy walczyc z bystrzami i niewielkimi wodospadami. Sama droga jest piaszczysta,a mimo to nasz kierowca pedzi nia 70km/h. Pyl jest wszedzie. Siedzimy w okularach, na twarzach mamy koszulki i chustki. Kiedy wysiadamy nad rzeka w waskim kanionie nasze wlosy i ubrania maja inny kolor a my pewnie pylice. ;)Po drodze co wioska, to gromada dzieci ktora z wrzaskiem wybiega nam na powitanie machajac i krzyczac hello. Czasem zagluszaja nawet nasze rozmowy. Wreszcie rozpoczynamy rejs. Najpierw krotka instrukcja zagluszana przez dzieci machajace z brzegu rzeki, no i plyniemy. Na poczatku milo i przyjemnie. Co jakis czas niewielkie bystrze. po okolo godzinie nasz przewodnik mowi ze teraz bedzie do pokonanias "troszke" wiekszy uskok.
Zbieramy sily. Rzeczywiscie na poczatku wydaje sie troche wiekszy. Dopoki nie podplywamy blizej. Najpierw tratwa osuwa sie ponad metr po uskoku. Wioslujemy aby nadac jej predkosc ktora pozwoli przejsc przez 1,5 metrowe fale za uskokiem. Pierwsza poszla z trudem. Gdy zblizalismy sie do grzbietu nastepnej zabraklo odrobine predkosci.Tratwa osunela sie po fali z powrotem w dol a nastepna w ulamku sekundy wywrocila ponton rozrzucajac nas po uskoku. Otrzasniecie sie zajelo nam chwile, znacznie krocej niz dogonienie zgubionych wiosel i workow z przedmiotami. Dalej rzeka dala nam troche odpoczac. Nadszedl czas na lunch na stoliku ulozonym z wiosel podczas spokojnego falowania. Oprocz ryzu i wolowiny w sosie oraz bananow dostalismy ziemniaki. Szok! Nikt z nas nie opamietal juz prawie jak smakuja.
Nasz przewodnik opowiada nam kilka Ciekawych historyjek o bananach i edukacji seksualnej ludzi w Laosie (te dwie rzeczy maja ze soba wiele wspolnego).
Potem przychodzi kolej na nowe wyzwanie. Kolejny uskok jest wiekszy od pierwszego, wiec wszyscy czujemy lekie poddenerwowanie.
I rzeczywiscie, gdy nadchodzi robi wrazenie. Na srodku metrowego uskoku, w silnym nurcie leza 2 glazy o srednicyponad 3 metrow, ktore nalezy wyminac slalomem. Tym razem nam sie udaje, chociaz spadek tratwy z ponad metrowych uskokow dodaje adrenaliny. Po 5 godzinach splywu i kolejnej godzinie mchania lokalnym dzieciom wracamy padnieci do hotelu by jutro ruszyc w droge na poludnie.
Jest 6.40. Docieramy na dworzec, kupujemy autobusy wi zajmujemy miejsca w autobusie zagryzajac bagietkami z kurczakiem. Kupilismy je z rana. Kobieta ktora je sprzedawala nie mogla uwierzyc ze chce az 8! To byl dla niej dobry poranek.
Gdy czekamy az autobus odjedzie dosiadaja sie inni Laotanczycy i...kury.
Kolejne 10 godzin spedzamy a autobusie, ktory zostal chyba zrobiony ze starej chlodni bo klimatyzacja zamraza wszystko co zywe.
Do tego dochodzi ciagle spluwanie Laotanczykow przez okno oraz pisk kor siedzacych w koszyku za Ola i Piotrkiem. A to wszystko w akompaniamencie laotanskiego raegge (kto by pomyslal ze cos takiego istnieje
). Co jakis czas mamy chwile na rozprostowanie nog. Zwyle wchodza wtedy do autobusu tabuny "bab" sprzedajacych wszystko co tylko da sie zjesc. Chleb. Paczki. Smazony kurczak. NIedojrzala papaja. Jajka. Smazone pasikoniki. Zaby. po prostu wszystko. A my zwykle wtedy wychodzimy na cole, cole na wynos w fantazyjnej torebeczce.
