Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

photo

100% Seji

@work - Basingstoke, UK

STICKY POST

Moje licencje Creative Commons

,

Moja ulubiona firma

, ,

Robiąc zakupy czy korzystając z różnych urządzeń bądź oprogramowania zwykle nie zwracam uwagi na markę. Produkt ma działać i robić swoje. Zwykle marka jest jednak synonimem jakości, więc niektóre rzeczy wolę mieć spod konkretnego szyldu, np. elektronikę i buty (nie, ciuchy nie ;)).

Nie mogę jednak powiedzieć, żebym którąś z marek darzył sympatią. Oni produkują, żeby zarobić, ja znajduję ich produkty dobrymi i płacę. Zero sentymentów, czysty utylitaryzm. Kiedy myślę Philips czy Sony, kojarzę te nazwy z jakością, zaś Milka łączy mi się z fioletowymi krowami i dobrą czekoladą. Niedawno jednak przemknęło mi przez myśl, że jest firma, która wzbudza moją sympatię, przede wszystkim dzięki świetnym produktom, ale także dzięki traktowaniu użytkowników nie jako klientów, ale bardziej jako partnerów. Firma, która potrafi docenić rolę społeczności i wykorzystać to budując swój wizerunek nie w mediach, ale wśród zwyczajnych ludzi.

Tak, mam na myśli Opera Software, producenta mojej ulubionej przeglądarki. Właśnie: ulubionej, nie najlepszej czy najbardziej zaawansowanej technicznie (choć to też przynajmniej w części prawda). Złapałem się na tym, że Opery jako firmy nie traktuję w kategoriach producent-klient, ale bardziej na zasadzie interesującej znajomości.

Rok temu, wybierając się na ISFiT, postanowiłem odwiedzić też Oslo. Pomyślałem wtedy, że fajnie by było zobaczyć siedzibę Opera Software. Pomysł był zwariowany - która bowiem firma wpuszcza ludzi z ulicy twierdzących, że chcą powiedzieć "cześć"? Po chwili poszukiwań i paru mailach skontaktował się ze mną Espen , Community Manager. Ku mojemu zaskoczeniu dwoje moich znajomych (Borys i Elma) oraz moja osoba zostaliśmy zaproszeni na zwiedzanie Opera HQ.

Oprowadzała nas wtedy Anna Raj. Byłem tak przejęty, że zapomniałem robić zdjęcia - tak, wolno było. Samo biuro zrobiło na mnie pozytywne wrażenie: szklane ściany, dużo światła, nieformalny wystrój wnętrz. Żadnych boksów czy innych korporacyjnych wynalazków, miło i przytulnie. Na koniec obdarowani zostaliśmy operowymi gadżetami.

Jak wspomniałem wyżej, nie znam chyba ani jednej polskiej - czy jakiejkolwiek innej - firmy, która byłaby tak otwarta na zwykłych użytkowników swoich produktów (jedna co prawda nasuwa mi się na myśl, ale ma ona obok swojej otwartości ma tendencję do mieszania klientów z błotem, kiedy coś im się nie podoba :P). Nie jestem przecież ani programistą, którego można by zatrudnić, ani potencjalnym partnerem handlowym, tylko facetem, który używa przeglądarki i bloguje od czasu do czasu na My Opera. U mnie w pracy bez poważnego powodu biznesowego nie dostałbym nawet plakietki gościa, nie wspominając nawet o wejściu na salę roboczą,. W Operze zaś nie tylko pozwolono nam sporo zobaczyć (choć do serwerowni nie trafiliśmy; prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czy jest ona w Oslo, czy np. gdzieś w Indiach), ale też między innymi dane nam było obejrzeć nowy design strony społecznościowej na jakiś miesiąc przed premierą. Byłem zachwycony.

