Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

photo

100% Seji

Urlop. :) Nie ma mnie.

Posts tagged with "Felietony"

DGCC

, ,

DGCC: de gustibus coś tam coś tam to internetowa wariacja na temat sentencji de gustibus non est disputandum. Owszem, o gustach dyskutować nie ma sensu. Inna sprawa jednak, kiedy ktoś przez pryzmat swoich preferencji ocenia jakiś produkt. Nóż mi się wtedy w kieszeni otwiera. Ja, dla przykładu, nie słucham jazzu, bo mi się nie podoba. Po co miałbym się katować muzyką, o której mógłbym tylko powiedzieć, że jest do bani? Niezależnie, jak wirtuozersko ktoś by mi ten jazz zagrał, nie strawię i już. Więc nie słucham i nie komentuję - bo i po co? Jeśli ktoś jednak decyduje się zawrzeć bliższą znajomość z dowolnym produktem (pop)kultury, który nie wpasowuje się w jego gust odbiorcy, sam jest sobie winien. Tym bardziej, jeśli można było zapoznać się wcześniej z jakąś próbką.

Esse na swoim blogu krótko podsumował film Doomsday, postapokaliptyczną brytyjską produkcję. W skrócie: dno dna, obrzydliwe, strata kasy. Skoro tak, to po co szedł do kina na film, którego zwiastuny jasno i wyraźnie pokazywały, o czym jest ten tytuł?

Już po obejrzeniu zapowiedzi widać, że fabuła będzie miałka, za to sporo pojawi się w filmie akcji. Nikt Doomsday nie reklamował jako wielkiego dzieła kinematografii. Wybrałem się na ten film jako na radosny, sobotni wypełniacz czasu. Spodziewałem się jatki, krwi, trupów, kiczu i dobrej zabawy - i wszystko to dostałem. Zgadzam się, że jest to produkcja przeciętna, która jednak broni się świetną muzyką i ostro popapraną stylistyką. Widać, że to Brytyjczycy robili ten film. Poza tym fani znajdą w Doomsday masę nawiązań, z czego najbardziej wyraźne to Ucieczka z Nowego Jorku i cykl Mad Max. W filmie jest masa przemocy, drastycznych scen i ogólnie pojętego krzywdzenia bliźnich na różne, czasem wymyślne sposoby.

Czego jednak można spodziewać się po tytule, w którym przedstawiono odizolowane społeczeństwo degenerujące się przez ponad dwadzieścia lat? Intrygi miłosnej, trudnych wyborów i artystycznych wzruszeń? Plakat wyraźnie ostrzega: film dla fanów gatunku. Po co więc iść na produkcję, która się nie spodoba? Nie mam pojęcia.

Oczywiście, może się tak zdarzyć, że ktoś trafi do kina nieświadomy, jaki seans rozpocznie się za chwilę. Jednak w takiej sytuacji zjechanie z góry na dół filmu, którego nie chciało się oglądać, jest po prostu głupie. Nie lubisz - to nie jedz, a na przyszłość uważniej sprawdzaj menu.

Kiedy idę do kina na thriller, spodziewam się thrillera, a nie komedii. Podobnie, gdy w trailerze widzę punkowe towarzystwo wytatuowane w tribalowe wzroki, wymachujące ostrymi narzędziami na tle eksplozji, nie oczekuję dramatu sądowego. Kiedy jednak jakimś cudem wybiorę się na film, który nie leży w zakresie moich zainteresowań, nie marudzę potem, że nudno było- bo jak mogłoby być inaczej? Gust jest po to, żeby się nim kierować.

DGCC i tyle. A jeśli ktoś jest masochistą i lubi oglądać produkcje, które mu nie leżą, to niech przynajmniej nie pisze potem recenzji.

Doomsday polecam jako niewymagającą rozrywkę, która w paru miejscach potrafi zaskoczyć i rozbawić. Ostrzegam, że krew w filmie leje się gęsto, trupów jest masa, a do tego dochodzi nieortodoksyjna scenografia, przypominająca patchwork (co sprawdza się doskonale i jeszcze mocniej podkreśla popaprany charakter wyniszczonej przez wirusa Szkocji). Zresztą, zobaczcie zwiastun. Jeśli potem pomyślicie: "Jaki fajny głupi film! Muszę go zobaczyć!", będziecie bawić się doskonale. Inni niech wybiorą się na jakieś kino familijne albo włączą Kuchnia.tv.