Wieczorem, gdy trafiamy do Vientiane bierzemy tuk-tuka i zmieniamy dworzec skad lapiemy ostatnie miejsca na nocny autobus na poludnie. Zero turystow. Wszyscy patrza sie na nas. Wszystko zawalone jest lokalnymi towarami, ze az trzeba po nich chodzic. Po kolejnej przesiadce trafiamy do autobusu, ktory pamieta pewnie jeszcze Stalina. (co Ciekawe w wielu miejscach w Laosie oprocz flagi kraju powiewa czerwona flaga z sierpem i mlotem. Icha! )
Przez sciane w autobusie lub suficie mozna przelozyc reke. Podloga i sciany sa z desek a sufit przed zawalenie zabezpieczaja 4 stalowe rury utrudniajace przejscie. Okna to plastikowe szybki. Gdy opieram sie o jedna wylatuje z hukiem i porywa ja wiatr. Siedzacy za mna koles z obslugi nie zwraca na to uwagi. Nic z reszta dziwnego. To najmniejszy problem tego autobusu.
A ja za to moge teraz jechac z glowa za oknem (okna sa typowe da "tutejszych" i wypadaja na poziomie kolan europejczyka
). Do tego autobus zatrzymuje sie srednio raz na godzine a jego kierowcy wchodza pod spod, grzebia chwile i znow mozna jechac dalej. Folklor w najlepszym wydaniu. 
W koncu dojezdzamy do Pakse, miejscowosci w poludniowym Laosie. Na dzis, wyjatkowo, w jadlospisie jest pasta w podobno najlepszej wloskiej knajpie w Laosie. Spaghetti kosztuje tu ciagle tylko 5 zl a cola 60 groszy.
Jutro bierzemy skutery na trzy dni i ruszamy na wschod w strone granicy z Wietnamem. Moze znajdziemy wreszcie ten prawdziwy, autentyczny Laos bez turystow. 
A potem..A potem kraj Kmerow.
Pozdrawiam
Marcin
O 8 rano wsiadamy na pickupa, ladujemy ogromny wietnamski ponton na dach i ruszamy w 2,5 godzinna droge w okoliczne gory, skad przez 5 godzin mamy walczyc z bystrzami i niewielkimi wodospadami. Sama droga jest piaszczysta,a mimo to nasz kierowca pedzi nia 70km/h. Pyl jest wszedzie. Siedzimy w okularach, na twarzach mamy koszulki i chustki. Kiedy wysiadamy nad rzeka w waskim kanionie nasze wlosy i ubrania maja inny kolor a my pewnie pylice. ;)Po drodze co wioska, to gromada dzieci ktora z wrzaskiem wybiega nam na powitanie machajac i krzyczac hello. Czasem zagluszaja nawet nasze rozmowy. Wreszcie rozpoczynamy rejs. Najpierw krotka instrukcja zagluszana przez dzieci machajace z brzegu rzeki, no i plyniemy. Na poczatku milo i przyjemnie. Co jakis czas niewielkie bystrze. po okolo godzinie nasz przewodnik mowi ze teraz bedzie do pokonanias "troszke" wiekszy uskok.
Zbieramy sily. Rzeczywiscie na poczatku wydaje sie troche wiekszy. Dopoki nie podplywamy blizej. Najpierw tratwa osuwa sie ponad metr po uskoku. Wioslujemy aby nadac jej predkosc ktora pozwoli przejsc przez 1,5 metrowe fale za uskokiem. Pierwsza poszla z trudem. Gdy zblizalismy sie do grzbietu nastepnej zabraklo odrobine predkosci.Tratwa osunela sie po fali z powrotem w dol a nastepna w ulamku sekundy wywrocila ponton rozrzucajac nas po uskoku. Otrzasniecie sie zajelo nam chwile, znacznie krocej niz dogonienie zgubionych wiosel i workow z przedmiotami. Dalej rzeka dala nam troche odpoczac. Nadszedl czas na lunch na stoliku ulozonym z wiosel podczas spokojnego falowania. Oprocz ryzu i wolowiny w sosie oraz bananow dostalismy ziemniaki. Szok! Nikt z nas nie opamietal juz prawie jak smakuja.
Nasz przewodnik opowiada nam kilka Ciekawych historyjek o bananach i edukacji seksualnej ludzi w Laosie (te dwie rzeczy maja ze soba wiele wspolnego).
Potem przychodzi kolej na nowe wyzwanie. Kolejny uskok jest wiekszy od pierwszego, wiec wszyscy czujemy lekie poddenerwowanie.