W tym roku również postanowiłem odwiedzić Operę. Plan był prosty: poprzednio przyszedłem z pustymi rękami i pozwiedzałem, tym razem więc pojawię się tylko na moment (piątek to dzień roboczy, nie będę nikomu zabierał czasu) i zostawię coś dla operowej ekipy: po kilogramie krówek i wedlowskich pierniczków. Pamiętałem, że kiedyś ktoś z Opery opisywał, jak to dostali od kogoś dużo czekolady - muszą więc lubić słodycze, stąd pomysł na prezent. Napisałem do Espena, że będę w Oslo i - jeśli to możliwe - wpadłbym na moment podrzucić słodkości jako podziękowanie za zeszłoroczne przyjęcie. Nie było z tym żadnego problemu.

Operowa stołówka - cała na czerwono (2007)

Operowe gadżety (2007)

Wizyta przebiegła równie sympatycznie, jak za poprzednim razem. Z chwili zrobiła się godzina, którą przegadaliśmy: było i o Operze, i ogólnie o pracy, o Norwegii, o społeczności użytkowników, a także o Firefoksie i mediach, które częściej zauważają Pandę małą, niż Operę. Miałem też okazję zamienić parę słów z CEO Opera Software, Jonem S. von Tetzchnerem, który na wieść, że przywiozłem słodycze, opowiedział mi o najpopularniejszym czekoladowym wafelku na Islandii (o którym dowiedział się od jednego z tamtejszych userów): Prince Polo. Ponoć Islandczycy układają piosenki o tym wafelku, swoją drogą całkiem słusznie. :)

Opera Software to firma. Zadaniem firmy jest zarabiać pieniądze. Zdaję sobie z tego sprawę. Jednak o Operze nie myślę tylko jako o producencie przeglądarki internetowej, ale o instytucji, którą darzę sympatią i chętnie jej pomogę, choćby przekonując kolejnych znajomych do zmiany przeglądarki. Owszem, ktoś pewnie zaraz powie, firma ma po prostu dobry PR, ale chciałbym, żeby wszystkie firmy tak dbały o klientów, jak Opera. Mam więc ulubioną przeglądarkę i ulubioną firmę. Fan Opery? Czemu nie? :D

Plakat, który wygrał Opera Fan-Art Contest.
Wisi on teraz przy wejściu do Opera HQ.

Oleg Melnychuck, autor plakatu.

Espen: thank you once again for the invitation and your time. It was a pleasure to meet you and to visit Opera HQ. I hope everyone liked the candies and gingerbreads. :) If you ever come to Krakow, let me know and I'll show you around. Thanks!

Fantastyczna Norwegia

, , ,

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował poszukać różnych "fantastycznych" rzeczy w Norwegii. Obok trolli powinni mieć tam przecież jakiś sklep z grami, graczy, fandom - prawda? O tamtejszym ruchu fanowskim więcej jest w stanie powiedzieć Borys. Ja natomiast pozwolę sobie pokrótce opisać dwa ciekawe miejsca.

Miejsce pierwsze: Colosseum Kino, Oslo. Największe na świecie kino z certyfikatem THX. Obiekt robi wrażenie: olbrzymia sala, wielki ekran. No i dźwięk - słychać różnicę.

Oczywiście grzechem było przegapić taką okazję, więc zaciągnąłem Borysa na Iron Mana. Film jest świetny, kto jeszcze nie widział, powinien się wybrać - to jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza do tej pory, ekranizacja komiksu. Tony Stark wygląda jak Tony Stark, a zbroja Iron Mana jak komiksowy pierwowzór. W filmie jest kilka niezłych tekstów i choć końcówka nieco rozczarowuje, to zabawa jest przednia (zwłaszcza sceny z robotem i gaśnicą). Polecam zostać na napisach końcowych - po nich jest scena, która nie tylko zapowiada pewien film, ale tez powinna hardcore'owych fanów komiksów Marvela przyprawić o zawał serca (no, chyba że znają i lubią serie spod szyldu Ultimate).

