Skip navigation.

100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN

Posts tagged with "Kraków"

Znalezione na mieście

,

W ciągu ostatnich dni trafiłem na dwa interesujące przejawy mysli człowieka, które niniejszym zamieszczam.

Pierwszy to napis na murze, jaki widnieje na schodach przy Rondzie Mogliskim w Krakowie. Drugi okaz to opis opakowania popcornu. Nie wiem, czego należy bać się bardziej: smaku solonego kuchenki mikrofalowej czy pękającej kukurydzy.



Cywilizacja?

,

Wczoraj, jadąc do pracy, przeżyłem szok. Na przystanku tramwajowym natknąłem się na urządzenie widoczne na zdjęciu obok.

Po raz pierwszy z tablicami wyświetlającymi czas przyjazdu/odjazdu tramwaju spotkałem się w Oslo. Obecność takiego gadżetu w Krakowie zmusza mnie do rewizji zdania, że cywilizacja do Polski dotrze za 50 lat. Teraz myślę, że jest szansa, że ten kraj stanie się normalny i przyjazny dla użytkowników za lat 40.

Choć nadal liczę, że wcześniej zaorają go jakieś czołgi. W tej chwili jest mi obojętne czyje, mogą być np. tureckie - przynajmniej w sklepach będzie dobra chałwa.

PS. Tak, to będzie próba reaktywacji po kilkumiesięcznej przerwie, próba długa i bolesna. Zobaczę, czy starczy mi sił i chęci, żeby znów wdrożyć się do pisania.

Żenada tygodnia

,

Naród polski mnie zadziwia. Coraz częściej czuję się w tym dziwnym kraju jak cudzoziemiec, który niedawno przybył nad Wisłę i wciąż nie może się otrząsnąć z szoku kulturowego. Dziś odkryłem kolejny przejaw podejścia "zrobić byle jak, byle było".

Po pracy poszedłem na zakupy do supermarketu. Wziąłem, co było mi potrzebne, stanąłem grzecznie w kolejce do kasy, wyłożyłem towar na taśmę - ta się przesunęła i moim oczom ukazał się napis widoczny na zdjęciu obok. Przez chwilę wydawało mi się, że to jakaś reklama (swoją drogą fajny pomysł, chyba kiedyś widziałem coś takiego), ale potem przeczytałem, co namazano korektorem na taśmie.

Myślę, że ten napis powinien być wykonany pastą do zębów. Prócz walorów estetycznych - każdy przyzna, że napis z pasty wygląda ślicznie, zwłaszcza z trójkolorowej - obsłudze będzie łatwiej przekazywać klientom różne komunikaty: remanent, brak drobnych, przerwa, itd. To byłby polski odpowiednik neonu: fluor.

Fizyka Światów Wyimaginowanych 2008

, , , ...

O imprezie dał mi znać Murphy. Tak się jakoś złożyło, że on miał tam prelegować, a organizatorem okazał się nasz wspólny znajomy Viktor. Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji, by zobaczyć mini-konwent zorganizowany pod pretekstem konferencji naukowej (lub odwrotnie).

Konferencja zatytułowana Fizyka Światów Wyimaginowanych odbyła się 9 marca 2008 roku w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Organizatorem było Koło Matematyczno-Przyrodnicze Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwane potocznie SeMP.

O morderczej, jak na niedzielę, porze - 9:00 - stawiłem się w hollu dawno nie odwiedzanego przeze mnie instytutu (co prawda nie studiowałem tam, ale parę razy zdarzyło mi się zapuścić na tereny nauk ścisłych). Impreza - jak każdy konwent - rozpoczęła się z niewielkim poślizgiem spowodowanym koniecznością zmiany sali. Sali wykładowej, dodajmy. Kiedy organizatorzy rozstawiali sprzęt, powoli zbierała się publiczność. Łącznie przybyło jakieś 20-30 40 osób (wliczając organizatorów; dane od prowadzących imprezę). Trochę mało, zważywszy, że impreza była otwarta dla wszystkich, a na bramce nikt nie wołał o akredytację. Prawdę mówiąc, wiem o dwóch miejscach "nienaukowych", gdzie pojawiły się informacje o spotkaniu, więc raczej konferencji nie reklamowano zbyt szeroko. Choć z drugiej strony organizatorzy byli raczej z niewielkiej frekwencji zadowoleni.

