Skip navigation.

Dziennik niecodzienny, bez polskich liter

czyli wynurzenia, wspomnienia i inne pierdoly rozsiane

Posts tagged with "Bangladesz"

Bangladesz (cz.3)

Pokój, w którym przygotowano nam miejsce do spania był duży, wylany betonowa posadzka. Z jednej strony, pod ściana, znajdowała się szeroka drewniana szafka z masywnymi szufladami,oproznionymi dla naszych ubran. Po drugiej stronie, zaraz przy wejściu, znajdowała się szafa z dużym lustrem zawieszonym na wewnętrznej stronie jej drzwi. Nad szerokim, ustawionym po oknem łóżkiem, przykrytym lekka narzuta, na czas snu, rozwieszaliśmy pomarańczowa moskitierę, która kontrastowała z ciemnozielonym kolorem ścian pokoju. Okno wychodziło na jedno z pól ryżowych, na którym dzieci z patykami w rękach, biegały po usypanych ścieżkach, wykrzykując cos, co przypominało magiczne nawoływania Indian.
Dzień przywitał nas słońcem, które powoli ogrzewało okolice. W jadalni, mieszczacej się obok naszej sypialni, czekało śniadanie: sałatka ziemniaczana, małe placki przypominające greckie pity, wątróbka i woda z pokrojona w plasterki limonka. Spróbowałem wszystkiego po trochu. Potrawy nie były mi obce. Z kuchnia tej części świata dane było mi się już spotkać w Europie. Po głowie chodziła mi ciągle przestroga o tym, żeby uważać na egzotyczne potrawy, by nie nabawić się rewolucji żołądkowych. Na widok bananów i pomarańczy, wniesionych przez panią domu, ucieszyłem się, bowiem owoce te mój żołądek tolerował bez żadnych przeszkód. Około południa udaliśmy się do centrum miasta na zakupy. Asfaltowa droga zaczynała się tuz nieopodal naszego domu. Była całkiem nowa, wyłożona na rozporządzenie policji, która parę domów od nas wybudowała posterunek. Mijając go, dostrzegłem powiewającą flagę dzielnicy Uttara zawieszona na niedokończonym dachu pobielonego budynku i dwójkę znudzonych na służbie policjantów, popalających biri. Rowerowa riksza mijaliśmy wąskie uliczki z ciągnącymi się po obu jej stronach sklepowarsztatami i budy z rożnym towarem, głównie asortymentem spożywczym. Jedna z bud zajmował ojciec Emila. Centrum dzielnicy Uttara stanowił wielki plac jarmarczny, który niezależnie od dnia tygodnia, tętnił życiem. Minąwszy targ, nasz rikszarz, niezmordowanie pedałujący pod gore, wyjechał na zatłoczone skrzyżowanie i skierował się na prawo. Mijani przez kolorowe autobusy, z wymalowanymi ręcznie na bokach kwiatami, prywatne samochody, świadczące o zasobności portfela ich właścicieli i zielone skuterotaksowki, spoglądaliśmy na rozciągający się nieopodal brzeg rzeki, nad która przybywało coraz więcej mullah. Trwały przygotowania do międzynarodowej konferencji, która w oczach miejscowych biznesmenów, stała się nie lada okazja do zbicia fortun na sprzedaży przyjezdnym, wszystkiego, co nadawało się na zbyt. Jedzenie, bibeloty, meble, zabawki i okolicznościowe dewocjonalia, zapełniały nowe stragany, zapełniające głownie teren miedzy brzegiem rzeki a droga, po której jechaliśmy.
Dotarłszy do kolejnego, sporych rozmiarów skrzyżowania, które łączyło drogę z Uttara z szeroka dwupasmowka prowadzącą do centrum miasta, przesiedliśmy się do jednej z popularnych skuterotaksowek. O ile klasyczne taksówki nowojorskie sa żółte, dakijskie taryfy były przerobionymi dla potrzeb skuterami z dwuosobowymi dospawanymi kabinami, pomalowane na kolor zielony. Niektóre z nich miały, podobnie jak autobusy, ręczne malowidła na bokach lub nad tylnim zderzakiem, przedstawiające bądź to motywy kwiatowe, bądź tez zwierzęce. Masywne zderzaki większości skuterotaksowek były pomalowane na kanarkowy kolor a na oknach kabin zawieszone byly brezentowe zasłony, chroniące przed wiatrem i deszczem. O ile dwupasmowka nie była zatloczona o tej porze dnia a zbliżało się południe, o tyle w centrum miasta panował motoryzacyjny chaos, który starali się opanować policjanci. O wiele lepiej było poruszać się pieszo, niż grzęznąć w pojeździe, w którego wnętrzu, mimo otwartych okien stawało się coraz goręcej od słońca. Dotarliśmy na najpopularniejszy w mieście targ rybny.cdn

