Skip navigation.

100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN

STICKY POST

Moje licencje Creative Commons

,

Karnawał blogowy #1: Przyszłość RPG

,

Co się będzie działo z polskim rynkiem gier fabularnych próbowałem zgadywać już parę razy. Każda próba była mniej skuteczna, niż wywróżenie z fusów, kto zostanie następnym prezydentem USA. Nawet ujawnione któregoś roku przez ISA i Portal dane o sprzedaży podręczników niewiele pomogły. Ani więc ze mnie analityk, ani wróżbita.

Poniższy wywód należy traktować więc jako mój bardzo subiektywny ogląd obecnej sytuacji z kilkoma „bo mi się wydaje, że” - albo jako zwyczajne bredzenie, jak komu wygodniej. Śródtytuły zaczerpnąłem z postu Borejki inicjującego Karnawał Blogowy RPG #1.

Jaka jest przyszłość gier fabularnych?

Przyszłość gier fabularnych jest rynkowa i zależna od popytu na tę formę rozrywki. Na tym można skończyć – póki ludzie będą chcieli grac w pen&paper RPG, póty będzie coś się działo w tej materii. Niekoniecznie od strony komercyjnej – wystarczy sieciowa witryna, na której można opublikować swoją grę ku uciesze innych. Fakt, że RPG nie zostało jeszcze zarżnięte przez ostatnie dwadzieścia lat rozwoju elektronicznej rozrywki, a ucieleśnienia kapitalizmu pokroju Hasbro czy White Wolf wciąż wydaja podręczniki, nastraja optymistycznie.

Jakie gry, firmy będą miały wpływ na branżę, a powstaną w niedalekiej przyszłości?

Kilka lat temu wydawało mi się, że w Polsce pojawiło się miejsce na małe, niezależne wydawnictwa, na publikacje gier własnym sumptem i tak dalej. Mamy rok 2009 i ani polskiej sceny małych wydawców nie ma, ani nie zapowiada się, by takowa powstała. Owszem, wyszły Ścieżka, Trójca, szykuje się The Shadow of Yesterday, ale o tym, czy to zaskoczy, będzie można porozmawiać za jakieś dwa lata. Jeśli ktoś jeszcze porwie się na wydanie własnej gry i zapewni jej jakieś wsparcie, choćby w postaci publikacji sieciowych, uznam to za dobry znak.

Jakie technologie odegrają znaczącą rolę w RPG?

Sieć i elektronika (projektory – są nawet dedykowane dla komórek, interaktywne stoły, etc) - ku rozpaczy twardogłowych artystów od świec i kotar. Ignorowanie możliwości skrócenia dystansu w komunikacji, jaki daje internet, było dla mnie niezrozumiałe w momencie wydania pierwszej edycji De Profundis, gdzie MOracz odradzał granie przez e-mail (w 2ed. Ma być już sekcja o graniu online) – doprowadziło to do tego, że na Zachodzie w DeP ludzie grali na listach dyskusyjnych i forach, a u nas grę stawiano na półce (z nielicznymi wyjątkami oczywiście). Program do VoIP+kamera internetowa+trochę softu wspomagającego MG i graczy i można się całkiem nieźle i wygodnie bawić. Zwłaszcza jeśli drużyna rozrzucona jest po kilku krajach.

[…]Jaka jest przyszłość tej branży u nas w Polsce?

Polski rynek jest skostniały, niestabilny i jak dla mnie rokuje niewielkie nadzieje na przyszłość. Owszem, wyszły Klanarchia i Exalted, Portal wydał jedno indie, ukażą się Wolsung i L5K. Super, prawda? A teraz trzeba zgadnąć, ile z tych gier doczeka się jednego dodatku wydanego w ciągu dwunastu miesięcy od daty ukazania się podstawki. Zauważcie, że nie ma na ten temat żadnych zapowiedzi – wątpliwe więc, by wydawnictwa planowały w tej chwili choć minimalne wsparcie w postaci dodatkowych publikacji. Jasne, takie plany pewnie istnieją, tyle że ujawnione zostaną, jeśli podstawki się sprzedadzą. Owszem, ma to sens – nikt nie będzie wydawał charytatywnie. Z drugiej strony gracze zostają na lodzie, kupując podręczniki podstawowe w ciemno. Jak wiemy, podstawka zawsze zawiera wszystko, co jest niezbędne do gry, a dodatki wychodzą ot tak sobie… W przypadku nowych gier można to jeszcze zrozumieć (chwyci, nie chwyci, szkoda pakować kasę, lepiej poczekać), ale skoro ktoś porywa się na wydawanie znanych i popularnych tytułów na licencji, to chyba wierzy w swój sukces? Jeśli nie, to lepiej, żeby nic się nie ukazało, zamiast straszyć potem jak Midnight, gra spóźniona i porzucona.