Autor przed Colosseum Kino w Oslo

Niewielki fragment sali widowiskowej

Największe wrażenie zrobił na mnie oczywiście dźwięk: słychać było każdy ekranowy szmer. Nie była to jakaś olbrzymia różnica względem dobrego kina z systemem Dolby Digital, jednak była zauważalna. Zobaczyć w tym kinie Gwiezdne wojny i można umrzeć szczęśliwym. Aż zacząłem się zastanawiać, czy by nie polecieć do Oslo tylko po to, żeby obejrzeć czwartą część przygód Indiany Jonesa...

Cena biletu: 100 koron

Miejsce drugie: sklep Outland. Kiedy rok temu po raz pierwszy trafiłem do tego przybytku rozpusty, zapomniałem języka w gębie. Krążyłem miedzy półkami pełnymi książek, komiksów i gier nie wiedząc, co powiedzieć ani czego dotknąć. Tam było wszystko.

Asortyment Outlandu robi olbrzymie wrażenie: książki, komiksy, gry, filmy, gadżety... Znaleźć można tam wszystko, czego geek potrzebuje do życia. Jeśli nie ma czegoś na półce, to jestem pewien, że mogą to sprowadzić.

Najwięcej miejsca na półkach zajmują książki i komisy, w tym manga. Potem są gry fabularne i filmy oraz figurki, modele i inne gadżety. Najmniejsze sekcje to półki z planszówkami i filmami, ale i tak mają tam bardzo dużo tytułów, w których można przebierać godzinami.

Mnie najbardziej interesowały oczywiście gry fabularne. Przy okazji buszowania po sklepie uciąłem sobie krótką pogawędkę ze sprzedawcą na temat norweskiego rynku RPG. Nie był w stanie powiedzieć mi, ilu w tym kraju jest graczy, ale stwierdził, że to zanikająca nisza. Wszyscy przesiadają się na World of Warcraft. W RPG bawią się głownie osoby, które zaczęły grać kilka czy też kilkanaście lat temu i cały czas trzymają się swojego hobby. W Norwegii nie ukazują się tłumaczenia zagranicznych tytułów (nic dziwnego, mały rynek, a do tego wszyscy znają angielski). Wyszły za to dwie norweskie gry, jedna z nich to Draug, tytułu drugiej niestety nie pamiętam. Co ciekawe, na półce znalazłem grę szwedzką zatytułowaną Götterdämmerung. Treści nie byłem w stanie pojąć, ale tytuł, jak i ilustracje (XVIII wiek, łowcy czarownic) wydają się interesujące.

Z tytułów indie znalazłem - kto by się spodziewał? ;) - tylko Burning Wheel i Burning Empires, choć przyznaję, że nie szukałem zbyt dokładnie. Podręczników mają tam bardzo, bardzo, bardzo dużo, starych i nowych. Można poczuć się przytłoczonym. Natomiast setki komiksów i książek zwyczajnie zwalają z nóg.

Jeśli traficie kiedyś do Oslo, koniecznie odwiedźcie Outland. Jeden sklep znajduje się na galeryjce na dworcu kolejowym Oslo Sentrum. Jest on nieco mniejszy od lokalu położonego przy Karl Johans Gate, ale ma ponoć większy asortyment. Jeśli jednak aż dwa fantastyczne sklepy w Oslo nie wystarczą, zawsze można odwiedzić filie w Bergen, Trondheim, Kristiansand lub w Stavanger. Gwarantuję, że nie wyjdziecie stamtąd z pustymi rękami: ja dla siebie znalazłem kompletny zbiór opowiadań o Conanie, które wyszły spod pióra Roberta E. Howarda (cena: 199 koron).

Więcej zdjęć z Outalndu.

Bonus: w Norwegii mają papier toaletowy z Cthulhu! ;)

Norwegia fiordem pachnąca

, ,

Norwegia po raz trzeci - czy to aby nie za dużo? Przyznaję, że taka myśl przemknęła mi przez głowę. Było to jednak tylko chwilowe zwątpienie. Jak pisałem wcześniej, kraj fiordów i łosi miałem do tej pory okazję dwukrotnie zwiedzić zimą. Przyznaję, wiosna robi dużą różnicę.

