..w 30 urodziny..
Tuesday, November 9, 2010 10:03:47 PM
A gdy zamkniesz oczy to zobaczysz świat,
którego nigdy nie poczułeś smak,
którego nawet tak pięknym głosem,
zagłuszyłeś cichy szelest półmroku.
Zabrałeś szczęście, które przyniosłeś....
Gdybyś tu był, choć na chwilę,
Mam Ci do powiedzenia aż tyle.
Gdybyś choć na chwilę był blisko,
Prostsze by było życie,
Prostsze by było wszystko.














Aleksandra_ # Thursday, February 24, 2011 10:47:39 PM
Cześć Olu.
Postanowiłem skrabnąć małe co nie co bo jak zwykle dużo się działo no i jak zwykle mnie wywiało...
...i to do Serbii na szkolenia z zakresu pulic relations. Kobieto nie zdajesz sobie sprawy ile można przez taki wyjazd dowiedzieć się i ubogacić. To sto razy lepsze niż siedzenie na tym uniwerku i słuchani zadufanych w sobie profesorków.
Wyjazd był z marszu, bo wracałem świeżo z Cieszyna gdzie organizowaliśmy szkolenia z zakresu pozyskiwania funduszy dla NGO's (organizacje pozarządowe). Pociąg naprawdę supcio. W Budapeszcie spędziliśmy z 5 godzin. Klimat jak z "Czekając na Godota" tylko że myśmy się w końcu doczekali. Kiszenie się wynikło z bagatela półtora godzinnego opóźnienia naszego pociągu. Chodź koniec języka za przewodnika w przypadku Węgier się nie sprawdza to udało nam sie z Niugati dotrzeć na Keleti. Metro mają okropne. Moskiewskiego nic nie przebije, co do piękna i organizacji oczywiście. Doczepiła sie do nas kobieta z Polski, która ma salon kosmetyczny w Belgradzie, męża Serba i ogólnie spoko ale nie chcieliśmy się z nią zbytnio spoufalać.
Szkolenie było naprawdę super, poszerzyło moją wiedzę i uporządkowało dotychczasową. A poza tym poznałem znowu wielu zakręconych, sympatycznych ludzi. To bardzo dziwne ale ogólnie wszyscy się jakoś skumplowaliśmy, jak zgrana paczka, jakbyś się znali znacznie dłużej. Pomijam Serbów i Macedończyków, którzy prawie zawsze trzymali się razem ale poza paroma walniętymi laskami byli spoko. Byli ludzie z Holandii, Francji, Rumunii, Węgier, Niemiec, Ukrainy, Bułgarii, Słowenii, Chorwacji, Serbii, Macedonii i Polski, czyli krótko mówiąc istny "melting pot". Przez cały tydzień mieliśmy wykłady a po południami warsztaty z wszystkiego co dotyczy public relations czyli ogólnie wszystko co dotyczy dobrego wizerunku firmy. Na prawdę jestem zadowolony. Liczę że zdobyta wiedza przyda mi się w przyszłości.
Nowy Sad, gdzie był PRES (Public Relations European School - to właściwa nazwa tych szkoleń) jest bardzo pięknym miastem. Myślałem że będzie zdewastowane po natowskich bombardowaniach ale na szczęście jeśli można to nazwać szczęściem zniszczone były tylko mosty na Dunaju. Belgrad gdzie pojechaliśmy po PRESie jest bardziej zniszczony. Największe wrażenie wywarły na mnie dwa budynki w centrum miasta, a raczej ruiny jakie z nich zostały. Obok nich budynki nienaruszone i ulica tętniąca codziennym życiem. To dziwne zobaczyć coś takiego w centrum Europy w XXI wieku. Serbowie pogodzili się z tym i wracają do normalności. Widać jednak że czas zatrzymał się tu 10 lat temu. Stare samochody, socrealistyczna szarzyzna.