Jako pierwszy wystąpił dr hab. Hubert Harańczyk (zainteresowani sami znajdą jego bliższe powiązania z fantastyką) z wykładem "Fizyka baśni - o niemożności latających smoków, krasnoludków i olbrzymów". Był to interesujący przykład, jak przy pomocy nauk ścisłych można analizować zjawiska fantastyczne - w tym wypadku różnego rodzaju istoty, od olbrzymów, przez krasnoludki, po smoki. Myślę, że badanie wytrzymałości kości gigantów na podstawie dostępnych rycin (oczywiście chodzi o wyliczenia teoretyczne) czy też analizy układu oddechowego krasnali (problem miniaturyzacji mięśnia sercowego, układu krwionośnego i oddechowego opartego na płucach) ma szansę stać się poważną dyscyplina naukową. Bonusem była próba przekonania publiczności, że pająki są fajne - zwłaszcza ptaszniki, które ponoć w dotyku i zachowaniu przypominają koty, a niby milusie świerszcze to kanibale i mordercy.

Prelekcja "Rzecz o transmutacji, kamieniu filozoficznym i gipsie - czyli krótka rozprawa o alchemii" Wiktora Niemca, nieco skrócona ze względu na czasowy poślizg, nie była dla mnie niczym nowym, ale zawsze przyjemnie jest posłuchać o rożnych pomysłach na produkcję złota (pozdrawiam CERN). Wiktor, oprócz problemu pozyskiwania metali szlachetnych, wspomniał także o rozwoju medycyny (leki chemiczne) i wkładzie alchemików w rozbudowę bazy farmakologicznej.

"Fizyka gier fabularnych" Marka Nogi była typową prelekcja konwentową. Murphy nie tylko wyjaśnił laikom, czym są RPG, ale też omówił pokrótce kilka rozwiązań mechanicznych na przykładzie różnych gier (m.in. Warhammer, 7th Sea, Violence, Legenda Pięciu Kręgów). Niestety, zabrakło czasu, by podyskutować z paroma kontrowersyjnymi tezami Marka, dotyczącymi roli Mistrza Gry i jego podejścia do gry i graczy (problem oszukiwania i wszechwładzy MG). Był to jedyny, w pełni poświęcony grom wykład w trakcie konferencji.

Witold Tatkiewicz wystąpił z prelekcja "Broń biała wczoraj, dziś i jutro u nas i gdzie indziej". O ile pamiętam, autor przedstawił się jako materiałoznawca. Po krótkim wstępie na temat dawnych technik wyrobu broni białej, autor skupił się na problemie uzyskania jak najlepszego ostrza (odpowiednio ostre i odpowiednio elastyczne) w warunkach współczesnych. Spore wrażenie na nieprzyzwyczajonych (czytaj: humanistach) zrobiły wykresy wytrzymałości materiałów, z których chcielibyśmy wykonać głownię miecza. Zakres proponowanych surowców był spory: od tytanu, przez osm, po różnego rodzaju polimery. Nie obyło się też bez zahaczenia o materiały fantastyczne (adamantium).

Ostatnim wystąpieniem podczas konferencji było "Fizyka w Star Trek - fantastyka jak bardzo naukowa?" Szymona Kukulaka. Prowadzący - trekkie - omówił mniej lub bardziej naukowe elementy uniwersum seriali i filmów spod szyldu Star Trek. Teleportacja, fazery, torpedy fotonowe i inne cuda startrekowej techniki broniły się lepiej lub gorzej przed naukowa argumentacją, choć jak okazało się w trakcie prelekcji, niektóre elementy scenografii dało się wyjaśnić bez uciekania się do fizyki kwantowej (mnogość ras humanoidalnych to wina niskiego budżetu humanoida każdy może zagrać). Obok wykładu o broni było to moim zdaniem najlepsze wystąpienie podczas konferencji.

Niestety, wykład "Matematyka a n-wymiarowe światy" Anny Pajor nie odbył się z powodu nieprzybycia prelegentki. Po zakończeniu oficjalnego programu chętni mogli pograć w planszówki.

Konferencja Fizyka Światów Wyimaginowanych była konferencją naukową. Owszem, wśród organizatorów byli ludzie jeżdżący na kownenty, w kuluarach można było radośnie pogadać o fantastycznej imprezie zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński, ale to nie była typowa impreza fantastyczna. Z drugiej strony jednak czułem się tam jak na dobrym konwencie - być może dlatego, że jednak presja na prelegentów była wyższa. Na konwentach bywa tak, że zgłoszony punkt programu realizowany jest po łebkach. Tutaj każdy z autorów prelekcji przygotował prezentacje multimedialną i widać było, ze doskonale wiedzą, o czym mówią.

