10 dni minęło..., czyli krótkie podsumowanie
Wednesday, October 1, 2008 3:48:06 PM
No i wróciliśmy. Na notkę w Bangkoku nie było czasu. Ostatnie 30 minut na lotnisku spędziliśmy uganiając się za zwrotem podatkowym i okazjami "alkoholowymi" w postaci dwóch butelek Kahluy za cenę jednej czy czegoś w tym stylu
.
Dopełniając relację, napiszę tylko na szybko, że przelot był udany - tym razem posiłki zawierały całkiem zjadliwe komponenty, a zamiast pioruńsko słodkiego ciasteczka był znany wszystkim Mars. W telewizorach - "Szklana Pułapka IV", ale nikt z nas nawet nie próbował jej oglądać. Po całym dniu bez hotelu (checkout o 12:00, samolot o 5:00 rano!) byliśmy zbyt zmęczeni żeby jeszcze "napychać się" jakimś filmem.
Samolot wylądował w Kijowie równo o 11:00. Lądując byliśmy przekonani, że nie zdążymy na pociąg, który wg. naszych informacji był koło południa. Niemniej zebraliśmy się rekordowo szybko i już po 30 minutach siedzieliśmy w taksówce. Okazało się, że mieliśmy nosa. O 12:15 wparowaliśmy na dworzec, a szybki wywiad ujawnił, że mamy pociąg o 13:40. Radości nie było końca (zwłaszcza, że nie trzeba było nocować/koczować w Kijowie), a co śmieszniejsze - wykupiliśmy 4 ostatnie miejscówki. Szybko kupiliśmy podstawowe jedzenie i pognaliśmy na peron.
Tam już czekał na nas polski wagonowy u drzwi luksuśnego wagonu InterCity. Dostaliśmy nawet rogala z herbatą (szumnie nazwanego "zestawem śniadaniowym
). Wszystko fajnie, a jedyną wadą było to, że byliśmy rozstrzeleni po całym wagonie. 18 godzin podróży minęło jak z bicza strzelił - głównie odsypialiśmy jetlaga i nasłuchiwaliśmy, czy mało rozgarnięty pan z sąsiedniego przedziału nie wysiądzie na granicy z powodu zgubienia paszportu (grozili mu, że wyniosą go w slipach). Pan znalazł jednak paszport, a my wylądowaliśmy na Dworcu Centralnym z 5-minutowym opóźnieniem, o 6:50. I tyle
.
--
Co można powiedzieć o naszym wyjeździe?
Było wspaniale. Już teraz oglądając zdjęcia strasznie tęsknię do Bangkoku czy tych wszystkich urokliwych, laotańskich zakątków. Nie tęsknię jedynie za plażą, bo wciąż na samą myśl o niej dostaję ciarków :>. 10 dni po powrocie każdy z nas jest już praktycznie na najwyższych obrotach - niektórzy dopiero zaczynają studia, inni wracają do pracy. Niemniej jednak akumulatory są naładowane na co najmniej pół roku, a - z tego co mi wiadomo - 75% z nas planuje już powolutku przyszłe wakacje. Nie wiadomo, czy w tym samym składzie (wydaje się to wątpliwe - głównie z racji tego, że teraz już każdy czuje się an tyle samodzielnie, by na własną rękę spełniać własne marzenia), ale na pewno w jakimś egzotycznym miejscu. Pojawiają się nazwy: Kolej Transsyberyjska (całość), Japonia, Nowa Zelandia, Australia, Tajwan, a nawet... Svalbard. Teraz jednak jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek wiążące ustalenia. Ponadto... Cóż - każdy z nas mocno się wykosztował, a są nawet tacy, którym na koncie zostało mniej niż 100 zł
.
Co by jednak nie mówić, było warto. Podróże - jak wiadomo - kształcą, a z osobistych doświadczeń mogę dodać, że nic innego tak dobrze nie uczy cierpliwości, kontroli nad emocjami i tzw. "common sense" - cech przydatnych każdemu człowiekowi w każdych możliwych warunkach.
Blog oczywiście pozostaje aktywny, choć w mniejszym stopniu. Będziemy tu nadal wrzucać zdjęcia, może będą pojawiać się - sporadycznie - jakieś wpisy. Na pewno jednak odżyje za rok, niezależnie od skłądu ekipy i celu kolejnego wyjazdu. Zainteresowanym radzę zaglądać tu jeszcze przez jakiś czas, średnio raz na miesiąc, na 15-20 minut. Na pewno znajdzie się coś nowego. A potem... znowu wakacje
.