W tym miejscu chciałbym podziękować Marze, Tomkowi, Tośce i Borysowi za przyjęcie mnie pod swoje dachy. DZIĘKUJĘ! :D

Tegoroczny plan był prosty: odpocząć wśród norweskich wzgórz i wiejskiego krajobrazu, a potem pozwiedzać i pobawić się w Oslo. Oba punkty zostały wykonane w pełni. Zregenerowałem siły, poznałem nocne życie w Oslo (studenci jak zwykle bawią się lepiej od reszty ludzi) i zobaczyłem to, czego nie miałem okazji obejrzeć w zeszłym roku. Choć i tak zostało jeszcze sporo miejsc, do których nie dotarłem.

Jeśli miałbym wymienić szybko kilka elementów charakteryzujących Norwegię, byłyby to: woda z kranu bezpośrednio zdatna do picia, bezpieczne miasta, ogrzewanie podłogowe oraz wszechobecne parówki - a także brązowy kozi ser, który jest poza wszelką konkurencją. Tak, łykanie norweskiej kranówy nie grozi śmiercią lub kalectwem. Podobnie jak łażenie po nocy - miałem już okazję sprawdzić to w niewielkim Trondheim, a teraz przekonałem się, że tak samo jest w przypadku Oslo. Tam naprawdę można się czuć bezpiecznie, jest to jeden z niepodważalnych atutów tego kraju. Podobnie, jak samochody zatrzymujące się przed przejściami dla pieszych, nawet, kiedy przechodnie są od jezdni dobre kilka metrów. Zaś co do ogrzewania podłogowego, kto spróbował, ten wie, że jest to jeden z najbardziej doniosłych wynalazków w historii ludzkości. Nie ma bowiem nic przyjemniejszego, niż wyjście spod prysznica i postawienie stopy na cieplutkiej posadzce.

Podstawę norweskiego fastfoodu stanowią parówki: gotowane, opiekane, zawijane w plastry boczku, posypywane prażoną cebulą, przybierane sałatką ziemniaczaną, keczupem, majonezem i musztardą. Parówki można jeść tradycyjnie w bułce, albo zawinąć je w lefse lub lompe, ziemniaczane podpłomyki. Parówki - z braku tradycyjnej kiełbasy - są też podstawowym produktem na grilla. Nie jest to złe jedzenie, zwłaszcza w wariacji z podpłomykami, ale trzeba uczciwie przyznać, że gdyby nie imigranci, to Norwedzy byliby na parówki skazani. Jednak między innymi dzięki przybyszom z Bliskiego Wschodu mogą się cieszyć świetnymi kebabami - można trafić na miejsca, gdzie podają kilka-kilkanaście rodzajów, palce lizać. Swoją drogą, w Norwegii nie ma bezpańskich psów: ani na wsi, ani w miastach (między domami wędrują jedynie koty) - z Borysem zastanawialismy się przez jakiś czas, skąd się te wszystkie parówki biorą...

Skoro już o jedzeniu mowa, polecam spróbować śledzi, czy to marynowanych na kwaśno, czy też w śmietanie (lub innym sosie). Całość ma lekko słodki smak i o dziwo smakuje bardzo dobrze - choć potrzeba chwili, żeby się przyzwyczaić. Natomiast odradzam cukierki z lukrecją. Nie wierzę, że tak smakuje substancja ponoć pięćdziesiąt razy bardziej słodka od cukru. Oczywiście, możecie próbować (ja się dałem skusić), ale zostaliście ostrzeżeni. Za to norweski kefir i zsiadłe mleko smakują tak, jak powinny.

Oslo posiada bardzo dobrze rozwiniętą komunikację miejską (metro, autobusy, tramwaje). Bilet tygodniowy kosztuje 210 koron i uprawnia do korzystania z całego systemu komunikacji miejskiej, wliczając w to transport wodny na okoliczne wyspy, z wyłączeniem jednak autobusów nocnych (przejazd 50 koron; zestawienie cen różnych produktów i usług opublikuję później). Dodatkowo można wypożyczyć rower miejski albo przyjechać ze swoim - stojaków na rowery nie brakuje.

