Bangladesz (cz.3)
Sunday, 1. October 2006, 14:25:37
Pokój, w którym przygotowano nam miejsce do spania był duży, wylany betonowa posadzka. Z jednej strony, pod ściana, znajdowała się szeroka drewniana szafka z masywnymi szufladami,oproznionymi dla naszych ubran. Po drugiej stronie, zaraz przy wejściu, znajdowała się szafa z dużym lustrem zawieszonym na wewnętrznej stronie jej drzwi. Nad szerokim, ustawionym po oknem łóżkiem, przykrytym lekka narzuta, na czas snu, rozwieszaliśmy pomarańczowa moskitierę, która kontrastowała z ciemnozielonym kolorem ścian pokoju. Okno wychodziło na jedno z pól ryżowych, na którym dzieci z patykami w rękach, biegały po usypanych ścieżkach, wykrzykując cos, co przypominało magiczne nawoływania Indian.
Dzień przywitał nas słońcem, które powoli ogrzewało okolice. W jadalni, mieszczacej się obok naszej sypialni, czekało śniadanie: sałatka ziemniaczana, małe placki przypominające greckie pity, wątróbka i woda z pokrojona w plasterki limonka. Spróbowałem wszystkiego po trochu. Potrawy nie były mi obce. Z kuchnia tej części świata dane było mi się już spotkać w Europie. Po głowie chodziła mi ciągle przestroga o tym, żeby uważać na egzotyczne potrawy, by nie nabawić się rewolucji żołądkowych. Na widok bananów i pomarańczy, wniesionych przez panią domu, ucieszyłem się, bowiem owoce te mój żołądek tolerował bez żadnych przeszkód. Około południa udaliśmy się do centrum miasta na zakupy. Asfaltowa droga zaczynała się tuz nieopodal naszego domu. Była całkiem nowa, wyłożona na rozporządzenie policji, która parę domów od nas wybudowała posterunek. Mijając go, dostrzegłem powiewającą flagę dzielnicy Uttara zawieszona na niedokończonym dachu pobielonego budynku i dwójkę znudzonych na służbie policjantów, popalających biri. Rowerowa riksza mijaliśmy wąskie uliczki z ciągnącymi się po obu jej stronach sklepowarsztatami i budy z rożnym towarem, głównie asortymentem spożywczym. Jedna z bud zajmował ojciec Emila. Centrum dzielnicy Uttara stanowił wielki plac jarmarczny, który niezależnie od dnia tygodnia, tętnił życiem. Minąwszy targ, nasz rikszarz, niezmordowanie pedałujący pod gore, wyjechał na zatłoczone skrzyżowanie i skierował się na prawo. Mijani przez kolorowe autobusy, z wymalowanymi ręcznie na bokach kwiatami, prywatne samochody, świadczące o zasobności portfela ich właścicieli i zielone skuterotaksowki, spoglądaliśmy na rozciągający się nieopodal brzeg rzeki, nad która przybywało coraz więcej mullah. Trwały przygotowania do międzynarodowej konferencji, która w oczach miejscowych biznesmenów, stała się nie lada okazja do zbicia fortun na sprzedaży przyjezdnym, wszystkiego, co nadawało się na zbyt. Jedzenie, bibeloty, meble, zabawki i okolicznościowe dewocjonalia, zapełniały nowe stragany, zapełniające głownie teren miedzy brzegiem rzeki a droga, po której jechaliśmy.
