Friday, 17. August 2007, 13:26:42
Jakiś czas temu udałem się w odmęty sieci, by znaleźć jakąś miłą, dobrze karmiącą knajpkę o sensownych cenach. Pod wpisem spierało się kilka koncepcji, ja miałem swoje wymagania, padło kilka nazw. Ostatecznie lokal znalazłem, nie do końca taki, który chciałem - a na pewno nie ten, który był w najbliższych planach. A sam lokal potrzebny mi był, żeby zabrać Elmę na dobrą kolację. :)
W każdym razie, po paru naradach, zdecydowaliśmy się z Elmą udać się do Balatonu, węgierskiej restauracji mieszczącej się przy ulicy Grodzkiej. Przez dwie minuty staliśmy w drzwiach i rozglądaliśmy się za wolnym stolikiem (zaskoczyła mnie niewielka ilość miejsca w środku). Przez dwie minuty stojąca za barem kelnerka gapiła się na nas jak wół na malowane wrota. Po tym czasie zgodnie stwierdziliśmy: "To my was też olewamy" i wymaszerowaliśmy z Balatonu. Przyznaję, szkoda mi było trochę, bo nastawiłem się na kuchnię węgierską, ale klient głosuje portfelem, prawda? A zero reakcji ze strony personelu nie zachęca do wydania choćby złotówki. Balaton jeszcze kiedyś odwiedzę dla samych węgierskich smaków, ale niech nie oczekują napiwku. ;).
Na liście rezerwowej była Szabla i szklanka, takoż o węgierskim smaku, choć byłem nastawiony nieco sceptycznie (głownie na skutek znalezionych w sieci opinii co do stosunku jakości do cen). Ale jako, że zdecydowaliśmy się nadłożyć nieco drogi i pójść na około, trafiliśmy do Pod Wawelem (ul. Gertrudy, na Plantach, przy Wawelu, jak podpowiada nazwa), krakowskiej filii warszawskiego lokalu Podwale 25 - Piwna Kompania, dla zmylenia Krakusów nazwanego Kompania Kuflową.
O tym miejscu słyszałem już wcześniej i przyznać muszę, że opowieści brzmiały zachęcająco: dużo, dobrze, tanio, a do tego hołdowanie zasadzie "klient nasz pan". Muszę przyznać, że opowieści nie były przesadzone.
Już na progu zostaliśmy przywitani przez kelnerkę i poprowadzeni do stolika. Dostaliśmy menu, zamówiliśmy piwo i zaczęliśmy się zastanawiać, co by tu wziąć. Na starter poszedł śledzik, co, jak się okazało, było błędem. Nie, nie był zły - był przepyszny. Ale nie spodziewałem się startera wielkości dania obiadowego. A potem było już tylko lepiej. I choć nie był to poszukiwany przeze mnie miły, kameralny lokal, było nieźle.
Elma wzięła rybę, sandacza po litewsku, pieczonego z chrzanem i boczkiem. Ja skusiłem się na Ognistą szpadę wieprzową z bekonem, cebulą, papryką z ryżem, ziemniakami oraz surówką z białej i czerwonej kapusty. Na dania czekaliśmy jakieś dwadzieścia minut, popijając piwo i zagryzając małosolnymi ogórkami i kiszoną kapustą, które to jako zakąska na stół wjechały zaraz po piwie.
Pierwsza przyszła ryba. Solidna porcja, nie powiem, ale w sumie nic wielkiego. Ot, porządna ilość, żeby się człowiek najadł jak u mamy (kilka sporych kawałków ryby, ryż, sałatki, itd.). Smak ciekawy. Ja, czekając na swoją "szpadę" zaglądałem dyskretnie sąsiadom w talerze i zastanawiałem się, czy ta olbrzymia golonka na stole obok to jakieś specjalne zamówienie, czy może standard. Wtedy przyszła kelnerka, dźwigając szaszłyk - i w tym momencie uzyskałem odpowiedzi na wszystkie moje pytania.