Z ciekawych rzeczy warto przyjrzeć się, jak działają norweskie kasy sklepowe: jest tam wciągarka banknotów i przypominający skarbonkę pojemnik na bilon (reszta w drobnych wypada z niego automatycznie). Chętni mogą także zapoznać się bliżej z jednorazowym grillem i wybrać się do parku na pieczenie parówek - w Norwegii przestrzeń publiczna jest dla mieszkańców, więc można sobie legalnie pogrillować w takim Frogner Park - nie, park nie jest zaśmiecony, zaś trawa jest soczyście zielona mimo nieustannego deptania po niej, gry w piłkę, zabawy frisbe i oczywiście rozpalania grilli. Wolno też robić zdjęcia w muzeach - wystarczy spytać, gdzie nie powinno się używać flesza. Tak, Norwegia to kraj przyjazny ludziom.

Oczywiście nie jest to kraj idealny. Są tu przydrożne śmieci, a Norwedzy - mimo swojej otwartości na innych - powoli zaczynają mieć dość imigrantów. Zapewne gdybym pomieszkał tam rok lub dwa, patrzyłbym na pewne sprawy inaczej. Ale na razie pozwalam sobie Norwegię nieco idealizować, jako że do spędzenia urlopu jest to miejsce doskonałe.

Niestety, wszystko dobre musi się kiedyś skończyć. Pocieszam się myślą, że pozostało mi jeszcze zobaczyć Norwegię w lecie i na jesieni, więc będę miał pretekst, żeby odwiedzić ten kraj jeszcze co najmniej dwa razy. Potem coś wymyślę. ;)

Niemal dwieście zdjęć z podróży jest dostępne w albumie. Już zebrałem po głowie za to, że po raz kolejny robiłem fotki komórką (Nokia E50). W każdym razie aparat znajduje się już bardzo wysoko na mojej liście zakupów - czas ku temu najwyższy.

PS. To jeszcze nie koniec opisywania wrażeń z pobytu w Norwegii. mam jeszcze kilka rzeczy do opisania. :)

PPS. Sympatyczny młodzieniec ze zdjęcia w poprzednim wpisie reklamuje norweskie sery firmy Tine - tradycyjne produkty w nowym opakowaniu (widać niedawno zmienili design). Najbardziej w oczy rzuca się jednak nie kostka sera (na zdjęciu nie widać), ale sweter w Space Invaders. :)

Oslo jest ciekawym miastem

,

Odwołuję to, co napisałem w poprzedniej notce. Oslo jest ciekawym miastem, o ile ma się na nie więcej czasu, niż dobę czy dwie. Wiosna też jest atutem. Od środy wraz z Borysem przemierzaliśmy ulice, uliczki, parki i fiordy norweskiej stolicy. Sporo udało się zobaczyć, miałem też okazję wziąć udział w typowej norweskiej rozrywce, jak i odwiedzić kilka interesujących miejsc. O tym wszystkim w kolejnych wpisach - bedzie też sporo zdjęć.

Na fotce po prawej (trochę niewyraźna, ale robiona w metrze i przez szkło) widnieje osoba, która coś reklamuje. Motyw graficzny na swetrze chyba rozpoznają wszyscy. Czego dotyczy reklama? O tym w następnym odcinku. ;) Możecie zgadywać.

Tyle na dziś. Idę się spakować (jutro wylot). W poniedziałek do pracy - niestety. ;)

Wsi norweska, wsi wesoła

,

Siedzę właśnie na dworcu w Lillehammer i czekam na pociąg do Oslo. W stolicy Norwegii byłem już w zeszłym roku, ale czasu na zwiedzanie było niewiele. Co prawda muszę zgodzić się w opinia, że Oslo nie jest ciekawym miastem, ale mimo to (patrz następny wpis) kilka miejsc wypadałoby odwiedzić (na przykład muzeum okrętów Wikingów).