opowiesci wloczykija...Bangladesz (cz.2)

Klaksony zdezelowanych aut i ludzkie okrzyki sprawialy wrazenie wszeogarniajacej kakofonii, z ktorej nie wiadomo jak sie wydostac. Cisza bylaby mile widziana w tym momencie. Zmeczenie podrozy zaczelo bowiem dawac sie we znaki. Przechodzac miedzy samochodami i mijajac kolejnych ludzi, usilujacych zagadac nas w nieznanym mi jezyku, zostalismy dostrzezeni przez naszego, nazwijmy to wybawce. To brat Emila przyszedl nam na przywitanie. Szczuply 21 latek w koszuli w kratke, spodnie garnitorowki i skurzane masywne sandaly, stroju typowym dla tutejszych mieszkancow. Po krotkiej wymianie pozdrowien, Rintu (imie brata) zaprowadzil nas do samochodu. Masywna maszyna mercedesa zipiala ze starosci. Nie bylismy jedynymi pasazerami. Oprocz naszej trojki, w samochodzie znalezli sie jacys znajomi rodziny, ktorzy chcieli zobaczyc egzotycznych przybyszow.
Udalismy sie do dzielnicy Uttara, w ktorej znajduje sie rodzinny dom Emila. Szeroka asfaltowa droga wiodla nas przez osiedla mieszkalne, przypominajace niewykonczone socrealistyczne blokowce. Minelismy obiekty wojskowe i dwa skupiska blokow przeznaczonych dla wojskowych i ich rodzin. Wykonczone, schludne, wyroznialy sie w krajobrazie pozostalych budowli. Wladza zawsze sie wyzywi. Bangladeszowi, oficjalnie nazywanemu republika socjalistyczna, do sprawnie dzialajacego sytemu socjalnego daleko. Znajomy Bengalczyk, zapytany o to, dlaczego mimo zalozen socjalnych nic nie funkcjonuje jak powinno, bezradnie rozlozyl rece odpowiadajac pytajaco, a co poradzisz, przy takiej masie ludzi? Istotnie, wszedzie zatloczone ulice, przydrozne place targowe, przystanki autobusowe.

Dotarlismy do domu. Masywna konstrukcja osadzona na kilkunastu polmetrowej dlugosci slupach. Sciany zewnetrzne pomalowane na ciemny pomarancz. Do wejscia prowadzily solidnie wykonane betonowe schody. Pod domem znajdowal sie plytki dol, spelniajacy funkcje smietnika, do ktorego wyrzucano odbady, nie nadajace sie na wczesniejsza utylizacje, zardzewialy dziurawy garnek, dentka rowerowa, szmaciana lalka bez glowy. Przywitalismy sie z rodzina Emila. Bedac ciagle pod wrazeniem miejsca, zdjalem plecak i poszedlem rozejrzec sie wokolo. Mijajac drzewa papaji przeszedlem na tyl domu. Zobaczylem rozposcierajace sie pola ryzowe i piekny zachod slonca. cdn

opowiesci wloczykija....Bangladesz (cz.1)