Owszem, przydałaby się szersza reklama, bogatszy program, informator (choćby w postaci zadrukowanej kartki A4) - tego zabrakło. Jednak pomysł oficjalnego połączenia fantastycznych tematów z naukowym podejściem pod szyldem uczelni wart jest kontynuowania - oczywiście nie jest to mowa idea, ale o ile mi wiadomo, całkiem świeża w przypadku UJ. Pozwala to nie tylko propagować interesująca rozrywkę, ale też dalej rozbijać pokutujący wciąż w wielu miejscach stereotyp zjawiska infantylnego, niegodnego zainteresowania "poważnych ludzi". Sami zresztą przyznajcie, czy ciekawsze jest żmudne liczenie wytrzymałości stalowego pręta, czy może ustalanie optymalnych parametrów miecza +2? ;) Pozostaje mieć nadzieję, że tego typu konferencje będą odbywać się częściej.

Zdjęcia z konferencji znajdziecie w albumie (większość jest niestety niezbyt wyraźna - pstrykałem komórką, a ta wymaga dobrego światła).

Tanio, szybko i solidnie...

,

Kto: Bit Computer, Kraków
Co: mój monitor
Jak długo: trzy tygodnie

27 sierpnia. Siadł mi monitor. Powód: przełamany przewód video. Nie wiem jak i kiedy, ale stało się. Wziąłem więc monitor pod pachę i pojechałem do serwisu, o którym miałem dobre zdanie, jako że towarzyszy on dobremu sklepowi komputerowemu. Dodatkową zachętą była reklama widniejąca na stronie serwisu: Tanio, szybko i solidnie naprawiamy monitory komputerowe CRT.

Na miejscu dowiedziałem się, że monitory odsyłane są do podwykonawcy (nie, mój nie był już na gwarancji), a ten akurat jest jeszcze na urlopie, ale będzie coś wiadomo za tydzień. Cóż, wyboru wielkiego nie miałem, monitor zostawiłem. Aha, obiecali, że zadzwonią z informacją, ile potrwa naprawa.

Minął tydzień. Minął też tydzień i jeden dzień, telefonu nie było. Zadzwoniłem więc sam spytać, jak się sprawy mają. Odpowiedź brzmiała: na razie nic nie wiadomo, proszę zadzwonić za tydzień. No nic, trudno się mówi, poczekam.

Tydzień później zadzwoniłem ponownie do serwisu. Znów usłyszałem, że nic nie wiadomo, ale tym razem z uzasadnieniem: "bo kierowca nie pojechał, odezwiemy się do pana". W domyśle - nie pojechał do zewnętrznego serwisanta. Widać telefonu w Bicie nie znają. No nic, dam im jeszcze jedną szansę, tym bardziej, że w kolejnym tygodniu mijał wyznaczony na rewersie termin zwrotu sprzętu.

Minął kolejny tydzień, nastał 17 września, data odbioru monitora. Nikt oczywiście do mnie nie zadzwonił, więc zadzwoniłem sam. To, co usłyszałem, ścięło mnie z nóg. "Monitor wrócił nie zrobiony, bo serwisant się rozchorował".

Przeklinałem długo. Następnie odebrałem monitor z serwisu, słysząc jedynie "Przykro nam, że tak wyszło". Tak, mi też było przykro.

Ale to nie koniec. Rozpocząłem rozpaczliwe poszukiwanie miejsca, gdzie mi monitor naprawią, jako że już niemal miesiąc byłem bez kompa. Szybkie google, spisałem kilka numerów, zacząłem dzwonić. Jeden z serwisów reklamował się, że robią wszystkie typy monitorów. Ale na hasło "monitor Philipsa" usłyszałem, że tych nie ruszają. Potem było jeszcze lepiej. Kolejny telefon, omówienie usterki - po drugiej stronie słuchawki facet zaczął biadolić, jak to ciężko się kabel wizyjny montuje, bo Chińczycy teraz produkują cieńsze i trudno je zamocować, a do tego mocy przerobowych brak.

Krew mnie zalała.