Jedzenie było okropne. Na śniadanie była bela kafa (mleko z łyżeczką neski) i jaja bądź to omlet, bądź sadzone. Jaja i surowa kapusta, którą serwowali nam na lunch i obiado-kolację będą nas prześladować chyba przez długi czas. Przy śniadaniu obsługiwała nas starsza kelnerka a la Big Mama, więc możesz sobie wyobrazić. Po kilku dniach pojawiła sie kolejna, zamądrzała młoda siksa, która umiała co nie co po angielsku. Niezłą wazelinę odstawiała przy Holendrach (ale nie naszych) którzy przyjechali z ambasady. Obrzydlistwo.
Strona merytoryczna (wykłady, warsztaty) była po prostu super. Social programme był prawie do dupy, prawie bo dwa wieczory były spoko. Jeden w Sport Caffe gdzie imprezowaliśmy przy house'ie a drugi w kajpie gdzie zamówieni grajkowie serwowali nam bałkańską muzykę ludową. To trzeba przeżyć. Klimat jak z Undergrandu Kustoricy. Jak wspominam to przeszywa mnie miły dreszczyk. Macedończycy i Serbowie śpiewali piuosenkę po piosence. Zrobiła sie z tego istna biesiada.
W pokoju mieszkałem z chłopakiem z Ukrainy z którym już na wtępie zaczeliśmy sobie gadać po rosyjsku jak gdyby nigdy nic ku przerażeniu naszego współlokatora, Tomka. Zeszliśmy więc na angielski, ale od czasu do czasu gadaliśmy po rosyjsku. Najlepsze były poranki gdy miksowaliśmy wszystkie 4 języki: polski, rosyjski, angielski i ukraiński. A co do poranków, jedna z organizatorek Ana robiła za budzik waląc do drzwi. Wtępem do walenia w drzwi był telefon który odbierał na półprzytomny Ukrainiec - Pablo i szczelał gadkę po ukraińsku, odkładał słuchawkę i wszyscy zasypialiśmy ponownie.
Ponieważ zawsze mam szalone plany postanowiłem po PRESie odwiedzić znajomych w Grecji. Mimo wielkich planów wyszły z tego nici. Powód: brak kasy. Ogólnie spoko. Na bilet tam i z powrotem do Gr mieliśmy. Zabrakło mi jednak na dopłaty. Wmontowałem się w walkmana i słuchałem kasety z serbską muzyką. Po objedzie, razem z kumpelą z uniwerka zmyliśmy się w do kafejki internetowej. Podczas gdy nas gnębiła cholerna handra reszta brygady poszła na lodowisko, o czym zresztą szanowni organizatorzy nie raczyli nas uprzedzić. Po powrocie do hotelu kimneliśmy się przed European Night, który mimo naszych nadziei okazał się kolejnym niewypałem. Z tłumem obcych nam osób, my aeżowcy, gnieździliśmy się w piping clubie czy jakoś tam, po czym zmyliśmy się do hotelu. Muzyka była żałosna a my sflustrowani. Razem z Suzan z Węgier, ja i Anka, poszliśmy do Mc Dolca na McFlurry.
Nazajutrz rano poszedłem się umyć i zejść na dół by pożegnać się z ludźmi którzy wyjeżdzali o 9.00. Specjalnie na to konto postanowiłem wstać wcześniej. Idąc korytarzem spotkałem Sandrine z Francji, która oznajmiła że właśnie się zmyli. Jak zwykle poczułem się dowartościowany. Fajnie, że bez pożegnania i to szczególnie z osobami z którymi najwięcej imprezowałem. To taki mały sarkazm. Tak więc z zepsutym humorem poszedłem na śniadanie. Kolejny raz było zimne. Jebnięta kelnerka - siksa kolejny raz pokazywała swoje fochy. Miałem ochotę strzelić jej mokrą szmatą prosto w gębę, ale z braku szmaty pozostało to moją wyobraźnią. No i był pan kelner. Bardzo uprzejmy gościu. Tak nawiasem mówiąc zauważyłem pewną prawidłowość. Kelnerzy są milsi od kelnerek. Te pewnie mają okres 30 dni w miesiącu. Na śniadaniu, które było chyba moim najdłuższym na PRESie pojawiła się Anka i tak przez długi czas kisiliśmy się przy stoliku. Gryzła nas niepewność, bo nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać w Belgradzie. Mieliśmy co prawda numer do kobiety od salonu kosmetycznego (poznaliśmy ją w drodze do Nowego Sadu, w Budapeszcie) no ale wiesz jak to jest, pchać się komuś starszemu na głowę. Ostaecznie wylądowaliśmy u znajomego jednej z uczestniczek. Skacząc z kwiatka na kwiatek dodam, że po zaprzepaszczeniu naszych wcześniejszych planów, postanowiliśmy pojechać na dwa dni do Belgradu, by pozwiedzać miasto i wydać kasę którą mieliśmy przeznaczoną na Gr.