Czasem czlowiek podejmuje decyzje od tak po prostu, znienacka. Nie czesto mi sie to zdarza. Pewnego grudniowego popoludnia, Emil przyszedl do mieszkania i oznajmil, ze w styczniu wylatuje do Bangladeszu. Bez wahania powiedzialem, ze ja tez lece. Po zalatwieniu formalnosci (bilet i wizy w Londynie), pod koniec pierwszego miesiaca tego roku, udalismy sie do kraju, znanego mi z geografii jako jeden z najbiedniejszych i zarazem, jak sie okazalo, jednego z najpiekniejszych miejsc na ziemi, ktore dane mi bylo zobaczyc. W planie mielismy zwiedzic Bangladesz i Kalkute w Indiach, miasto o magicznej nazwie, znane mi z historii i dzialalnosci misyjnej Matki Teresy. Zobaczenie tej bylej stolicy Indii, mialo wymiar prywatny (uklony dla mamy) i sentymentalny (Matka Teresa pochodzila z Macedonii, kto mnie zna to wie, o co mi chodzi).
Droga do Dhaki wiodla nas przez Birmingham i Dubaj gdzie przesiadalismy sie do kolejnych samolotow. W Anglii, niczym w tempie blyskawicy, dokonalismy zakupow paru upominkow dla rodziny Emila. Mielismy szczescie, bo wrecz w ostatniej chwili zdarzylismy na samolot. Na boku dodam, ze mamy juz na koncie spoznienie sie na wyznaczony lot i doswiadczenie nauczylo nas, ze spoznialscy nie maja latwego zycia. W stolicy Emiratow Arabskich spedzilismy mile czas na lotnisku, ktore moim zdaniem jest najatrakcyjniejszym, ze wszystkich jakie do tej pory widzialem. Tym razem, moglismy sobie pozwolic na wiecej relaksu, w tym posilek i drobne zakupy. Porozmawialismy z urocza ekspedientka, ktora starala sie przedstawic zycie codzienne mieszkancow jednego z najbogatszych panstw swiata.

Okolo godziny dziesiatej rano czasu lokalnego, dotarlismy do Dhaki. Z samolotu rozposcieral sie przed nami zielony lad, zasypany mnostwem niewykonczonych budowli, ktore w zamysle mialy stanowic biurowce lub bloki mieszkalne, stylizowane na modle Zachodu drapacze chmur. Bedac jeszcze w powietrzu, dalo sie odczuc, ze miejsce w ktore przybywamy, tetni zyciem, ogarnia je chaos i wypelnia morze ludzkich istot. Zblizajac sie do ladowania, minelismy obszary zalane woda malego Gangesu. Lotnisko w Dhaka przypomnialo mi filmy z epoki hipisowskiej. Poczulem sie, jakbym cofnal sie w czasie do lat, ktore znane mi sa jedynie z opowiesci...lat Woodstocku, Janis Joplin, fascynacji kultura indyjska, wojny w Wietnamie. Z samolotu, przeszlismy do hali przylotow, wielkiej, wylozonej kamienna posadzka, z bialosnieznymi scianami. Ustawilismy sie w dlugiej kolejce. Po prawej stronie, zobaczylem dosc spora grupe mullah (arabscy ksieza), ktorzy jak sie pozniej dowiedzialem, przyjechali do Dhaki na miedzynarodowa konferencje religijna. Odprawa paszportowa odbywala sie z lekkim poczuciem niepewnosci, czy zostaniemy wpuszczeni bez przeszkod, czy tez bedziemy musieli placic jakies dodatkowe oplaty. Niestety, Bangladesz jest krajem wszedobylskiej korupcji. Uwaga ochrony lotniska i celnikow skupila sie na grupie turystow niemieckich, ktorzy znajdowali sie w sasiedniej kolejce. Dano nam spokoj. Z paszportami, bagazem i usmiechem na twarzach, udalismy sie do wyjscia prowadzacego do miasta. Nagle znalezlismy sie, jakby w centrum chaosu. Dookola pelno bylo trabiacych samochodow godnych politowania, ludzi krzyczacych cos w nieznanym mi jezyku, oblepiajacych okalajacy lotnisko wysoki czarny metalowy plot. Z nieba lal sie zar sloneczny. Rozpoczelismy poszukiwania znajomych twarzy, osob ktore wyciagna nas z tego miejsca.cdn
March 2010
S M T W T F S
February 2010April 2010
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31