Na szczęście tego dnia w Krakowie był mój ojciec. Zapakował monitor do auta i wywiózł go do Zamościa. Dzień później oddał go do znajomego serwisu. Po 24 godzinach sprzęt był do odbioru, z wymienionym kablem i zrobionymi przy okazji zimnymi lutami.

Dziś jest 28 września. Monitor stoi na biurku i grzeje mnie swoim ciepłem. Na tę chwilę czekałem aż miesiąc.

Głód, powietrze, ogień, woda i wszelaka zła przygoda na krakowski Bit Computer. Moja noga więcej tam nie postanie. Innym też odradzam, tak serwis, jak i sklep.

Znalazłem lokal (Pod Wawelem - Kompania Kuflowa)

,

Jakiś czas temu udałem się w odmęty sieci, by znaleźć jakąś miłą, dobrze karmiącą knajpkę o sensownych cenach. Pod wpisem spierało się kilka koncepcji, ja miałem swoje wymagania, padło kilka nazw. Ostatecznie lokal znalazłem, nie do końca taki, który chciałem - a na pewno nie ten, który był w najbliższych planach. A sam lokal potrzebny mi był, żeby zabrać Elmę na dobrą kolację. :)

W każdym razie, po paru naradach, zdecydowaliśmy się z Elmą udać się do Balatonu, węgierskiej restauracji mieszczącej się przy ulicy Grodzkiej. Przez dwie minuty staliśmy w drzwiach i rozglądaliśmy się za wolnym stolikiem (zaskoczyła mnie niewielka ilość miejsca w środku). Przez dwie minuty stojąca za barem kelnerka gapiła się na nas jak wół na malowane wrota. Po tym czasie zgodnie stwierdziliśmy: "To my was też olewamy" i wymaszerowaliśmy z Balatonu. Przyznaję, szkoda mi było trochę, bo nastawiłem się na kuchnię węgierską, ale klient głosuje portfelem, prawda? A zero reakcji ze strony personelu nie zachęca do wydania choćby złotówki. Balaton jeszcze kiedyś odwiedzę dla samych węgierskich smaków, ale niech nie oczekują napiwku. ;).

Na liście rezerwowej była Szabla i szklanka, takoż o węgierskim smaku, choć byłem nastawiony nieco sceptycznie (głownie na skutek znalezionych w sieci opinii co do stosunku jakości do cen). Ale jako, że zdecydowaliśmy się nadłożyć nieco drogi i pójść na około, trafiliśmy do Pod Wawelem (ul. Gertrudy, na Plantach, przy Wawelu, jak podpowiada nazwa), krakowskiej filii warszawskiego lokalu Podwale 25 - Piwna Kompania, dla zmylenia Krakusów nazwanego Kompania Kuflową.

O tym miejscu słyszałem już wcześniej i przyznać muszę, że opowieści brzmiały zachęcająco: dużo, dobrze, tanio, a do tego hołdowanie zasadzie "klient nasz pan". Muszę przyznać, że opowieści nie były przesadzone.

Już na progu zostaliśmy przywitani przez kelnerkę i poprowadzeni do stolika. Dostaliśmy menu, zamówiliśmy piwo i zaczęliśmy się zastanawiać, co by tu wziąć. Na starter poszedł śledzik, co, jak się okazało, było błędem. Nie, nie był zły - był przepyszny. Ale nie spodziewałem się startera wielkości dania obiadowego. A potem było już tylko lepiej. I choć nie był to poszukiwany przeze mnie miły, kameralny lokal, było nieźle.

Elma wzięła rybę, sandacza po litewsku, pieczonego z chrzanem i boczkiem. Ja skusiłem się na Ognistą szpadę wieprzową z bekonem, cebulą, papryką z ryżem, ziemniakami oraz surówką z białej i czerwonej kapusty. Na dania czekaliśmy jakieś dwadzieścia minut, popijając piwo i zagryzając małosolnymi ogórkami i kiszoną kapustą, które to jako zakąska na stół wjechały zaraz po piwie.

Pierwsza przyszła ryba. Solidna porcja, nie powiem, ale w sumie nic wielkiego. Ot, porządna ilość, żeby się człowiek najadł jak u mamy (kilka sporych kawałków ryby, ryż, sałatki, itd.). Smak ciekawy. Ja, czekając na swoją "szpadę" zaglądałem dyskretnie sąsiadom w talerze i zastanawiałem się, czy ta olbrzymia golonka na stole obok to jakieś specjalne zamówienie, czy może standard. Wtedy przyszła kelnerka, dźwigając szaszłyk - i w tym momencie uzyskałem odpowiedzi na wszystkie moje pytania.