Po paru dniach spędzonych w Gausdal i okolicy norweska wieś mogę podsumować tylko na jeden sposób: jest to oaza spokoju. Czas płynie tam leniwie, czasem między domami przemknie kot. Nawet psy nie szczekają (inna sprawa, że nie ma tam bezpańskich psów). Owszem, roku pewnie bym tam nie wytrzymał bez konkretnego zajęcia, a życie farmera raczej nie jest dla mnie ;), ale jest to okolica w sam raz na to, by odpocząć przez jakiś czas i całkowicie zignorować świat zewnętrzny. Jeśli jest ciepło, można zapakować parę niezbędnych do życia przedmiotów i zaszyć się w górach. Więźnia, który w okolicy Gausdal spróbował ucieczki z transportu, znaleziono po dwóch latach - martwego. Gość złamał mogę i szybko zakończył romans z wolnością. Problem w tym, że za dobrze wybrał teren, na którym chciał się ukryć.

Gdyby ktoś jednak miał zamiar zniknąć wśród norweskich pół i lasów, niech pamięta, aby ubrać się w kurtkę trekingową, takież buty oraz jeansy. Wtedy ma szansę wtopić się w miejscowych. Może też dla niepoznaki założyć spodnie od dresu i olać poranne czesanie się i makijaż. Serio. ;)

Pociąg ruszył. Następny przystanek: Oslo.

Śnieg, trolle i skrzynki pocztowe

,

Dwa ostatnie dni zeszły mi na zwiedzaniu okolicy. W piątek wybrałem się na kilkugodzinny spacer wokół Gausdal (lokalne zdobienie włazu do studzienki burzowej widnieje na zdjęciu po prawej), zaś w sobotę całą ekipą przejechaliśmy się trasą wśród okolicznych gór i dolin.

Jak pisałem poprzednio, w norweskich górach wciąż leży śnieg. Tam, gdzie doliny są szerokie, a zbocza wystawione na działanie promieni słonecznych, gdzieniegdzie zieleni się nawet trawa. W innych miejscach zalegają grube warstwy śniegu, zaś jeziora pokrywa całkiem gruby lód (na tyle wytrzymały, że wciąż można po nim chodzić). Na naszej trasie znalazł się park tematyczny Helvete - czyli piekło. Można w nim zobaczyć największy w Norwegii wypłukany przez wodę kocioł erozyjny. Niestety, ilość zalegającego śniegu uniemożliwiła jakiekolwiek zwiedzanie. Cóż, jak widać, piekło zamarzło. ;)

Las koło Gausdal
Piekło w śniegu

Gdybym miał w tym momencie ocenić przywiązanie Norwegów do tradycji, powiedziałbym, że jest ono bardzo silne. Przynajmniej na terenach wiejskich - nie wiem, jak sprawa ma się w przypadku Oslo, choć sądząc po zdjęciach z parad odbywających się w różne święta narodowe, jest z tym podobnie. Nie jestem w stanie powiedzieć, na ile jest to przyjmowana powszechnie konwencja, a na ile rzeczywista wierność obyczajom (choć często słyszę, że Norwedzy są patriotami - maszty flagowe przy domach zresztą o tym świadczą). W każdym razie przyjemnie ogląda się przydomowe stojaki na skrzynki pocztowe. Niektóre z pojemników są bardzo interesująco zdobione, nawiązując do charakteru posiadłości, albo do tradycyjnych, skandynawskich opowieści, na przykład o trollach.

Na historię można zresztą natknąć się nawet w sklepie: na zdjęciu poniżej widnieje opakowanie chleba, nawiązujące ilustracją do opowieści o uratowaniu przyszłego króla Haakona IV przez stronnictwo Birkebeiner - trasa ucieczki do Trondheim wiodła przez góry w okolicach Lillehammer i Gausdal.