Prawdę mówiąc, przyszłość polskiego rynku tak naprawdę niewiele mnie interesuje – jego być czy nie być nie ma zupełnie przełożenia ani na ogólną kondycję gier fabularnych, ani na moje zainteresowanie tematem i moje potrzeby. Nie uważam za swój obowiązek wspieranie polskich wydawnictw tylko dlatego, że wydają - jak upadną, płakać nie będę. Gry kupuję głównie za granicą, tam zresztą coś się naprawdę dzieje poza mainstreamem, który u nas będzie pewnie dominował jeszcze długo (mainstream nie jest zły, ale na dłuższą metę jednak nudzi i przydałaby się czasem jakaś odmiana). Dodatkowo jakoś zachodni wydawcy potrafią skuteczniej zachęcić mnie do oddania pieniędzy właśnie im.

Może Klanarchia i Wolsung będą jak powiew świeżego powietrza, który zdmuchnie świece i rozchyli kotary.

Transformers 2: Bo fabuła była za słona

, ,

W minioną sobotę wreszcie zobaczyłem Transformers 2. Z kina wyszedłem uradowany jak rzadko, jako że film spełnił moje oczekiwania z nawiązką (swoje dołożył też zwiastun G.I.Joe – pomijając durne accelerator suits produkcja zapowiada się dobrze). Michael Bay poszedł na całość, dając miłośnikom wielkich robotów to, co lubią najbardziej: więcej wielkich robotów. Autoboty walczyły z Decepticonami, między nimi plątali się U.S. Marines z ciężkim sprzętem, było dużo huku, błysków, wybuchów, latających odłamków, i tak dalej. Twórcy postawili na akcję i wyszło im to doskonale. Żaden geek, który kiedykolwiek zachwycił się czy to animowanymi lub komiksowymi transformerami, czy też miał kiedyś figurki z tej serii, nie powinien się rozczarować.

Z ciekawości przejrzałem kilka opublikowanych w sieci recenzji (parę wygooglanych, parę spłynęło RSS-em). To był błąd. Myślę, że w przyszłości odpuszczę sobie jakiekolwiek filmowe recenzje w różnego rodzaju portalach opinii, tak komercyjnych, jak i fanowskich. Ku przestrodze podzielę się niektórymi złotymi myślami z tychże tekstów.

Ale co z olbrzymią rzeszą dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków, którzy niczym mantrę powtarzać będą zdanie o magicznym powrocie do dzieciństwa? Czy naprawdę trzeba im przypominać, że wychowali się na filmach takich jak "Powrót do przyszłości", "Poszukiwacze zaginionej arki", "Goonies" czy nawet "Terminator", które poza nowatorstwem formy, przemycały pod płaszczykiem rozrywki także podstawowe wartości? Film Baya nie jest przy nich nawet wygaszaczem ekranu...

stopklatka.pl
Tego nie ma nawet sensu komentować. Proponuję poszukać wartości w Cannibal Ferox i Cannibal Holocaust, może znajdzie się coś o krytyce społeczeństwa konsumpcyjnego? Tę klatkę faktycznie ktoś powinien zastopować. Raz a dobrze.

Tutaj kolejny raz boli świadomość zepsutych wątków Devastatora i Fallena. Te postacie miały taki potencjał, że same mogłyby pociągnąć cały film. A co robi Bay? Pakuje 46 Transformerów (oficjalnie, nie liczyłem), których praktycznie nie widać. No chyba, że jesteście maniakami i wszystkich rozpoznaliście, a nawet znacie historię postaci. Dla mnie połowa robotów tylko migała na ekranie i zanim się zdążyłem zorientować, że to jakiś nowy, już go nie było.

niezlekino.pl
Owszem, mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że Devastatora było za mało. Choć Devastator i Fallen faktycznie mogliby film pociągnąć – przez jakieś piętnaście minut, dopóki nie załatwiliby wszystkich Autobotów (kto pamięta pojawienie się Shockwave'a, ręka w górę). To nie ten kaliber robota, by go wrzucać na sam początek filmu. Co do migania robotów na ekranie – cóż, w komiksie tez migały, a na półkach sklepowych nawet bardziej. Służę pomocą naukową: oto lista dobrych i lista złych robotów. Do wykucia przed częścią trzecią, żeby się Rumble i Ravage w formie kaset nie mylili. Niezłe kino, nie ma bata.