Decha, na której wjechało mięso, zajęła jakieś dwie trzecie długości stołu (patrz zdjęcia). Na szpadzie, a raczej kawale stalowego pręta, piętrzyło się mięcho, papryka i suszone śliwki. Zaś pod mięsem, obok góry ryżu, pieczonych ziemniaków, owoców, trzech sosów (ostry, czosnkowy, barbeque) leżało częściowo wydrążone jabłko, w które nasypano cukru, polano alkoholem, a całość potem podpalono - co grzało apetycznie końcówkę szaszłyka, a przy okazji produkowało karmel. Na uprzejme pytanie kelnerki, czy będę korzystał z talerza, byłem w stanie jedynie wydukać: Nie wiem.

Zabraliśmy się za jedzenie, co chwilę żartując na temat wielkości porcji i dziękując za pomysł podawania piwa w litrowych kuflach, dzięki czemu nie zatkaliśmy się już po paru minutach. Co jakiś czas podchodziły do nas kelnerka na zmianę z kierowniczką i pytały, czy smakuje i czy wszystko jest w porządku. Uśmiechaliśmy się wtedy głupio, przytakiwaliśmy i pocieszaliśmy się tym, że nie jedyni robiliśmy potrawom zdjęcia, więc nie tylko my mamy oczy jak spodki. Przy okazji obserwowanie współbiesiadników pozwala stwierdzić, że zupy podawane są w emaliowanych garnczkach, a porcje są olbrzymie, bez wyjątku.

Najedliśmy się po dziurki w nosie. Pierwszy raz zdarzyło mi się zostawić na talerzu żarcie, za które zapłaciłem. Ale nie miałem już fizycznie gdzie tego zmieścić. ;) Zapłaciliśmy 80 zł (wraz z napiwkiem; Elma wzięła dodatkowo sałatkę), ale biorąc pod uwagę, że specjalnie się nie przejmowaliśmy cenami, a porcje wystarczyłyby dla czterech osób, nie uważam tego za dużą sumę. A że na pożegnanie każdy dostaje kieliszek świetnej wiśniówki, potoczyliśmy się do domu pełni szczęścia - potoczyliśmy, bo iść się nie dało. Całe szczęście, że pomysł wzięcia deseru odpadł w przedbiegach. Dodatkowy plus dla lokalu za interesujące, codzienne promocje.

To był miód. A teraz nieco dziegciu:

  • zainteresowanie klientem i jego potrzebami oraz poziomem zadowolenia to ważna rzecz, ale kiedy po raz szósty czy siódmy kelnerka pyta, czy smakuje i czy wszystko jest w porządku, można dostać szału;
  • szaszłyk był jak na mój gust za słabo wysmażony, i następnym razem poproszę o nieco dłuższą obróbkę termiczną, ale mięso było zdecydowanie nie doprawione. Sosy sosami, ale przydałoby się nieco więcej serca włożyć w przygotowanie tych smacznych kąsków;
  • dzień później poszedłem tam znowu, aby spróbować słynnego już olbrzymiego sznycla (patrz zdjęcie) i skorzystać z poniedziałkowego litra piwa za 6 zł; tym razem zamiast w marynarce z kobietą u boku udałem się tam solo, w dżinsach i t-shircie - albo trafiłem na spiętą kelnerkę, albo też jednak traktowano mnie nieco gorzej, niż poprzedniego dnia, choć to oczywiście subiektywne wrażenie. Wydaje mi się jednak, że do gości wyglądających nieco bardziej reprezentatywnie niż przeciętny przybysz z ulicy, w dżinsach i z plecakiem, podchodzi się z nieco większą atencją. Zam sznycel był zaś duży i smaczny, ale dodawana do niego porcja frytek, jakby dla przekory, była malutka;
  • toalety są urządzone bardzo fajnie, a gdyby właścicieł wyłączył taśmę z żenującymi dowcipami, były by jeszcze fajniejsze.
Dziś jednak nadarza się okazja, by znów udać się do Pod Wawelem - tym razem idzie nas czworo. Zobaczymy, jak nas potraktują. Uzupełnienie notki prawdopodobnie dziś w nocy lub jutro rano (i zapewne kilka nowych/lepszych zdjęć).