I rzeczywiscie, gdy nadchodzi robi wrazenie. Na srodku metrowego uskoku, w silnym nurcie leza 2 glazy o srednicyponad 3 metrow, ktore nalezy wyminac slalomem. Tym razem nam sie udaje, chociaz spadek tratwy z ponad metrowych uskokow dodaje adrenaliny. Po 5 godzinach splywu i kolejnej godzinie mchania lokalnym dzieciom wracamy padnieci do hotelu by jutro ruszyc w droge na poludnie.Jest 6.40. Docieramy na dworzec, kupujemy autobusy wi zajmujemy miejsca w autobusie zagryzajac bagietkami z kurczakiem. Kupilismy je z rana. Kobieta ktora je sprzedawala nie mogla uwierzyc ze chce az 8! To byl dla niej dobry poranek.
Gdy czekamy az autobus odjedzie dosiadaja sie inni Laotanczycy i...kury.
Kolejne 10 godzin spedzamy a autobusie, ktory zostal chyba zrobiony ze starej chlodni bo klimatyzacja zamraza wszystko co zywe.
Do tego dochodzi ciagle spluwanie Laotanczykow przez okno oraz pisk kor siedzacych w koszyku za Ola i Piotrkiem. A to wszystko w akompaniamencie laotanskiego raegge (kto by pomyslal ze cos takiego istnieje
). Co jakis czas mamy chwile na rozprostowanie nog. Zwyle wchodza wtedy do autobusu tabuny "bab" sprzedajacych wszystko co tylko da sie zjesc. Chleb. Paczki. Smazony kurczak. NIedojrzala papaja. Jajka. Smazone pasikoniki. Zaby. po prostu wszystko. A my zwykle wtedy wychodzimy na cole, cole na wynos w fantazyjnej torebeczce.
Wieczorem, gdy trafiamy do Vientiane bierzemy tuk-tuka i zmieniamy dworzec skad lapiemy ostatnie miejsca na nocny autobus na poludnie. Zero turystow. Wszyscy patrza sie na nas. Wszystko zawalone jest lokalnymi towarami, ze az trzeba po nich chodzic. Po kolejnej przesiadce trafiamy do autobusu, ktory pamieta pewnie jeszcze Stalina. (co Ciekawe w wielu miejscach w Laosie oprocz flagi kraju powiewa czerwona flaga z sierpem i mlotem. Icha! )
Przez sciane w autobusie lub suficie mozna przelozyc reke. Podloga i sciany sa z desek a sufit przed zawalenie zabezpieczaja 4 stalowe rury utrudniajace przejscie. Okna to plastikowe szybki. Gdy opieram sie o jedna wylatuje z hukiem i porywa ja wiatr. Siedzacy za mna koles z obslugi nie zwraca na to uwagi. Nic z reszta dziwnego. To najmniejszy problem tego autobusu.
A ja za to moge teraz jechac z glowa za oknem (okna sa typowe da "tutejszych" i wypadaja na poziomie kolan europejczyka
). Do tego autobus zatrzymuje sie srednio raz na godzine a jego kierowcy wchodza pod spod, grzebia chwile i znow mozna jechac dalej. Folklor w najlepszym wydaniu. 
W koncu dojezdzamy do Pakse, miejscowosci w poludniowym Laosie. Na dzis, wyjatkowo, w jadlospisie jest pasta w podobno najlepszej wloskiej knajpie w Laosie. Spaghetti kosztuje tu ciagle tylko 5 zl a cola 60 groszy.
Jutro bierzemy skutery na trzy dni i ruszamy na wschod w strone granicy z Wietnamem. Moze znajdziemy wreszcie ten prawdziwy, autentyczny Laos bez turystow. 
A potem..A potem kraj Kmerow.
Pozdrawiam
Marcin







Unregistered user # Wednesday, August 27, 2008 5:41:43 PM
Unregistered user # Wednesday, August 27, 2008 6:51:16 PM
Unregistered user # Tuesday, September 2, 2008 3:30:55 PM
Unregistered user # Monday, September 8, 2008 6:48:25 AM
Unregistered user # Monday, September 8, 2008 12:51:40 PM
OurJourneys # Monday, September 8, 2008 1:17:45 PM
Marcin