W skrócie: Uczta dla oka, katorga dla uszu. Pod względem wizualnym – majstersztyk. Tysiące wybuchów, transformerso-mordobić, bardzo dobra praca kamery… no i Megan Fox. Pod każdym innym względem, niestety, dużo gorzej

polter.pl
Po pierwsze, po angielsku jest „Transformers”, a po polsku są „Transformery”. Tak jak nie ma talibanów, tylko są talibowie. A jesli od grzechotu łusek i wycia serwomechanizmów więdną uszka, to Hannah Montana jeszcze grają, zalecam więc profilaktycznie zmianę repertuaru na coś mniej męczącego. Wracając do meritum, o czym ma być film, w którym walczą ze sobą dwie frakcje wielkich robotów, uzbrojonych po zęby, a lista osób odpowiedzialnych za efekty specjalne zajmuje chyba z 2/3 napisów końcowych? Zgadujmy: miłość? Przyjaźń? Pokój na świecie? Live Aid? Nie, ten film jest o wielkich robotach, które dają sobie po ryju. Tak po prostu. Po mordach tłukły się figurki, mordobicie było w komiksach i serialach animowanych, więc o czym ma być live action? O tym, jak Optimus oświadcza się Megatronowi i zmienia nazwisko na Pride, a nad szczęśliwya parą rozkwita tęcza? Odradzamy recenzje filmowe w polter.pl

[...]poroniony robot-lachon.

pop gone wrong
Myślałem, że mowa o Arcee, ale Beaconowi chodziło o (SPOILER w ROT13!) Qrprcgvpban Cergraqren, xgóel qbovren fvę qb Fnzn. (KONIEC SPOILERA!). Cóż, jak się nie zna kanonu, to wychodzą takie kwiatki. Do wybaczenia. Choć tego, że się nadmiar akcji nie podoba, nie rozumiem. Jaki nadmiar akcji? W jedynce rozbawił mnie Optimus, który zaserwował w pewnej chwili prawdziwie patriotyczną gadkę, godną Amerykańskiego Kina Flagi (autorem tego zgrabnego określenia filmów typu Patriota jest Murphy). W pierwszej części, jeśli o mnie chodzi, było nieco za spokojnie, dopiero teraz Bay rozwinął skrzydła. Tak, więcej walczących robotów to coś, czego brakowało. Pop zdecydowanie went wrong this time. Za pokutę Beacon powinien obejrzeć Lejdis trzy razy bez przerwy.

Na zakończenie tej wyliczanki akcent pozytywny. Onet.pl puścił recenzję kinowego wytworu popkultury i go nie zjechał. Byłem w szoku, pamiętając kilka innych tekstów w tym portalu, w których to autorzy popisywali się nieznajomością tego, co recenzują (od braku świadomości, że film był np. ekranizacją komiksu, po zupełną ignorancję względem konwencji – coś a'la domaganie się newtonowskiej fizyki w Star Wars).

Wygląda na to, że zapanowała moda na czepianie się tam, gdzie czepiać się nie ma po co. Jak ktoś chce skomplikowanej i logicznej fabuły, niech obejrzy jakiś kryminał. Chce głębi, ambicji i przemyśleń? Kieślowski czeka. Kino rozrywkowe zostawcie tym, którzy tej rozrywki oczekują. Nie twierdze, że kiepskiego rozrywkowego filmu nie można nazwać po imieniu. Hitman był słaby przy dobrym materiale wyjściowym, Nienarodzony był żenujący. Przeniesienie transformerów na duży ekran ma natomiast wszystko, czego od tej produkcji można było oczekiwać.

Gdyby ktoś chciał przeczytać porządną recenzję Transformers 2, niech zajrzy na blog Deckarda.