Na zakończenie jeszcze dwie rzeczy na podobny temat.

Trafiłem wczoraj do polecanego przez dsoula Indus Tandoor. Znajomy wziął Chicken Vindaloo, ja zaś Lamb Vindaloo. Było to nawet dobre, ale... Porcje małe (nadrabiają dorzucając michę ryżu; rozumiem ryż+sos+mięso, ale bez przesady), ceny wysokie. Do tego ospała, sklerotyczna kelnerka (jej towarzyszowi, Hindusowi, nic nie mogę jednak zarzucić), zaś jagnięcina, którą dostałem, obfitowała w błony i chrząstki. Dodatkowo, choć daleki jestem od posądzania restauracji o szalbierstwo, owieczka smakowała jak czystej klasy wieprzowina. Resztę dobrego wrażenia dobiła zielona herbata z torebki. Kurczak jednakże był niezły i ostry, jak Ganesha przykazał. W każdym razie w Indus Tandoor szybko się znów nie pojawię.

Bonus dla szukających lokali w Krakowie: recenzje kulinarne Wojciecha Nowickiego.

PS. Toalety w Pod Wawelem zdobi miedzy innymi poniższy napis. Do Warszawiaków nic nie mam, ale jakoś tak się samo zbiera na uśmiech... ;)

UPDATE 19.08.2007

Do Pod Wawelem trafiliśmy tym razem w czwórkę. I chyba faktycznie uwagę kelnerów przyciąga strój, jak mi się wydawało. Owszem, pytano nas czy smakuje, czy wszystko gra, ale nie z taką częstotliwością, jak gdy pojawiłem się tam z Elma ubrany w garnitur. Ale to nawet lepiej, nie odrywało od rozmów i jedzenia. Moje zdziwienie wzbudziło tym razem opisywane już wcześniej czekadełko - niezależnie, czy przy stole siedzi jedna osoba czy cztery, porcja kiszonej kapusty z ogórkiem jest zawsze taka sama. Oszczędności? Może. Zasady? Pewnie tak. Ale wygląda to dość dziwnie, zwłaszcza w zestawieniu z wielkością dań. Dla czwórki gości przydałby się dodatkowy talerzyk, zwłaszcza, że kapusta kiszona bardzo smaczna, a ogórek przyjemnie małosolny. I choć szaszłyk tym razem był na moje oko mniejszy, to dalej byłem zadowolony.

Zapomniałem poprzednio napisać o muzyce. W restauracji cały czas coś przygrywa, jak nie z głośnika, to na żywo. Z płyty lecą różne rzeczy, od piosenek biesiadnych po Czerwone gitary. Dwuosobowy zespół z kolei przygrywa włoskie kawałki. Po wsłuchaniu się jednak w to, co leci z głośnika można odnieść wrażenie, że cos jest nie tak. Nie jestem co prawda ekspertem, ale moim zdaniem piosenki o krakowskim folklorze uliczno-podwórkowym są zadziwiająco podobne do piosenek z międzywojennej Warszawy. Niby śpiewają w nich o cwaniakach z Salwatora (dzielnica Krakowa), z których każdy wywija majchrem, ale brzmi to raczej jak śpiewane na Mariensztacie przez kapelę z Chmielnej. Słowo "majcher" na określenie noża o ile pamiętam wywodzi się właśnie z gwary warszawskiej. Choć być może piosenki są na miejscu, a słownictwo zahacza bardziej o Lwów. Będę musiał popytać.

Dorzucam trzy zdjęcia - inny widok na ognistą szpadę oraz kolejne elementy wystroju męskiej toalety.

Wszystkie zdjęcia zrobiono w krakowskiej restauracji "Pod Wawelem", ul. Św. Gertrudy 26-29.

Zajęcia warsztatowe

Z cyklu „pośmiejmy się”. Oto propozycja, jak dzieci mogą spędzić lato w mieście, czyli co się kotłuje oszołomom pod deklem. Następnym razem proponuję zrobić warsztaty z wynajdywania teczek lub, dla młodzieży trudnej, naukę popełniania samobójstwa w razie najścia CBA przy pomocy amunicji dostępnej tylko dla służb specjalnych. Będzie jak znalazł.