Fani dla fanów?

, ,

Fani gier fabularnych mają to do siebie, że bardzo często tworzą materiały do swoich ulubionych gier. Jakość tych produktów jest oczywiście mocno zróżnicowana - trafiają się i straszliwe gnioty, jak i absolutne perełki, dorównujące lub przewyższające nawet to, co wyszło spod pióra oryginalnych autorów.

Internet pełen jest fanowskiej twórczości, za którą autorzy, rzecz jasna, nie otrzymują wynagrodzenia. Fani tworzą dla własnej satysfakcji. Jeśli opublikowany materiał zostanie uznany za wart uwagi, a ktoś poleci go znajomym lub wykorzysta samemu na sesji, autor może być z siebie dumny.

Czasem zdarza się i tak, że autor lub wydawca gry zainteresuje się fanowską twórczością. Na dobrą sprawę obaj powinni mieć choćby minimalne rozeznanie, jak wygląda fandom skupiony wokół produktu, co ludzie mówią i co piszą, ale to temat na kiedy indziej. Uważam, ze chociaż satysfakcja z pozytywnej reakcji fanów na opublikowany materiał fanowski to dużo, prawdziwa nobilitacją jest dostrzeżenie publikacji przez autora lub wydawcę gry. A jeśli nadarza się szansa oficjalnego wydania materiału tworzonego dla własnej przyjemności, wszyscy powinni zacząć bić brawo. Materiał okazał się bowiem na tyle dobry, że warto go wydać na papierze. Co więcej, dla fana jest to przeskok o poziom wyżej - z hobbysty zmienia się on w twórcę materiałów do gry, wymienianego oficjalnie czy to w materiałach prasowych, czy w bazach danych podręczników do RPG (o liście płac w samym dodatku nie wspominając).

Każda inicjatywa fanowska jest cenna. Każde wsparcie wydawcy dla fanów jest na wagę złota. Jedni są bowiem zależni od drugich - i odwrotnie. Jeśli więc wydawca chce wesprzeć fanów podając im rękę i mówiąc "wy napisaliście, a ja to wydam i zapłacę", należy odbić korki od szampana. Wydawca bowiem pokazał, że mu zależy, fani zaś mają okazję zyskać nie tylko dobry materiał, ale także wskazówkę, czyją twórczość należy śledzić ze szczególna uwagą.

Dlatego też zdębiałem lekko, kiedy przeczytałem o decyzji Wydawnictwa Portal, które pod presją fanów (sic!) wycofuje się z pomysłu wydania drukiem najlepszych fanowskich materiałów do Neuroshimy (cała dyskusja o projekcie tutaj). Argumenty fanów? "Bo to już było", "Bo w sieci mam za darmo".

Zazwyczaj materiały fanowskie, zanim trafią na papier, są redagowane, uzupełniane, bywa, że pisane w dużym stopniu od nowa. Na pewno nie są jedynie zwykłym Control+C Control+V z sieci. Znając Portala, pewnie dorzuciliby do dodatku jakieś premierowe materiały lub to, co nie zmieściło się w poprzednich publikacjach. Ale nie, zmuszeni przez fandom gry (jaki to fandom, który nie chce nowych materiałów?!) odwiesili pomysł na kołek, by czekał na lepsze czasy.

Jak napisałem wyżej, każdy gest wydawcy w stronę fanów jest ważny. Ważna jest jednak również postawa fanów wobec wydawnictwa. Nie zdziwiłbym się, gdyby Portal po tym wydarzeniu nieco przystopował swój entuzjazm względem fandomu portalowych gier. Ale cóż zrobić: fani fanom zgotowali ten los.

Kultura śmierci

, ,

Wieczór. Siedzę przy biurku. Za oknem niby-zima, mokro, szaro, bez śniegu. Czytam, nadrabiając książkowe zaległości, w tle gra stary CD Nightwisha. Zgrzyt, dźwięk się urywa, skacze, niczym porysowany winyl w gramofonie. Przełączam na następny kawałek - to samo. I na kolejny - dalej problemy. Wyjmuję płytę z czytnika, oglądam pod światło - rys nie widać, mimo to coś jest nie tak.