Pora na podsumowanie. Transformers 2 to film o wielkich robotach, które:
  • są wielkie
  • są uzbrojone
  • bywają wkurzone
  • potrafią wyrwać drzewo i nim przywalić
  • nie lubią swoich pobratymców z innym wzorkiem wydziaranym na klacie
  • naparzają się z tymi złymi/dobrymi robotami (zależnie od opcji) przy pomocy wyżej wymienionego uzbrojenia
  • potrafią zrobić niezłą demolkę – trudno, żeby było inaczej, skoro są wielkimi, uzbrojonymi robotami, które tłuką inne wielkie, uzbrojone roboty
  • wszystko powyższe robią od 1984 roku

Transformers 2 to film o wielkich robotach (powtarzamy, aż się utrwali). Są uzbrojone i niebezpieczne. Radość płynąca z oglądania odstrzeliwanych, odcinanych i odrywanych metalowych części jest wielka. Brak fabuły? Jaki brak fabuły, dajcie spokój – każdy fan zna historię o tym, że transformery przybyły z Cybertronu na Ziemię, a tam kontynuowały to, co robiły na rodzinnej planecie: tłukły się po pyskach.

Jeśli powstanie część trzecia, to mogą ją nawet zrobić w formie przekazu na żywo z pola walki. Sto dwadzieścia minut czystej, transformerowej nawalanki. Marzenie.

mBank: ale fajny samiec z Ciebie

,

Przeglądałem informacje o kończącej się akcji promocyjnej mBanku. Z ciekawości kliknąłem na link do regulaminu. Plik PDF załadował się zgodnie z oczekiwaniami.

Potem spojrzałem na belkę czytnika PDF i zgubiłem szczękę. Regulamin we właściwościach pliku wpisany miał następujący tytuł:

"ale fajny samiec z Ciebie, kurda prawie jak heteryk, to rzadkość u gejów, strasznie mnie to kreci i niewykluczone, ze aż dam sie dorwać"

Plik wciąż jest do ściągnięcia ze strony mBanku (zlinkowany wyżej); dla chetnych mam kopię. :>

Co prawda pewnie usuną cały wpis wraz z końcem promocji (31 maja), ale i tak dam im znać jutro.

Ktoś chyba się zagapił z Ctrl+C/Ctrl+V. :P

UPDATE 25.05.2009 21:25
Już poprawili.

Screeny (kliknij, aby powiększyć)



GryFabularne.pl - 1 kwietnia

, ,

Poprzedni wpis to oczywiście primaaprilisowy żart. Choć nie do końca. Założenia są jak najbardziej prawdziwe w kontekście tego, co chciałbym zobaczyć w sieci. Niestety, brakuje inwestora. ;)

Jeśli jednak za pół roku czy za rok odkryję na jakimś portalu kącik dla wydawców, z całą maszynerią wspierającą wydawanie gier, będę się cieszył. Tak więc, jeśli macie środki, możecie pożyczyć sobie pomysł. Albo dajcie mi znać, a chętnie pomogę w realizacji. Tanio. :>

GryFabularne.pl

, ,

1 kwietnia ;)

1 stycznia 2010 roku wystartuje inicjatywa GryFabularne.pl. Będzie to portal społecznościowy, który ma zamiar zebrać społeczność graczy w jednym miejscu i ułatwić miłośnikom gier fabularnych komunikację i wymianę doświadczeń.

Wizja: w 2013 roku chcemy być największym (liczba zarejestrowanych użytkowników, ale też odsetek aktywnych w serwisie) i oferującym najlepsze usługi portalem społecznościowym skierowanym do graczy. Rozwiązania, które zamierzamy wdrożyć, czerpią z modelu Web 2.0. Chcemy zaoferować blogi, miniblogi, polecenia, networking, wsparcie dla sesji online (Skype, fora, komunikatory, specjalistyczne oprogramowanie do grania w RPG po sieci) oraz narzędzia dla twórców gier, w tym sklep internetowy i wydawnictwo „small press” – publikacje elektroniczne i druk na żądanie (o tym więcej w przyszłości).