Lokalu szukam

,

Właśnie się wpieniłem. Od godziny googlam za jakąś fajną restauracją i dupa. Albo mam za wysokie wymagania, albo Kraków to większa dziura, niż sądziłem. A jak się już wydaje, że coś znalazłem, to wpadam na recenzję z Wyborczej albo i przez Makłowicza pisaną i okazuje się, że nie warto.

Może ktoś zna jakiś fajny lokal?
Oto, czego potrzebuję:

- ma być miło, spokojnie i kameralnie - tzn. żeby można było w spokoju porozmawiać i nie przeszkadzać przy tym sąsiadom
- kompetentna obsługa
- rozsądne ceny (50 zł za szklankę zupy odpada)
- porcje mają być takie, żeby się można było najeść, a nie tylko poskubać
- ciekawa kuchnia; może być i europejska - nawet i (staro)polska, byle interesująca
- lokal w miarę w centrum (Stare miasto plus Kazimierz, ew. Podgórze)

Co mi NIE odpowiada:

- wszelkiego rodzaju pseudochińszczyzna (no, chyba, że ktoś zna prawdziwą restaurację japońską w Krakowie) i fastfoody typu Chaczapuri czy Sphinx
- lokal typu biesiadnego i z takim menu (golonka und bier; takowy na oku już mam, tylko muszę przetestować)
- zadymione wnętrze
- wyrzucanie gości o 22:00

Interesują mnie opinie z pierwszej ręki.

I Krakowskie Spotkanie Użytkowników Opery

, ,

Czas: 07.07.2007
Obecni: golew, Nixer, arkwierz, waffell, zwierz, Derbeth, Seji.

Pomysł krakowskiego spotkania narodził się kilka tygodni temu na operowym forum(podziękowania dla golew i zwierza). Wybrano czas i miejsce. Tak więc w sobotę 7 lipca o poranku, uzbrojony w maślankę i drożdżówki (jeden z kilku, jak się później okazało, spotkaniowych leitmotivów), dotarłem pod Teatr Słowackiego, mijając po drodze podejrzanie cichą Scenę przy pompie (lokal wybrany na miejsce docelowe). Tam czekał już arkwierz, po chwili dołączyli Derbeth, waffell, golew i zwierz. Wspólnie, po wstępnej introdukcji (Gosia, Arek, Marcin...) poczekaliśmy na Nixera, którego pociąg zaliczył obsuwę. O 11, w komplecie, udaliśmy się w stronę Sceny.

Ku mojemu zaskoczeniu lokal zastaliśmy zamknięty. A dwukrotnie upewniałem się, jak pracują w sobotę - i to w tę konkretną, 7 lipca. Odpowiedz zawsze brzmiała "od 10:00". Pocałowawszy klamkę udaliśmy się zatem na poszukiwanie innego miejsca. Po kilkunastu minutach trafiliśmy do Albo Tak na Małym Rynku. Tam zatrzymaliśmy się na dłużej ("- Co bierzemy? - Piwo. - O tej porze? - Każda pora jest dobra!" ;)). W międzyczasie rozmowy zaczęły się powoli rozkręcać.

Dawno tak miło nie przegadałem kilku godzin - a później niemal całego dnia. Rozpiętość tematów była olbrzymia (przewijały się one zresztą przez całe spotkanie), od definicji "kulturalnego miasta" (to takie, gdzie puby otwierają o 8 rano), przez dystrybucje Linuksa, Mozillę, ruch Open Source, anegdotki z pracy, rozmowy o pociągach, miejscach zamieszkania i w zasadzie wszystkim tym, co potrzebne, żeby się nieco lepiej poznać. Nie zabrakło oczywiście rozmów o Operze - wady, zalety, forum, blogi, gadżety (jak się okazało, na adres golew została z Norwegii wysłana paczka pełna reklamowych atrakcji, ale nie zdążyła dotrzeć przed spotkaniem, tak więc pościskaliśmy operowe stres-kulki jedynie mentalnie ;)). Po wypiciu, co było do wypicia, zrobieniu kilku fotek i zapostowaniu z komórki na forum Opery, udaliśmy się na poszukiwanie jedzenia (żegnając Derbetha, który wybierał się na ślub).