--
BTW - chciałem bardzo podziękować wszystkim czytającym i komentującym. Zdaję sobie sprawę, że byli to głównie znajomi i bliscy, niemniej wiem, że było także kilka innych zainteresowanych osób. Mam nadzieję, że czerpaliście z lektury bloga tyle samo przyjemności, ile my z pisania go
. Dzięki!
Piotrek
.Dopełniając relację, napiszę tylko na szybko, że przelot był udany - tym razem posiłki zawierały całkiem zjadliwe komponenty, a zamiast pioruńsko słodkiego ciasteczka był znany wszystkim Mars. W telewizorach - "Szklana Pułapka IV", ale nikt z nas nawet nie próbował jej oglądać. Po całym dniu bez hotelu (checkout o 12:00, samolot o 5:00 rano!) byliśmy zbyt zmęczeni żeby jeszcze "napychać się" jakimś filmem.
Samolot wylądował w Kijowie równo o 11:00. Lądując byliśmy przekonani, że nie zdążymy na pociąg, który wg. naszych informacji był koło południa. Niemniej zebraliśmy się rekordowo szybko i już po 30 minutach siedzieliśmy w taksówce. Okazało się, że mieliśmy nosa. O 12:15 wparowaliśmy na dworzec, a szybki wywiad ujawnił, że mamy pociąg o 13:40. Radości nie było końca (zwłaszcza, że nie trzeba było nocować/koczować w Kijowie), a co śmieszniejsze - wykupiliśmy 4 ostatnie miejscówki. Szybko kupiliśmy podstawowe jedzenie i pognaliśmy na peron.
Tam już czekał na nas polski wagonowy u drzwi luksuśnego wagonu InterCity. Dostaliśmy nawet rogala z herbatą (szumnie nazwanego "zestawem śniadaniowym
). Wszystko fajnie, a jedyną wadą było to, że byliśmy rozstrzeleni po całym wagonie. 18 godzin podróży minęło jak z bicza strzelił - głównie odsypialiśmy jetlaga i nasłuchiwaliśmy, czy mało rozgarnięty pan z sąsiedniego przedziału nie wysiądzie na granicy z powodu zgubienia paszportu (grozili mu, że wyniosą go w slipach). Pan znalazł jednak paszport, a my wylądowaliśmy na Dworcu Centralnym z 5-minutowym opóźnieniem, o 6:50. I tyle
.--
Co można powiedzieć o naszym wyjeździe?
Było wspaniale. Już teraz oglądając zdjęcia strasznie tęsknię do Bangkoku czy tych wszystkich urokliwych, laotańskich zakątków. Nie tęsknię jedynie za plażą, bo wciąż na samą myśl o niej dostaję ciarków :>. 10 dni po powrocie każdy z nas jest już praktycznie na najwyższych obrotach - niektórzy dopiero zaczynają studia, inni wracają do pracy. Niemniej jednak akumulatory są naładowane na co najmniej pół roku, a - z tego co mi wiadomo - 75% z nas planuje już powolutku przyszłe wakacje. Nie wiadomo, czy w tym samym składzie (wydaje się to wątpliwe - głównie z racji tego, że teraz już każdy czuje się an tyle samodzielnie, by na własną rękę spełniać własne marzenia), ale na pewno w jakimś egzotycznym miejscu. Pojawiają się nazwy: Kolej Transsyberyjska (całość), Japonia, Nowa Zelandia, Australia, Tajwan, a nawet... Svalbard. Teraz jednak jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek wiążące ustalenia. Ponadto... Cóż - każdy z nas mocno się wykosztował, a są nawet tacy, którym na koncie zostało mniej niż 100 zł
.Co by jednak nie mówić, było warto. Podróże - jak wiadomo - kształcą, a z osobistych doświadczeń mogę dodać, że nic innego tak dobrze nie uczy cierpliwości, kontroli nad emocjami i tzw. "common sense" - cech przydatnych każdemu człowiekowi w każdych możliwych warunkach.
Blog oczywiście pozostaje aktywny, choć w mniejszym stopniu. Będziemy tu nadal wrzucać zdjęcia, może będą pojawiać się - sporadycznie - jakieś wpisy. Na pewno jednak odżyje za rok, niezależnie od skłądu ekipy i celu kolejnego wyjazdu. Zainteresowanym radzę zaglądać tu jeszcze przez jakiś czas, średnio raz na miesiąc, na 15-20 minut. Na pewno znajdzie się coś nowego. A potem... znowu wakacje
.--
BTW - chciałem bardzo podziękować wszystkim czytającym i komentującym. Zdaję sobie sprawę, że byli to głównie znajomi i bliscy, niemniej wiem, że było także kilka innych zainteresowanych osób. Mam nadzieję, że czerpaliście z lektury bloga tyle samo przyjemności, ile my z pisania go
. Dzięki!Piotrek