Misja: najważniejszy jest gracz. Rozwiązania i narzędzia, jakie oferujemy, są przeznaczone dla niego. Jesteśmy graczami i chcemy, aby inni mogli skorzystać z naszych doświadczeń. Chcemy być partnerem – nie mentorem, opiekunem – ale nie nadzorcą. Naszym zdaniem jest dostarczyć narzędzi, Waszym – wykorzystać je. Chcemy być pomocni, otwarci na Wasze głosy, dostarczyć wam najlepszych rozwiązań, by Wasze gry stały się jeszcze lepsze. Dla twórców będziemy miejscem, gdzie będą mogli zająć się tworzeniem gier, uzyskując pomoc w ich promocji i wydaniu. Zależy nam na rozwoju rynku RPG w Polsce i mamy zamiar konsekwentnie wspierać fanowskie i profesjonalne inicjatywy.

Cele biznesowe: (bez wdawania się w detale, zainteresowanych prospektem prosimy o kontakt) zakładamy, że przedsięwzięcie wyjdzie na zero za pięć lat, a zacznie na siebie zarabiać po kolejnych pięciu. Nie mamy zamiaru udawać, że wszystko operuje dzięki powietrzu i dobrej woli. Pieniądze przede wszystkim wydawane będą na inwestycje zgodne z założeniami portalu: na promowanie gier fabularnych. Przede wszystkim chcemy zapewnić piszącym dla nas autorom uczciwą wierszówkę. Mamy pewność, że rynek gier fabularnych w Polsce da się odbudować i rozbudować do poziomu, na którym działalność tego typu będzie opłacalna dla wszystkich. Serwis oparty na Web 2.0 będzie miał zarząd ograniczoną do minimum, którego celem będzie sprawowanie kontroli nad podstawowymi założeniami przedsięwzięcia, jak i realizacja celów biznesowych. Niewielka redakcja zarządzać będzie treścią platformy. Głównym inwestorem jest duża firma outsourcingowa. Korzystanie z serwisu, poza opcjami dla wydawców, będzie bezpłatne. Reklamy będą profilowane pod kątem publikowanych treści.

Zapraszam do współpracy. Więcej informacji (detale technologiczne, design serwisu, etc.) pod koniec kwietnia.

Kontakt:
Biuro Zarządu: Marcin Segit (marcin.segit@gryfabularne.pl)
Kontakt biznesowy: biznes@gryfabularne.pl
Współpraca: wspolpraca@gryfabularne.pl

Dodatkowe informacje

Stawiamy na model społecznościowy (Web 2.0), co nie oznacza, że czekamy tylko na to, co nam dostarczycie. Po pierwsze, podpisaliśmy kontrakty z kilkunastoma twórcami i propagatorami gier, zarówno polskimi i zagranicznymi. Są wśród nich wydawcy, autorzy, ale także bloggerzy. Nie zamierzamy przyjść do Was z pustymi rękami i czekać, aż coś zrobicie. Po drugie, będziemy wypłacać wierszówkę autorom tekstów opublikowanych w serwisie. Najlepsi mogą liczyć na stały angaż. Płacić będziemy także za redakcję i korektę tekstów. Model rozliczenia newsów zostanie przedstawiony w późniejszym terminie (pracujemy nad nim; najprawdopodobniej będzie miał formę atrakcyjnego rozliczenia bezgotówkowego – gry, książki, gadżety).

Owszem, skoro mamy zamiar za coś płacić, to chcemy mieć nad tym kontrolę. Nie obawiajcie się, nie będziemy domagać się od Was zrzeczenia się praw autorskich. Poziom kontroli nad publikacjami, jaki będziemy sprawować, ma na celu zapewnić jedynie ogólny nadzór treści (to ma być serwis o RPG, a nie o porno). Do tego chcemy wyłapywać zdolnych autorów. Newsy, jak wspomniałem wyżej, będą oparte na mechanizmie Bagna, które stanie się częścią portalu. Treści tworzone przez użytkowników nie będą moderowane, wyjąwszy przypadki stojące w sprzeczności z obowiązującym prawem (przede wszystkim te wymienione w Kodeksie Karnym). Blogi nie będą profilowane – nie muszą być wyłącznie o grach! Nie mamy zamiaru ani ochoty prowadzić akcji policyjnych i nękać użytkowników za jeden wulgaryzm lub treści nie pasujące do naszej wizji lub poglądów. My dajemy narzędzia, Wy możecie ich używać tak, jak Wam przyjdzie na to ochota.