Decha, na której wjechało mięso, zajęła jakieś dwie trzecie długości stołu (patrz zdjęcia). Na szpadzie, a raczej kawale stalowego pręta, piętrzyło się mięcho, papryka i suszone śliwki. Zaś pod mięsem, obok góry ryżu, pieczonych ziemniaków, owoców, trzech sosów (ostry, czosnkowy, barbeque) leżało częściowo wydrążone jabłko, w które nasypano cukru, polano alkoholem, a całość potem podpalono - co grzało apetycznie końcówkę szaszłyka, a przy okazji produkowało karmel. Na uprzejme pytanie kelnerki, czy będę korzystał z talerza, byłem w stanie jedynie wydukać: Nie wiem.
Zabraliśmy się za jedzenie, co chwilę żartując na temat wielkości porcji i dziękując za pomysł podawania piwa w litrowych kuflach, dzięki czemu nie zatkaliśmy się już po paru minutach. Co jakiś czas podchodziły do nas kelnerka na zmianę z kierowniczką i pytały, czy smakuje i czy wszystko jest w porządku. Uśmiechaliśmy się wtedy głupio, przytakiwaliśmy i pocieszaliśmy się tym, że nie jedyni robiliśmy potrawom zdjęcia, więc nie tylko my mamy oczy jak spodki. Przy okazji obserwowanie współbiesiadników pozwala stwierdzić, że zupy podawane są w emaliowanych garnczkach, a porcje są olbrzymie, bez wyjątku.
Najedliśmy się po dziurki w nosie. Pierwszy raz zdarzyło mi się zostawić na talerzu żarcie, za które zapłaciłem. Ale nie miałem już fizycznie gdzie tego zmieścić. ;) Zapłaciliśmy 80 zł (wraz z napiwkiem; Elma wzięła dodatkowo sałatkę), ale biorąc pod uwagę, że specjalnie się nie przejmowaliśmy cenami, a porcje wystarczyłyby dla czterech osób, nie uważam tego za dużą sumę. A że na pożegnanie każdy dostaje kieliszek świetnej wiśniówki, potoczyliśmy się do domu pełni szczęścia - potoczyliśmy, bo iść się nie dało. Całe szczęście, że pomysł wzięcia deseru odpadł w przedbiegach. Dodatkowy plus dla lokalu za interesujące, codzienne promocje.
To był miód. A teraz nieco dziegciu:
- zainteresowanie klientem i jego potrzebami oraz poziomem zadowolenia to ważna rzecz, ale kiedy po raz szósty czy siódmy kelnerka pyta, czy smakuje i czy wszystko jest w porządku, można dostać szału;
- szaszłyk był jak na mój gust za słabo wysmażony, i następnym razem poproszę o nieco dłuższą obróbkę termiczną, ale mięso było zdecydowanie nie doprawione. Sosy sosami, ale przydałoby się nieco więcej serca włożyć w przygotowanie tych smacznych kąsków;
- dzień później poszedłem tam znowu, aby spróbować słynnego już olbrzymiego sznycla (patrz zdjęcie) i skorzystać z poniedziałkowego litra piwa za 6 zł; tym razem zamiast w marynarce z kobietą u boku udałem się tam solo, w dżinsach i t-shircie - albo trafiłem na spiętą kelnerkę, albo też jednak traktowano mnie nieco gorzej, niż poprzedniego dnia, choć to oczywiście subiektywne wrażenie. Wydaje mi się jednak, że do gości wyglądających nieco bardziej reprezentatywnie niż przeciętny przybysz z ulicy, w dżinsach i z plecakiem, podchodzi się z nieco większą atencją. Zam sznycel był zaś duży i smaczny, ale dodawana do niego porcja frytek, jakby dla przekory, była malutka;
- toalety są urządzone bardzo fajnie, a gdyby właścicieł wyłączył taśmę z żenującymi dowcipami, były by jeszcze fajniejsze.