Dotarłszy do kolejnego, sporych rozmiarów skrzyżowania, które łączyło drogę z Uttara z szeroka dwupasmowka prowadzącą do centrum miasta, przesiedliśmy się do jednej z popularnych skuterotaksowek. O ile klasyczne taksówki nowojorskie sa żółte, dakijskie taryfy były przerobionymi dla potrzeb skuterami z dwuosobowymi dospawanymi kabinami, pomalowane na kolor zielony. Niektóre z nich miały, podobnie jak autobusy, ręczne malowidła na bokach lub nad tylnim zderzakiem, przedstawiające bądź to motywy kwiatowe, bądź tez zwierzęce. Masywne zderzaki większości skuterotaksowek były pomalowane na kanarkowy kolor a na oknach kabin zawieszone byly brezentowe zasłony, chroniące przed wiatrem i deszczem. O ile dwupasmowka nie była zatloczona o tej porze dnia a zbliżało się południe, o tyle w centrum miasta panował motoryzacyjny chaos, który starali się opanować policjanci. O wiele lepiej było poruszać się pieszo, niż grzęznąć w pojeździe, w którego wnętrzu, mimo otwartych okien stawało się coraz goręcej od słońca. Dotarliśmy na najpopularniejszy w mieście targ rybny.cdn
Dzień przywitał nas słońcem, które powoli ogrzewało okolice. W jadalni, mieszczacej się obok naszej sypialni, czekało śniadanie: sałatka ziemniaczana, małe placki przypominające greckie pity, wątróbka i woda z pokrojona w plasterki limonka. Spróbowałem wszystkiego po trochu. Potrawy nie były mi obce. Z kuchnia tej części świata dane było mi się już spotkać w Europie. Po głowie chodziła mi ciągle przestroga o tym, żeby uważać na egzotyczne potrawy, by nie nabawić się rewolucji żołądkowych. Na widok bananów i pomarańczy, wniesionych przez panią domu, ucieszyłem się, bowiem owoce te mój żołądek tolerował bez żadnych przeszkód. Około południa udaliśmy się do centrum miasta na zakupy. Asfaltowa droga zaczynała się tuz nieopodal naszego domu. Była całkiem nowa, wyłożona na rozporządzenie policji, która parę domów od nas wybudowała posterunek. Mijając go, dostrzegłem powiewającą flagę dzielnicy Uttara zawieszona na niedokończonym dachu pobielonego budynku i dwójkę znudzonych na służbie policjantów, popalających biri. Rowerowa riksza mijaliśmy wąskie uliczki z ciągnącymi się po obu jej stronach sklepowarsztatami i budy z rożnym towarem, głównie asortymentem spożywczym. Jedna z bud zajmował ojciec Emila. Centrum dzielnicy Uttara stanowił wielki plac jarmarczny, który niezależnie od dnia tygodnia, tętnił życiem. Minąwszy targ, nasz rikszarz, niezmordowanie pedałujący pod gore, wyjechał na zatłoczone skrzyżowanie i skierował się na prawo. Mijani przez kolorowe autobusy, z wymalowanymi ręcznie na bokach kwiatami, prywatne samochody, świadczące o zasobności portfela ich właścicieli i zielone skuterotaksowki, spoglądaliśmy na rozciągający się nieopodal brzeg rzeki, nad która przybywało coraz więcej mullah. Trwały przygotowania do międzynarodowej konferencji, która w oczach miejscowych biznesmenów, stała się nie lada okazja do zbicia fortun na sprzedaży przyjezdnym, wszystkiego, co nadawało się na zbyt. Jedzenie, bibeloty, meble, zabawki i okolicznościowe dewocjonalia, zapełniały nowe stragany, zapełniające głownie teren miedzy brzegiem rzeki a droga, po której jechaliśmy.
Dotarłszy do kolejnego, sporych rozmiarów skrzyżowania, które łączyło drogę z Uttara z szeroka dwupasmowka prowadzącą do centrum miasta, przesiedliśmy się do jednej z popularnych skuterotaksowek. O ile klasyczne taksówki nowojorskie sa żółte, dakijskie taryfy były przerobionymi dla potrzeb skuterami z dwuosobowymi dospawanymi kabinami, pomalowane na kolor zielony. Niektóre z nich miały, podobnie jak autobusy, ręczne malowidła na bokach lub nad tylnim zderzakiem, przedstawiające bądź to motywy kwiatowe, bądź tez zwierzęce. Masywne zderzaki większości skuterotaksowek były pomalowane na kanarkowy kolor a na oknach kabin zawieszone byly brezentowe zasłony, chroniące przed wiatrem i deszczem. O ile dwupasmowka nie była zatloczona o tej porze dnia a zbliżało się południe, o tyle w centrum miasta panował motoryzacyjny chaos, który starali się opanować policjanci. O wiele lepiej było poruszać się pieszo, niż grzęznąć w pojeździe, w którego wnętrzu, mimo otwartych okien stawało się coraz goręcej od słońca. Dotarliśmy na najpopularniejszy w mieście targ rybny.cdn