Owszem, to jest biznes. Jednak jeśli ktoś będzie chciał wydać z naszą pomocą grę, może liczyć na uczciwe warunki umowy. Zależy nam na rozwoju rynku, a nie na jego dobiciu. Osoby zarządzające przedsięwzięciem mają inne źródła dochodu i nie muszą dorabiać na dwudziestu kopiach cudzego podręcznika. Podkreślamy, że założeniem jest rentowność portalu, a nie naszych kieszeni. Zysk będzie inwestowany w rozwój technologiczny serwisu, poszerzanie oferty jak i rozbudowę rynku gier fabularnych w Polsce.

Więcej o tym, co mamy do zaoferowania, grafiki, nazwiska twórców, podamy w ciągu najbliższych miesięcy.

Jeśli macie pytania, prosimy zadawać je w komentarzach.

Nienarodzony - najlepszy był trailer

, ,

Pomysł na film Nienarodzony (The Unborn był fajny. Podaruję sobie oznaczanie spoilerów, bo mam nadzieję, że nikogo do obejrzenia tego filmu nie zachęcę: dybuk próbuje powrócić do świata żywych. Mógł być z tego całkiem niezły, koszerny horror.

Tymczasem do kina trafiła idiotyczna historia o demonie, który chce się odrodzić, więc usilnie próbuje zabić swoją przyszłą matkę (serio!) - no dobra, nienawidzi jej, bo jej babka zabiła go w Oświęcimiu (jeszcze bardziej serio!). Na koniec okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży (bliźniaczej, co istotne), więc na cholerę było to całe zabijanie. Do tego dochodzi wątek obumarłego bliźniaczego płodu bohaterki (jej babka też była bliźniakiem i właśnie w jej brata wszedł demon w Oświęcimiu wskutek eksperymentów nazistów) – pewnie dlatego dybuk dyszy nienawiścią, gdyż siostra udusiła go swoją pępowiną jeszcze przed porodem. Jak widać, mordowanie swoich demonicznych bliźniaków jest tutaj wartością rodzinną.

Tyle fabuły w skrócie. Więcej nie ma. Nie, nie umiem jej lepiej wytłumaczyć. Za to nasuwa się kilka pomysłów do wykorzystania w przyszłych produkcjach, które nie koniecznie będą sensowne, ale może chociaż będą śmieszne:
  • w filmie nienarodzony płód-demon pojawia się pod postacią kilkuletniego chłopca. Skoro nienarodzony, to niech następnym razem mordercą będzie płód – może np. dusić pępowiną albo zamamływać na śmierć. Tego chyba jeszcze w kinie nie było.
  • dowolny demon władający telekinezą jest w stanie przerwać każdy egzorcyzm np. niszcząc księgę z zaklęciami/modlitwami. Potem wystarczy wykończyć uczestników obrzędu, a zwłaszcza tego, który zna magiczne formuły. Oczywiście dybuk zapomina o tym ostatnim, dzięki czemu wszystko dobrze się kończy.
Do tego dorzucę doskonałe tłumaczenie dialogów, które pozwolę sobie skomentować jednym przykładem z projekcji:

oryginał: horrible experiments that blurred the lines between science and the occult
tekst polski: eksperymenty z pogranicza nauki i tortur

Za tekst odpowiedzialny był niejaki T.A.Deusz. Też bym się wstydził podać nazwisko.

No dobra, mały plusik za fajna muzykę.

Ja lubię głupie filmy. Na Black Water ubawiłem się setnie (scena z wabieniem krokodyla kawałkiem urwanej ręki rozbraja). Nienarodzony to jednak film tak zły, że nic go nie ratuje. Nie warto, odradzam, apage!


Naleśnikowe objawienie

I ujrzałem.
Podpłomyk to był.
A na podpłomyku obraz, niczym postać znajoma, a obca zarazem.
Oczy miała wielkie, jako i usta.
I język z ust wystawał.
A nad głową macki wyciągnięte, nieba sięgające.
Patrzyła na mnie.
I było to dobre.







Stare gry - to ma sens!

, ,

Parę dni temu skończyłem przechodzić Secret Operations, dodatek do gry Wing Commander: Prophecy, piątej odsłony serii doskonałych space simów. Moje granie w „taki staroć” znajomy, poza wytknięciem grze wieku, skomentował następująco: Masz nowego kompa. Zagrałbyś w coś nowego. Jest sens grać w stare gry?