Dziś jednak nadarza się okazja, by znów udać się do
Pod Wawelem - tym razem idzie nas czworo. Zobaczymy, jak nas potraktują. Uzupełnienie notki prawdopodobnie dziś w nocy lub jutro rano (i zapewne kilka nowych/lepszych zdjęć).
Na zakończenie jeszcze dwie rzeczy na podobny temat.
Trafiłem wczoraj do polecanego przez dsoula Indus Tandoor. Znajomy wziął Chicken Vindaloo, ja zaś Lamb Vindaloo. Było to nawet dobre, ale... Porcje małe (nadrabiają dorzucając michę ryżu; rozumiem ryż+sos+mięso, ale bez przesady), ceny wysokie. Do tego ospała, sklerotyczna kelnerka (jej towarzyszowi, Hindusowi, nic nie mogę jednak zarzucić), zaś jagnięcina, którą dostałem, obfitowała w błony i chrząstki. Dodatkowo, choć daleki jestem od posądzania restauracji o szalbierstwo, owieczka smakowała jak czystej klasy wieprzowina. Resztę dobrego wrażenia dobiła zielona herbata z torebki. Kurczak jednakże był niezły i ostry, jak Ganesha przykazał. W każdym razie w Indus Tandoor szybko się znów nie pojawię.
Bonus dla szukających lokali w Krakowie: recenzje kulinarne Wojciecha Nowickiego.
PS. Toalety w Pod Wawelem zdobi miedzy innymi poniższy napis. Do Warszawiaków nic nie mam, ale jakoś tak się samo zbiera na uśmiech... ;)
UPDATE 19.08.2007
Do Pod Wawelem trafiliśmy tym razem w czwórkę. I chyba faktycznie uwagę kelnerów przyciąga strój, jak mi się wydawało. Owszem, pytano nas czy smakuje, czy wszystko gra, ale nie z taką częstotliwością, jak gdy pojawiłem się tam z Elma ubrany w garnitur. Ale to nawet lepiej, nie odrywało od rozmów i jedzenia. Moje zdziwienie wzbudziło tym razem opisywane już wcześniej czekadełko - niezależnie, czy przy stole siedzi jedna osoba czy cztery, porcja kiszonej kapusty z ogórkiem jest zawsze taka sama. Oszczędności? Może. Zasady? Pewnie tak. Ale wygląda to dość dziwnie, zwłaszcza w zestawieniu z wielkością dań. Dla czwórki gości przydałby się dodatkowy talerzyk, zwłaszcza, że kapusta kiszona bardzo smaczna, a ogórek przyjemnie małosolny. I choć szaszłyk tym razem był na moje oko mniejszy, to dalej byłem zadowolony.
Zapomniałem poprzednio napisać o muzyce. W restauracji cały czas coś przygrywa, jak nie z głośnika, to na żywo. Z płyty lecą różne rzeczy, od piosenek biesiadnych po Czerwone gitary. Dwuosobowy zespół z kolei przygrywa włoskie kawałki. Po wsłuchaniu się jednak w to, co leci z głośnika można odnieść wrażenie, że cos jest nie tak. Nie jestem co prawda ekspertem, ale moim zdaniem piosenki o krakowskim folklorze uliczno-podwórkowym są zadziwiająco podobne do piosenek z międzywojennej Warszawy. Niby śpiewają w nich o cwaniakach z Salwatora (dzielnica Krakowa), z których każdy wywija majchrem, ale brzmi to raczej jak śpiewane na Mariensztacie przez kapelę z Chmielnej. Słowo "majcher" na określenie noża o ile pamiętam wywodzi się właśnie z gwary warszawskiej. Choć być może piosenki są na miejscu, a słownictwo zahacza bardziej o Lwów. Będę musiał popytać.
Dorzucam trzy zdjęcia - inny widok na ognistą szpadę oraz kolejne elementy wystroju męskiej toalety.
Wszystkie zdjęcia zrobiono w krakowskiej restauracji "Pod Wawelem", ul. Św. Gertrudy 26-29.