To wydarzenie sprzed paru dni przypomniało mi o innym. Wyciągnąłem z szafy leżakującą tam kasetę VHS z nagranym kiedyś filmem, którego nie miałem możliwości obejrzeć. Potem o nagraniu zapomniałem, znalazłem je przypadkiem po paru latach i z nadzieją włączyłem magnetowid. Nic z tego, zamiast obrazu dostałem jedynie jasną zamazaną plamę. Magnetyczny zapis uległ nieodwracalnemu uszkodzeniu.

Stara płyta, jeszcze starsza kaseta - z pozoru nośnik wytrzymał fizycznie parę lat przechowywania na półce. W rzeczywistości jednak zapisane na nim treści wyblakły, niczym litery na kartce papieru. I choć nie jest dziś problemem odnaleźć zamienniki - choćby w formie elektronicznej - to jednak coś zginęło, umarło śmiercią naturalną, ze starości.

Mówi się, że kultura popularna to papka, śmieci, nic nie warte treści. Ale nic się nie wspomina o tym, że jest to prężnie i skutecznie działająca machina zagłady. Każdego roku pojawiają się nowe pomysły. Każdego roku umiera ich równie wiele. Nurt pop to moda, zwykle chwilowa, to zachcianki tłumu, którego gust zmienia się coraz szybciej. Producenci nie zgrywają już pomysłów do cna, ale mordują je, robiąc miejsce nowym produktom. Więcej, szybciej, byle tylko dopasować podaż do popytu.

Mam na dysku plik, w którym trzymam martwe pomysły. Zapisuję w nim różne rzeczy, które czasem przychodzą mi do głowy: zarysy scenariuszy do gier fabularnych, fabuły opowiadań, luźne idee. Ostatnio nieco odchudziłem listę, wycinając z niej rzeczy, które stały się nieaktualne, które umarły prawdziwą śmiercią. Dlaczego martwe pomysły? Ponieważ wiem, że nigdy ich nie zrealizuję (z braku czasu lub chęci), że będą czekać w pliku txt, aż zdezaktualizują się do końca. Wtedy wymażę je z dysku. Kogo bowiem dziś zainteresuje scenariusz oparty o problem roku 2000?

Mam półkę z grami. Część z tych gier też już umarła - śmiercią rynkową, ale i przez pójście w zapomnienie. Przecież dziś nie znajdę graczy do Mechawojownika. Ba, i o chętnych do Zewu Cthulhu bywa ciężko. Pojawiły się nowe tytuły, nowe rozrywki, starym pozostała powolna agonia na zakurzonym regale. Blakną, rysują się, niczym stare CD, pozornie bezpieczne w plastikowym opakowaniu.

Mam wreszcie nieco zaległych Fenixów z 2000 roku, przejrzanych, ale nie przeczytanych od deski do deski. Ich lektura działa jak wehikuł czasu: wracam do starych zapowiedzi, do dawnych spraw fandomowych, do plotek o scenariuszu Władcy pierścieni. Dziś Fenixa już nie ma. A Władca pierścieni? Przyznajcie, z ręką na sercu, czy dziś mówi się jeszcze o tym filmie poza środowiskiem wiernych fanów? Po co, skoro do kin wchodzą nowe, jeszcze lepiej zrobione produkcje?

Popkultura jest niczym Ouroboros, niszczy samą siebie, ale jednocześnie odradza się. Zabija bezlitośnie stare pomysły, a na ich miejsce wprowadza nowe. Stare gry na półce pokrywa kurz. Stare płyty przestają działać, a na taśmach VHS - dziś już niemal antycznych artefaktach - obraz zmienia się w biały szum. Zaraz, zaraz - powiecie - przecież płyty i kasety to nie pomysły, to nie idee. Owszem, ale treści na nich nagrane już tak. Mogę ściągnąć Nightwisha w mp3. Wciąż. Ale czy ściągnę go za dziesięć lat? Czy znajdę w jakimś zapomnianym przez bogów i ludzi sklepie ostatni egzemplarz płyty, której nawet Internet nie będzie znał?

Zamiast VHS - DVD. Zamiast CD - mp3. Zamiast zakurzonych podręczników - nowe gry z nowymi przygodami. I tylko plik martwych pomysłów wciąż rośnie, aż któregoś dnia odchudzę go, hurtowo kasując teksty, dołączając tym samym do siewców zarazy. Przed kulturą śmierci nie ma ucieczki. Tylko czasem ręka zadrży, zanim się wciśnie delete.