Sens jest. Lubię grać w dobre tytuły, niezależnie od daty wydania. W gry z serii Wing Commander zagrać chciałem od kiedy tylko usłyszałem o tym tytule, jakoś na początku lat 90. Wtedy jednak nie miałem PC-eta, potem zaś nie miałem gry. Dopaść wszystkie pięć części udało mi się parę lat temu, m.in. dzięki MidMad, jak się okazało, fance serii. Przechodziłem je powoli, grając w dodatki i zachwycając się fabułą, animacjami, grą aktorów (od Heart of the Tiger) i doskonałym intro do The Price of Freedom (jedno z moich ulubionych intro ever: part 1 i part 2).

Nie mam problemu z graniem w stare gry. Więcej, nierzadko znajduje je lepszymi od najnowszych, wypchanych grafiką i muzyka produkcji. Być może dlatego, że wychowałem się na Commodore 64 (i innych 8-bitowcach; czasem zresztą wracam do tych czasów dzięki emulatorowi CCS64). Nie chcę tu rzucać wyświechtanym sloganem, że gry kiedyś były lepsze. Jednak gdy patrze na dzisiejsze produkcje zajmujące całą płytę DVD i porównuje je z niekiedy rewolucyjnymi produktami wydanymi dwadzieścia lat temu, którym do działania wystarczyło 64 KB pamięci, to bez wahania wskazuję starsze tytuły jako lepsze. Może nie chodzą w rozdzielczości 1900x1200 i nie ogłuszają muzyką dobiegającą z głośników 7.1, ale znajduję o wiele przyjemniejszym zagrać po raz tysięczny w Sid Meier's Pirates!, niż dla przykładu po raz drugi podejść do FarCrya (który może i był ładny, ale nudny i przewidywalny).

Jeśli o mnie chodzi, replayability w grach, rozumiane jako zwykła chęć ponownego zagrania w dany tytuł, skończyło się wraz z Quake 2. Doom (1 i 2), pierwszy Quake – w to z przyjemnością grałem po kilka razy. Co z tego, że teraz tytuły oferują po kilka zakończeń, a fabuła rozgałęzia się, dorzucając nowe wątki i różne sposoby na rozwiązanie problemów. Zdecydowanie lepiej bawię się grając w Arkanoid i wymiękając tradycyjnie – jak to mam w zwyczaju od 1986 - w okolicach 10 planszy. Lubię nowe gry, gram w nie, ale jak na razie jedynym tytułem, który zdarzyło mi się w ciągu ostatnich paru lat uruchomić ponownie, to odświeżona wersja Sid Meier's Pirates! - tak, ta gra jest dobra w każdej odsłonie i na każdej platformie (a grałem na C64, w dwie wersje pecetowe i na PSP). Nowym tytułom brakuje czegoś, co bodaj w Secret Service określono jako 'miodność” - to coś, co w perspektywie czasu sprawia, że o grze się pamięta. Co was zachwycało w 2003? Pamiętacie tytuł? Ja wiem, w co zagrywałem się przez całą piątą klasę podstawówki: The Last Ninja.

Wczoraj zacząłem przechodzić Wiedźmina. Znając opinie znajomych, recenzentów i pracy branżowej myślałem, że zostanę powalony na kolana i odbuduje nieco nadwątloną wiarę we współczesne gry. Tymczasem po paru godzinach zabawy jestem rozczarowany – gra jak gra, rewolucji nie ma. Owszem, wgląda ładnie, fabuła zapowiada się interesująco, ale Ultima VII wciągała już w pierwszej minucie. Tutaj jak na razie „tego czegoś” zabrakło (no i nie wiem, kto to nazwał cRPG...). Być może zmienię zdanie, gdy przejdę całość, o czym nie omieszkam poinformować. Na razie jednak pozwolę sobie odpalić emulator i pograć w coś, co nie zajmuje mi 10+ GB na dysku, a poziomem dostarczanej zabawy bije wszystko na głowę: Bubble Bobble.


Død snø: Ein! Zwei! Die!

,

Jak się okazało, nie wszyscy już wiedzą, że pojawił się interesujący film: Død snø. Premierę miał 9 stycznia (Norwegia). Data światowej (USA...) jak i polskiej premiery jest wciąż nieznana. Oczekiwanie można umilić sobie oglądając zwiastuny (pierwszy rządzi! - Oda do radości :)), jak i zmieniając design operowego bloga na tematycznie związany z filmem (jak widać powyżej).









Download Opera, the fastest and most secure browser