PS. Kontynuuję kulinarne poznawanie Norwegii: śledź na słodko nie jest taki zły. Natomiast tutejsze czarne cukierki robione są z lukrecji połączonej z czymś, czego nie jestem w stanie ani zidentyfikować, ani opisać. W każdym razie wrażenia smakowe są jedyne w swoim rodzaju - nigdy więcej. ;)

Na norweskiej ziemi

,

Gdyby ktoś się zastanawiał: doleciałem do Oslo w jednym kawałku. :) Teraz jestem w Gausdal, pogoda jest ładna, a Wikingowie przyjaźni. ;)

Norwegia znów mnie zaskoczyła. Północ, zimno - jasne, stereotyp. Ale zamarznięte jezioro Mjøsa, liczące 117 kilometrów długości, robi niesamowite wrażenie, podobnie, jak resztki śniegu pojawiające się na wzgórzach (zdjęcie po prawej). Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, ze Gausdal leży w górach, a Norwegia nieco bardziej na północ, niż Polska, mimo to jestem pod wrażeniem.

Dodatkową niespodzianką była długość dnia - zdjęcie (widoczne obok po prawej) zrobiłem koło 21:30. Tak, tam jest jasno o tej porze - a przecież wcale aż tak bardzo blisko w stronę Bieguna się nie udałem. Nie są to jeszcze białe noce, ale o wspomnianej porze jest tak jasno, jak w Polsce koło szóstej-siódmej po południu.

Korzystając z okazji, postanowiłem kontynuować kulinarne poznawanie krainy brązowego koziego sera. Mara i Tomek, u których mam przyjemność gościć, wskazali mi Fløtepudding - potrawę ze śmietany, ryb, krewetek i nie wiadomo, czego jeszcze. Smakuje to całkiem fajnie, jak jakiś rodzaj delikatnej rybiej zapiekanki (choć może raczej, zgodnie z nazwą, jest to coś zbliżonego do budyniu; jest jeszcze odmiana bezśmietanowa). Poza tym mam zamiar zapolować na lutefisk - wbrew ostrzeżeniom, które słyszę od wszystkich mających kiedyś bliższy kontakt z tą potrawą. ;)

Po dwóch kolejnych lutowych wizytach w Norwegii, tegoroczny wypad pod koniec kwietnia jest bardzo miłą odmianą - odkrywam nowe rzeczy i sprawia mi to nieopisaną radość. Kolejny raz będę się tu musiał wybrać w lipcu lub w sierpniu.

PS. Zdjęcia w nieco większej rozdzielczości wrzucę po powrocie do albumu.

The Høt Hands of an Oslo Dentist

,

I znów Norwegia. Jadę odpocząć, naładować baterie i - przede wszystkim - odwiedzić znajomych. Programu wycieczki w zasadzie nie ma, choć Borys wymyślił już kilka atrakcji na czas mojego pobytu w Oslo.

Dlaczego jadę po raz trzeci do Norwegii, zamiast odwiedzić miejsce, w którym jeszcze nie byłem? Ponieważ lubię ten kraj – tak po prostu. Poza tym pod koniec kwietnia ma być nieco cieplej, niż w lutym – tak więc zobaczę kraj fiordów i trolli (wczesną) wiosną. Tym razem postaram się nie nawalić i wrzucę zdjęcia oraz relację z co ciekawszych wydarzeń.

Kolejny cel podróży to Węgry, a w szczególności Budapeszt – parę razy przejeżdżałem przez to miasto, ale nie miałem nigdy okazji pozwiedzać. Ale to plan na wrzesień i okolice. Po drodze trafi się jeszcze Anglia – służbowo, co oczywiście nie przeszkadza w robieniu zdjęć i wykorzystaniu paru wolnych chwil, by coś fajnego zobaczyć, tym bardziej, że w UK jeszcze nie byłem.

Do przeczytania. :)

PS. Relacja i zdjęcia z żywieckiego Grojkonu pojawią się dopiero po moim powrocie. A cytat w tytule to oczywiście Monty Python.