W poniedziałek jako ostatni z Macedończykami i Sanrine opuściliśmy Nowy Sad. W pociągu było bardzo wesoło. Strzeliliśmy sobie historyczne fotki. Jeden chłopak z Belgradu poczęstował nas nawet rakiją z piersiówki, w którą głównie wmontowałem się ja i Sandrine.
Po przyjeździe do Belgradu pojechaliśmy do naszego znajomego do chaty by zostawić ekwipunek. Do dzisiaj nie wiem jak ma właściwie ten koleś na imię. Pasza to jego nick od nazwiska, a znajomi i Babcia wołali na niego Dimo. Myśleliśmy że ma na imię Dymitr, ale jak podał nam swoje namiary okazało się że całkiem inaczej. Dimo vel Pasza okazał się strasznie sympatyczny. Też jest członkiem AEGEE tylko że od kwietnia tego roku. Mieszkaliśmy u jego babci - czadziary, przekochanej. W poniedziałek zaprowadził nas do centrum i pokazał zamek Kniazia Milosza. Super. Potem poszliśmy na pizze. Rozmawialiśmy non stop o wszystkim. Zadawał nam wiele ciekawych pytań dotyczących naszego patrzenia na Serbów, naszych spostrzerzeń z pobytu w tym kraju. Okazało się że jest studentem filozofii. W przyszłym roku chce wyjechać na studia do Belgii. Takie ma przynajmniej plany. Obecnie ma na uczelni luzy bo wszystkie przedmioty pozdawał w zeszłym roku. Wywnioskowałem że musi być cholernie zdolny. Życzę mu jak najlepiej. Tacy ludzie to perełki na świecie.
Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na imprezkę do znajomych jego znajomego, do domu. Cool...fajnie poznać nowych ludzi. Okazało się że wylądowaliśmy na imprezie u jakiejś laski, gdzie było z 30 osób. Fajnie, tylko że oni wszyscy byli z ISICu i tylko my w trójkę: ja, Ania i Dimo byliśmy z AEGEE. Żadnych poza nami normalnych ludzi. Możesz sobie wyobrazić 3 humanistów wokół zblazowanych ekonomistów i ścisłowców. Uwierz, nie złamali mojego stereotypu co do tego że ISIC jest max drętwy. Wypiliśmy im wino i podżarliśmy trochę ciastek i zmyliśmy się. Czułem się jak czarna mrówka wokół czerwonych. Ale nie ma to jak garść nowych doświadczeń. Przynajmniej mogliśmy się z nich nabijać bo nikt nas nie rozumiał. W drodze powrotnej, odprowadzani przez bezdomne psy, na widok których Anka dostawała lekkiego stracha, śpiewaliśmy polskie szlagiery a la "Niech żyje bal" czy "Kamyk zielony". Pasza szedł obok nie kumając systemu, ale od czasu do czasu prowadziliśmy gadki by nie poczuł się urażony. Poszliśmy zobaczyć rezydencje Tito i Miloszevicia, na przeciwko których mieszkaliśmy. Nieźle co? Oczywiście na głupa poleźlibyśmy z Anią, jako żądni wiedzy turyści, gdyby nie Dimo który ostrzegł nas że w najlepszym wypadku możemy zostać pogryzieni przez psy. Tak więc chłodna kalkulacja ostudziła nasze zapędy. Na prawdę to dziwne uczucie, mieszkać ze świadomością że po drugiej stronie ulicy stoją sobie chaty Slobo i Tito - zakazane owoce, nie dla plebsu. Na drugi dzień pojechaliśmy na buwiak - największy belgradzki bazar gdzie porobiliśmy zakupy: Anka szmaty, ja pierdoły dla rodzinki. Wypiździło nas nieziemsko. Wieczorem wróciliśmy do domu. Anka szybko poszła spać a ja z babcią i Dimo siedzieliśmy jeszcze w kuchni i gadaliśmy. Dowiedziałem się że babcia jest fanką Slobo. Niezły czad. Ogólnie było bardzo sympatycznie, zwłaszcza że jak wolno mówili to dużo mogłem zakumać z serbskiego. No i nauczyłem sie wielu nowych wyrazów. Babcia powiedziała kilka razy pićka co jarzyłem i od razu przypomniało mi się o tym jak Macedończycy uczyli mnie ichniejszej mowy chodnikowej. Pićka materina znaczy kurwa mać. Tak przy okazji. Gadaliśmy głównie na tematy polityczne. W końcu poszliśmy spać.