Wiedzeni nieomylnym nosem pani moderator trafiliśmy do Gruzińskiego Chaczapuri na ul. Floriańskiej. Tam kontynuowaliśmy rozmowy, uzupełniając wachlarz tematów między innymi o adżapsandał, aviary.pl i radosną ortografię panującą w lokalu (patrz zdjęcie). Było wesoło :). Na koniec pożegnaliśmy arkwierza i ruszyliśmy dalej.

Kolejnym, dla mnie ostatnim przystankiem, był klub Re na ul. Świętego Krzyża - w końcu trzeba było wypić jakieś piwo ;) (po drodze zahaczyliśmy ponownie o Scenę, by uzyskać informację o zmianie terminu otwarcia). Ze względu jednak na inne spotkanie musiałem się zmyć przed 16. Ustaliliśmy, że imprezę trzeba będzie powtórzyć po wakacjach, we wrześniu lub październiku.

Podsumowując: spotkanie było świetnym pomysłem. Spędziłem bardzo miłe kilka godzin z fajnymi ludźmi, których wcześniej znałem głównie z sieci - i to na zasadzie kojarzenia nicków. Większość czasu zeszła na dobrej zabawie i integrowaniu się - i to było dobre. Nie było to posiedzenie operowych nerdów, ale znajomych i nieznajomych z forum, którzy rozstali się już jako znajomi w RL. Mam nadzieję, że nie było to pierwsze i ostatnie forumowe spotkanie. Warto będzie je powtórzyć, oby w szerszym gronie. A za rok - ogólnopolska impreza. ;)

Kilka cytatów (z pamięci; bez autorów, bo pomieszam ;)):
"Hej! Znam taki ogródek... O, zamknięte..."
"[nazwy kilku dystrybucji Linuksa] To ludzie ludziom zgotowali ten los!"
"- Piotr... A nazwisko? - Chronię swoją prywatność. - Spoko, to się wygoogla."
"Obsługa IMAP w Operze działa dobrze. Obsługa poczty w Operze nie działa dobrze."
"Dobrze skonfigurowany serwer IMAP? To bardzo śmiałe założenie..."
"- Ja dziś zjadłem tylko drożdżówkę. - Ja trzy. - Kto jeszcze jest dziś o drożdżówce?"
"[idąc przez ul. Floriańską w środku dużej wycieczki] O 10 rano w Krakowie nie ma turystów? Tia..."
"Woda toaletowa? Nie, dzięki. Jestem informatykiem, nie używam."
"- Czy tu można płacić kartą? - Tak. - A czy przyjmujecie American Express? - Tak, nie wiem, sprawdzę..."
"Do wyboru jest ryż lub frytki. Ale... ryż nam się chyba skończył."
"Proszę, talerz gruziński z kurczakiem... A nie, to nie dla pana..."


PS. Piętnuję niekompetentne kelnerki w Gruzińskim Chaczapuri i właściciela Sceny przy pompie za zamknięcie lokalu.

Więcej zdjęć tutaj.

Po Krakonie

, , ,

Dorzuciłem więcej zdjęć z Krakonu. Niestety, mimo wielu prób nie udało mi się wszystkich opisać - serwer wywala "502 proxy error", połowa opisów nie wchodzi, a ja nie będę klikał jak głupi. Błąd zgłosiłem - choć to nie jest pierwszy raz, kiedy sie on pojawia. Mam nadzieję, że szybko coś z tym zrobią. Jak będzie działać, opiszę fotki do końca.

UPDATE: błąd znają (dużo zdjęć w albumie więc silnik nie wyrabia) ale na razie nie poprawią. Więc część fotek pozostanie bez nazw i podpisów :/.

Co do samego konwentu, to był taki sobie. Przede wszystkim zabrakło ludzi. Nie znam dokładnej liczby uczestników, ale ponoć było ich 200-250. Czy niska frekwencja na Imladrisie i na Krakonie to wypadek przy pracy czy też objaw konwentowego dołka, będzie IMO można stwierdzić za parę miesięcy, kiedy będzie znana frekwencja na innych imprezach.

Program nie był zły, wreszcie poszedłem na kilka prelekcji, pogadałem ze znajomymi, pograłem w planszówki. Ale to nie był „Krakon” przez „K”. A drugiej strony, nie wiem, kiedy znów będę na konwencie (R-Kon to na razie czysta fantastyka, jako że nie mam pojęcia, gdzie będę i co będę robił w marcu), więc cieszę się, że spędziłem na Krakonie te kilkadziesiąt godzin.
Download Opera, the fastest and most secure browser