DGCC

, ,

DGCC: de gustibus coś tam coś tam to internetowa wariacja na temat sentencji de gustibus non est disputandum. Owszem, o gustach dyskutować nie ma sensu. Inna sprawa jednak, kiedy ktoś przez pryzmat swoich preferencji ocenia jakiś produkt. Nóż mi się wtedy w kieszeni otwiera. Ja, dla przykładu, nie słucham jazzu, bo mi się nie podoba. Po co miałbym się katować muzyką, o której mógłbym tylko powiedzieć, że jest do bani? Niezależnie, jak wirtuozersko ktoś by mi ten jazz zagrał, nie strawię i już. Więc nie słucham i nie komentuję - bo i po co? Jeśli ktoś jednak decyduje się zawrzeć bliższą znajomość z dowolnym produktem (pop)kultury, który nie wpasowuje się w jego gust odbiorcy, sam jest sobie winien. Tym bardziej, jeśli można było zapoznać się wcześniej z jakąś próbką.

Esse na swoim blogu krótko podsumował film Doomsday, postapokaliptyczną brytyjską produkcję. W skrócie: dno dna, obrzydliwe, strata kasy. Skoro tak, to po co szedł do kina na film, którego zwiastuny jasno i wyraźnie pokazywały, o czym jest ten tytuł?

Już po obejrzeniu zapowiedzi widać, że fabuła będzie miałka, za to sporo pojawi się w filmie akcji. Nikt Doomsday nie reklamował jako wielkiego dzieła kinematografii. Wybrałem się na ten film jako na radosny, sobotni wypełniacz czasu. Spodziewałem się jatki, krwi, trupów, kiczu i dobrej zabawy - i wszystko to dostałem. Zgadzam się, że jest to produkcja przeciętna, która jednak broni się świetną muzyką i ostro popapraną stylistyką. Widać, że to Brytyjczycy robili ten film. Poza tym fani znajdą w Doomsday masę nawiązań, z czego najbardziej wyraźne to Ucieczka z Nowego Jorku i cykl Mad Max. W filmie jest masa przemocy, drastycznych scen i ogólnie pojętego krzywdzenia bliźnich na różne, czasem wymyślne sposoby.

Czego jednak można spodziewać się po tytule, w którym przedstawiono odizolowane społeczeństwo degenerujące się przez ponad dwadzieścia lat? Intrygi miłosnej, trudnych wyborów i artystycznych wzruszeń? Plakat wyraźnie ostrzega: film dla fanów gatunku. Po co więc iść na produkcję, która się nie spodoba? Nie mam pojęcia.

Oczywiście, może się tak zdarzyć, że ktoś trafi do kina nieświadomy, jaki seans rozpocznie się za chwilę. Jednak w takiej sytuacji zjechanie z góry na dół filmu, którego nie chciało się oglądać, jest po prostu głupie. Nie lubisz - to nie jedz, a na przyszłość uważniej sprawdzaj menu.

Kiedy idę do kina na thriller, spodziewam się thrillera, a nie komedii. Podobnie, gdy w trailerze widzę punkowe towarzystwo wytatuowane w tribalowe wzroki, wymachujące ostrymi narzędziami na tle eksplozji, nie oczekuję dramatu sądowego. Kiedy jednak jakimś cudem wybiorę się na film, który nie leży w zakresie moich zainteresowań, nie marudzę potem, że nudno było- bo jak mogłoby być inaczej? Gust jest po to, żeby się nim kierować.

DGCC i tyle. A jeśli ktoś jest masochistą i lubi oglądać produkcje, które mu nie leżą, to niech przynajmniej nie pisze potem recenzji.

Doomsday polecam jako niewymagającą rozrywkę, która w paru miejscach potrafi zaskoczyć i rozbawić. Ostrzegam, że krew w filmie leje się gęsto, trupów jest masa, a do tego dochodzi nieortodoksyjna scenografia, przypominająca patchwork (co sprawdza się doskonale i jeszcze mocniej podkreśla popaprany charakter wyniszczonej przez wirusa Szkocji). Zresztą, zobaczcie zwiastun. Jeśli potem pomyślicie: "Jaki fajny głupi film! Muszę go zobaczyć!", będziecie bawić się doskonale. Inni niech wybiorą się na jakieś kino familijne albo włączą Kuchnia.tv.