Nazajutrz rano w środę pojechaliśmy na dworzec i o 8.00 wyjechaliśmy z Belgradu. W Budapeszcie udało nam się dotrzeć na Nugati, gdzie w Mc Donaldsie spędziliśmy 3.5 godziny. To mój rekord pobytu w McD. Resztę marek rozwaliliśmy na forinty i zjedliśmy małe co nie co. Anka kupiła happy meal. Jako zabawkę dostała okropną plastikową lalkę, którą nazwaliśmy "madziara wieśniara" (madziara - bo z Węgier, wiesniara - bo jest naprawdę wieśniacka). W końcu o 19.00 znaleźliśmy się w pociągu z całą brygadą Polek, handlarek przemycających full ciuchów. Po jakimś czasie zaznajomiliśmy się z kolesiem który siedział na przeciwko nas. Okazało się że jest Węgrem, ma dziewczynę w Polsce, w Jastrzębiu Zdrój. Od dwóch miesięcy uczy się polskiego i jak na taki czas to mówi swietnie, szczególnie że ja ich języka chyba uczyłbym się ruski rok. Powiedziałem mu nawet że ich mowa jest dla mnie jak "kasza z kapustą" na co odpowiedział mi śmiechem. Impreza się rozkręcała. Jej kulminacyjnym punktem było wyciągnięcie przez Popesza Moscata, który był tak pyszny że wytrąbiliśmy go w 10 minut i to w czasie postoju na granicy polsko-słowackiej. Podczas gdy celnicy chodzili i sprawdzali paszporty my z radością popijaliśmy sobie węgierskie cudo a handlary całe zesdrane ze strachu siedziały na przemycanych ciuchach, modląc się do Boga żeby ich nie przyłapano. W czasie postoju zaczepił mnie koleś po angielsku z prośbą czy może się dosiąść. Oznajmiłem że jasne i nasza kompania wzbogaciła się o jeszcze jedną osobę. Był to Maciek, pół Polak, pół Węgier, który mieszka w Warszawie. Tak więc zrobiło się jeszcze weselej gdy zaczeli mówić między sobą po węgiersku. Na naszą prośbę staraliśmy się używać języka urzędowego, czyli angielskiego. Maciek, który słyszał co nie co o AEGEE powiedział że chyba sie zapisze, szczególnie że opowiedzieliśmy mu o PRESie. W końcu dotarliśmy do Bielska.
Teraz próbuje wrócić do szarej codzienności. Pobyt na uniwerku przyprawił mnie o mdłości. Czuje sie tu kompletnie jak alien. Ale świeta za pasem a potem Sylwek więc spoko będzie. Pozdrawiam mocno montując się w macedońska muzykę. Mam straszną chcicę pojechać tam, do Skopje, poczuć ten klimat. Może kiedyś...chyba zacznę się prostytuować bo ciągły brak kasy mnie dołuje i nie pozwala spełnić tylu marzeń
No dobra kończę już bo pewnie zasypiasz od tego fandzolenia, ale postanowiłem zachować formę telenoweli południowoamerykańskiej i chyba mi się udało
Pozdrawiam i czekam na ewentualnie pięć razy dłuższą odpowiedź
Piotrek